BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO

wtorek, 29 kwietnia 2008

Wpis cyniczny

D. i Ł. siedzą w kawiarni, popijając małą czarną i dyskutując.

Wszyscy mówią teraz o Austriaku, który zamknął swoją córkę na 24 lata w piwnicy. I wciąż te same gadki w telewizji - że był taki miły i pomocny, a tu coś takiego. Że ludziom się w palu nie mieści, itd. Z tej okazji przypomniało mi się pewne opowiadanie pana de Sade, które przeczytałem kilka lat temu. Cyniczne to z mojej strony polecać je, ale cała dyskusja o ojcu swoich wnuków była cyniczna i dla zdrowia psychicznego co wrażliwszych gości Pubu pod Picadorem oszczędzę relacjonowania jej. Zainteresowanych zaś odsyłam do strony 35. e-książki, którą udało mi sie znaleźć.

D. i Ł. zapalają po kolejnym papierosie. Przygląda im się i przysłuchuje starszy mężczyzna, siedzący samotnie z piwem.

Wyrzuciłem do kosza wszystkie pomysły na etiudy filmowe, które miałem w tym roku zrealizować. Miałem wczoraj na balkonie olśnienie i postanowiłem pójść dalej ścieżką wytyczoną przez poetyckie łanszoty z narracją z offu.

W scenie jednej z etiud, międlę wpierw swoją twarz, a potem twarz kobiety. Zaglądam do jej ust jak dentysta i pytam: Gdzie jesteś? Głos z offu dodaje: "Zapytać: kim jesteś jest przyznaniem się do bycia idiotą".

Może i mało subtelne. Kim jesteś? Podaj w dziesięciu punktach kim jesteś. Można zapytać Austriaka, Josefa Fritzla, kim jest? Można zapytać kim był John Wayne Gacy? Czy był kochającym mężem, ojcem, lubianym w mieście przedsiębiorcą, który na imprezach dla dzieci przebierał się za clowna, czy był mordercą ponad trzydziestu młodych mężczyzn znalezionych pod jego domem? Był jednym i drugim, nierozerwalnie. Nie ma jednego i drugiego Gacy'ego.

Kawa już ostygła, czy raczej - ostygły ostatnie dwa łyki na dnie filiżanki. Jedna kawa nie starcza na dyskusję tej długości. Nie ma już pieniędzy na kolejną. Ważne, że klarują się pewne myśli, które będzie można wieczorem zapisać.

Ostatnio podaję ludziom na początku rozmowy warunki albo uwarunkowania. Np. Nie mam dziś inicjatywy, Ty musisz się nią wykazać. Albo - Czuję jakby wszyscy byli za szkłem, nie dociera do mnie co mówisz, oglądam Cię jak film. Dzięki temu nie czuję wyrzutów sumienia, że rozmowa się nie klei, nie musimy wymyślać fałszywych wymówek o tym, że się spieszymy, czy wyciągać komórek i udawać, że dostaliśmy ważną wiadomość informującą nas o tym, że mamy być gdzieś indziej.

Wydawałoby się, że przy takim postawieniu sprawy, rozmowa będzie otwarta i szczera. Ale i tak praktycznie zawsze kończy się zignorowaniem uwarunkowań. Mimo mojego powiedzenia na początku, że bez sensu mówić o ocenach w szkole, w pewnym momencie pojawia się ten temat. Dlaczego? Czy ludzie:
a) naprawdę nie traktują poważnie tego, co mówię o bezsensowności niektórych elementów dyskusji?
b) czy tak bardzo potrzebują się podzielić czymś, że mówią wbrew apriorycznemu sprzeciwowi? A może ten sprzeciw im to mówienie ułatwia, bo nie muszą się zastanawiać, czy to interesuje rozmówcę, czy nie, mogą mówić jak do ściany, ale żywej ściany, co daje poczucie komfortu.
c) wychodzą z założenia, że postawione warunki ograniczyłyby rozmowę do wspólnego milczenia, więc lepiej mówić cokolwiek, niż nic?

Dywagacje, z których wykluły się powyższe pytania, schodzą drogą żartów na grząski grunt przygodnych kontaktów seksualnych. Ale czy w tym chodzi o coś więcej niż seks? - pytam. Tak, oczywiście, że tak - odpowiada Ł. Ale na tyle nie przekonująco, że rozkręca się ostatnia część dyskusji, nim zauważam, że już jestem 45 minut spóźniony na spotkanie z timofem w Kawangardzie.

Czy seks z obcą osobą bawi? Czy potrafisz się w tym zatracić? A rano - jak brzmią pierwsze wypowiedziane słowa? Słowa niepewności. Zwłaszcza, jeśli dotychczas znało się tę osobę na tle nieseksualnym. Czy w trakcie znajdujesz się w krainie zupełnego, oderwanego od świadomości szaleństwa? Czy może kalkulujesz, obliczasz? To dotknięcie zadziała tak, a to tak. Czy po, czujesz się zniechęcony i przeczuwasz, że druga osoba to widzi, mimo Twoich zapewnień, że wszystko jest w porządku?

To jest jak bycie w stroju wielkiego kurczaka na placu zabaw, i widzisz, że dzieciaki dobrze się bawią, więc też starasz się wejść w tę bajkę.

Czy myślicie, że druga strona ma inaczej? A może - paralela z problemami napotkanymi w dyskusji - ludzie:
a) bawią się świetnie i nie zauważają naszych rozterek.
b) chcą czuć trochę więcej ciepła i nieoczekiwanych zwrotów akcji, niż podczas masturbacji.
c) czują, że są w stroju, ale starają się uwierzyć, że naprawdę są kurczakiem.

***

Wyjeżdżam dziś na kolejny plener, o którym wspominałem w poprzednim wpisie. Wrócę chyba za cztery dni, ale nie sprawdzałem. Może pięć.

