BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO

wtorek, 20 maja 2008

Dialog z McLuhanem i dwiema generacjami żyjącymi na styku wody i piasku

Właśnie przed chwilą wziąłem do ręki, polecony mi przez K., "Zestaw do śmierci" Susan Sontag. Mama spojrzała litościwie i powiedziała - Może byś poczytał albo obejrzał coś pozytywnego wreszcie, jakąś bajkę może?
- No właśnie dzisiaj będę oglądał bajkę - odpowiadam, oburzony - Pamiętnik Żywych Trupów.

***

Niektórych ludzi podnieca ciało przynajmniej częściowo zasłonięte, skrywające tajemnicę. Czy preferujący ciało nagie, którzy muszę zedrzeć każdą część bielizny, nim mogą odczuć pełny zachwyt, posiadają mniejszą wyobraźnię? Są mniej wyrobieni estetycznie? Potrzebują kawę na ławę?

A może jest inaczej? Może ubrania są dla nich zbędnym szumem, bo już samo ciało kryje nieskończoną ilość tajemnic?

Ruch łopatek widziany z bliska jest przesuwaniem się kontynentów, podniesienie ręki pociąga za sobą niezliczone konsekwencje - napręża skórę, podciąga pierś, odsłania pachę...

Drugi rodzaj człowieka jest bardziej wnikliwy, jest empirykiem i pragmatykiem, a nie romantycznym marzycielem.

W tym przybliżaniu się do ciała ludzkiego można zaobserwować stopniowanie. Jest więc i trzeci typ człowieka - najbardziej wnikliwy.

Jemu nie wystarcza powierzchnia ciała - on musi wedrzeć się wzrokiem do wnętrza.

***

Napisałem esej. Nie wiem nawet na jaki przedmiot, bo nie chodziłem na wykłady. Trzeba było coś o teorii mediów na bazie jakiejś listy tekstów wymyślić. Przeczytałem więc prawie cały "Wybór tekstów" McLuhana, i nie wiedząc jak można by streścić chociażby jedną z jego kluczowych koncepcji na pięciu stronach, napisałem o czymś zupełnie innym, a mianowicie o tym, co generacja znająca świat przed internetem może zrobić, by się w nim odnaleźć, i by nie stracić więzi z najmłodszymi.

Bądź co bądź, w tekście odnoszę się do McLuhana kilkakrotnie. Wszelkie niejasności niewtajemniczeni mogą sobie rozjaśnić w Wikipedii lub w bardzo ciekawym wpisie blogowym Jasona Lutes'a. Goście Pubu pod Picadorem będą mogli odnaleźć w tej pracy fragmenty wcześniejszych wpisów, lub elementy nawiązujące do nich (ustęp o przystankach autobusowych, a akcja Alicji z Broku). Ci, którzy byli na spotkaniu ze mną na tegorocznym WSK pewnie odczują deja vu, czytając o nielinearnym podejściu w Szanownym. Ale fragmenty te zostały poddane recyclingowi (o tym mówiłem na spotkaniu autorskim w Kawangardzie) i wprawione w nowy kontekst.

Z samego tytułu jestem bardzo zadowolony, właściwie wystarczy tylko on. Zauważyłem już po oddaniu pracy, że Ulysses zaczyna się od spaceru po plaży, podczas którego pisarz, Stephan Dedalus, tworzy w natchnieniu szkic powieści, po czym dłubie sobie w nosie i wyciera babola o skałę. Spacerem po plaży zaczyna się też From Hell Moore'a. A sam piasek i woda i ich konsystencja są w tym kontekście bardzo ciekawą metaforą, do której pewnie nie raz wrócę.

A zatem, zapraszam na...

Spacer po plaży
czyli
dialog z McLuhanem i dwiema generacjami
żyjącemu na styku wody i piasku

