BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO

czwartek, 30 października 2008

Potłuczone butelki i rozlana benzyna

Epilog ostatniego wpisu, czyli jak wypadło spotkanie w Zachęcie.

Frekwencja dopisała, było z 40 osób, z czego tylko trochę ponad 1/3 to byli znajomi. Karolina Vysata, organizatorka spotkania, wpierw opowiedziała o trwającej do 9 listopada wystawie Rewolucje 1968, której nasz występ towarzyszył, a potem ja sobie pochodziłem po sali, głosząc swoje prawdy objawione i kpiąc ze wszystkich i wszystkiego, na wzór Billa Hicksa.


Nastąpiła po tym krótka dyskusja, która poza kilkoma ciekawymi obserwacjami nic specjalnego nie dodała, jak to zazwyczaj bywa na takowych spotkaniach.

Następnie miała mieć miejsce część filmowa, przynajmniej tak zapewniłem publikę, ale by to nastąpiło, wszyscy mieli odpowiednio się rozsiąść w trzech sektorach. I wtedy wyjawiłem plan części "warsztatowej". Jeden taki sektor miał iść do domu. Ten, który najmniej zasługiwał na obejrzenie filmów. Grupy miały między sobą wytypować która z nich wyjdzie, w innym wypadku my, organizatorzy, którąś wyrzucimy.

To co nastąpiło nie do końca spełniło czyjekolwiek oczekiwania. Wpierw solidarnie ludzie postanowili zostać. Niektórzy rzucali we mnie papierowymi samolocikami na znak protestu. Ale nie po to zgadzałem się na prowadzenie spotkanie o buncie, by ograniczyć się do zabawowych estetycznych gestów i potem przyjemnie dokończyć. Do tego doszło lekkie nieporozumienie w szeregach organizatorów. Skoro nikt nie chciał się ruszyć, ja chciałem wyłączyć projektor i zakończyć spotkanie. Ania Senkara - która przygotowała się do swojej części, zebrała filmy i zaprosiła jedną z reżyserek - chciała jednak pokazać owoc swojej pracy, i się jej nie dziwię. Dlatego nie wyszliśmy. I się ciągnęło. Aż widownia, coraz bardziej wkurzona, że ta gra jest bez sensu i pewnie nie puścimy filmów, zaczęła się wykruszać, aż wszyscy wyszli. I filmy nie zostały puszczone.

Ta końcówka nie była efektowna, choć cieszę się, że nasze spotkanie o buncie nie skończyło się wyłącznie na wygodnym siedzeniu na krzesełkach i gadaniu o abstrakcjach, tylko faktycznie skończyło się buntem widowni i buntem wśród organizatorów. Nie będę poczytywał tego za sukces - że skoro wszystkich wkurzyłem, to plan udał sie w stu procentach - ale też nie uważam za zupełną porażkę. Ja mam kolejną porcję wniosków, które pojawią się w dalszych pracach i komiksach. Mam nadzieję, że komuś też coś zaświtało tego wieczoru.

Spotkanie zostało nagrane. Jak zostanie kiedyś zmontowane i pokazane, to nie omieszkam tu powiadomić. Do tego czasu możecie obejrzeć sobie scenę, którą pewnie kojarzycie z pewnego filmu. Tu jest oryginalne wystąpienie i tak wyglądała końcówka wczorajszego wieczoru:


Linki do moich ulubionych komików to nie jest przypadek. Brakuje mi tego w polskim kabarecie i tym bardziej w polskich wykonawcach solo. Oczywiście znajdzie się kilka dobrych skeczów, ale w większości to jest miałke i bezpieczne.

Żądam dobrej komedii! Nie ważne, czy ktoś się zaśmieje, czy nie.

Żądam komedii, która kopie ludzi w twarz ich własną stopą.

Nawet jeśli potem oni skopią komedianta.

***

Poniżej umieszczam uwarunkowania psychologiczne buntu, od których rozpocząłem swoją prelekcję.

Motywy stojące za buntem jednostki wg Daniela Cha:

- Dążenie do własnej przyjemności poprzez walkę z tym, co uniemożliwia nam tę przyjemność.
(Walka o wolność słowa, o możliwość wybierania władzy, posiadania własności prywatnej)
Podczas spotkania wytknięto mi, że mówię o hedonizmie, a nie mówię nic o zaspokajaniu podstawowych potrzeb. Tak więc pod słowem "przyjemność" kryje się też "potrzeba".

