BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO

niedziela, 30 marca 2008

Pisarze to pasożyty

Pisarz tylko w połowie musi mieć talent do pisania - druga połowa to umiejętność znajdywania się we właściwym miejscu we właściwym czasie, zależnie od tego, o czym pisze. Ja katastrof lotniczych nie napotykam, ale co i rusz natrafiam na mikrokatastrofy ludzkie, choć nie tylko ludzkie. Kiedyś wsiadłem do autobusu, stanąłem w przegubie, patrzę, a tam frytka na podłodze, niedaleko schodków. Piękna, złocista frytka. Zanim z Młocin na Marymont dojechałem, frytka została, systematycznie z przystanku na przystanek, zgnieciona, zdeptana, zbrukana wręcz i umarła na moich oczach. Związawszy się z nią emocjonalnie przez te około 10 przystanków, a jednocześnie będąc zbyt pasywnym, by jej pomóc, wpadłem, jak to u mnie bywa, w depresję.

Napomknąłem w ostatnim poście, jak starszy pan, wysiadając z autobusu przy mnie, przewrócił się i znalazł się głową za drzwiami, głową tą uderzając o krawężnik i rozbijając sobie twarz. Z pięć osób się wtedy rzuciło z pomocą, postponując swoją podróż do domu o 15 minut.

Wczoraj znów siedziałem na tyle Solarisa (linia 507 - zresztą w opisanym wyżej przypadku to był ten sam autobus i to samo miejsce), gdy widzę biegnącą do autobusu dziewczynę. Będąc w tych kretyńskich czubatych butach potknęła się o wejście do niskopodłogowca i uderzyła twarzą o krzesło, rozcinając sobie policzek. Tym razem akcja działa się wewnątrz, więc nikt nie musiał się poświęcać powyżej doprowadzenia jej do pozycji stojącej, potem siedzącej, i poczęstowania chusteczką.

Gdybym doświadczył, albo szczerzej, zaobserwował, tylko jeden z tych przypadków to byłaby to tylko kolejna jakaś scenka. Ale podwójność tej sytuacji, on wypadający, ona wpadająca, jest potencjałem na tysiąc analogii lub symbolicznych przedstawień. O tyle to dobre, że obrazuje psychiczny ból i upokorzenie, co, jeśli dodamy treść literacką, o wiele silniej zadziała, niż jakaś sucha teza.

Daniel, dwie osoby rozbiły sobie twarz przy Tobie, a ty siedziałeś biernie i teraz ich kosztem będziesz sobie opowiadanka robił?!

Tak, właśnie tak! A może te dwie osoby też zmyśliłem i sobie wyobraziłem je, patrząc na plastykową butelkę wyturlującą się z autobusu na bruk?

Ciekaw jestem, czy też z takim bezemocjonalnym chłodem dokonam wpisu na blogu, gdy mi w jakimś wypadku nogę utnie? Bo aż sie o to proszę.

***

Z innej beczki, Szymon Holcman bardzo pozytywnie napisał o Powidoku w kąciku poleceniowym na Gildii. Dziękuję, Szymonie!

***

A na koniec mała lekcja kulturalna. Wypowiedź jednego z najwybitniejszych moim zdaniem, polskich twórców, Krzysztofa Wodiczki, pochodzi z wywiadu udzielonego Dużemu Formatowi w lutym (nie mam daty na wyciętych do archiwum stronach, więc musicie sobie poszukać - na okładce jest Wodiczko na tle pomnika Mickiewicza).

Przyjrzenie się historii Polski z punktu widzenia Żydów to był wstrząs. Tak samo byłoby, gdyby zobaczyć ją np. z punktu widzenia ukraińskiego. Co to znaczy "bohomaz"? To wędrowny malarz o specjalnych duchowych kwalifikacjach, który maluje ikony, "obrazy boga". Dlaczego ta malujące święte obrazy postać została uprzedmiotowiona i stała się synonimem ohydnego obrazu? Jest też dużo słów w jidysz, które przeszły do języka polskiego jako negatywne.

czwartek, 27 marca 2008

Can we kiss?

Piękny wiosenny dzień, zostałem na piwie w Kawangardzie powyzywany przez chłopaków od emodzieciaków za ostatniego posta na blogu i pewien scenariusz, który kiedyś wysłałem Tomaszowi Pastuszce. Od tych śmiechów chichów prawie na schodach w kawiarni się wywaliłem. Kiedy wracałem do domu biedny starszy pan, zamroczony alkoholem, chcąc szybko wydostać się z autobusu, potknął się o własny wózek i rozbił sobie twarz o krawężnik. Więc z tym alkoholem i żywymi reakcjami trzeba tak samo uważać, jak z depresją.

Tłumy dziś w Pubie pod Picadorem szaleją, bynajmniej nie dlatego, że wszyscy chcą czytać cytaty z Różewicza, ale dlatego że na Gildii zamieszczono linka do (m. in.) mojej relacji z WSK. Ale i tak najwięcej wejść jest z powodu recenzji "Paproszków". Jak będę miał słaby traffic, to dam recenzję PPW i znów blog będzie oblegany.

Skoro znów w skowronkach jestem, to znów mogę sobie kpić ze wszystkiego i zapodawać ile depresyjnych rzeczy się nawinie. Zostawiam Was dziś z takim jednym gorzkim krótkim metrażem poleconym mi przez Alicję, której fotografie można wciąż oglądać wraz z pracami kilkorga innych moich znajomych w Kawangardzie.

This blog entry sponsored by Kawangarda - the only place for comic-artists to be!

Przed seansem prosimy o wyłączenie komórek.

środa, 26 marca 2008

O depresji Daniela Cha

Andrzej Wróblewski: "Rozstrzelanie V"

Wyszedłem wczoraj z trwającego miesiąc napadu depresji.

Nie miałem depresji już od ponad półtora roku, czyli od kiedy poznałem Oposową. Bywały chandry, złe dni, ale nie zupełne poddanie się.

Wystarczy mały impuls, a jeśli tych impulsów nazbiera się kilka w jednej chwili, to tragedia murowana. Najgorsze w tym jest fakt, że ma się wtedy więcej winnych, których można obarczyć tym, iż ma się świat gdzieś. Bo najczęściej człowiek jest nieświadom tego, że jest w depresji. Ja tak naprawdę zauważyłem dwa dni temu, kiedy zaczęły mi do głowy przychodzić bardzo niepokojące myśli. I wtedy dopiero spojrzałem na ostatnie kilka tygodni i co ja przez nie uczyniłem.

Zostałem notorycznym kłamcą, by inni dali mi spokój. Siedziałem po 4, 5 godzin dziennie gapiąc się w statystyki na blogu, czy przeglądając stare komiksy, albo co gorsza, mój komiks, gromadząc zaległości na Akademii i w pracy. Nie odbierałem telefonów, gdyż nie miałem na nie siły. Kiedy wreszcie komuś udało się ze mną skontaktować, mówiłem, że nie mogłem odebrać, bo jestem strasznie zajęty.

W pewnym momencie przestałem pracować, przestałem robić cokolwiek na Akademię, zaniedbałem swój związek. I tłumaczyłem wszystkim, i sobie, że to dlatego, że praca ogranicza, Akademia bez sensu, w związku zbytnio się różnimy. A że niestety jestem jako tako inteligentny, potrafiłem to tak wyargumentować, że nikt nie zauważył, iż jedynym powodem mojego braku zaangażowania byłem ja sam.

Pewnego dnia wszystkim zacząłem mówić, jak to nareszcie wyszedłem z tego marazmu, jak opuścił mnie strach przed wszystkimi tłamszącymi mnie rzeczami. Mówiłem o tym radośnie. Teraz dopiero widzę, że tego dnia już zupełnie przestało mi na czymkolwiek zależeć, moja radość była radością nihilisty, któremu cała odpowiedzialność za życie swoje i innych spada z barków.

Pokój zaczął wyglądać jak komora zsypowa, bo po co odkładać cokolwiek na miejsce, a podczas wszystkich tych dni przeglądania starych rzeczy powyjmowałem z szaf prawie wszystko, co w nich było. Dezodorant się skończył. Zbyt daleko iść do sklepu.

Przez cały ten czas moja druga połowa wciąż o mnie walczyła. I udało się. Wracam do życia, odrabiam zaległości. Niektórych zaprzepaszczonych spraw już nie odrobię, straconego zaufania u niektórych też już nie odrobię. A nawet jeśli, to zostanie niesmak.

Po co o tym piszę? Bo tak łatwo stracić kontrolę i tak łatwo zniszczyć sobie życie. Tutaj była to depresja. Ale można to słowo zamienić na narkotyki, alkohol (który też jest narokotykiem), itd, itp. A gdybym nie miał Oli i wyłowiono by mnie za kilka dni z Wisły, to mówiliby wszyscy - Przecież on taki miły chłopak, taki roześmiany, nikt by nie podejrzewał... I faktycznie, w ciągu ostatniego miesiąca przebiłem się jako autor dość dobrze przyjętego komiksu, poznałem całą masę fantastycznych osób, zorganizowałem wystawę fotografii dla znajomych, byłem na plenerze, gdzie się żywo udzielałem... A to wszystko to były małe wybuchy wysiłku, by zatuszować przed wszystkimi, że się pogrążam.

A teraz wezmę te wszystkie doświadczenia, dorzucę kilka innych i zrobię na ich podstawie komiks. Tak jak zrobiłem z "Powidokiem". Za 22 złote kupujecie prawie cztery lata kradzieży i wykorzystywania innych ludzi. Ile to razy podczas najokropniejszych świństw, jakie innym robiłem, myślałem: Tak! To się idealnie da przerobić na komiks! A potem mogę lapidarnie powiedzieć: A, ja tak trochę korzystam z tego co przeżyłem, trochę z tego co zobaczyłem, i też z tego, co przeczytałem. A inni mówią: Fajnie, fajnie. I dobrze.

Na Wraku można przeczytać:

Następnym komiksem Daniela Chmielewskiego ma być ponad 300-stronicowe "Zapętlenie". Tematyka albumu (czy też rozprawy filozoficznej) ma obracać się dookoła gestu, znaku, wspólnoty i autonomii.

Już mam zaplanowany cały komiks (mniej lub więcej), powoli zbieram cytaty, nadrabiam zaległości w literaturze, zaczynam na własną rękę krótki kurs z pewnych zagadnień psychologicznych. I przede wszystkim zaczynam żmudny proces cenzurowania. Bo druga połowa komiksu, w kształcie, jaki mam w głowie, byłaby nie do zniesienia przez kilka bliskich mi osób. Pamiętam, jak skończyłem "Inny Świat" Herlinga-Grudzińskiego. W ostatnim rozdziale książki odwraca się plecami do znajomego z obozu, który dopuścił się okropieństwa w trosce o swoje życia i przychodzi do autora, wierząc, że ten mu przebaczy w imieniu skrzywdzonych. Pomyślałem: Hipokryto! Sam tak pewnie zrobiłeś, a teraz się wybielasz?! Odwracasz plecami?! Poczułem pogardę. Ale widocznie tak trzeba. Widocznie to jest jedyne wyjście, jak chce się mieć życie.