W tym czasie warszawiaków zachęcam do wstąpienia do Siedziby Działu Zbiorów Specjalnych Biblioteki Narodowej (Pałac Rzeczpospolitej, pl. Krasińskich 3/5) na wystawę:

„Norwid – Herbert. Inspiracje Śródziemnomorskie”

Jest to multimedialna wystawa prezentująca rysunki Norwida i Herberta z ich podróży po Europie. Oryginały są bardzo ładnie wyeksponowane w gablotach, do tego pokazywane są na wielkich ekranach, i można sobie zabrać wydrukowane na kolorowym ksero reprodukcję. Same bloki Herberta są też skserowane i zszyte, byśmy mogli je (albo ich namiastki) nie tylko oglądać, ale i dotykać. Jeśli tego Wam mało, to przy wejściu / wyjściu są wielkie pegazy z ekranami, na których możemy znów te rysunki zobaczyć, i do tego są słuchawki, z których, jeśli je założymy, usłyszymy Zapasiewicza czytającego wybrany wiersz.

Godziny otwarcia, skopiowane ze strony o roku Herberta:

Wystawa będzie prezentowana od 26 kwietnia codziennie w godz. 10.00 – 18.00. Po raz ostatni ekspozycja zostanie udostępniona publiczności podczas Nocy Muzeów przygotowanej przez Urząd miasta stołecznego Warszawy z 17 na 18 maja br.

Przeczytajcie też notkę wiszącą przy schodach, porównującą charakter rysunków obydwu poetów. Bardzo ciekawa obserwacja o celu twórczości plastycznej panów H. i N.

Zostawiam Was z jednym z moich ulubionych wierszy Herberta (którego nie ma na wystawie). Kiedy go po raz pierwszy przeczytałem w wieku lat 19, to mną wstrząsnął. Zrobiłem na jego podstawie komiks, z Cynikiem w roli głównej. Właściwie Cynik i jego zawód powstały dla tego wiersza. A że dzisiejszy wpis jest cyniczny, to nie pozostaje mi zakończyć inaczej, niż w takim tonie. (wersy ze względu na blogowy format inaczej przerzucone, niż w innych internetowych wersjach)

Zbigniew Herbert
Piekło
Licząc od góry: komin, anteny, blaszany, pogięty dach. Przez okrągłe okno widać zaplątaną w sznury dziewczynę, którą księżyc zapomniał wciągnąć do siebie i zostawił na pastwę plotkarek i pająków. Niżej kobieta czyta list, chłodzi twarz pudrem i znów czyta. Na pierwszym piętrze młody człowiek chodzi tam i z powrotem i myśli: jak ja wyjdę na ulicę z tymi pogryzionymi wargami i w rozlatujących się butach? W kawiarni na dole pusto, bo to rano.
Tylko jedna para w kącie. Trzymają się za ręce. On mówi: "Będziemy
zawsze razem. Proszę pana czarną i oranżadę." Kelner idzie szybko za
kotarę i tam dopiero wybucha śmiechem.
.
.
.

sobota, 26 kwietnia 2008

Szelak by trafił! O czym mówi McLuhan?!

Zaniedbałem Pub pod Picadorem, zresztą jak wiele innych rzeczy. Śakiś taki okres mam. Trzeba przewegetować, pozwolić rzeczom samym się dziać, doczekać lata i wcisnąć: restart.

***

W łikend majowy wybieramy się grupą z Akademii do miasteczka Brok, z godzinę jazdy od Warszawy. Tam będziemy prowadzić różne działania, tzw. artystyczne, w terenie. Po długiej dyskusji postanowiliśmy z Alicją Kobzą stworzyć system znaków i powiązań pomiędzy różnymi przedmiotami i obiektami, by ludzie mogli przez chwilę zastanowić się nad funkcjami otaczających nas wytworów kultury (szerokopojętej, gdzie wytworami są wszelkie przedmioty stworzone przez ludzi). Siedzieliśmy całą noc, dumając, jakie by tu znaleźć powiązania, żeby to było logiczne, żeby to dało coś ludziom, bez brnięcia w jakieś bembergowanie z Kosmosu Gombrowicza. Następnego dnia trafiłem na bardzo ciekawy ustęp u McLuhana.

Mała dygresja - McLuhana czyta się tragicznie. Jego metoda naukowa polega na wyjściu poza jednostkowy punkt widzenia i hermeneutyczne zestawianie faktów, symbolów i danych w różne kombinacje, by wyłoniły się z tego nowe wnioski. Można to podsumować mottem z pierwszego rozdziału książki "Kultura jest naszym biznesem" -

"Ryby nie wiedzą, że woda istnieje, póki nie zostaną wyrzucone na brzeg."

Zresztą myśl ta nienowa, bo pojawia się już w "Fedonie" Platona - "(...) zupełnie jakby ktoś na środku dna morskiego siedział, a sądziłby, że na powierzchni morza mieszka i poprzez wodę by słońce i inne gwiazdy oglądał, a myślałby, że morze to już niebo..."

McLuhan pisze erudycyjnie i aforystycznie, co powoduje, że musimy przebrnąć przez gąszcz skojarzeń jak zaprezentowane poniżej:

Epigram W. B. Yeatsa jest formą kryptogramu skrywającego tematy z Króla Leara i Don Kichota:

Zamarł ogród
Locke padł omdleniem z nóg,
Z jego boku
Mechaniczną przędzarkę wyjął Bóg.

Omdlenie Locke'a było hipnotycznym transem wywołanym przez wyeksponowanie elementu wizualnego w doświadczeniu trwającym dopóty, dopóki nie wypełni on pola uwagi. Według psychologów hipnoza polega na wypełnianiu pola uwagi tylko przez jeden zmysł. W tym momencie "ogród" umiera. "Ogród" określa współdziałanie wszystkich zmysłów uchwytnej harmonii. Skoncentrowanie się na jednym tylko zmyśle sprawia, że mechaniczna zasada abstrakcji i powtórzeń przybiera jednoznaczną formę. Technika to precyzja - jak powiedział Lyman Bryson."

I tak od Don Kichota przez Yeatsa przeskoczyliśmy do Brysona na podstawie Locke'a. Ale tak bardzo, jak chciałbym krytykować McLuhana, zauważyłem, zwłaszcza na podstawie eseju "media i zmiany kulturowe", w którym opisuje swoją metodę naukową, że sama metoda nie różni sie od mojej, czego dowodem jest kolejna recenzja "Powidoku" w Maglu, gazecie Szkoły Głównej Handlowej. Ta cała pseudointeligencka papka, którą Was zasypuję przypomina mi jedną z moich ulubionych scen z "Annie Hall" Allena.