Początek dwudziestego pierwszego wieku jest ciekawym czasem. Chińskie przekleństwo brzmi: Obyś żył w ciekawych czasach. Chcąc nie chcąc, musimy zaakceptować to, że jesteśmy tu i teraz. Co jest takiego interesującego akurat w tym punkcie historii? Marshall McLuhan przez całą drugą połowę swojego życia tłumaczył jak media elektryczne retrybalizują zachodnią cywilizację, jak po kilkuwiekowym panowaniu druku i zmysłu wzroku, wracamy do struktur plemiennych i trybu oralno-słuchowego. Udowadniał, bazując na wprowadzaniu nowych mediów do afrykańskich plemion, że wystarczy jedna zmiana generacyjna, by zmienił się sposób odbioru świata i przez to przeorganizowała cała struktura społeczna. Za jego życia pojawiło się kino dźwiękowe, radio, telewizja i powoli zaczęły wkraczać komputery.
Moja generacja, ludzi urodzonych w latach 80. jest ostatnią, która pamięta świat bez internetu. Jako dziecko, chcąc dowiedzieć się czegoś, musiałem zdejmować opasły tom encyklopedii z półki i wertować kartki. Była to za każdym razem fantastyczna przygoda, bo zanim dotarło się do szukanego hasła, zatrzymywało się przy kilkunastu innych i w ten sposób poszerzało wiedzę ogólną. Dzisiaj, jeśli siedzę przy biurku, to odnalezienie informacji o jakimś haśle trwa tyle, ile załadowanie strony i wpisanie danego hasła do wyszukiwarki. I tak trafiam na ciągle uaktualniane artykuły Wikipedii. Odwrotnie, niż w przypadku książki, nie trafiam na inne artykuły wcześniej, wertując, lecz w trakcie czytania artykułu oryginalnie poszukiwanego, gdyż w samym tekście są odnośniki do innych haseł. Czytanie każdego artykułu kończy się dziesięcioma otwartymi oknami, które pożerają godzinę z życia.
Z drugiej strony, płynność tych informacji powoduje luźniejszy do nich stosunek. Tekst w książce był ostateczny. Z demokratycznie uzupełnianą Wikipedią jest zupełnie inaczej. Amerykański komik, Stephen Colbert, korzystając ze swojej dużej popularności, zaproponował swoim widzom, by zmienili świat na lepsze. Zauważył, że w Wikipedii grożą wyginięciem wszystkich słoni w niedalekiej przyszłości. A gdyby tak wystarczająco dużo ludzi podało, że jednak słonie się rozmnażają i mają się dobrze? Oczywiście administratorzy Wikipedii dość szybko zablokowali możliwość zmieniania artykułu i przywrócili dane do stanu z przed ingerencji fanów amerykańskiego komika. Mimo to, przez kilka chwil populacja słoni na świecie zaczęła, przynajmniej w świadomości wszystkich, którzy natrafili na zmieniony artykuł, nie podejrzewając pułapki, rosnąć. Colbertowi nie wystarczyła tymczasowa ingerencja w rzeczywistość. Dowiedziawszy się o nowym moście, który ma zostać wybudowany w Budapeszcie, i konkursie, w którym internauci mogą wybrać nazwę mostu z podanej listy, lub z poza, poprosił swoich fanów, o skorzystanie z możliwości drugiej. I tak, największy bohater narodowy Węgier uplasował się na drugim miejscu w rankingu, a Amerykanin zwyciężył plebiscyt (oczywiście prawne uwarunkowania nie pozwoliły nadać obiektowi jego imienia). Czy McLuhan domyślał się, że tak silnie będzie można modulować rzeczywistość w globalnej wiosce?
Żyjemy w ciekawych czasach, bo dopiero teraz następuje prawdziwa zmiana cywilizacyjna, której potrzebny jest skok między jedną generacją, a drugą. Co dla mojego pokolenia i starszych jest rozszalałym huraganem technologicznym, gdzie człowiek stara się uratować swoją tożsamość, gdzie w ogóle jeszcze pojmuje tożsamość jako coś jednolitego, dla młodzieży jest placem zabaw, w którym czują się, jak ryba w wodzie. Tożsamość? Na każdym forum można mieć inną. W grze internetowej można mieć inną. Jeśli się ma dość wszystkiego, można popełnić wirtualne samobójstwo, kasując wszystkich z Grona i samemu usuwając swoje konto, by po jakimś czasie się ponownie narodzić i znów kilkoma kliknięciami nawiązać więzi.
Napisałem powyżej, że młodzież czuje się jak ryba w wodzie. Może dlatego, że jej nie dostrzegają. W książce "Kultura jest naszym biznesem" z 1970 roku, McLuhan pisze
Ryby nie wiedzą, że woda istnieje, póki nie zostaną wyrzucone na brzeg.
Zresztą jest to echo z platońskiego "Fedona" –
(...) zupełnie jakby ktoś na środku dna morskiego siedział, a sądziłby, że na powierzchni morza mieszka i poprzez wodę by słońce i inne gwiazdy oglądał, a myślałby, że morze to już niebo...
Dlatego też, generacje starsze powinny bacznie obserwować. Zawsze, gdy umiera np. dziadek, który przeżył wojnę lub inne ważne wydarzenia historyczne, młodsi członkowie rodziny zauważają, że nie spędzili wystarczająco czasu obcując z nim, nie zadali wystarczająco pytań. A teraz nie ma już szans. Tutaj jest podobna sytuacja, tylko my, jako obserwator, nie patrzymy wstecz. My jako obserwator jesteśmy wstecz - widzimy wodę, w której pływają ryby, sami stojąc w niej tylko po kolana. Zamiast narzekać, powinniśmy wykorzystać tę szansę, bo gdy nas zabraknie, nikt nie będzie już mógł opisać świata z perspektywy plaży.
A jak opisywać ten świat? Poprzez przełamywanie linearności, jaka została nam narzucona przez druk. Możemy to nawet robić, korzystając z druku, ale pisząc mozaikowo. McLuhan sam tak pisał i propagował taki styl pisania. Zresztą nie on pierwszy. Wystarczy poobcować z Ulysessem Joyce'a, lub wszelkimi innymi pracami korzystającymi ze strumienia świadomości. Ta praca również czerpie z mcluhanowskiego pomysłu. Sprawy stylu, literackich wartości w znaczeniu XIX-wiecznym już dawno przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Stare kategorie estetyczne są z natury swej podpasowane wizualnej linearności.
W wydanym w tym roku przez timofa i cichych wspólników komiksie „Szanowny”, trudno mówić o jakiejkolwiek akcji. Mężczyzna wchodzi do tajemniczego lokalu. Przy barze stoi jego sobowtór, przy stole siedzą czterej kolejni. Idzie do toalety, tam spotyka kolejnego sobowtóra, który go wprowadza w krainę łączącą cechy Nieba, Czyśćca i Piekła. W pewnym momencie mężczyzna znów znajduje się przy barze.