Bo ważniejsi dla mnie są moi bliscy, niż jakiś komiks. Mimo, że ja i moi bliscy możemy jutro umrzeć, a komiks (jak to nędznie brzmi - komiks. Książka! Och! Ale komiks?) zostanie i kiedyśtam, gdzieśtam komuś zmieni życie.

Długa to i bolesna lekcja, że ważniejsze jest tu i teraz, niż jakiś uniwersalny absolut. Ale żaden absolut nie zabierze mnie na spacer. Nie przytuli. Nie uśmiechnie się do mnie, jak Pani Oposowa. Banał. I dobrze. Niebanały zostawię dla komiksu i absolutów. Ale to za jakiś czas. Teraz jednak banalnie się pouśmiecham przy Oposowej.

sobota, 22 marca 2008

Dark Days, Jesus Camp i początek literackiej odysei

Dwa, może niepowalające, ale ciekawe dokumenty obejrzałem w przeciągu (timof: w ciągu. ja: co? timof: w ciągu. W przeciągu to można się przeziębić)... w ciągu ostatnich dwóch dni.

Pierwszy: Dark days, skończony w 1999, ukazujący losy kilku bezdomnych ze społeczności zadomowionej w tunelach nowojorskiego metra. To są ci słynni "mole people" znani z popkultury. Piękny kinematograficznie czarno-biały dokument z muzyką DJ Shadowa odpowiada na pytania - jak mieszkają? Jak zarabiają? Co jedzą? Jak dbają o siebie? Jaki jest ich stosunek do narkotyków? Jak tu trafili? Czego w życiu żałują i czego pragną? Końcówka trochę zbyt optymistyczna, jak na realia w ogóle, ale można się tylko cieszyć, że przynajmniej ta garstka ludzi ma jakieś perspektywy przed sobą. Też niejedną rozmowę przeprowadziłem z bezdomnymi i z tego co widzę, obraz pokazany w tym filmie jest bardzo uniwersalny, więc jeśli chcecie poznać trochę tych ludzi, którzy lubią sobie pogawędzić przy wysępionym papierosie, albo których znacie tylko z widzenia i na tym chcecie poprzestać, to polecam.

Właśnie przeczytałem ten wywiad z Singerem, reżyserem Dark days i moja ocena filmu wzrosła jeszcze bardziej. Nawet bez oglądania filmu przeczytajcie, to na pewno was zachęci.

Drugi obejrzany film to Jesus Camp z przed dwóch lat. Jak na dokument ukazujący indoktrynację dzieci w kościele ewangelickim i wynikające z tego niebezpieczeństwa natury politycznej, to jest mało tendencyjny i nie ośmieszający swoich bohaterów. Właściwie gdyby nie kilka scen o wyborze nowego najwyższego sędziego (czy jak to się po polsku mówi) i scen z prowadzącym program w radiu Mikem Papantonio (który nota bene jest metodystą i mimo krytyki ekstremistów chrześcijańskich propaguję wiarę), to Jesus Camp mógłby uchodzić za film propagujący ukazywane w nim wartości. Zresztą prowadząca wspomniane w filmie obozy Becky Fischer jest zachwycona końcowym produktem. Cieszę się, że w kraju, gdzie rozdział na ateistów i chrześcijan jest o wiele bardziej jaskrawy niż w Polsce (wyczytałem gdzieś - na jakimś blogu, więc nie wiem, czy mogę to tu przytaczać - że amerykańscy chrześcijanie bardziej boją się ateistów, niż muzułmanów) powstają też takie filmy, a nie tylko lewa(cka) propaganda pana Moore'a. Czekam jednak wciąż na kulturalne wydarzenia zbliżające te dwie grupy, a nie tylko utwierdzające ich we własnych racjach. Przeczytajcie chociażby to o konferencji ateistów w Stanach.

Uczestnicy mogli również posłuchać zespołów, które w swoim repertuarze mają ateistyczne piosenki, oraz zapisać dzieci na obozy dla niewierzących, gdzie "zamiast indoktrynacji jest dobra
zabawa".

Co za kretyństwo! A piszę to samemu będąc ateistą i lewakiem.

ekhm... Polecam zatem film ten.
Wziąłem się wreszcie za Ulyssesa Joyce'a. Dublińczycy byli rewelacyjni. Przy tej książce przeczytałem wpierw pięćdziesięcio-stronicowy wstęp i myśląc, że jestem gotowy natknąłem się na coś, co w pierwszym momencie przypomina te spamowe mejle z losowo wybranymi zdaniami i słowami ułożonymi w blok tekstu. Łacina, Tomasz z Akwinu, helenizacja Irlandii, narrator trzecio-osobowy, pierwszo-, coś pomiędzy, golenie się, jakaś wieża, ludzie (ile?!)... A, dwóch, i trzeci na dole. I śniadanie jedzą, aha, okej. I po trzydziestu stronach powoli zaczynam utrzymywać się na powierzchni tej mętnej wody, jaką jest dzieło pana James'a. Obliczyłem, że jeśli będę czytał 50 stron dziennie, to za trochę ponad dwa tygodnie skończę. Czyli w praktyce mam dwa miesiące z życia wyjęte. Pisząc ten wpis do bloga straciłem 15 stron z dzisiejszej dawki.
Już nie przeszkadzam Wam i sobie. Wszystkim życzę rodzinnej niedzieli. A właściwie niedziel. Poniedziałków, wtorków, itede też.

czwartek, 20 marca 2008

Tadeusz Różewicz - Przygotowanie do wieczoru autorskiego

Dwie sprawy.

Pierwsza. Nowa recenzja "Powidoku", autorstwa Bartka "Godaia" Biedrzyckiego. Dziękuję bardzo w imieniu swoim i Pani Oposowej!
Podziękuję też w tym miejscu Wojtkowi Stefańcowi za recenzję, jaką sie ostatnio ze mną podzielił w prywatnej rozmowie. Nie będę tu jej przytaczał, ale życzę wszystkim komiksiarzom takich szczerych opinii od swoich bliskich!
***
Druga sprawa. Skończyłem przed chwilą "Przygotowanie do wieczoru autorskiego" Różewicza (z serii "Utwory zebrane", mocno zmienione od wcześniejszych wydań). Jest to zbiór esejów, notatek, szkiców, (auto)wywiadów, fragmentów z dzienników osobistych. Komu mogę polecić? Właściwie małej grupce twórców, bo poeta głównie mówi o procesie twórczym, o relacjach z innymi twórcami (pierwsza część głównie o Staffie), o tym, o czym warto pisać, i czy w ogóle warto pisać.