Ale dygresja dygresją, wracamy do sprawy projektu mojego i Alicji i pewnego ustępu McLuhana, który jest w przeciwieństwie do powyższego bardzo klarowny (może dlatego, że jest cytatem kogoś innego):

W dzisiejszych czasach człowiek wymyślił rozszerzenia właściwie dla wszystkiego, do czego wcześniej służyło mu jedynie własne ciało. Ewolucja broni rozpoczyna się od zębów i pięści, a kończy na bombie atomowej. Odzież i domy są rozszerzeniami biologicznych mechanizmów kontroli temperatury. Zamiast kucać i siedzieć na ziemi, ludzie używają mebli. Przykładami rozszerzeń materialnych są urządzenia elektryczne, okulary, telewizja, telefony i książki, które przenoszą głos w czasie i przestrzeni. Pieniądze są sposobem rozszerzania i magazynowania siły roboczej. Nasze sieci transportu wykonują teraz to, co kiedyś robiliśmy za pomocą nóg i pleców. Właściwie wszystkie rzeczy materialne wytworzone przez człowieka mogą być traktowane jako rozszerzenia tego, co człowiek kiedyś wykonywał ciałem lub jakąś wyspecjalizowaną jego częścią.
Edward T. Hall, The Silent Language, cytowane w Prologu "Galaktyki Gutenberga"

Dla mnie rewelacyjny punkt odniesienia - wspólny mianownik między domem a kurtką - regulacja temperatury. Wszystkie wytwory jako rozszerzenia ciała i jego funkcji. Kto jest gotowy na zapuszczenie się w gąszcz McLuhanowskiej sieci, niech sięgnie po "Wybór tekstów". Ja kupiłem swój egzemplarz w Trafficu za 39 złotych. Są tu jego książki, eseje, wywiady i korepsondencja, czyli, cytując angielski tytuł - "essential McLuhan".

***

O ostatnich wydarzeniach kulturalnych, w których uczestniczyłem napiszę niedługo. Dziś, jak każdy blogujący fan amerykańskiego zespołu Shellac, który przyjeżdża 4. maja do Wrocławia, muszę przed koncertem o nich wspomnieć.

Nie ma jak włączyć sobie "Prayer to God" na cały regulator, albo podręczyć rodzinę i sąsiadów "The End of Radio". Dla nieobeznanych, kończę dzisiejszy wpis teledyskiem jakiegoś fana z cudowną, oldskulową końcówką, bardziej przystępnego niż wyżej wspomniane utworu - Copper.

niedziela, 20 kwietnia 2008

O filmie "Once", użyteczności komiksu i właściwych wyborach kobiet

Z K. w kinie na "Once".

Podchodziłem do tego filmu sceptycznie, żeby nie powiedzieć, że był on nawet powodem kpin z mojej strony. Gdy zastanawialiśmy się ze znajomymi na co można iść do kina, to powoływałem się na autorytet Spielberga, który na wesolutkim plakacie oznajmia, że ten film naładował go inspiracją na cały rok. "To może tez pójdziemy się zainspirować?" proponowałem, z pobłażliwym uśmiechem.

Ale zdałem się na gust K. i zostałem zupełnie zaskoczony! Historia o grajku ulicznym, który poznaje pracującą w Dublinie Czeszkę. Ta, usłyszawszy pewnego wieczoru jego autorską, bardzo osobistą piosenkę, zagaduje, a gdy okazuje się, że poza graniem, ten pomaga ojcu w naprawianiu odkurzaczy, młoda kobieta przyprowadza swój zepsuty model. Gdy okazuje się, że ona sama zna się co nie co na muzykowaniu, zaczyna między nimi rodzić się uczucie. Romantyczne, czyż nie?

Ale nie ma tu miejsca na utarte schematy. A właściwie jest, ale za każdym razem, gdy już jakaś klisza zostaje zaznaczona, to zostaje zdarta. Musicalem ten film nie jest - nie ma fantastycznych elementów - ale jest muzyczny. Wciąż śpiewają, grają, komponują, słuchają. Zresztą w filmie występują muzycy, dla których to były pierwsze (niemalże) kroki w aktorstwie. Folk-rockowe piosenki na początku filmu są surowe, tylko jedna akustyczna gitara i głos (czasem zbędnie dodane z offu skrzypce dla większego efektu emocjonalnego - jedyna pułapka, w jaką dali się zapędzić), ale wraz z rozwojem akcji rozwija się też warstwa muzyczna.

Warto podkreślić, że właściwie "Once" nakręcony jest według luźnych zasad Dogmy. Kamera z ręki (prawie zawsze), obyczajowość bez fabularnych udziwnień, muzyka występująca tylko jako element rzeczywistości (choć ze względu na odpowiednią jakość dźwięku często podkładana).

Czekałem, aż jakąś sceną zepsują całość, aż zapomną o ironicznym podejściu do klisz, ale nie doczekałem się. Za to, gdy wyszliśmy z kina, Warszawa wydała się niesamowicie piękna i choć było pochmurno, nie można było nie zrobić sobie długiego spaceru po jej ulicach.

***

Wczoraj odbył się LIII Bal Arkonii, na który zostałem zaproszony. Poczułem się jak kopciuszek. Chodzący zawsze jak obdartus, najchętniej nie wydający na piwo w pabie więcej niż 4 złote, trafiłem do zaczarowanego miejsca, gdzie wszyscy we frakach i sukniach, mężczyźni na całe gardło śpiewają, panie całą noc tańczą, szwedzkie stoły, mazurki i tańce kotylionowe (które polegają na tym, że kobiety losują np. symbol chemiczny, a mężczyźni nazwę pierwiastka, a potem dobierają się w pary i szaleją po parkiecie). Ja jako osoba nietańcząca wpasowałem się wygodnie w pozycję widza i syciłem swój wzrok ekwilibrystycznymi popisami najlepszych tancerzy. I tak, patrząc na odnoszącego z każdym rokiem coraz większe sukcesy prawnika, bardzo dowcipnego i inteligentnego, jak mogłem ocenić po późniejszej z nim rozmowie, patrząc na jego pełną kontrolę w tańcu - łapał, rzucał, obkręcał - wszystko silnymi, zdecydowanymi i zawsze trafionymi gestami i ruchami - doszedłem do wniosku, którym chciałbym się podzielić z moimi czytelniczkami.