Z powyższego streszczenia nic tak naprawdę nie wynika. Pewien krytyk literacki w TVP Kultura narzekał na brak sensu w mającym około dwadzieścia stron zeszycie. Znamienna jest ta mała ilość stron, bo pozwala szybko, wertując w lewo i prawo, objąć całość. Medium komiksowe, dzięki rysunkom, pozwala na łatwe odnalezienie interesującego nas fragmentu dzięki obrazowi, który w tej sytuacji działa jako indeks. Blok tekstu w książce nie daje takiej możliwości. „Szanowny” zbudowany jest na osi konceptualnej analizującej korelację świadomości i podświadomości, na tym jak wypieramy odpowiedzialność w psychice do innych sfer, z super ego, do ego, do id (stąd motyw sobowtóra).
Po medium komiksowe również sięgnąłem ja, pisząc i rysując esej o komunikacji międzyludzkiej – „Zostawiając powidok wibrującej czerni”. 88-stronicowy komiks podzielony jest na dwie równe połowy. Pierwsza to niepowiązane ze sobą, jednostronicowe epizody traktujące o wszelkich obliczach komunikacji międzyludzkiej. Druga to na wzór Kundery parafikcyjny esej osadzający pewne abstrakcyjne koncepcje, typu wiara i wola lub władza jako narzędzie do wyrażania siebie, w konkretne realia, pozwalające odbiorcy odnaleźć paralele w swoim życiu. Znów, nie ma tu linearności, pierwsza połowa może być czytana w jakiejkolwiek kolejności, a druga rządzi się prawami rozmowy, czyli przekazu oralno-słuchowego.
Popularność zespołu Lao Che też nie jest bez związku z ich tekstami, pełnymi parafraz i paralel. Słynny już album „Powstanie warszawskie” odniósł sukces, bo młodzi muzycy z Płocka, by oddać buntowniczego ducha tamtych czasów, sięgnęli po motywy muzyczne z kontestacyjnych zespołów lat 70. i 80. Jednocześnie, patos przeciwstawili codzienności. Żołnierze w ich piosenkach nie mają siły walczyć, bo są głodni, albo zastanawiają się, czy będzie czas się ogolić.
To chwytanie się wszelkich informacji, tak u McLuhana, jak i w innych przytoczonych przykładach, przypomina zapisane powierzchnie w przestrzeni publicznej – mury, przystanki autobusowe. Ogromną szkodą jest, gdy zostają zamalowane, odrestaurowane, gdyż tracimy ogromne pole do badań. Pośród wszelkich wierszyków miłosnych i grafomańskich aforyzmów, kryją się niesamowite pokłady informacji o społeczeństwie. Charakterystyczna jest ich skrótowość, skondensowanie. Filmy na YouTubie też mają do dziesięciu minut długości. Ogólnie narzucone jest to wymogami technicznymi. Z drugiej strony, pozwala nam szybko przebierać w bodźcach.
Najistotniejsze w badaniu tych wszystkich zjawisk musi być wyłączenie własnych poglądów. W wywiadzie dla Playboya z 1969, McLuhan, zapytany o jego subiektywną postawę dotyczącą dziejących się zmian, objawia się nam jako czystej krwi konserwatysta, bolejący nad stanem kultury i samemu uciekający w jeszcze pulsującą niszę malejącej galaktyki Gutenberga. Oczywiście, gdyby nie wyłączał tych poglądów podczas badań, nie umiał by tak zsyntetyzować wcześniejszych odkryć i swoich obserwacji, by stworzyć koncepcji ciepłych i zimnych mediów lub rozpropagować przedłużeń ciała ludzkiego.
Gdyż to właśnie hasło The medium is the message, mozaikowy styl pisania i poniższy cytat Edwarda T. Halla, zamieszczony w przedmowie “Galaktyki Gutenberga” są, według mnie, największymi zasługami McLuhana.
W dzisiejszych czasach człowiek wymyślił rozszerzenia właściwie dla wszystkiego, do czego wcześniej służyło mu jedynie własne ciało. Ewolucja broni rozpoczyna się od zębów i pięści, a kończy na bombie atomowej. Odzież i domy są rozszerzeniami biologicznych mechanizmów kontroli temperatury. Zamiast kucać i siedzieć na ziemi, ludzie używają mebli. Przykładami rozszerzeń materialnych są urządzenia elektryczne, okulary, telewizja, telefony i książki, które przenoszą głos w czasie i przestrzeni. Pieniądze są sposobem rozszerzania i magazynowania siły roboczej. Nasze sieci transportu wykonują teraz to, co kiedyś robiliśmy za pomocą nóg i pleców. Właściwie wszystkie rzeczy materialne wytworzone przez człowieka mogą być traktowane jako rozszerzenia tego, co człowiek kiedyś wykonywał ciałem lub jakąś wyspecjalizowaną jego częścią.
Istotna jest też koncepcja sond, wysyłanych w pracach Kanadyjczyka. Praktycznie cała współczesna twórczość krytyczna (chociażby nasi rodzimi Artur Żmijewski, czy Krzysztof Wodiczko) sonduje, syntetyzuje, i dalej sonduje.
Jeszcze raz podkreślam, jak istotne jest wyzbycie się wszelkich apriorycznych tez w samych badaniach. Sam McLuhan nie zawsze to potrafił, jak widać chociażby w tekście „Czy to naturalne, że jedno medium może sobie przywłaszczyć i wykorzystać inne?” z książki "Hot and Cool", wydanej w 1967. Tworzy tam autor coś, co uznaje za koncept, który można by wprowadzić do szkół średnich. Sam ten tekst objawia wszystkie mocne i słabe strony metody badawczej McLuhana. Niektóre sokratejskie pytania mają ewidentnie naprowadzić czytelnika na tezy autora, ewentualnie tak, by czytelnik sam się na tyle zaangażował w myślenie nad nimi, by w końcu uznał odpowiedź za swoją. Pytania typu
Które medium jest najbardziej skuteczne w angażowaniu odbiorcy? (...) Czy telewidz jest najbardziej prowokowany do uczestnictwa w wydarzeniach?
są tendencyjnym, intelektualnym szantażem. Z drugiej strony wyzwalają zaangażowanie emocjonalne, które drogą sprzeciwu mogą wywołać zupełnie nowe pomysły. Trzeba jednak mieć na tyle zaparcia, by jednocześnie chcieć zagrać w zaproponowaną grę, ale narzucić nowe reguły.
Inną słabością takiego rzucania się z motyką na słońce wynika ze zbyt powierzchownego dotykania lub badania innych kwestii. I tak inne pytanie z proponowanego konspektu brzmi
Czy historyjka obrazkowa jest zapożyczona ze świata kreskówek?