Zresztą co ja mogę powiedzieć w kilku zdaniach? Przytaczam obszerny cytat z rozdziału "Kartki wyrwane z dziennika". Pozornie jest o jednym z moich ulubionych malarzy, Tadeuszu Brzozowskim, ale dotyka kwestii o wiele bardziej uniwersalnych. Sami zdecydujecie, czy warto sięgnąć.
W okolicach sacrum
"Prawie strefa sacrum"... czyli "chodzę po świecie i zbieram śmiecie"... przeczytałem rozmowę z Tadeuszem Brzozowskim ("Radar", 17 stycznia 1985). Na pytanie dziennikarki: "Czy kolor, formę, symbole zestawiasz świadomie?", Tadeusz odpowiada: „Nigdy nie doprowadzam do całkowitego stopnia świadomości, bo się tego boję. Utraciłbym wówczas element tajemnicy, który jest dla mnie nierozłączny z kondycją ludzką”…
Nie pogniewasz się, że po starej znajomości wtrącę do waszej ciekawej rozmowy „swoje trzy grosze?” Czy jednak człowiek nie powinien ciągle próbować ten „element tajemnicy” uchwycić, wyjaśnić, zrozumieć? … Gdyby Kopernik wpatrywał się w niebo i doznawał tylko uczuć religijnych, nie mielibyśmy dzieła O obrotach sfer niebieskich… A nasz współczesny Linus Pauling, jeden z najwybitniejszych uczonych XX wieku, w rozmowie z Osiatyńskim powiedział: „Odnoszę wrażenie, że dokonaliśmy olbrzymiego postępu w kierunku coraz głębszego zrozumienia świata…
- Na czym polega ten postęp?
- Chyba na tym, że świat przestaje być tak tajemniczy jak dawniej… Ogólnie rzecz biorąc, nie widzę potrzeby mistycyzmu w świecie; nie widzę też konieczności istnienia tajemnic. Świat po prostu można zrozumieć… Oczywiście sztuka to nie nauka. Jednak dążenie do zrozumienia tajemnicy jest najwspanialszym objawieniem ludzkiego rozumu”.
„Tajemnica jest ważna i dla odbiorcy, i dla Twórcy?” Dziennikarka nie tylko pyta, ale równocześnie jakby „podpowiada”. Chciałoby się – bez złośliwości – zapytać, czy „tajemnica” dziennikarki jest taka sama jak malarza, a tajemnica malarza taka jak rzeźnika… Brzozowski, jak przystało na utalentowanego malarza, jest „naiwny” (choć bywają wyjątki od tej reguły: Witkacy, Strzemiński, Nowosielski, Tchórzewski)…
„- Ja poddaję się temu, co jest – czy to w piętach, czy to w brzuchu, nie wiem… temu, co powoduje, że mam malować tak, a nie inaczej. Po prostu – słucham…”
Ale kogo słuchasz? Mówisz jak czarnoksiężnik, jak „nawiedzony”, jak mistyk… słuchasz zapewne „głosów”?!, ale nie mówisz najważniejszego, że słuchasz siebie. Nasłuchujesz, co do ciebie mówią głosy: Tadzia, gdy miał pięć lat, i Tadzia, który poznał litery, i Tadka, który chodził do gimnazjum, Tadeusza, który przeżył okupację, i tego, który poznał realizm socjalistyczny, i jeszcze kilku innych Tadków i Tadziów… którzy czytali książki, oglądali obrazy, słuchali muzyki, oglądali katedry, chmury, oceany, drzewa… przecież nie pietą ani pięścią poznawałeś genialnych malarzy… tylko okiem, mózgiem… o czym zresztą wiesz doskonale, „posiadam oczywiście świadomość artystyczną, dużo oglądałem, słucham wielu mądrych ludzi, czytałem książki… Ale najcenniejsze, co mogę ofiarować – to jest to, co, wydaje mi się, tkwi we mnie najgłębiej. Jest to prawie strefa sacrum albo działa jak strefa sacrum”…
Ale czy zadałeś sobie pytanie, co w tobie tkwi najgłębiej, może to „coś” nie ma nic wspólnego z „sacrum”? Pewnie, przyjemnie sądzić, że najgłębiej tkwi w nas „coś” niezwykłego… może „absolut”… jakieś absolutne dobro… ale czemu nie absolutne zło? Można tak gawędzić nieskończenie… Mnie zastanawiają konkrety… ktoś mądry powiedział: „Wygaśnięcie absolutu niszczy też sferę jego przejawiania się”… zastanawiam się często, czemu malarstwo „sakralne” jest tak tandetne, powierzchowne… czemu w Kościele znalazło schronienie malarstwo państwa Kosów z USA (tak kiepskie, że chce się płakać i śmiać równocześnie) (?)… czemu architekci obdarzają nas monstrualnymi świątyniami, czemu poeci „religijni” piszą nędzne wierszyki i piosenki?! „Wygaśnięcie absolutu niszczy też sferę jego przejawiania się”… oto „tajemnica” marnej sztuki sakralnej, która przypomina czasem karykatury uczynione ręką demona, a nie dzieła ludzi wierzących… „Absolut” zaczyna się przejawiać w „karykaturach” … „Mam bardzo ostrą świadomość tego, że żyjemy w świecie tajemnym, ileż jest tych spraw tajemnych, których nigdy nie odczytamy”… mówisz dalej, Tadeuszu – ale musisz przyznać, że liczba spraw „tajemnych” zmniejszyła się za życia naszego pokolenia (i zmniejsza się ciągle)… i nie trzeba się tym martwić, to jest powód do dumy… W pewnym miejscu dziennikarka wykazuje trochę przenikliwości (co nie jest w tym zawodzie zbyt częstym zjawiskiem):
„- Kochasz człowieka, ale czy nie jesteś sadystą? Ludzie w twoich obrazach to – strzępy tkanek, kikuty, okaleczasz ich do granic możliwości”…
„- Ale ja kocham człowieka, jakim on jest” – tutaj odpowiadasz jak dziennikarz albo jakiś „literat”, czy też "działacz”, który chce zyskać popularność wśród wyborców… mówisz tak, jakbyś nie myślał o tym, co mówisz… przecież tutaj jesteś bardziej cudowny od świętych, bardziej ludzki niż „stary doktor” Korczak, bardziej papieski niż papież… bo oni wszyscy całe życie poświęcili na to, aby człowieka zmienić… wiesz, jak to jest z człowiekiem!... i oczywiście nie kochasz „człowieka, jakim on jest”… nie kochasz… poza tym nie ma to nic wspólnego z twoim malarstwem (z świetnością twojego malarstwa)… na szczęście nie malujesz obrazów ani swoją „filozofią”, ani swoją „moralnością”… gdybyś malował taką „filozofią głębi”, jaką tu prezentujesz, twoje obrazy nie różniłyby się od obrazów państwa Kosów (proszę mi darować! Może państwo jesteście bardzo sympatyczną rodziną… ale to nie decyduje o wartości waszego dzieła). Twoje obrazy, twoja forma, technika, sposób, poziom twojej sztuki – to twoja „miłość do człowieka”…. A nie banalna gadanina…
[…]
Czemu Ty poszukujesz „tajemnicy” we własnym brzuchu, w pięcie, w tajemniczych głosach; Strefa Sacrum… sacrum… to właśnie twój obraz… nie wędruj po zaświatach… ale popatrz na obrazy, które namalowałeś… przyjrzyj im się… są wśród nich niezwykłe obrazy… przejawiła się w nich jakaś resztka wygasającego absolutu. Te „strzępy tkanek, kikuty… ludzie okaleczeni do granic możliwości” (jak powiada dziennikarka) to nic innego jak obraz rozkładającego się absolutu, to nie „ludzie okaleczeni”, to okaleczony „absolut” (okaleczony w Tobie, w twojej wyobraźni i myśli). Człowiek, co został stworzony na obraz i podobieństwo Boga, został zamordowany i tego nie mogli ukryć prawdziwi artyści. Reszta jest milczeniem.

wtorek, 18 marca 2008

Dalsze czytanie po widoku

Swego czasu, na spotkaniu autorskim w Kawangardzie (ale product placement się na tym blogu odbywa!) rozdałem wszystkim gościom dwustronicowy spis lektur uzupełniających do "Powidoku". Na WSK zapomniałem wydrukować, zresztą sprzedaż mała, więc nic straconego. Dla tych, którzy przeczytali mój komiks, umieszczam listę lektur tutaj, uzupełnioną o kilka pozycji.
"Powidok" jest jedną wielką beczką cytatów i parafraz. Wiele rzeczy, do których odnoszę się zwłaszcza kosmetycznie (czyli, które nie mają wpływu na samą treść, ale które tylko zaznaczam w ramach hołdu albo po prostu dowcipu) nie są tu umieszczone.
A teraz, with no further ado:
Lista lektur uzupełniających do "Powidoku"
Zostawiając powidok wibrującej czerni czerpie z lub cytuje wiele dzieł innych autorów. Jeśli spodobał Ci się komiks, zachęcam gorąco do następujących książek i filmów. Lista byłaby kilkakrotnie dłuższa, gdyby zebrać wszystkie inspiracje, ale spróbujmy na początek te kilka pozycji. Postarałem się dać tylko jedną pracę każdego autora, choć niektórych powinno się przeczytać lub obejrzeć od dechy do dechy - znów, potraktowałem te tytuły jako punkty zaczepienia - już każdy zadecyduje czy warto sięgnąć po coś więcej.
Literatura
Fiodor Dostojewski - Bracia Karamazow (a zwłaszcza rozdział p.t. Wielki Inkwizytor)
Witold Gombrowicz - Kosmos
Bruno Schulz - Sklepy cynamonowe
Tadeusz Różewicz - motto Powidoku pochodzi z opowiadania Córeczka, a najpełniej w łanszocie Miejsce urodzenia: Martin-Luther-Krankenhaus widać inspirację opowiadaniem Nowa szkoła filozoficzna z tomu Przerwany egzamin.
Zbigniew Herbert - posiadam w swojej kolekcji tylko zbiór 89 wierszy, ale jeden utwór Herberta zmienił moje życie na zawsze - króciutki wiersz, Piekło, nawet nie wiem z jakiego tomu. To dla tego wiersza stworzyłem w 2000 r. postać kelnera, a potem komiks, w którym go umieściłem. Kelnerem tym był Cynik.
Gunter Grass - Blaszany Bębenek
Kazimierz Dziewanowski - Zapowiada się ostra zima
Milan Kundera - Żart
Jean-Paul Sartre - Egzystencjalizm jest humanizmem
Søren Kierkegaard - Bojaźń i drżenie
Peter Sloterdijk - Pogarda mas (na podstawie, której powstał łanszot Też tam podążasz)
Fryderyk Nietzsche - Tako rzecze Zaratustra
Julio Cortazar - Gra w klasy (dalekim echem tej książki jest wizyta u pisarza w szpitalu w łanszocie Co cię zabije, nie wzmocni i chęć zmierzenia się z tematem miłości w Wyznaj miłość jesienią)
Czesław Miłosz - Zniewolony umysł (obok Wielkiego Inkwizytora lektura O B O W I Ą Z K O W A dla każdej osoby, która już dojrzała do czytania ze zrozumieniem - te dwie pozycje powinny znaleźć się w spisie lektur szkolnych w liceum; może wtedy Polska wyglądałaby trochę inaczej).
Melchior Wańkowicz - Ziele na kraterze
Erich Fromm - Ucieczka od wolności
Andrzej Tokarczyk - Tamten świat (ta książka, o eschatologii w różnych religiach i powyższa, o dwóch rodzajach wolności, jak też i Materializm a empiriokrytycyzm Lenina, poważnie zamąciły w mojej młodzieńczej głowie na przełomie wieków, czego skutkiem jest taki, a nie inny rdzeń tematyczny Powidoku)
Diogenes Laertios - Żywoty i poglądy słynnych filozofów (rozdział o Cynikach, rzecz jasna)
James Joyce - Dublińczycy (co prawda przeczytałem już po skończeniu komiksu, ale poczułem niesamowitą zbieżność w wielu poglądach na świat. Gdyby Joyce żył, to pierwsze co bym zrobił po lekturze, to go odnalazł i zaprosił na kawę)

Film
Wim Wenders - Der Himmel über Berlin (ostatnio po raz kolejny obejrzałem ten film i przeraziłem się, że właściwie cały wątek z Cynikiem w Powidoku jest podświadomą trawestacją dzieła Wendersa, za co teraz głośno mówię: Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa)
Phillipe Grandrieux - La Vie nouvelle (nikomu się ten film nie podoba. Przynajmniej po pierwszym oglądaniu. Nie ma prawa. Ale ukazał mi, jak o najbardziej ważkich sprawach egzystencjalnych można opowiadać przez fizjologię. Proszę przypatrzeć się scenie obcinania włosów na początku, w którym jest tyle walki, tyle zwycięstw i porażek, że gdyby nakręcili 3 sequele do 300, to i tak by nie zdążyli pokazać aż tyle i tak mocno)
Bela Tarr - Satantango, Harmonie Werckmeistera (pierwszy film trwa 7,5 godziny, więc lepiej na początek spróbować bardziej przystępne Harmonie. Tarr odkrył przede mną dwie rzeczy: deszcz i czas)
Komiks
Michael Leunig - Ramming the shears (kupiłem ten tom z jego rysunkami i komiksami za 2 dolary na festynie szkolnym chyba w 1993. Dzięki niemu Polska skazana jest na kolejnego komiksiarza. Jego ostra jak brzytwa krytyka i zmuszający nawet największego nihilistę do uśmiechu optymizm pewnie przyczyniły się do tego, że został uznany za Żyjący Skarb Australii przez National Trust of Australia. A może po prostu przyczyniło się to, że tacy ludzie jak on naprawdę dzięki swojej twórczości czynią świat lepszym (piszę to z całą naiwnością i powagą, jakie mogą zawrzeć się w tym zdaniu)
Craig Thompson - Blankets (nie obchodzi mnie to, że nie czytasz komiksów. Ten jeden musisz kupić. I postaw w widocznym miejscu na półce, by znajomi mogli zobaczyć i pożyczyć. A potem żeby też kupili. Dla komiksiarzy - podniesienie poprzeczki w jakości tak formalnej, jak i treściowej. Dla niekomiksiarzy - kropka nad i w dyskusji, czy komiks jest autonomicznym medium, które może trafić do wszystkich)
Karol Konwerski, Mateusz Skutnik - Pan Blaki - przeczytane po skończeniu Powidoku, ale przedstawiciele komiksu filozoficznego powinni się wspierać. Zwłaszcza, kiedy naprawdę warto sięgnąć po lekturę.
Malarstwo

Poniższych malarzy albo cytowałem, albo parafrazowałem, albo po prostu uwielbiam:
Francis Bacon
Gustav Klimt
Andrzej Wróblewski
Caravaggio
Claude Monet
Peter Bruegel
I do tej listy dołączę dwóch polskich malarzy:
Rajmund Ziemski
Stefan Gierowski
Daniel, ale jak to? Oni malują abstrakcję, a Ty jesteś przecież przeciwko! O tym pozornym dysonansie rozmówię się w kolejnym komiksie.