- Wywarcie wpływu poprzez negację obecnej jednostki lub grupy posiadającej wpływ.
(Postawienie się przywódcy grupy szkolnej, ruch solidarnościowy, demonstracje przeciwko wojnie w Wietnamie)

- Dążenie do sławy poprzez skupienie uwagi na sobie / poprzez umieszczenie siebie w kontekście innych sławnych buntowników
(Samospalenie, pobicie rekordu świata, wykonanie czynu altruistycznego)

- Dążenie do akceptacji poprzez dołączenie się do buntującej się grupy
(Skrywany przed samym sobą konformizm)

sobota, 25 października 2008

Butelki z benzyną i inne puste gesty

Mam takie jedno hobby od lat młodzieńczych.

Wkradanie się na place budowy, eksplorowanie budynków i wchodzenie na dach, skąd rozciągają się piękne nocne panoramy Warszawy.

Byłem wczoraj na parapetówce dwóch koleżanek z Akademii. Impreza miała miejsce na Gocławiu, tuż obok budowy jakiegoś mieszkalnego molocha. Okazja była zbyt dobra do przepuszczenia. Po kilku toastach za gospodynie, ideały, kobiety, mężczyzn, etc., zaproponowałem grupce znajomych, byśmy wyszli z oparów lepszych fajek, z oparów wódki, i przeżyli prawdziwą męską przygodę. Najpierw się podjudzaliśmy, że "ja pójdę, jak on pójdzie", "a może jutro", "a może futro", aż założyłem kurtkę i skierowałem się do drzwi, co było potwarzą dla honoru pozostałych członków ekspedycji. A że prawdziwi mężczyźni nie tchórzą, reszta również założyła kurtki i opuściła lokal.

Na budowie było cicho, wturlaliśmy się pod blaszanym ogrodzeniem, przemierzyliśmy usiane dziwnymi sprzętami i kawałami betonu błotnisty placyk i byliśmy już na klatce schodowej. Nic nam nie mogło teraz zagrozić, więc pokonaliśmy kilkanaście pięter schodami i znaleźliśmy się na dachu. Tam wykonaliśmy kilka męskich fotek, które charakteryzują się tym, że na pięciostopniowej skali Likerta "jakość techniczna" wynosi 1, a "macho" wynosi 5.















W pewnym momencie dwóch towarzyszy zauważyło jasny punkt latarki migający na samym dole. Ale to normalne, że jest jakiś strażnik. Nie wyglądało na to, by wiedział o naszym pobycie na budowie. Wystarczyło tylko cicho zejść i szybko wybiec. Droga w dół upłynęła pod znakiem konspiracyjnego schodzenia na palcach w zupełnym milczeniu. Co jakiś czas przystawaliśmy i nasłuchiwaliśmy, czy w budynku jest ktoś poza nami (bądź co bądź każde kopnięcie leżącego luzem drutu lub kawałka betonu niesie się po całej konstrukcji jak po jaskini). Byliśmy już między pierwszym piętrem a parterem, przestrzeń wokół była pusta, gdy nagle zabrzmiał alarm! Więc my w nogi! Zza budki wyłania się strażnik, próbujący nas przestraszyć buczeniem niewyartykułowanego "łeej" i świecący po oczach potężną latarką. Nie ulegamy. Przeskakujemy przez murek, rzucamy się w wykop i turlamy pod płotem, po drugiej stronie którego czeka nas wolność.

Biegniemy w euforii po opustoszałych uliczkach osiedlowych, czując jak adrenalina kursuje nam w żyłach! Wreszcie zwalniamy, ja wkładam ręce do kieszeni i

"Panowie, nie mam aparatu."

Co robić? Jedyne co pozostaje, to pertraktacje z wrogiem. Wślizguję się ponownie pod płot i staję naprzeciwko strażnika.

"Będę z panem szczery" - mówię - "jesteśmy z Akademii Sztuk Pięknych i chcieliśmy zrobić kilka zdjęć budowy nocą, no i wiadomo, my młodzież, adrenalina. Tak czy siak, zgubiłem aparat."

Strażnik westchnął ze zrozumieniem, powiedział, że po co nam to było. Gdybyśmy się zgłosili do niego, sam by nas oprowadził. Pochodził ze mną po placyku, świecąc latarką. Wyznał, że już wiedział o naszej obecności od momentu, gdy weszliśmy do pierwszej klatki, bo wszędzie poustawiane są ciche alarmy, a ten głośny to on włączył. Wreszcie zobaczyliśmy aparat. Jak na ironię leżał przy płocie, po stronie zewnętrznej, tam gdzie byliśmy już wolni.