Każdy chociażby pobieżnie znający historię komiksu i animacji zmuszony jest odwrócić to pytanie na
Czy kreskówka jest zapożyczona ze świata historyjek obrazkowych?
I tu wracamy do wstępu o demokratycznym charakterze Wikipedii. Tu chodzi o informacje i ich wyłapywanie, a nie o jednostki potrafiące powiedzieć od A do Z coś w pełni własnego i bezbłędnego. W tym eseju zaczerpnąłem trochę z McLuhana, kilka informacji o amerykańskim komiku, polskich komiksach i graffiti. Z tego eseju ktoś może weźmie jedno zdanie. Może tak jak ja odkryłem koncepcję Halla o przedłużeniach dzięki McLuhanowi, ktoś odkryje to przeze mnie. Indywidualność przestaje mieć znaczenie. Tożsamość staje się tylko narzędziem i ogranicza się do założenia konkretnych ubrań lub wpisania danych przy logowaniu się na forum. Z drugiej strony, przeszkadzają temu ostatnie naleciałości z czasów przedelektrycznych. Linearność i spójność wciąż tkwią nawet w młodzieży, która wychowywana jest w tym duchu przez rodziców. Rodzice nie mają kontroli nad technologicznymi aspektami życia dziecka, ale wpajają określone postawy etyczne. I tak wciąż ważna jest dla ludzi ta jedyna prawda.
Jeśli spojrzymy na profile w Gronie, lub spytamy ich osobiście, to wiele młodych ludzi powie, że nienawidzą kłamstwa, dwulicowości. Chociaż ci sami ludzie, tworząc postać w grze internetowej upiększają się lub prowadząc dyskusję na forum, pozwalają sobie na większą dozę agresji, niż gdyby nie siedzieli zamknięci w czterech ścianach. Ale znów, Ryby nie wiedzą, że woda istnieje, póki nie zostaną wyrzucone na brzeg. Musimy my, starsze generacje, zdać sobie z tych rzeczy sprawę, i jednocześnie umieć odpowiednio zakomunikować je młodzieży. Obie strony mogą się dzięki temu wiele nauczyć.