Komik sceniczny
Człowiek, który nawet po śmierci wciąż żyje i otwiera kolejnym pokoleniom oczy. Wrzucić go do worka "komik" jest jak chwalenie się przed komiksiarzem, że czytało się w dzieciństwie Donalda.
Bill Hicks
Muzyka

I kilka słów o muzyce. Prawdę mówiąc już rzadko słucham większości wymienionych tu wykonawców, zwłaszcza gdy katowało się ich od początku liceum. Na pewno zespół "Tool" miał niesamowity wpływ na to, że postanowiłem zająć się komunikacją międzyludzką, dzięki Tori i Kasi Nosowskiej poczułem się lepiej w świecie Kobiety i mam nadzieję, że niektóre dylematy Anny wydadzą się płci przeciwnej do mojej szczere, a nie topornie wyrzeźbione w głowie samca. Morrissey to Morrissey, a Radiohead towarzyszy i w najradośniejszych i najsmutniejszych momentach życia. Zamieściłem tu też zespoły Ewa Braun, Negatyw i Slint. Dzięki nim zauważyłem jak w kilku najprostszych słowach można opisać świat. Niektórzy śmieją się z ograniczonego słownictwa Mietalla Walusia, wokalisty mysłowickiego zespołu. Ja jestem mu za te kilka słów dozgonnie wdzięczny.

Ewa Braun
Negatyw
Tool
Radiohead
Morrissey
Tori Amos
Hey
Slint
Życzę czasem przyjemnego, czasem mniej, ale zawsze owocnego obcowania z kulturą, którą wszyscy tworzymy, nawet gdy udajemy, że nic wspólnego z nią nie mamy i mieć nie chcemy.
Daniel Chmielewski
2 marca 2008 r.

poniedziałek, 17 marca 2008

Paproszki Jacka Świdzińskiego

Jacek Świdziński jest Eddiem Izzardem polskiego komiksu! (Jak macie półtorej godziny, to obejrzyjcie sobie najlepszy szoł tego angielskiego komika).

Na tegorocznym WSK ukazały się dwa debiuty Jacka. Jeden, napisany i narysowany wspólnie z Michałem Rzecznikiem - Przygody Powstania Warszawskiego. Drugi, w pełni autorski -

Paproszki czyli małe piszczące ludziki.


Paproszki to 40-stronicowy, czarno-biały zeszyt składający się z kilku skeczów. Nie szortów, nowelek, czy jak to tam można jeszcze nazwać, tylko właśnie skeczów. Każdy skecz skupia się na absurdalnej scenie, zazwyczaj odwołującej się do znanych nam z codzienności sytuacji. Tak jak u komika scenicznego tylko niezbędne elementy potrzebne do opowiedzenia historyjki są naszkicowane, tak też jest i tu.

Prosty, ale i klarowny i jednocześnie idealnie dopełniający humor rysunek ujawnia nam tylko te rekwizyty, które służą historyjce. Jacek wypracowuje sobie już system znaków ułatwiających poruszanie się po jego świecie. Charakterystycznie wygięte ciała podczas scen rozpaczy lub paniki, kropelkowe łezki zdradzające smutek lub wstyd. Dużo jest wciąż naleciałości naiwnego kreskówkowego stylu, ale przy dalszej syntezie (vide Pragnienie Mahlera) wyłoni się osobisty, dojrzały styl.

Bardzo dobrze Jacek gra kompozycją i rytmem. Już na stronach tytułowej i wydawniczej atakuje nas gromadą głowonogów wygłaszających cytaty, popkulturowe parafrazy i dowcipy, niektóre subtelne, niektóre banalne (które w tym zestawieniem są wypowiadane z przymrużeniem oka i pasują do konwencji). By nie odstraszyć potencjalnego czytelnika rysowanymi w 5 sekund głowonogami, zaczyna autor Paproszki od serii skeczów dość konkretnych, z ludźmi w rolach głównych. Dopiero koło połowy, kiedy już wiemy, że umie rysować zgodnie z konwencją gatunku, atakuje nas znów okrągłymi bezrękimi ludzikami. Dlatego porównałem Jacka do Izzarda, bo tak samo jak Brytyjczyk, w ładnym stylu zamyka swój szoł, bez roszczenia sobie pretensji do tworzenia prawdziwej fabuły.

Jeśli nie ma fabuły, to czy komiks przynajmniej spełnia powierzoną sobie rolę, czyli bawi? Jak najbardziej. Mamy tu scenkę o studencie w pociągu i okrutnym kontrolerze, historyjkę o zakonniku, który musi opiekować się swoim nie do końca dysponowanym przełożonym i znaną z Southpark zabawę - "Kick the baby". A to tylko pierwsza połowa. Najsłabiej według mnie prezentuje się sam wtręt z głowonogami (po którym komiks znów wznosi się do postawionej wysoko poprzeczki). Humor tu jest mało subtelny, opiera się na mdłych rymowankach typu "...zgodnie z planem! - Jakim panem?" albo na hermetycznych grach słownych głowonogów dotyczących ich samych. Humor taki pasuje bardzo dobrze w komiksie dla dzieci, ale nie tutaj, gdzie są wątki mało dziecięce, a i humor czasem wymaga pewnej erudycji. Zestawienie obydwu rodzajów humoru działa na przestrzeni jednej strony (wydawniczej) - nie trzeba było dawać tego dziecięcego prawie 6 stron (prawie, bo jest oczywiście w tej części kilka momentów pasujących do reszty). Lepiej było te 6 stron z głowonogami wypełnić połączeniem niskiego i wysokiego humoru widocznym w stripie "po napisach".

Mimo czasem makabrycznego humoru (np w świetnej scence z Olgą, która lubi dość niebezpieczne zabawy z nożyczkami), ton komiksu jest lekki i przyjemny. Za nieuzasadnione uważam używanie ciężkich przekleństw, zwłaszcza na pierwszej stronie, bez których spokojnie mogłoby się obyć. Zwłaszcza, że warstwa dialogowa idealnie buduje humor i dobrze płynie - Paproszki mimo dużej ilości tekstu nie są przegadane, wzrok leci po kartce bez przeszkód, głównie dzięki temu, że dialogi bazują na krótkich szczeknięciach, komendach, hasłach, strzępkach myśli, śmiesznie okrojonych, ale zawsze klarownie przekazanych.

Dla kogo są Paproszki? Czytania mało (format zeszytowy, jak już wspomniałem); mimo inteligentnego humoru raczej olśnień życiowych nie dadzą, więc ludzie lubiący tylko te dwie cechy w komiksie mogą sobie odpuścić. Tak samo esteci lubiący tylko stronę plastyczną. Reszcie polecam. Zwłaszcza, że cena równoważna jest tylko pięciu czizburgerom, których i tak nie jecie, bo Makers jest be, więc można spokojnie przeznaczyć te 15 złotych na Paproszki.

A na koniec pochwalę jeszcze to, co się widzi na początku, czyli okładkę, inteligentną i również plastycznie bardzo udaną!

niedziela, 16 marca 2008

Warszawskie Spotkania Komiksowe 2008

Dzień po WSK Anno Domini 2008.

Pamiętam, jak w zeszłym roku poszliśmy z Olą do kina Ochota i jak zupełnie się zawiodłem. Wszyscy tylko szeptali: Kiedy Gaiman przyjdzie? Gaiman będzie! Gaiman już jest niedaleko! Kilka stoisk i tyle. No i ja na trzęsących sie nogach musiałem podejść do Szymona Holcmana i zapytać go o kilka rzeczy związanych z przygotowywanym wtedy jeszcze "Powidokiem". Ola musiała mnie cucić przez pół godziny, nim doszedłem do siebie po takiej ilości stresu. Jeszcze kupiliśmy sobie cudowny komiks We3, z rysunkami jednego z moich ulubionych twórców - Franka Quitelego.

I to by było na tyle.

W tym roku już jestem ziom, wchodzę, ja od timofa, odhaczony na liście, daję grabę tym i owym, pizza, piwo, etc. Jak na to spojrzałem po zakończonej imprezie, to trochę smutno się zrobiło. To nie jest dzień, w którym propaguje się komiks. To jest impreza niczym nie różniąca się od wszystkich innych zamkniętych, środowiskowych imprezek, jakie znam chociażby z Akademii Sztuk Pięknych. Na organizowane co roku na grafice Fuksówkę albo na rzeźbie Rzeźbichę też może przyjść każdy z ulicy (za drobną opłatą oczywiście), ale tak naprawdę to chodzi o to, by sobie wypić i pobalować ze swoimi znajomymi. Chociaż prędzej na Rzeźbichę bym zaprosił znajomych, niż na WSK. Tam za piątkę wiesz, że możesz potańczyć całą noc i przeżyć kilka ciekawych chwil. A tutaj? Jeśli ktoś nie zna się na komiksie, to płaci 10 złotych po to, by posłuchać jak Trust nie narysuje Wiedźmina? By pójść na to samo spotkanie, na które można było pójść za darmo w czwartek z Mahlerem w Bambini di Praga?

Sam lokal jest, uważam, przystosowany do takiej imprezy - może lepsza wentylacja powinna być. Ale czy wszelkie odmiany zjełczałego potu na giełdzie nie są zapowiedzią zbliżającego się lata? Lokal dobry, 3 minuty od metra piechotą, ale w takim miejscu, że nikt, kto wcześniej się tym nie zainteresował, nie przyjdzie. Nie zauważyłem żadnych znaków, plakatów, graffiti na chodniku, co mogłoby zachęcić potencjalnych ciekawskich.