Dziewczyny, nie wiążcie się z mężczyzną, który nie umie tańczyć.

Dywagowałem ze znajomą, czy kontrolę (czy jej brak) w tańcu można przełożyć na inne sfery życia? Zauważmy, że wspomniany prawnik musi mieć te same umiejętności poza parkietem, jak na. I kobieta może już na początku to poczuć, fizycznie i psychicznie.

A z takim podpieraczem ścian? Taki to sobie może mówić wszystko, może nawet udawać, że jest pełen inicjatywy (vide zabiegi, jakie stosowałem podczas depresji, by nikt jej nie zauważył), może nawet przez długi czas utrzymywać pewną pozę. Przez zbyt długi czas. Gdy kobieta, już emocjonalnie związana, zauważy kłamstwo, jaką ją faszerowano dotychczas, jest często już zbyt blisko mężczyzny, by cokolwiek z tym zrobić. Drogie Panie, kopię sobie grób, ale z Waszym dobrem leżącym mi na sercu, powtórzę raz jeszcze:

Nie wiążcie się z mężczyzną, który nie umie tańczyć.

***

Ostatnia wieść na dzisiaj. Na Balu Arkonii odbyła się też aukcja. Na tej aukcji wystawiony został egzemplarz "Powidoku", który wcześniej został kupiony na innej aukcji charytatywnej. Teraz, zaopatrzony już w rozbuchaną i szczegółową laurkę dedykacyjną zbudowaną na motywach arkońskich i mesjanistycznych (Polska jako arka), poszedł za 500 zł. Czyli łącznie zebrał na ośrodek dla dzieci na Wrzecionie 850 złotych. Już został zakupiony z części tych funduszów program do nauki języka angielskiego. Kolejne inwestycje czekają w kolejce.

Bardzo mnie to ucieszyło, bo nagle poczułem się użyteczny. Że dzięki temu komiksowi (czy raczej artefaktowi, w jaki sie zamienił ten konkretny egzemplarz), grupa dzieciaków z biednych rodzin będzie miała okazję rozwijać się. Nie poprzez jakieś urojone obcowanie ze "sztuką", tylko dzięki praktycznym inwestycjom.

Tym optymistycznym akcentem zamykam kolejny tydzień i życzę Wam optymistycznego następnego tygodnia!

środa, 16 kwietnia 2008

Percepcja i interpretacja w literaturze

Po ciekawej dyskusji z Łukaszami D. i Z. odbytej po fantastycznym filmie, Hiroshima mon amour, a dotyczącej w zamierzeniu Łukasza D. odbioru czasu w różnych mediach - kinie, obrazie, książce.

W swoich partiach dialogowych sprowadzałem rozmowę na tor cech autonomicznych poszczególnych mediów, uznawszy, że dopiero po zdefiniowaniu tychże będziemy mogli rzucić się na szersze wody. Wyszła z tych rozważań definicja dotycząca literatury (ale właściwie każdego przekazu pisanego):

Literatura wyróżnia się tym, iż jej percepcja i interpretacja są nierozerwalnie połączone.

Co to znaczy? Jan poszedł do sklepu. W filmie, na obrazie, czy w komiksie, które zakwalifikowałem do mediów ikonicznych, czyli obrazowych, widzimy obiektywny obraz, istniejący w rzeczywistości. Obiektywny nie w sensie obiektywnie nakręcony czy narysowany, ale jako istniejący artefakt. Każdy osoba ten artefakt percypuje tak samo. Czyli każdy może wskazać na tym samym miejscu obrazu Jana i powiedzieć jakiego koloru jest sklep (nie wdaję się już w cechy indywidualne naszych układów percepcyjnych, bo oczywiście każdy inaczej odbierze zieleń - ale znów - to że ktoś powie że to zieleń oliwkowa, a ktoś - że to po prostu zieleń jest sprawą pojęciową, a nie fizjologiczną). Interpretacja kompozycji obrazu, motywów Jana, jego atrakcyjność, są już sprawą indywidualną, ale mamy obiektywny punkt odniesienia, czyli rzeczony artefakt.

Jan poszedł do sklepu.

Tutaj, czyli w powyższym zdaniu, już mamy tylko grupę pojęciową. My nie percypujemy artefaktów, czyli czarnych znaków na białym tle, tylko własne, wywołane przez nie obrazy.

No to tyle. Żadnych dalszych wniosków po tych kilku akapitach pseudointelektualnego bełkotu nie ma. A sama sprawa też jest banalna, więc po co o niej pisać? Bo pomijając cały bełkot uzasadniający, to zamknąłem tę cechę autonomiczną w jednym zdaniu. I mam takie zdanie, jak znaczek, który mogę wlepić do albumu. Dyskutować można godzinami, ale rzadko kiedy coś się z nich wyłania. Ze wspomnianej dyskusji dla mnie zostało to właśnie zdanie.

I po co mi one? Jest poręczne. Nie muszę znów gadać przez dwie godziny, albo samotnie rozważać, tylko mam takie coś. I teraz mogę jak fragment puzzla spróbować przypasować do czegoś innego. Albo mogę pomyśleć nad tym, czy faktycznie to jest cecha właściwa tylko pismu. A gdyby spróbować stworzyć taki obraz, do którego dało by się to zastosować? Już jakiś punkt wyjściowy do działania. Dobre są też takie zdanka w tym, że mogę nagle w jakiejś innej rozmowie, ni stąd, ni zowąd zacząć nim nowy wątek. I zobaczę jak inni się ustosunkują. A może ktoś wyśmieje i udowodni, że jest inaczej.