sobota, 17 maja 2008

Apel - WSK 2009

Czasu na nic nie mam. Środek sesji. Montuję filmy, odkrywam Lecha Janerkę i tyle.

Ale nie o tym chciałem.

***

Udało się wreszcie zgadać z Maćkiem Pietrasikiem, by zorganizować spotkanie brainstormingowe dotyczące następnorocznych Warszawskich Spotkań Komiksowych.

Cała masa ludzi po tegorocznym WSK miała różne ciekawe sugestie, które przybrały postać pobożnych życzeń lub blogowego narzekania. Jeśli nie chcecie na tym skończyć, spotkajmy się

w ŚRODĘ 28 MAJA jakoś pod wieczór.

Będzie to początek kolejnego długiego łikendu. Jeśli wszyscy wyjeżdżają i nikomu nie będzie pasowało, to spróbujemy w jeszcze następny łikend (wcześniej Maciek nie ma czasu).

KAWANGARDA (Wilcza 32), godz. 19.

Kto chętny, niech da znać (najlepiej tutaj albo na forum gildii). By spotkanie nie przerodziło się w popijawę wszystkowiedzących polityków, którzy kończą na czczym gadaniu:

- spiszcie swoje pomysły przed spotkaniem.
- weźcie pod uwagę, że wszystko rozbija się o kasę. Większość działań będzie miało charakter woluntarystyczny. Jeśli ktoś chce w to wejść dla zysku, to niech od razu sobie odpuści. To też oznacza, że warto zweryfikować wszelkie finansowo utopijne pomysły, nim się je przedstawi.

Ja chciałbym przedyskutować wszelkie peryferyjne działania, jakie można wykonywać przez cały rok, by zachęcać ludzi z poza środowiska. Pamiętam, jak Prószyński i S-ka wpadało do mojego liceum i raz w roku robili kiermasz. Może warto by coś takiego po szkołach, ale z komiksami i do tego jakimś wykładem?

By zebrać sponsorów timof myśli o powołaniu stowarzyszenia.

Ale wszelka pomoc, od chętnego do opiekowania się projektorem podczas wykładów na WSK po kogoś, kto dobrze przygotuje stoiska dla rozdających autografy, jest potrzebna.

I trzeba już o tym myśleć teraz, bo w zeszłym roku już w sierpniu została podpisana wstępna umowa z Centrum Kultury Łowicka, czyli wszystko dzieje się w dużym wyprzedzeniem.

Piszcie, myślcie i zróbmy z WSK 2009 imprezę do zapamiętania!

piątek, 9 maja 2008

Plener w Broku - Alicja kocha, Daniel zaczepia

REKLAMA

Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś/łaś:
KUP MÓJ KOMIKS

Ile jeszcze pozytywnych recenzji ma się ukazać, nim złamie się Wasz opór?
Tu jest kolejna.

KONIEC REKLAMY


***

ANTYREKLAMA

Wypadło szkiełko z okularów? Jesteś na mieście i nie ma jak dotrzeć do miłego optyka z osiedla, który wymieni z Tobą kilka zdań, wkręci brakującą śrubkę, przetrze okulary i ewentualnie poprosi o dwa złote za fatygę?

NIE OBAWIAJ SIĘ! WSTĄP DO VISION EXPRESS!

My cenimy czas naszych klientów, więc nie będziemy z Tobą wymieniać żadnych zdań!

Wkręcenie śrubki kosztuje u nas 5 złotych, byś czuł nową wartość swoich okularów!

A w ramach całorocznej promocji zostawimy odciski paluchów na całych szkłach za zawracanie nam głowy takim duperelem! Bo naszą dewizą jest szczere podejście do klienta!