Wieczorem siedzieliśmy sobie w Kawangardzie z "ekipą" i śmialiśmy się z jednym znajomym (nie wymienię imienia, by fanów nie potracił) z tych geeków w grubych okularach i o tuszy niemałej, co to biegają po swoich idolach i trzęsącymi się łapkami wyciągają kupiony za pięniążki mamusi komiks, błagając bezgłośnie o autograf. Przypomniało mi się wtem, jak przed rokiem rozmawiałem z Szymonem Holcmanem - ja, mały, spocony, przerażony dzieciaczek, on - który dzierżył los mój przyszły w swych rękach i mógł w każdej chwili upuścić i rozdeptać.

I smutno mi się zrobiło.

Moja rada na przyszłe WSK. Albo to jest impreza dla komiksiarzy i dajemy im coś na ich poziomie, a nie popłuczyny z Alei i Poltera, tylko w postaci siedzących na scenie, ale mówiących w kółko to samo, albo jest to impreza otwarta i są atrakcje zachęcające ludzi z zewnątrz, i atrakcje dla ludzi z wewnątrz.

Żeby nie było, że wszystko źle, to kilka słów o samych spotkaniach - w małej sali, bo do dużej nie chodziłem.

O Ziniolu było dużo i ciekawie, aż po chwili ludzie nie zaczęli zadawać w kółko tych samych pytań, jak zdarta płyta, mimo, że nowi ludzie nie dochodzili. Pytanie o ilość stron padło chyba 4 razy. Stron będzie około 100, w przypadku pierwszego numeru trochę ponad. 2/3 to będą komiksy. 1/3 publicystyka, teksty naukowe i recenzje. Okładkę zrobił Mateusz Skutnik. Następną zrobi Mahler, a trzecią Maciej Banaś. W pierwszym numerze pisali będą Konwerski, Turek, Szyłak, Gizicki (nie pamiętam kto jeszcze), komiksy będą dłuższe, krótsze, ale też i same rysunki, będą umieszczane. Pod warunkiem, że będzie na najwyższym poziomie, to autorzy przedsięwzięcia, na czele których stoi timof, są otwarci. Cena będzie wynosiła koło 20 złotych, a sam Ziniol w nakładzie 1000 sztuk ma w drugiej połowie kwietnia pojawić się na półkach w Empiku w dziale "Kultura i sztuka" obok takich pism jak Lampa. Ta ostatnia kwestia jest teraz obgadywana przez timofa i ludzi z Empiku - istotne jest, by nie trafiło obok W.I.T.C.H na półce dla dzieci, tylko do właściwego targetu. O, strona internetowa Ziniola ruszy w czerwcu (a może w maju? Nie pamiętam).

Paweł Zych pokazał plansze ze swojego nowego projektu, trzytomowego komiksu historycznego, dziejącego się m. in. w Polsce (tłem pierwszego tomu jest Warszawa) w XVII wieku. Rysunkowo jest pięknie, z dbałością o najmniejsze szczegóły, akcja ma być wartka, krew się leje itd. Ale to, co podziwiam w Zychu, to jego pieczołowita praca naukowa nad tą tematyką. Jeśli ma narysować jakiś kościół, to sprawdza w różnych źródłach zdjęcia, ryciny, opisy. Czasem okazuje się, że jakiś kościół zburzono i odbudowano, ale nie zachowały się pierwotne projekty, więc szuka analogicznych budowli, z których czerpie. Jak sam mówi, chciałby trafić tym komiksem nie tyle do komiksiarzy, co do ludzi interesujących się czasami opisanymi w swoim komiksie. Pan Maciek z Taurusa zdradził też, że przed samym komiksem będzie obszerny tekst wprowadzający w realia. Piotrek Nowacki podpowiedział mi, że tytuł brzmi "Infamis". Każdy z tomów będzie miał około 100 stron i będzie w kolorze. 60 stron pierwszego tomu jest już ukończone, więc poczekajmy jeszcze chwilę, a potem kupujmy, bo to będzie wydarzenie!

Na Łukaszu Ryłce nie byłem. Kto był, niech pisze.

Marek Oleksicki i Przemysław Pawełek opowiadali z kolei o drugim Odmieńcu, który ukaże sie dopiero na jesieni, ale postanowili już teraz nam apetyty zaostrzyć. I udało się. Jedyny pokaz w małej salce, na którym działał projektor (czy rzutnik? Nie znam sie na tych nazwach), więc przez chwilę, nim się komputer nie wyłączył, mogliśmy poadorować przepiękne plansze Oleksickiego, który wypytywany był też przez moderatora o swoje podejście do rysowania, o przeszłe projekty i inne tego typu rzeczy, o które pytają ludzie nie mający pomysłu na to konkretne spotkanie. Przemek za to opowiadał o współpracy z Markiem nad scenariuszem, o demonologii i o różnych motywach pojawiających się w samym Odmieńcu.

Po piwie wróciłem na spotkanie z Przemysławem Chojnackim i Jerzym Szyłakiem. Publiczność nie dopisała (Nie dopisała też przy Zychu, co było bardzo smutne, bo dobrze się przygotował i miał bardzo dużo do powiedzenia). Ale z tą publicznością, która się zjawiła, była bardzo ciekawa dyskusja. O Sercu wilkołaka zostało powiedzianych kilka zdań. Jest to wielowątkowy pulpowy komiks dziejący się współcześnie. Każdy rozdział to inny bohater, inne patologie, inne problemy. Ale to wszystko spaja postać tytułowa. Komiks składam ja, powinien ukazać się na Pyrkonie. Stron 80, czerń i biel i odcienie szarości, limitowany nakład. Ale znów zbaczam - ciekawa dyskusja. Toczyła się na temat komiksu historycznego, na który ma pomysł Przemek Chojnacki. Zdradzał szczegółów nie będę, ale szczerze porozmawialiśmy o tym, czego się wystrzegać przy takich publikacjach, co jest w nich zbędne, a co niezbędne. Jeśli w taki sposób podejdzie sie do całego projektu, jak podeszliśmy wczoraj, to kto wie, co może się z tego zrodzić?

Jacek Świdziński i Michał Rzecznik byli następni do małej sali. Musiałem wyjść na chwilę, więc przegapiłem większość ich rozmowy, w której czynnie uczestniczyła dość licznie zgromadzona publiczność, a sama rozmowa, z tego, co zdążyłem usłyszeć, brzmiała, jakby wycięta była z komiksu Jacka - Paproszek - czyli gry słowne, inteligentne riposty, itd. W ogóle Jacek i Michał okazali się tegorocznymi gwiazdami WSK. Od samego rana siedzieli przy stoliku i niestrudzenie dawali autograf za autografem, a fanów nie ubywało. Paproszki kupiłem, wkrótce zrecenzuję. O tych dwóch pewnie będzie teraz głośno.

Spotkanie ze mną miało sie już nie odbyć, bo wszyscy poszli na spotkanie z panem "Jedyny-pełnometrażowy-komiks-który-ukończyłem-zdewaluował-się- tydzień-po-wydaniu", ale gdy zauważyłem, że wychodzą w trakcie, to ich zwerbowałem, by poopowiadać o nielinearnym podejściu do komiksu i pokazać cytaty poukrywane w Powidoku, ale nim to się udało, to padł komputer. Na szczęście wynikła bardzo ciekawa dyskusja, której prowodyrem był Przemek Pawełek, pytający o rolę medium komiksowego w przekazywaniu treści filozoficznych i o to, czy Epilog w Powidoku w ogóle był potrzebny.

I tyle było mojego udziału w WSK. Poszliśmy z Olą na pizzę Napoletanę do De Grasso. Okazała sie tak ostra, że ledwo ją zjedliśmy. A potem ziomalskie spotkanie w Kawangardzie.

Dopiszę tu tylko, że w czwartek wpadliśmy z Szymonem i timofem na spotkanie z Nicolasem Mahlerem w Bambini di Praga. To samo, co na WSK, tylko bez tłumacza. Czy w rozmowach toczonych po angielsku my wciąż potrzebujemy rozbijających całe spotkanie tłumaczy?

Mahler pokazał kilka swoich animacji i opowiedział o ich powstaniu. W Austrii jest jeszcze gorzej niż w Polsce. Pierwszą serię filmów miał finansowaną przez cośtam austriackiego, resztę już musiał robić na własną rękę. Komiksy musiał wysłać do Paryża, bo w Austrii właściwie nie ma rynku. Dobrze, że tam się spodobało, bo fantastycznie Mahler potrafi kilkoma kreskami i to bez mimiki postaci (nie mają twarzy) oddać całą paletę stanów emocjonalnych i sytuacji międzyludzkich.

Kto nie ma siły na swoją relację, a chce coś dodać do tej, to niech pisze i zrobimy wielowymiarowe sprawozdanie.

wtorek, 11 marca 2008

Daniel odkrywa świat czyli o Joy Division, Smiths i bekonie


Czy to zdjęcie nie jest genialne? To wykorzystany na plakacie kadr z filmu Control, na którym nie byłem, i nie wiem, czy będę (z powodów finansowych). Ale postanowiłem zaryzykować i ściągnąłem sobie dyskografię (całe 3 płyty) Joy Division (ale ryzyko, kraść za darmo!).

Nigdy do mnie nie trafiało puszczane na MTV 2 "Love will tear us apart". Legenda legendą, ale to nie moja bajka. Ale tak samo było ze Smithsami. Zauważyłem, że na MTV 2 wciąż puszczają jakiegoś chudzielca z idiotyczną fryzurą a la New Kids on the Block, z jakąś popową muzyczką w tle. Przełączałem po 10 sekundach najpóźniej. No i pewnego razu po przełączeniu na Vivę trafiłem na Tatu. Ale ale... Z gitarami? Jakaś ta piosenka taka... naiwna i te ich skrzekliwe głosiki, ale ja chcę tego słuchać... Jakież było moje zdziwienie, gdy następnego dnia zobaczyłem tego pana Smitha czy jak mu tam śpiewającego tę samą piosenkę, ale o niebo lepiej. No i ściągnąłem na chybił trafił ileśnaście piosenek panów z Manchesteru (już wiedziałem skąd dzięki kochanej Wikipedii) i tak sobie wlatywały jednym uchem, wylatywały drugim, aż zabrzmiało "That joke isn't funny anymore". I od tamtej chwili żadna ich, a potem Moza solo, piosenka nie wyleciała już drugim uchem!

Pamiętam inną sytuację, gdy miało być na Ale kino "Love is the devil" o jakimś Baconie. Młody wtedy byłem, nic nie wiedziałem, tytuł zaintrygował, a czy to o filozofie, czy malarzu, nie wiedziałem. Nie ma ani jednego obrazu pana Franciszka w całym filmie (nie dostali praw), jedynie przestrzenne parafrazy. A mimo to wiedziałem po seansie, że Bacon stał się jednym z najbliżych mi malarzy. Od razu rzuciłem się do swojego Worldbook Encyklopedia (wtedy jeszcze Wikipedii nie było - tak, tak, były takie czasy!), i tam pod hasłem "Painting" był obraz Papieża Innocentego X, który już w dzieciństwie mnie przerażał, autorstwa mojego nowego mistrza.