Łanszot "Kara bunkra" powstał właśnie po tym, jak wraz z kumplami z liceum, którzy są konserwatywni w poglądach, a mnie wyzywają od lewaków i Miłoszów, przegadaliśmy całą noc o karze śmierci. W pewnym momencie, już zmęczony tym, że do nikąd to nie prowadzi, zaimprowizowałem taką sytuację, że byłyby bunkry, w których żyliby skazańcy i przeżyliby tylko, jeśli znalazłby się jakiś obywatel, który ich dokarmi. Pomysł ten gdzieś się zatracił w potoku innych argumentów i rozwiązań, ale potem podsuwałem go innym ludziom. Kiedyś pewien pan na przystanku, który podsłuchał, gdy opowiadałem znajomym o bunkrach, wtrącił się mówiąc, że to idiotyczny pomysł, bo ile by musieli wydać na tyle betonu. I na nic było tłumaczenie, że to taka figura retoryczna, że nie chodzi o rzeczywiste bunkry, tylko o to, czy ludzie przeciwko karze śmierci potrafiliby to czynnie udowodnić, dokarmiając złoczyńców. Czy może jak osiadłby medialny szum, to wszyscy by zapomnieli i dopiero by się ocknęli, gdy któryś z więźniów umrze z głodu.


***

Przerwałem na razie Ulyssesa, bo muszę do końca semestru napisać pracę na temat jakiegoś tekstu McLuhana. Kupiłem więc sobie "Wybór tekstów", w których wstępie zresztą jest o Joycie i o nawiązywaniu przez McLuhana do niego. Spodziewajcie się zatem kolejnego nudnego i żmudnego w czytaniu eseju za półtora miesiąca. A ja się już cieszę na kolejnych gości do Pubu pod Picadorem. Lubię przeglądać hasła kluczowe, które ludzie wpisują do gógla, i przez które tu wpadają. Na razie mam blogowy monopol na neantyzację Sartre'a i "Przygotowanie do wieczoru autorskiego" Różewicza, pod którymi w wyszukiwarce Pub pod Picadorem znajduje się na pierwszych miejscach listy. Jak do tego jeszcze dojdzie McLuhan, to poczuję się jak wytrawny gracz w Monopol.

Ale i tak nie przebije tego. Monopol zupełny. Po prostu cała dzielnica moja. Hm... Przynajmniej tak chciałem napisać, a tu nagle wcisnął się link sponsorowany i reklamy po boku. Szybko działają... No to gra w monopol trwa!

sobota, 12 kwietnia 2008

Words are things - czyli o odpowiedzialności pisarzy i sile słowa

Znów się tak zapuściłem, że spojrzawszy dziś rano w lustro ujrzałem mosznę zamiast twarzy.

Nie wiem jak mogło mi się kiedyś wydawać, że dobrze mi w brodzie.

***

Ostatnie dni spędzone na poważnych rozmowach, w większości zbyt intymnych lub ważkich, by je tu przytaczać.

Dużo czasu poświęcone było literaturze, czy właściwie twórczości angażującej w ogóle. Uważam, że najgorsze, co można robić w filmie, literaturze czy komiksie, to zawiązywać akcję na końcu, by zatrzymała się po jakimś ważkim wyborze, po którym najczęściej czeka wielka nagroda. Superbohater ratuje miasto, obejmuje uratowaną od wrogów kobietę i... koniec. Alkoholik wychodzi z detoksu, rodzina przyjmuje go uroczyście, wszyscy klaszczą i się śmieją i... koniec.

Rozumiem, że potrzebujemy tych bajek, bo większość z nas traktuje obcowanie z kulturą eskapistycznie. Wychodzimy z naszego życia, odpoczywamy, i wchodzimy w nie z powrotem. Pisałem swego czasu w eseju o Sartrze:

Sartre przechodzi do omawiania aktorstwa, na przykładzie Hamleta. Aktor grający księcia wykorzystuje swoją wiedzę, doświadczenie i ciało, by odrzeczywistnić się, a nie by urzeczywistnić Hamleta. Ale skoro człowiek jest projektem, a nie czymś stałym, czy jest z czego się odrzeczywistniać? Sartre zastanawia się nad sporem, czy aktor powinien wejść w postać, czy mieć do niej dystans. Niezależnie co zrobi, odbiorcy będą widzieć postać. Nie Hamleta. Ale też nie aktora. Będą widzieć postać aktora jako Hamleta. A sam aktor? Nie może być sobą i jednocześnie Hamletem, staje się amalgamatem, staje się, wciąż się staje. Po sztuce zejdzie ze sceny, ale nie będzie już mógł wrócić do swej czystej postaci, to znaczy do postaci z przed przedstawienia. Każda akcja na świecie "kontaminuje nas", i dalej się stajemy - nie ma miejsca stałego, od którego mogą być odchyły.

Nawet gdy nie angażujemy się w kulturę, tylko traktujemy ją bezrefleksyjnie, jako formę ucieczki, to i tak ona karmi nas pewnymi obrazami świata. I im bardziej fałszywy obraz daje, tym większy robi się dysonans poznawczy, gdy coś nie gra w życiu, więc by uciec przed tym ogłupiamy sie słodkimi filmami i zabawowymi komiksami, by podświadomie powiększać wyrwę między oczekiwaniami a rezultatami.

Nie chodzi mi o to, że każdy komiks czy książka powinny mieć otwarte zakończenie, czy że nie powinno być happy endów. Ale pisarz musi brać odpowiedzialność za ludzi, którzy czytają, to co napisał. Lepiej zrobi, jeśli napisze o rozstaniu dwudziestolatków i spróbuje przekonać, że całe życie przed nimi, a że to, co się dzisiaj wydaje największą tragedią życiową, jest tylko pewną emocjonalną burzą, która minie. Lepiej tak, niż gdyby miał pokazywać tragedię tych dzieciaków i wmawiać nam, żebyśmy czuli to co oni, że jeśli my sie kiedyś rozstaliśmy, to był błąd, to była tragedia! Powinniśmy czuć żal i skruchę! Granie na emocjach. To mam za złe Burnsowi w "Black Hole", a czego wystrzegł się Thompson w "Blankets". Niby to drugie to taka optymistyczna obyczajówka z happy endem, ale to są pozory. Bo przez cały komiks ukazany jest równoległy wątek, ukazujący świat oczami dorosłych. Zestawienie tych płaszczyzn ukazuje dalsze życiowe konsekwencje pewnych wyborów. W Black Hole świat jest jak w Fistaszkach z Charlie Brownem - tylko z perspektywy dzieciaków. Szymon Holcman przekonuje mnie o podskórnej dawce ironii w tym wszystkim. Może jak będę w jego wieku, to ją dostrzegę.