KONIEC ANTYREKLAMY

***

W zeszłym tygodniu byłem na wyjeździe plenerowym do miasteczka Brok (około 90 km od Warszawy), zorganizowanym przez Fundację Centrum Brok i Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie. Fundacja odpowiedzialna jest za rewitalizację zrujnowanego zamku, który jest głównym tamtejszym zabytkiem. Jednocześnie, do czasu realizacji tego obiektu, Tomasz Parowski, wiceprezes FCB, na różne sposoby stara się już teraz rozkręcić w Broku życie kulturalne. Jedną z jego inicjatyw jest plener, na którym było ponad 10 studentów warszawskiej ASP, głównie z wydziału rzeźby (choć byli dwaj malarze i grafikę reprezentowaliśmy Alicja i ja). Celem miało być działanie w przestrzeni, bardzo konkretnej, bo brokowskiej. Każdy podszedł do sprawy inaczej. Dziś opiszę działania Alicji i moje, a na dniach zaprezentuję prace pozostałych członków grupy.

Po co to opisuję? Po pierwsze - by opowiedzieć o pewnym procesie twórczym. Bo drugie, by pokazać na jakie sposoby można wchodzić w twórczą interakcję z zamkniętymi grupami społecznymi. A po trzecie, by przybliżyć działania, które dla większości są zbyt abstrakcyjne i niezrozumiałe, by miały jakiekolwiek znaczenie.

Kilka uwag wstępnych. Działania nasze nie są właściwie realizacjami. Cały plener to rodzaj warsztatów, gdzie większość z nas po raz pierwszy konfrontowała swoje podejście do odbiorcy z podejściem odbiorcy do twórczości. To powoduje, że nawet Ci, którzy chcieliby zrobić w takich warunkach "sztukę", cokolwiek to ma znaczyć, musieli szybko weryfikować swoje podejście. Nasze działania nie są "sztuką", niezależnie od tego, co będzie mówione na poplenerowej wystawie, która pewnie odbędzie się w czerwcu w Warszawie, a potem na jesieni w Broku. To są próby nawiązania dialogu z ludźmi lub miejscami za pomocą środków plastycznych, parateatralnych lub literackich.

Do rzeczy.
Tydzień przed plenerem pojechaliśmy na jednodniowy zwiad. Porobiliśmy zdjęcia i dowiedzieliśmy się, że mamy około czterysto-złotowy budżet na osobę, z którego możemy skorzystać. Zajęci wieloma innymi rzeczami, postanowiliśmy z Alicją odciążyć się i razem popracować nad jednym zadaniem. Mniej główkowania (albo tak się nam wydawało) i podwójny budżet. Okazuje się jednak, że 800 złotych jest żadnym budżetem w działaniu plenerowym.

Zaczęliśmy od koncepcji wielkiego stwora, który nawiedzałby miasto nocą i zostawiał jakieś widoczne ślady. Nie miałoby być to zwierzę, lecz stwór abstrakcyjny, np. żywiący się kolorem. Ok. Ale jak uwidocznić obecność tego stwora? Głośniki na rower i jeździć nocą po ulicach, by mieszkańcy słyszeli dziwne dźwięki. Ale jak przeciągnąć prąd? Zresztą i tak mieszkańcy by spali, albo zbudziliby się i zdenerwowali.

Jakie ten stwór ma zostawiać ślady? Ma być wielki - więc może łamać czubki drzew albo zostawiać jakieś zmazy na ścianach budynków. Ale jak zmazy by miały nie wyglądać po prostu jak farba? A nawet jeśli farba, to warunek był taki, że nie można niszczyć budynków. A by łamać czubki drzew, to potrzebowalibyśmy odpowiedniej drabiny. Ale ile tych drzew można połamać bez widocznych śladów zniszczenia?

Zresztą, jak słusznie w pewnym momencie zauważyła Alicja, to wszystko oscyluję wokół perspektywy filmowej, gdzie mamy kadr, w którym ukazana jest jakaś zmiana przestrzeni; gdzie istnieje linearność akcji, skupionej tylko wokół głównych wydarzeń. A przecież mieszkańcy miasteczka wychodząc ze swoich mieszkań rano mają ogląd totalny. By skupić ich uwagę potrzebowalibyśmy ustawić ramy jako kadry. Do tego ludzie mają tyle czynności do zrobienia w ciągu dnia, że nikt nie będzie bawił się w detektywa i czekał na kolejne ślady dziwnego stwora. By ślady te były wystarczająco widoczne w tej sytuacji i wystarczająco częste, dając możliwość bycia zauważonymi w codziennej rutynie, potrzebowalibyśmy budżetu z jeszcze jednym zerem na końcu.

Nie będę streszczał innych pomysłów, których było z pięćdziesiąt, ale większość rozbijała się o podobne bariery. Wreszcie stanęło na tym, że mieliśmy zadziałać serią "drgań" polegających na delikatnym zakłóceniu porządku otoczenia. Np. w rzędzie drzew jedno stałoby do góry nogami.