A teraz ten plakat filmu Corbijna. I w wieku 24 lat, prawie 28 lat po śmierci Curtisa odkrywam Joy Division. Lubię tak odkrywać świat.

Wracam do słuchania o otrzymanych ciałach tej pięknej prawie że wiosennej nocy w swoim przytulnym, bemowskim mieszkaniu, jedenastego marca 2008.

P.S. Wklejając linki do tego postu zauważyłem, że Anton Corbijn wyreżyserował teledysk, do mojej ulubionej piosenki Herberta Grönemeyera! Tak, lubię tak odkrywać świat!

poniedziałek, 10 marca 2008

Śmierć estetom! O filmach "Persepolis", "Dzieci Arny" i działaniu

Widzieliśmy dziś z panią Oposową "Persepolis". Piękny, czasem zabawny, czasem przerażający; oboje byliśmy źli, gdy się skończyło, gdyż oczekiwaliśmy jeszcze kilka godzin z Satrapi. A ona sobie wyjechała i tyle. Pozwolę sobie na taki lapidarny komentarz i nic więcej, gdyż czytałem tylko pierwszy tom komiksu Iranki, więc nie mam prawa do dłuższych analiz. Kto jeszcze nie był, niech 10 złotych zapłaci w Muranowie w poniedziałek i się zatraci na półtorej godziny.

Dużo pracy mam, więc w ogóle lapidarnie będzie. Ale przypomniał mi się po seansie dokument, który oglądałem na kowalnianym plenerze niedawno. Polski tytuł - Dzieci Arny. Z tego co widzę, pojawia się na różnych przeglądach. Nie wiem, czy da się w Polsce kupić, ale to trzeba zobaczyć. Kręcony był przez 10 lat i opowiada o Żydówce, która założyła wraz z synem w obozie Janin w Palestynie teatr dla dzieci, gdzie mogły całą agresję wyładowywać inaczej, niż chwytając za karabin. Niektórzy jej podopieczni jednak i tak zrobią to po latach. Niektórzy z tragicznym skutkiem. A my, widzowie, żyjemy z nimi, dojrzewamy i podejmujemy decyzje. Porażający film. Doprowadził mnie do płaczu. Chciałem po nim strzelić wszystkim estetom w sali w łeb.

W jednym kościele, w którym niedawno byliśmy w Zakopanem były piękne witraże. Na każdym jakiś aforyzm. Jeden brzmiał: Nie krwi, ale potu potrzebuje Polska.

Nie tylko Polska. Niech esteci i męczennicy podrzynają sobie żyły i wylewają się na świat. Zróbmy im rynny, by nie zalewali nam ulic. I niech sobie gdzieś spłyną. A my działajmy.

Hipokryzja z mojej strony, że w tej chwili zamiast prowadzić warsztaty graffiti dla ubogiej młodzieży wykręcam się brakiem czasu, a siedzę przed komputerem i marnuję kwadrans na te słowa. Postaram sie poprawić. Właściwie od lat moje życie to bój o to, czy warto tworzyć. Czy coś poza próżnością może mnie wytłumaczyć, usprawiedliwić?

Różewicz pisze w "Przygotowaniu do wieczoru autorskiego":

Stary Sartre zrozumiał jeszcze na czas (po zapisaniu stu tysięcy stronic), że to wszystko jest niemożliwe, cisnął w kąt pisanie, złapał garść ulotek i poleciał z chłopakami na ulicę. Ale go podobno wsadzili do kryminału. Sartre nigdy nie budził mojej sympatii - mimo szacunku dla jego ogromnej inteligencji - ale teraz ją pozyskał. Wspaniała - k o ń c ó w k a !
(...)
Jean-Paul Sartre był ubóstwiany przez intelektualistów, literatów i snobów, dopóki był tylko filozofem, dramaturgiem, krytykiem i teoretykiem - z chwilą, kiedy zabrał się do działań praktycznych, prawie wszyscy go potępili (w tej liczbie również nasi, polscy wielbiciele). Tymczasem - moim zdaniem - Jean-Paul Sartre wstąpił w najciekawszy i autentyczny okres życia. Nie boi się "śmieszności" i "naiwności".

niedziela, 9 marca 2008

O dedykacjach

Wczoraj spieprzyłem kolejną okładkę jakiejś anonimowej osobie, która miała dostać "Powidok" w prezencie. Co ciekawe, miałem napisać "For K. K. K." Mam nadzieję, że nie wplątuję się tu w jakąś dziwną historię pełną pościgów, strzelanin i płonących stosów.

Na jakieś 30, 40 egzemplarzy swojego komiksu, na których złożyłem autograf z rysunkiem spieprzyłem z 3, 4. Czyli 1 na 10 osób ma pecha, prosząc mnie o dedykację. Stresująca to sprawa. Mógłbym trzasnąć jakiś obmyślony wcześniej obrazek raz dwa i napisać "Dla X, Daniel Chmielewski", ale uważam takie podejście za marnowanie mojego czasu, marnowanie czasu czytelnika i w ogóle za idiotyzm. Szczyt takiego idiotyzmu zobaczyłem kiedyś podczas skoków, gdy Małysz po wylądowaniu przeszedł się obok fanów, rozdając im karteczki z wcześniej napisanym autografem.

Zbieractwo autografów dla samych autografów to najniższego rodzaju fetyszyzm. Bo nie chodzi o więź autor-czytelnik, tylko o ego jakiegoś nic nie znaczącego człowieczka, który może poszpanować, że miał kontakt z tym, czy owym. Dedykacja to jest nawiązanie kontaktu, to jest kwadrans spędzony na rozmowie. Jeśli czytelnik chce tylko brać, no to może wydać pieniądze na komiks albo bilet na skoki narciarskie i ma swój money's worth. A ja wolę czytelnika, co też daje. Np. zada jakiś temat na rysunek, bym musiał się pogłowić. Albo niech mi da swój autograf. Albo niech skrytykuje.

Nie bójmy się krytykować. Widzę czasem, jak ktoś ostrożnie podchodzi i mówi, że na początku był sceptyczne, ale to i tamto, tralalala. Więc walę z grubej rury, że wiem, iż rysunki są toporne i odstręczają. I od razu takiemu delikwentowi rozwiązuje się język i możemy normalnie porozmawiać. Krytykujmy! Zwłaszcza podczas autografów. Przecież kupiliśmy komiks, książkę, płytę, czyli daliśmy zarobić, autor powinien się przynajmniej z tego cieszyć. Więc przysługuje nam prawo do powiedzenia co sądzimy o tym, na co wybuliliśmy pewnie niemałą forsę. A jeśli pisarz się obrazi, to nie zasługuje na bycie pisarzem i niech idzie ze swoją twórczością na któreś z kółek organizowanych dla seniorów w którymś MDKu.

Śledząc statystyki wejść do Pubu pod Picadorem, widzę, że moje prace filozoficzne nie cieszą się wielkim zainteresowaniem, mówiąc eufemistycznie. Postaram się zatem, by w przyszłości było krócej, zwięźlej i ciekawiej.

Wspomnę może, że od kilku dni "Powidok" jest w sprzedaży w Czułym Barbarzyńcy. Bardzo miła pani Ula załatwiła ze mną formalności w kilka minut. Czego nie można powiedzieć o empikowym molochu, który pożarł ponad setkę egzemplarzy a teraz mówi ustami swoich ekspedientów - Nie mamy w bazie, bo wydawca nie dostarczył. Nie lubię przeklinać po polsku, więc ograniczę się do delikatnego wyszeptania: CHUJE!

Miłego wieczoru życzę i zamykam na dziś.

piątek, 7 marca 2008

Człowiek - maszyna

Dzień dobry, Państwu.
Przesyt bodźców i myśli dał mi się ostatnio mocno we znaki i muszę odetchnąć i uporządkować kilka spraw. Żeby Pub pod Picadorem nie świecił pustkami, podzielę się kolejną pracą napisaną w ramach opracowania lektury filozoficznej na Akademii. Wydaje mi się, że warto się zapoznać z pewnymi myślami tu zawartymi, więc jak macie 20 minut na zbyciu, to zapraszam do lektury.
***
Mały wtręt tu zrobię - od wczoraj w Kawangardzie wiszą prace fotograficzne Alicji, Tomka Głowackiego, Krzysztofa Kasprzaka, Łukasza Dybalskiego i moje. Zapraszam na doznania smakowe i estetyczne.
***
Szkic o książce CZŁOWIEK - MASZYNA La Mettriego

Żyjący w latac
h 1709 - 1751 Julien Offray de La Mettrie był jednym z pierwszym nowożytnych materialistów. Lekarz ze szkoły Boerhave'a, zafascynowany Kartezjuszem, goszczący przez czas pewien na dworze Fryderyka II, z powodu śmiałych poglądów nie tolerowany przez sobie współczesnych i prawie wpędzony w zapomnienie z powodu przytłoczenia jego wkładu filozoficznego przez często zmyślone ekscesy obyczajowe.