***

Byłem przedwczoraj na wystawie Mary Kelly w Centrum Sztuki Współczesnej. Tytuł brzmi "Words are things" i jest zbiorem fragmentów prozy, sentencji, reportażowych strzępków, tylko że nie na papierze, a w przestrzeni. Niektóre teksty są wydrukowane na pleksi i powieszone wraz z grafikami przedmiotów, inne trawione kwasem w polerowanej blasze i wyglądające jak godła, inne jeszcze to zdjęcia na lightboxach, albo są wyryte w ściankach całego domku z plexi, do którego można wejść.

Nikomu z moich znajomych się wystawa nie podobała. We mnie wzbudziła duże emocje. Choć jest mocno feminizująca i niby monotematyczna, to autorka podchodzi z dużym dystansem do wszelkich stereotypów i obiegowych opinii. Pięknie opisuje reakcje mężczyzny, gdy towarzyszy swojej żonie przy porodzie, dotykając wszystkich jego lęków i wątpliwości, ale też radości i dumy. Ciekawe są konwersacje kobiet w średnim wieku, opisane w prozatorskiej formie. Dzięki dyskusyjnej polifonii nie mamy postawionej jakiejś tezy, ale różne opinie. Wnikliwe to i dla mnie, faceta, bardzo pouczające. Przeraziły mnie krótkie zdania o matkach podczas wojny. Zdania te są wypisane na jakichś szmatkach, potem sfotografowane, a potem podświetlone od tyłu. Idzie się ciemną sala i czyta ciągnące się przez całą ścianę teksty typu:

Patrzyła jak żołnierze na polu ryżowym bili jej córkę kolbami karabinów, aż ją zabili. Nie mogła tego znieść. Bolały ją oczy i miała migreny. By odciąć się od tego bólu, dłubała sobie nożem u nasady nosa. Gdy ból minął, była już ślepa.

Nie potrzebne są obrazy i zdjęcia, by przekazać esencję tych sytuacji. Zresztą przytoczę fragment mejla do mojej dobrej znajomej, Zuzanny K., z którą ostatnio analizowaliśmy Blankets w kontekście innych komiksów:


U Spiegelmana warstwa obrazowa schodzi do drugiego planu. Chociaż symbolizm twarzy, masek, przełamywanie czwartej ściany (w symbolicznej scenie z dziennikarzami i oddoraślającym autorem), włączanie map i szkiców, jak i wcześniejszego komiksu nie mogłyby być w takiej symbiozie z tekstem pokazane w książce. Jednakże na emocje działa przekaz. Ani sam obraz ani sam tekst, ale to, co jest wychwytywane w wyniku analizy jednego i drugiego w czasie jednoczesnego oglądania i czytania. Na tej zasadzie działa też mój "Powidok".
My nie musimy mieć pokazane, żeby widzieć. Trzeba umieć zasugerować. Nawet najlepszy obraz nie przekaże nam tyle, ile wytworzone przez nas obrazy na podstawie jakiegoś emocjonalnie nacechowanego przekazu, w przypadku wystawy z CSW - słownego. Czy ktoś, kto czytał "Pożegnanie z Marią" nie był wstrząśnięty obrazem wywołanym przez ostatnie zdanie w opowiadaniu tytułowym?
Wracając do Mary Kelly. Atmosfera wystawy i siła tych tekstów są wartymi powodami, by tam pójść. Z drugiej strony, trzeba znać dobrze angielski (bo nie ma tłumaczeń) i trzeba być nastawionym na czytanie, a nie oglądanie. Pewnie dlatego, że obrazeczki na ścianach uważam za coś gorszego niż słowo pisane, byłem pozytywnie zaskoczony. Pewnie dlatego, że innym nie chciało się czytać, nie podobało im się.
Tak czy siak, ja polecam. Wystawa czynna do czerwca, czwartki wolne.
Do przeczytania.
Daniel

wtorek, 8 kwietnia 2008

Ceci n'est pas noir et blanc

pasta do zębów na swetrze
after Magritte


Są dobre i złe wybory
Fałsz. Są wybory

Są dwie natury człowieka
Fałsz i banał

Jeśli chcemy żyć w fałszu
przynajmniej oszczędźmy ludziom banału

ceci n'est pas
bleu et blanc

poniedziałek, 7 kwietnia 2008

Serce wilkołaka - pierwsze wieści

Ostatnio podczas rozmowy A. powiedziała, że najłatwiej dziewczyny podrywają w metrze na Dostojewskiego. Przy tym nie trzeba czytać, wystarczy trzymać sobie np. na kolanach.

Okazuje się, że jest w tym system. Na Gombrowicza "wyrywałem" zawsze podchmielonych panów w średnim wieku, którzy widząc okładkę starali nawiązać rozmowę o tym, że "mądry facet, ten Gombrowicz"; ewentualnie trafiałem na trzeźwych robotników, którzy dosiadali się do mnie na ławce, by poopowiadać o swojej córce i pracy.

Słuchajcie zatem uważnie, młodzi adepci podrywu na tak zwaną knigę! Ostatnio wracam sobie nocnym z Gocławia i poczytuję pożyczoną mi przez timofa lekturę "Comic, Comix & Graphic novels" a history of comic art", gdy jakiś chłopak w moim wieku, siedząc po drugiej stronie alejki pyta, czy to są ryciny japońskie (byłem na rozdziale o początkach komiksu, gdzie faktycznie były ryciny, ale europejskie). Mówię, że nie, że to o komiksie, a on, och, komiks, sentymenty, czy ja zbieram, czy robię, a ja, że robię, to on sobie tytuł wpisał do komórki. Udało mi się tylko wyciągnąć od niego, że studiuje na afrykanistyce, bo musiał po dwóch przystankach wysiadać.