Podczas jednego ze spacerów po miasteczku zauważyłem stojący przy głównej drodze, ogrodzony płotem niedokończony budynek. Wydawał się idealny do jakiegoś subtelnego działania. Wkradliśmy się na jego teren, i zobaczywszy całą masę wielkich cegieł leżących tu i ówdzie postanowiliśmy coś zbudować. Coś, co miało wyglądać na przypadkowe, ale jednocześnie wystarczająco wyraźne w formie, by dać odpowiednie skojarzenia. Czy budynek miał coś mówić? "Zostawiliście mnie." "Zapraszam." Bardziej dla żartu zacząłem konstruować dwie postacie stojące w wielkiej wyrwie. Podczas gdy ja dodawałem coraz więcej elementów, postacie przestawały być delikatnym "drgnięciem", a grubo-ciosanym żartem. Nie wiedząc, co z tym dalej zrobić, umówiliśmy się, że zostawimy to tak jak jest, i gdy po innych działaniach będziemy znali już ich konkretny charakter, wrócimy i dostosujemy tę "rzeźbę".

Jednak nic dobrego nam nie przychodziło do głowy poza tym odwróconym drzewem. Alicja zaproponowała, bym dalej pociągnął akcję drgnięć według mojej wizji, a ona zrobi coś innego. I tak pomysł Alicji stał się podstawą moich działań plenerowych.

Kończąc spacer, zatrzymaliśmy się pod daszkiem przystanku PKS. Nie bacząc na smród moczu, zacząłem na głos czytać wszelkie hasła i wierszyki powypisywane na murach i ławkach. Taka forma twórczości jest jedną z moich ulubionych i zawsze czuję żal, gdy ktoś postanawia zamalować tak ważne świadectwa mijającego czasu świeżą farbą. Ale wracając - niektóre te hasła tak nas rozbawiły, że Alicja zaczęła je spisywać i wpadła na to, co miało okazać się jej działaniem plenerowym. Mimo iż wreszcie nie zrobiliśmy wspólnego projektu, dzięki dyskusji zaktywizowaliśmy się do działania i co ciekawe, zaadoptowaliśmy ulubioną formę drugiej osoby - Alicja - wierszyki uliczne, a ja - delikatną ingerencję w przestrzeń (przynajmniej delikatniejszą niż mazanie sprejem po murach).

Działanie Alicji

polegało na wycięciu tabliczek wielkości przystankowych cegieł, pomalowaniu ich radosnym różem i dopisaniu do wszystkich rzeczowników ze spisanych haseł słowo "Kocham". Napis "Pajac to fiut" zaowocował tabliczkami "Kocham Pajaca" i "Kocham Fiuta". Ale obok takich orzeczeń są takie perełki jak:
















Samo "To to" jest już smacznym kąskiem dla lingwistów. Napisy takie polegają zawsze na formule "X to Y". Inaczej: "X jest Igrekiem". "To to" oznaczać może "To jest", "To istnieje", "To jest po prostu tym", itd, itp. Oczywiście prawda jest taka, że ktoś nie zdążył dopisać. Nie zmienia to faktu, że "To to".

Działanie Alicji samo w sobie przypomina akt przepisywania przez dziecko, które nie rozróżniając liter pisze cokolwiek (obok tabliczki "Kocham Bary'ego" jest tabliczka "Kocham Bary'ego pedała"); jednocześnie zestawiając w ten dziecięco-naiwny sposób inwektywy z napisem "Kocham" hiperbolizuje te inwektywy i zestawia je w absurdalną mozaikę.


















































Po rozwieszeniu poszliśmy na obiad. Gdy wróciliśmy, okazało się, że... tabliczek już nie ma. Liczyliśmy się z tym, ale ciekawi byliśmy motywów. Jakie było nasze szczęście, że nieopodal stała grupka młodzieży, a wśród nich dziewczyna, dzierżąca różową tabliczkę. Uzbrojeni w kamerę, ruszyliśmy do nich, by przeprowadzić wywiad. Wnioski są bardzo ciekawe.

Tabliczki zdarła brokowska młodzież. Byli dość zbulwersowani, bo nie rozumieli co to było i dlaczego się pojawiło. To co dla nas było zbiorem abstrakcyjnych imion i ksyw, dla nich były konkretnymi danymi. Wspomniana dziewczyna trzymała w dłoni tabliczkę z napisem

"Kocham Radka K"

Zerwała go, bo jest tylko jeden Radek K. w miasteczku i jest nim jej chłopak, z którym jest w ciąży. Była oburzona, że ktoś inny wyznaje Radkowi miłość. Mimo to, nie chciała niszczyć tabliczki, tylko wziąć ją na pamiątkę. "Teraz ja kocham Radka K." skonkludowała, uśmiechając się do kamery.