Wystarczy się jednak przyjrzeć jego najważniejszemu dziełu - "Człowiek - maszyna", by zauważyć przełomowość jego systemu filozoficznego i graniczące z naukami buddyzmu moralne konsekwencje tegoż systemu.
Oświecenie było epoką zagorzałych walk dwóch obozów, idealistów i dopiero co wyłaniających się materialistów. Tak jak wcześniej idealizm był tym kierunkiem niesfornym, awangardowym, tak teraz materializm wkradł się na scenę i wkrótce zmienił oblicze świata, głównie politycznie (mowa o Rewolucji Francuskiej i późniejszemu zaadaptowaniu materializmu dla swoich potrzeb przez Lenina). Podczas lektury "Człowieka - maszyny" widać co krok twierdzenia, które podkopują fundamenty wszelkich idealistycznych systemów. Dopomógł w tym La Mettriemu fakt, że był lekarzem. Również gruntowna znajomość Montaigne'a niewątpliwie zaważyła na sposobie patrzenia na świat, tak z punktu etycznego, jak i naukowego (zestawianie, porównywanie, wyciąganie wniosków a posteriori).
Tak właśnie postuluje na początku swojego dzieła La Mettrie odkrywać duszę - a posteriori - poprzez narządy ciała. Doświadczenie i obserwacje winny być jedynymi naszymi przewodnikami w dążeniu do prawdy. Wyszydza też od razu myśl o tym, że wartość rozumu (czy duszy) tkwi w samej niematerialności tegoż. Jest to pierwszy z wielu pojawiających się na stronicach książki ataków niwelujących wszelką wyjątkowość człowieka, jako pana świata. Po tym, gdy człowiek w Renesansie wstąpił na piedestał, zostaje wreszcie zepchnięty z powrotem do świata poziomego, gdzie stoi na równi ze zwierzętami, a nawet, jak to w pewnym miejscu zauważy La Mettrie, może nawet i niżej: "Natura umieściła nas tedy poniżej zwierząt, a uczyniła tak po to, by lepiej uwypuklić cuda, których dokonuje wychowanie, ono bowiem jedynie podnosi nas, stawiając w końcu człowieka wyżej od zwierząt."
Dusza zależna jest od ciała - twierdzi francuski lekarz. Widać to chociażby wtedy, gdy człowiek śpi. Dusza śpi wraz z ciałem, nie posiada się wtedy woli. Albo choroba - wystarczy, że ciało jest osłabione, a od razu dusza gaśnie, trudniej cokolwiek zrobić, nawet mimo największych chęci, których wtedy często właśnie nie ma! "Czegoż było potrzeba," pyta retorycznie La Mettrie, "by nieustraszona odwaga Juliusza Kanusa, Seneki, czy Petroniusza zmieniła się w lękliwość albo wręcz tchórzostwo? Stwardnienia śledziony, wątroby lub zatkania żyły wrotnej."
Jak Fryderyk Nietzsche półtora wieku później w "Ecce Homo", La Mettrie wymienia trzy kluczowe elementy wpływające na dobry stan "duszy". Po pierwsze - pokarm. "Nakarmcie ciało, a wzmocni się dusza". Po drugie, pogoda. Opiera się w tym na przykładach, jak to osoby w pełni pogodne lub rozważne w jednej sytuacji, pod wpływem złego odżywiania lub innego klimatu mogą zamienić się w potwory. Podany zostaje jeszcze trzeci kluczowy element - wiek. Gombrowicz napisał w swoim Dzienniku - "Człowiek dorasta do trzydziestego roku życia, potem zaczyna się umieranie." Tak samo jest z duszą (którą wszędzie powinienem właściwie w cudzysłowie ujmować), im człowiek starszy, tym bardziej traci bystrość, tym słabiej działa wyobraźnia. Nawet po fizjonomii to widać - czy w człowieku tkwi geniusz, czy już ten geniusz wygasł. Po twarzy zresztą, jak twierdzi La Mettrie, powołując się na autora "Listów filozoficznych o fizjonomiach", widać czy ktoś jest łotrem, czy człowiekiem dobrym. Rozważania te możemy w postaci alegorycznej zaobserwować w "Portrecie Doriana Graya" Oscara Wilde'a.
W dążeniu do empirycznego wykazania podobieństwa między człowiekiem i zwierzęciem, La Mettrie przedstawia swój dowód anatomiczno porównawczy. Dowód ten składa się z trzech tez. Pierwsza - im dziksze zwierzę, tym mniejszy posiada mózg. Druga - wielkość mózgu proporcjonalna jest do pojętności zwierzęcia. Trzecia teza - im bardziej rozwija się umysł, tym słabszy staje się instynkt. Czynniki te powodują, że różnimy się od zwierząt, ale tylko w takim sensie, że mamy bardziej rozwinięte mózgi, i praktycznie zero instynktu samozachowawczego. Tylko ludzkie dziecko byłoby w stanie utopić się w rzece mleka - pół żartem, pół serio obrazuje to autor "Człowieka - maszyny". Czynniki te dzielą nas więc (ale tylko pozornie) od zwierząt, ale jednocześnie, w sytuacjach patologicznych, wykazują nasze zupełne do nich podobieństwo. "Drobiazg, maleńkie włókienko, coś, czego nie zdoła odkryć najsubtelniejsze nawet badanie anatomiczne, uczyniłoby z Erazma i Fontenelle'a dwóch głupców."
W swoim dowodzie psychogenetycznym, La Mettrie, powołując się na fizjonomiczną i anatomiczną zbieżność człowieka i małpy, proponuje śmiałe twierdzenie, że tak jak szwajcarski lekarz, Jan Konrad Amman, uczył głuchoniemych mówić, tak pewnie dałoby się w odpowiednich warunkach nauczyć mówić tak zwanego "dzikiego człowieka", jak to wtedy określali małpy przyrodnicy.
A propos Ammana, La Mettrie wygłasza swój pogląd na badaczy: "Badacz dokonujący cudów dzięki wysiłkom swego umysłu przewyższa moim zdaniem człowieka, który zawdzięcza swoje odkrycia przypadkowi. Ten, który znalazł sposób, by przyozdobić i udoskonalić najpiękniejszy z tworów przyrody, zasługuje na większe uznanie niż pracowity a bezużyteczny twórca czczych systematów lub sprawca jałowych odkryć", podsumowując, że takie odkrycia jak Ammana, wyrywają nas z jarzma zabobonnej wiary w nieprzezwyciężalność instynktu i wyroków natury.
Początek trzeciego rozdziału obejmuje rozważania na temat komunikacji i jak owa komunikacja międzyludzka mogła powstać. W tym przede wszystkim, upatruje La Mettrie naszą oddzielność od zwierząt. Praludzie, według niego, nie różnili się od małp, wydawali niewyartykułowane dźwięki, a cały świat odbierali dzięki poznaniu intuicyjnemu (jak to określił Leibniz), czyli że odbierali tylko kolory i barwy, ale nie rozróżniali ich, nie wartościowali. Moment przełomowy (choć o żadnych momentach tu przecież nie możemy mówić, bo wszelkie zmiany ewolucyjne dzieją się przez wielkie przestrzenie czasowe) nastąpił w chwili pojawienia się znaków, a co za tym idzie, poznania symbolicznego. Autor stawia hipotezę, że bardziej rozwinięte jednostki, odkrywając coś, co było dla nich inne, nowe, wydawały pewne dźwięki, pewne ruchy, zgodne ze swoimi możliwościami, ale które utożsamione zostały z tym konkretnym odkryciem. Te zestawienia, przedmiotu i znaku, podłapywały mniej pojętne jednostki, aż zaczęły wykształcać się coraz bardziej skomplikowane prajęzyki.
Czy hipoteza ta jest prawdziwa czy nie, La Mettrie nie jest w stanie orzec, nie posiadając wiedzy empirycznej na temat naszych przodków. Ale nie zważając na korzenie powstania poznania symbolicznego, można go określić jako mechanizm zestawiania i porównywania znaków. Dzięki temu można wnioskować, można wartościować. Dywagacje te zainspirowały Marshalla McLuhana w XX wieku do napisania "Mechanicznej panny młodej", w której jednak bada nie tyle człowieka jako maszynę, a maszynę jako człowieka, i jaką rolę technologia odgrywa w naszej komunikacji, albo właśnie poznaniu symbolicznym. Warto może w tym miejscu zaznaczyć, że autor "Człowieka - maszyny" zainspirował się, wybierając tytuł do swojego dzieła, automatami współczesnego mu mechanika, Jakuba de Vaucansona. Roboty te w zamierzeniu twórcy miały kiedyś w przyszłości zastąpić człowieka przy wykonywaniu różnych czynności. Widzimy więc, że to co tak dokładnie McLuhan badał w XX wieku, ma swój zalążek już dwieście lat wcześniej.
Gdy czytelnik już powoli zaczyna zapoznawać się z wykładnią poglądową francuskiego lekarza, La Mettrie ostatecznie zrywa z pojęciem duszy, jako czymś autonomicznym, twierdząc po pierwsze, że dusza i wyobraźnia są synonimiczne, a po drugie, że wyobraźnia jest nierozerwalnie powiązana z ciałem. Ale skupmy się najpierw na przedstawionych przez autora dwóch warunkach dobrej wyobraźni. Pierwszym jest ustrój wewnętrzny. Tak jak bardziej ceni La Mettrie naukowców dochodzących do odkryć nieprzypadkowo, tak z kolei radzi być dumnym z naturalnych swych przymiotów i talentów. To co wyuczone, jest już wpływem kultury, ale to, z czym przychodzimy na świat jest pierwotne i właśnie naturalne. Jednak zastrzega w drugim warunku, że nawet najlepsza wyobraźnia na mało się zda bez gruntownego wykształcenia, pozwalającego wyobraźni okiełznać się, uporządkować. Zwłaszcza, że często brak jej uwagi. Wtedy wyobraźnia "unoszona jest ustawicznie przez falowanie krwi i wir tchnień życiowych, znaczona śladem jednej fali, zmywanym zaraz przez falę następną."
Mówiąc o uporządkowaniu, La Mettrie dalej porządkuje pojęcia, łącząc tak jak uprzednio dusze z wyobraźnią, tak teraz wyobraźnię z inteligencją. "Człowieka o najwyższej wyobraźni należy uważać za najinteligentniejszego (...) ponieważ te słowa są synonimami". Nie hierarchizuje tu jednak, bo są różne dziedziny, w których wyobraźnia może się realizować.
Dużo uwagi autor poświęca zagadnieniu prawa naturalnego, czyli czegoś, czym obdarowała nas natura, a co można by uznać za niechęć do czynienia tego innym, czego sami byśmy nie chcieli od innych doświadczyć. Myśl ta jest parafrazą biblijnego "Czyń innym, co chcesz by inni czynili Tobie", ale w hobbesowskiej konwencji. Ale tam gdzie Kartezjusz przyznawał tylko człowiekowi prawo naturalne, tam La Mettrie doszukuję się też prawa naturalnego u zwierząt - powołując się chociażby na przykład psa, który wie, kiedy pan jest niezadowolony, a kiedy przyczynił się do zadowolenia swojego właściciela. Dość mętnie autor doszukuje się ogólnego prawa świadczącego o tym, że albo zwierzęta i ludzie mają poczucie prawa naturalnego, albo obydwie grupy tego poczucia nie mają i jest to twór fałszywy. Udowadniając jednak bezsprzeczność istnienia prawa naturalnego, dochodzi do wniosku, że i zwierzęta i ludzie wiedzą czym ono jest. A propos, autor uważa, albo każe czytelnikowi tak wierzyć, że Kartezjusz tylko dlatego rozdzielił w swoich rozważaniach człowieka i zwierze na dwie grupy, by „zmusić teologów do przełknięcia trucizny ukrytej w pewnej analogii – uderzającej dla każdego prócz nich.”
Może same wywody w tej części są dość mętne, ale prowadzi to do bardzo ważnej konkluzji. Mianowicie, La Mettrie uważa, że wszelkie patologie, zbrodnicze czyny itd. nie są wynikiem zła, a pewnych czynników, które powinno starać się leczyć. Uważa, że rolę katów powinni zastąpić lekarze, a zamiast straszyć piekłem i torturami, to powinno doprowadzać się takich osobników do poziomu równowagi. Głos sumienia, gdy już odzyskają normalną ludzką świadomość, będzie wystarczającą karą. Myśl ta jest o tyle wzniosła, że jest zalążkiem kierunki, w którym poszła dwudziestowieczna psychiatria.
Prawo naturalne, kończy rozważania na ten temat autor, nie powinno być utożsamiane z żadnym bóstwem, ani kultem. To czy Bóg istnieje jest niemożliwe do sprawdzenia, a i tak w kwestii prawa naturalnego nie ma jakiegokolwiek znaczenia.
Rozdział czwarty „Człowieka – maszyny” poświęcony jest mechanizmowi natury ludzkiej, jak to określił La Mettrie w tytule rozdziału. Autor szuka dowodów na to, że zorganizowana materia jest myśląca, mówiąc po laicku. Przedstawia teorię drgań włókien nerwowych, które wprawiają ciało w ruch, ale które same muszą być ciągle pobudzane. Daje to obraz człowieka jako perpetuum mobile. I chociaż według francuskiego lekarza we włóknach nerwowych wszelkie czynności duchowe mają początek, to sama siła życiowa znajduje się w całej substancji ciała. Pogląd ten przywołuje na myśl rozważania ze starożytnej Grecji. La Mettrie nie potrafi też dać odpowiedzi na to, jak możliwym jest, by była materia zorganizowana i niezorganizowana, ale tutaj nawet nie stara się obmyślać teorii i po prostu nie dotyka tej kwestii.
„Człowiek – maszyna” kończy się ogólnymi rozważaniami nad tym jak mało odróżnialne są embriony ludzkie od zwierzęcych (a może nawet jakiś związek pomiędzy zwierzętami roślinami istnieje – bo przecież na głowie naszej włosy, na drzewie liście i kwiaty). Ważniejsze są jednak postulaty etyczne. La Mettrie poleca zapomnieć o wszelkich rozważaniach dotyczących naszej genezy i naszego przeznaczenia i wyrzec się wszelkiej wiary w pierwiastki nadludzkie. Bo wszelka wiara powoduje zabobony i hierarchizowanie. Gdy z kolei świat będzie ateistyczny, gdy zauważymy jak nieważni jesteśmy i jak podobni, będziemy potrafili szczerze kochać swych bliźnich, a wszelkie patologie będziemy starać się leczyć, a nie zrzucać na karb złych mocy. „Wnioskujmy zatem śmiało” pisze La Mettrie, „że człowiek jest maszyną i że w całym wszechświecie istnieje tylko jedna substancja, występująca w rozmaitych postaciach.” Od czasu napisania tych słów minęły dwa wieki i wciąż jest zbyt wiele zabobonów i zbyt mało miłości dla bliźniego. Ale Julien Offray de La Materie pozostawił po sobie dziedzictwo, które wbrew różnym wcześniejszym wypadkom w historii, może kiedyś, wraz z kolejnymi myślami jego następców, zbliży nas do wymarzonego poziomu cywilizacyjnego.