Tak więc, ladies and gentlemen, jeśli afrykanistyka to Wasz cup of tea, to zakupcie sobie wspomniane tomiszcze i niech się dzieje wola nieba!

***

Dzień później zostałem zaproszony na spotkanie charytatywne, imprezę właściwie, wspierające ośrodek dla dzieci na Wrzecionie. Młodzi mieszkańcy osiedla mogą tam sobie przychodzić w określonych godzinach albo na jakieś zajęcia, albo po prostu spędzić miło czas, zamiast wałęsać się li i tylko po osiedlu. Zresztą kiedyś ze znajomym prowadziliśmy tam jedne zajęcia z graffiti i uważam, że ten ośrodek to inicjatywa godna wsparcia.

Wracając do imprezy. O północy wystawiono egzemplarz Powidoku na licytację i zgarnął (tak naprawdę dzięki świetnemu wodzirejowi - dzięki Ci, Piotrze!) na rzecz ośrodku 350 złotych! Co prawda został zakupiony dzięki funduszom korporacji akademickiej Arkonia, ale na zbliżajacym sie balu charytatywnym Arkonii ten egzemplarz, już z ładną laurką, pójdzie dalej w obieg, wspierać dzieci. Czuję się jak Bono.

A co to jest ta Arkonia? Misję mają tak sformułowaną:

Koło Arkonii ma za zadanie wykształcenie i dostarczenie Krajowi ludzi dobrze myślących, połączonych ze sobą solidarnie, dążących do polepszenia położenia Kraju pracą i postępowaniem opartym na pewnych przyjętych zasadach, a mianowicie: przez rozwijanie i popieranie czynnie samodzielnej pracy narodowej nad podniesieniem bytu moralnego i materialnego Kraju, wolnej od niechęci i uprzedzeń do jakichkolwiek warstw w społeczeństwie naszym i ze szczególnym uwzględnieniem potrzeb mniej oświeconych warstw narodu.

Pamiętacie tych wszystkich filomatów i filaretów ze szkoły? To takie organizacje wciąż istnieją i skupiają w swoich szeregach naprawdę świetnych, pracowitych i ambitnych ludzi. Zajrzyjcie sobie na ich stronę, a nuż widelec poczujecie w sobie powołanie?

***

A na deser serwuję Wam przed Gildią, Aleją i Wrakiem, nawet przed Maciejem Pałką, prosto z piekarnika gorący komiksowy niuz.

Dziś do drukarni leci składany przeze mnie komiks Przemysława Chojnackiego i Jerzego Szyłaka:

Serce wilkołaka.

Miał być na WSK, ale nie popisałem się i wszystko ugrzęzło w development hell, aż do dziś!

Jerzy Szyłak napisał scenariusz, który potem Chojnacki rozbudował do wielowątkowej opowieści. Wchodzimy w świat pełnego relatywizmu moralnego, gdzie każdy ze swoimi demonami walczy, walczył, albo dopiero stoczy najcięższą bitwę. Jestem fanem Russa Meyersa, i George'a Romero, którzy tworzą bystre i zaskakujące pulpowe dziełka. "Serce wilkołaka" też takowym jest. Złapiemy się czasem za głowę myśląc - Tu już przegięli - ale mi bardzo przypasowało. Rysunki Chojnackiego w tej konwencji sprawdzają się idealnie, choć na pierwszy rzut oka wydają się zbyt storibordowe.

Nie oczekujcie ode mnie pełnej, a na pewno obiektywnej recenzji tej pozycji, bo się zbytnio z nią emocjonalnie związałem.

Możecie za to dostać przedsmak w postaci okładki, którą zrobiłem wraz z Krzysztofem Kasprzakiem, odpowiedzialnym za zdjęcia w "Powidoku".

Smacznego.

środa, 2 kwietnia 2008

O intertekstualności

Ogłoszenie

Ostatnia szansa obejrzeć powidoczną wystawę fotografii p.t. "Portrety" albo "Powidok" (różne źródła róźnie podają)" Kawangardzie. W piątek popołudniu zdejmujemy.

Od razu też zaproszę na następną komiksową niedzielę. A teraz, dzisiejszy wpis czas zacząć...

Koniec ogłoszenia

***
Ful wiuł pliz

Nie wiem, czy Kasia Nosowska zainspirowała się tym wierszem, pisząc jedną z moich ulubionych piosenek Hey - Z rejestru strasznych snów, której tekst w prawdziwym emo stylu niegdyś wypisałem na szafie obok takich haseł jak "God is empty just like me" albo "Fuck fuck fuck fuck..." Podejrzewam, że kiedyś przeczytała ten wiersz, zapomniała o nim i po kilku miesiącach nagle przyszło jej do głowy napisać takie właśnie wersy o tym, że już nic nie cieszy i że miesiące mijają. Brakuje mi w komiksach intertekstualności. Subtelnej, inteligentnej intertekstualności.

Można jak Frank Quitely w "Ziemii 2" walnąć parafrazę potężnego obrazu (tak rozmiarowo jak i wrażeniowo) Géricault - "Tratwa Meduzy". Zresztą bardzo mi się to spodobało, ale tak naprawdę jest to zabieg estetyczny. Treściowo jest to niespecjalnie połączone z obrazem, w którym ludzie, by przeżyć na otwartym morzu, musieli oddać sie kanibalizmowi, co na małej tratwie musiało być przerażającym przeżyciem. Parafraza Quitelego nie wstawia oryginału w nowy kontekst.

Takie estetyczne parafrazy też powrzucałem do "Powidoku". Łanszot "Der Himmel über Warschau", nawiązujący do przynajmniej pięciu filmów i jednego wiersza (niektórzy dostrzegają więcej), nawiązuje tylko w warstwie estetycznej. Przeczytało się, zrozumiało, teraz można odetchnąć i sie chwilkę zabawić. Bez tych nawiązań komiks by nie stracił, a też nie wprowadza starych treści w nowy kontekst. Chyba, że wchodzi w dialog z wierszem Herberta o aniołach pijących kawę i palących papierosy. Niestety czytałem go z 5 lat temu, nie pamiętam tytułu, więc nie mogę znaleźć wiersza i go skonfrontować z komiksem (jeśli ktoś może pomóc, byłbym wdzięczny.). Pewnie na takiej zasadzie Nosowska napisała wspomnianą wyżej piosenkę.