Inny chłopak, widząc napis

"Kocham sex"

zerwał go i przykleił sobie na motocykl. Sprawy lingwistyczne były zupełnie nieistotne. Ważne było do kogo te hasła były skierowane i w jakim świetle tę osobę stawiały. Albo, jeśli były o jakiejś czynności - to czy były śmieszne, czy nie. Bardzo miły pan o imieniu Krzysiek, zapytany przeze mnie na co możemy (my jako twórcy w gościnie) sobie pozwolić, a na co nie, odpowiedział, że możemy robić wszystko, póki nie dotykamy kogoś osobiście. Istotne było, że nie podeszliśmy z Alicją z postawą roszczeniową, lecz faktycznie ciekawi zdania odbiorców. I opłaciło się. Pouczająca wymiana poglądów.

***

Działanie Daniela

Zanim Alicja przystąpiła do akcji przystankowej, ja już miałem ogólny zarys swoich działań. Miały być głosem miejsc opuszczonych. Tym faktycznie było działanie pierwsze. Wszystkie zebrałem pod nazwą:

AKCJE ZACZEPNE

Oto zdjęcie pierwszej, opisanej już akcji:
















Druga wykonana została w nocy. Dowiedziałem się na plenerze, że widoczna z głównej drogi górka, sąsiadująca z pięknym cmentarzem katolickim i zupełnie zaniedbanym cmentarzem żydowskim, jest w istocie swej kurhanem. Zbiorową mogiłą po dżumie, która nawiedziła Brok w XVIII wieku. Zobaczywszy spacerujące po górce matki z dziećmi, i dostrzegłszy wzniosły nastrój towarzyszący dniu 3. maja, wetknąłem na czubku kurhanu zrobiony z żerdzi krzyż żałobny. Żerdzie były co prawda przywiezione z Warszawy, ale wstęgę odciąłem z plandeki przysłaniającej leżące nieopodal drewno. Zrozumiałem przy tym, że moje działania muszą inkoroporować elementy znalezione, by były prawdziwym głosem miejsca.

























Niestety po półtora dnia krzyż został wyjęty. Wstęgę znalazłem rzuconą na zboczu górki, klin podtrzymujący wciąż był w ziemi (widać na poniższym zdjęciu), ale żerdzi ani śladu. Młodzież by je raczej połamała i zostawiła niedaleko. Pewnie by nie bawili się w wyciąganie krzyża, tylko złamali go kopnięciem. Wszystko wskazuje na oburzonego starszego mieszkańca. Żałuję tylko, że nie zdążyłem przeprowadzić wywiadu z odbiorcami, póki krzyż jeszcze stał.
















Do wcześniejszych założeń doszło w tym czasie kolejne - każda z akcji zaczepnych ma inny charakter, pierwsza - zabawowy. Druga - pomnikowy. Łącznie miało ich być 5, ale po przystankowej rozmowie i uwagach Krzyśka zrezygnowałem z dwóch, które odbyłyby się kosztem mieszkańców. A nie przyjechałem tam dla poczucia jakiejś sadystycznej satysfakcji.

Ograniczyłem się już tylko do akcji trzeciej, o charakterze krytycznym. Mając wciąż w głowie myśl przewodnią - "głos miejsc zapomnianych", wybrałem za cel opuszczoną szkołę przy głównej drodze. Jednocześnie, obserwując niektóre działania plenerowe moich towarzyszy, i będąc po wieczornym wypadzie do okolicznego pubu, gdzie wszyscy miejscowi, ku naszej uciesze, zaczęli się bić, poczułem że jesteśmy intruzami.
Ludzie dla miejsc.
Ludzie z miasta dla ludzi z miasteczek i wsi.
Ludzie z jednej zamkniętej grupy dla drugiej.
Podsumowałem te myśli trzecią akcją zaczepną:
































Istotne dla tych akcji jest ich przypadkowy, naturalny charakter. Dla typowego przechodnia ludki w budynku są żartem budowniczego, który może rozbawić; krzyż podporządkowuje sobie górkę, czyniąc ją nietykalnym obiektem sakralnym, przed którym ma się szacunek; a tablice przed szkołą są pozostałością po pijackiej zabawie miejscowej młodzieży. Pewnie nawet napis zostanie wzięty za prawdziwy tytuł lekcji z przysposobienia obronnego (znalazłem tam gdzie tablice - książkę z lat 60.). Wszystkie trzy akcje są site specific, mogą zadziałać tylko w określonych miejscach. Bez opisu przy zdjęciach nie byłyby zrozumiałe dla człowieka oglądającego je na wystawie. Też, zwłaszcza akcja trzecia, nie odbiegają od tego, co robię np. w komiksie. Ale inne medium pozwoliło na inną formę działania.

***

Następnym razem opiszę inne akcje plenerowe i przeanalizuję czy się sprawdziły w tych konkretnych warunkach, czy nie.

Do przeczytania wkrótce!