poniedziałek, 3 marca 2008

Podziękowania + recenzje

Dużo się dzieje, och dużo.

Zacznijmy od końca. Wczoraj odbyło się spotkanie z cyklu "Komiksowa niedziela" w Kawangardzie z "Powidokiem" w roli głównej. W ferworze opowiadania o sprawach filozoficznych zapomniałem o czynniku ludzkim, czyli podziękowaniach. Wiem, jestem bucem, że robię to dopiero teraz i to na blogu. Przepraszam, szczerze.

Dziękuję Łukaszowi i Joannie za Kawangardę - świetne, kameralne miejsce, w którym dzięki wytworzonemu klimatowi i osobom właścicieli czuję się za każdym razem jak w kawiarnianej scenie z filmu, a nie jako człowiek pijący herbatę w kolejnym lokalu w Warszawie. Dziękuję za pomoc, życzliwość i profesjonalizm przy samym wieczorze i wystawie, która się za chwilę odbędzie.

Dziękuję timofowi za szansę zaistnienia i za to co próbuje wskórać na polskiej scenie komiksowej. Komiks swój wysłałem do Kultury Gniewu, gdy chciałem go wydać. tam się nie udało, ale Szymon Holcman (któremu też w tym miejscu dziękuję za to, co zrobił) przekazał "Powidok" timofowi, a resztę już znacie. Różne krążą opinie na temat timofa, ale ja osobiście czuję się dumny, że mogę z nim rozmawiać przy piwie co tydzień i mieć logo jego wydawnictwa na swojej okładce. Dziękuję też Marcie, która trzyma i timofa i jego komiksy w ryzach!

Dziękuję Krzysiowi za wszystkie lata współpracy i za zdjęcia, bez których ten komiks nie byłby tym, czym jest.

Dziękuję Jackowi Świdzińskiemu i Tomkowi Rutkowskiemu za bardzo owocne komentarze i wnioski dotyczących wygłoszonej przeze mnie tyrady. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz wrócimy do poruszonych w niedzielę wątków, bym mógł przemyśleć niektóre luki w mojej edukacji i w samym systemie, który opracowuję.

Dziękuję całej brygadzie moich znajomych, którzy choć fanami komiksu nie są, przybyli mnie wesprzeć - Agnieszce i Bartkowi, Oldze i Przemkowi, Kamili i Konradowi, Justynie, Antkowi, Zbyszkowi, Michałowi, Uli, Alicji, Tomkowi, Marysi i Mateuszowi i małej Zoi. (Jeśli znów kogoś z najbliższych pominąłem, to na pewno zaraz dopiszę, jak przypomni mi się)

Dziękuję przy tej okazji Protazemu, który chociaż w Szwajcarii przygotowuje się do roli lekarza, to przez całą naszą długą znajomość śledzi i uczestniczy w tym, co robię.

Dziękuję Mamie, Tacie i mojemu bratu, Adamowi, że wytrzymują z człowiekiem, z którym bardzo niełatwo żyć na dłuższą metę, za ciągłą dyskusję nad moją pracą i za wsparcie.

I przede wszystkim dziękuję mojej drugiej połowie, Oli, czyli Pani Oposowej. Ona musi znosić najwięcej, a mimo wszystko jest przy mnie zawsze. Chociaż tylko moje nazwisko widnieje na okładce, to "Powidok" jest naszym wspólnym, małym dziełem. Dziękuję, Olu.

***

Podziękowań nie koniec, bo w czwartek (6 marca) w Kawangardzie odbywa się o 19.00

wernisaż "Powidocznej wystawy"

gdzie zebrane w jednym miejscu będą fotografie bliskich mi osób, które mnie inspirują i bez których moje życie byłoby o wiele uboższe. Oczywiście ze względów właściwie wyłącznie logistycznych mogłem tylko zaprezentować prace kilku osób, ale mam nadzieję, że będzie niejedna szansa ukazać twórczość tych wszystkich, których musiałem, wcale nie bez dylematów, pominąć.

Wpadnijcie, zobaczcie, porozmawiajcie, napijcie się przy tym dobrej herbaty.

A zobaczyć będzie można prace Alicji Kobzy, Łukasza Dybalskiego, Tomasza Głowackiego i Krzysztofa Kasprzaka + jeden mój cykl.

Bardzo gorąco zapraszam!

***

Sam komiks powoli zaczyna istnieć w ludzkiej świadomości. Pojawiły się kolejne recenzje, do których linki zamieszczam poniżej:

Recenzja Konrada Hildebranda na blogu motyw drogi.

Recenzja Przemka Pawełka na jego blogu.

Recenzja Dariusza Misiuni w marcowym Aktiviście.

Odnośnie rzeczy w tych recenzjach poruszanych:

Tytuł. Wierszyk uliczny

Wielki kurw nad dachami przeleciał
zostawiając powidok wibrującej czerni

przyszedł mi do głowy w formie nagłego, w pełni już skonstruowanego przebłysku, pewnego dnia z dwa lata temu w tramwaju nr 24 przy przystanku Rondo Starzyńskiego. Kilka miesięcy później podczas nocnej eskapady z grupką moich bliskich hasło to pojawiło się na ścianie niedaleko Zachęty. Tej samej nocy w różnych miejscach pojawiły się 3 inne wierszyki uliczne, z których tylko jeszcze jeden istnieje. 2 z nich trafiły do Powidoku, trzeci był prywatnym wyznaniem, o którym muszą wiedzieć tylko 2 osoby na świecie.

Nie pamiętam już w jakich okolicznościach zdecydowałem wykorzystać drugi wers jako tytuł komiksu, ale wydawał sie właściwy. Dlaczego? Może nie odpowiedź, ale trop znajduje się w notce na tylniej okładce, jak i w samej scenie Anny wywołującej do Cynika. "Powidok" jest mozolnie przemyślaną pracą, chciałem to zrównoważyć jednym z najbardziej swoich spontanicznych tworów.

Oczywiście same te wierszyki uliczne są hołdem dla jednej z warszawskich legend, Saturatora.

Przemek pisze w swojej notce recenzenckiej, że przy Epilogu nie nadążał z tokiem myśli autora. Tego się trochę obawiałem, i ważne jest dla mnie wytykanie takich rzeczy, bym mógł następnym razem w tym całym zagmatwaniu, które jednak uwielbiam, starać się przekazywać wszystko jak najjaśniej.

W recenzji z Aktivista są dwie ważne rzeczy. Pomijając już, że może trochę górnolotnie to brzmi, że prekursor, ale sam fakt uznania tego co robię, zauważenia tego, do czego dążę, jest znakiem, że to właściwa droga. Bałem się, że "Powidok" zostanie odebrany jako bełkot, jako jakiś komiksowy Paolo Coehlo, gdzie sypię jakimiś naiwnymi pseudomądrościami. Choć nad niektórymi momentami ludzie przewracają oczami, to chyba mogę czuć, że się udało.

Druga ważna rzecz to zaznaczenie, że adept z warszawskiej ASP. Choć sam wobec swojej uczelni jestem skrajnie krytyczny, to uważam, że to jest istotne miejsce dla krzewienia kultury. Niestety na razie jeszcze nie komiksowej. Chciałbym móc kiedyś poprzez moją twórczość pokazać komiksiarzom, że Akademia to nie tylko bazgroły na płótnie, a ludziom z Akademii, że komiksem nie powinno się pogardzać, że jest to w pełni uprawnione medium, które można wykorzystać właściwie, albo i nie, tak jak malarstwo, tak jak film, tak jak mowę ludzką.

***

Znów się rozpisałem. Gratuluję wszystkim, którzy przebrnęli. Do przeczytania wkrótce.