Wracając do intertekstualności - wolę taki rodzaj, jaki wykorzystałem w łanszocie "Popołudnie na plaży", gdzie na pierwszym planie jest dość banalna sytuacyjka, niespecjalnie śmieszna, jeśli w ogóle. Ale dopiero, gdy zauważy się, że na brzegu plaży dwie postacie budują wieżę Babel wg Bruegla, że podczas zamieszania, ktoś biegnąc, niszczy tę wieżę, pewnie nawet nie zauważając swego czynu, można spojrzeć na ten komiks w jego pełni. Mamy tu wieżę Babel w kontekście a) dorosły i wewnętrzne dziecko, b) obcych sobie ludzi, którzy nieodpowiedzialnie dążąc do swoich celów płacą najwyższą cenę i c) akt niszczenia wieży Babel w wyniku nieuwagi. Zresztą, bojąc się, że znak ten przejdzie zupełnie niezauważony, trochę nachalnie do niego wróciłem pod koniec Epilogu, dodając relacje Anny z mężem i światem jako kontekst d).

Jest też intertekstualność trzecia. Nie będę się silił na nazwy, bo to pewnie jest już udokumentowane i obnazwione przez różnych filozofów i językoznawców. Trzecia polega na powinowactwie emocjonalnym, w przeciwieństwie do powyższej polegającej na powinowactwie racjonalnym. Taki rodzaj zastosowałem w łanszocie "Deszcz I (Impresja)". Zaczynam tekst od słowa "więc", czyli jest to scena wyrwana z kontekstu, małe "tu i teraz", sam tytuł odwołuje się do obrazu Moneta - "Impresja, wschód słońca", który to poprzez pewnego krytyka dał nazwę całemu kierunkowi w malarstwie, czyli impresjonizmowi. A żeby nie było wątpliwości (jak w przypadku piosenki Noswowskiej), na bilbordzie na drugim kadrze widać centralny element obrazu Moneta. Nic dodatkowego tu nie mówię, jak w przypadku wieży Babel, ale też nie jest to zabieg estetyczny, bo każda warstwa komiksu współgra z tonem nadanym poprzez obraz Francuza. Albo przynajmniej chciałbym, by współgrał. A czy się udaje mogą najlepiej poświadczyć ci, którzy nie znali tego obrazu przed komiksem.

Claude Monet: "Impresja, wschód słońca"

Poczytuję sobie ostatnio kupione dopiero na WSK "Morfołaki" Skrodzkiego i Skutnika i to jest komiks pięknie intertekstualny, tak w warstwie wizualnej, jak i tekstowej. Nawiązuje, cytuje, parafrazuje i neguje. Jak skończę, pewnie zrecenzuję.

Zmienię pod koniec wpisu temat, ale nawiązując do umieszczonego na górze fotostory. Jest to fotostory autobiograficzne. Jednakowoż jest przekłamane. Ten konkretny rozdział "Przygotowania..." czytałem w tramwaju. Ale najważniejsze jest, by umieć syntetyzować, czy to w obrazie, czy w filmie dokumentalnym poprzez odpowiedni montaż. Nie łudźmy się, że jakiś dokument albo jakaś książka jest czysta. Zresztą, ta myśl jest banalna i chyba nikt się nie łudzi. Ale istotniejsze, a co nie takie oczywiste. Nawet gdybym napisał 10 komiksów czysto-autobiograficznych, nie szczędząc szczegółów (ale dbając o dobrą i ciekawą konstrukcję), to czytelnik i tak nie poznaje mnie. Ja w tym wszystkim jestem zupełnie nieistotny. I dlatego tak sobie pitu pitolę wciąż o sobie na tym blogu i w komiksach, bo właśnie jestem nieistotny jako człowiek. Jestem tworzoną (z pewną dozą kontroli) przez siebie i (poza moją kontrolą) przez czytelników postacią. Gdybyśmy potrafili to zrozumieć, to nie mielibyśmy sporów o to, które słowa w Biblii napisał kto, które są apokryfami napisanymi w V w n.e., a które są zesłane natchnieniem boskim. Nie zaśmiecalibyśmy forów dywagacjami o tym, czy ten komiks jest w pełni, a czy ten semi-biograficzny.

Ale i tak będziemy to robić, bo człowiek potrzebuje kropki nad i. Ten obraz musi coś znaczyć, a pisarz chciał przez to powiedzieć. Pisarz zazwyczaj jest za głupi, by powiedzieć coś, czego nie ma w samych słowach, a obraz nie jest malowany pojęciami.

Jestem ciekaw jak wypadnie praca magisterska Tomasza Pstrągowskiego, który przygląda sie zjawisku autobiografizmu w polskim komiksie. Gorąco mu przy tym kibicuję.

***

Z innej beczki. Po pewnym wypadku życiowym, który u mnie ostatnio nastąpił, muszę odpocząć od "Zapętlenia", czyli mojego kolejnego eseju komiksowego; nabrać do pewnych rzeczy dystansu. Jednocześnie chcę jeszcze w tym roku kalendarzowym zrealizować szorta wg scenariusza timofa i dwa komiksy napisane około dwóch lat temu. Pisałem je z myślą o konkretnych rysownikach, ale nikt nie chciał się ze znajomych za to wziąć. A teraz jednak sam chcę to zrealizować. Chyba ołówkiem, może też z kolorem. Zobaczymy. Jacek Gdaniec na Gildii właśnie umieścił przygotowaną przeze mnie notkę biograficzną, to tam jest kilka słów o tych dwóch komiksach.

Pojawiła się też na Gildii zremasterowana wersja recenzji "Paproszków", bo gdy poproszono mnie o zgodę na umieszczenie mojej blogowej recenzji, to się złapałem za głowę. Człowiek poświęca o 2/3 za mało czasu na myślenie o pisanym na blogu tekście.

No cóż.