***

Dla mnie powyższa scena ukazuje kwintesencję buntu. Piszę o tym żałosnym epizodzie w ramach wstępu do spotkania w najbliższą środę w warszawskiej Zachęcie, na jakie wszystkich zapraszam:

29 października 2008 (środa), godz. 18.00

Zachęta
Narodowa Galeria Sztuki
pl. Małachowskiego 3

sala kinowa, wejście od ulicy Burschego
WSTĘP WOLNY
Spotkanie Koła Miłośników Sztuki towarzyszące wystawie „Rewolucje 1968”
Butelki z benzyną i inne puste gesty – Bunt w dniu dzisiejszym
W spotkaniu udział wezmą studenci Pracowni Przestrzeni Audiowizualnej Profesora Grzegorza Kowalskiego (Wydział Rzeźby, Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie): Anna Senkara i Daniel Chmielewski.
Czy naprawdę buntujemy się w walce o słuszną sprawę, a może w celu osiągnięcia własnej wygody? Czy oddolny bunt ma współcześnie jeszcze znaczenie, czy może jest jedynie pustym hasłem narzucanym przez specjalistów od marketingu? I wreszcie – czy w globalnej wiosce możliwy jest jeszcze bunt autentyczny?
Spotkanie będzie okazją do zapoznania się z materiałami filmowymi studentów „Kowalni”. W programie m.in.:
Marta Kossakowska, Normalnie 01 (1'34'')
Marta Kossakowska, Normalnie 02 (1'34'')
Tomasz Waszczeniuk, Wychowanie Patriotyczne (45'')
Anna Senkara, Wychowanie Patriotyczne (1'33'')
Marta Kossakowska, Landscapes (1'43'')
Dorota Godlewska, Next (1’)
Daniel Chmielewski, Next (ok. 1')
***

Tytuł spotkania nawiązuje do pamiętnej piosenki CKOD i do całej dyskusji o punkowym imidżu, jaki tam prezentowali, ale podczas samego spotkania nie będzie nic o komiksach.

Nie będzie też o makroekonomicznych aspektach kryzysu gospodarczego 2007/2008 ani o politycznych aspektach 1968.

Ja rzucę kilka tez i pomoderuję mam nadzieję ciekawą dyskusję, która może mimo wszystko skończy się na tematach politycznych czy ekonomicznych. Będzie też część "warsztatowa" z uczestnictwem wszystkich zebranych, ale o tym cicho sza. A na koniec możliwość zobaczenia co my tam robimy w tej Kowalni, o której kilkakrotnie tu już wspominałem.

Gorąco zapraszam.

***

JAPONfan był na mojej wystawie w Sosnowcu i podzielił się wrażeniami. Wysłałem całą tekę rysunków, nieznanych komiksów, fotografii i 2 videoarty. Z tego na ścianach zawisł komiks z Ziniola, nieznany szerzej pięciostronicowy komiks z Cynikiem i dwa cykle fotograficzne, mieszczące się w trzech antyramach. Tu można zobaczyć jeden z nich.

Prace są wywieszone za wysoko (jak wynika ze zdjęć, które otrzymałem od JAPONfana), więc wpadnięcie tam może Was kosztować ból karku. I 6 złotych za piwo. Sami zdecydujcie, czy warto. Ja się jednak nie wybiorę.

***

Komu nie w smak klimaty buntownicze, ten może w środę zamiast na spotkanie ze mną wybrać się do warszawskiej Filharmonii Narodowej na oratorium z wierszami Herberta: Głosy wewnętrzne. Koncert jest darmowy, trzeba tylko wpaść tam któregoś dnia wcześniej między 16.00 a 19.00 i odebrać wejściówki.

piątek, 17 października 2008

Realny wpływ Batmana na nasze życie


























































Wyobrażam sobie, że tak to się mogło zdarzyć.

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest czysto przypadkowe. Proszę nie ciągać mnie po sądach.

Żarty żartami, ale wcale powyższy strip nie jest tak od czapy.

niedziela, 12 października 2008

Everything in its right place?

Często sprzątam. Wyrzucam wszystko z trzech szaf lub z kilku szuflad, albo trochę z szaf, a trochę z szuflad. Wypróżniam zawartość moich mebli na podłogę, aż wszystko się miesza, a chodzić można tylko na palcach.

I zaczyna się porządkowanie. Układanie na nowych miejscach niektórych rzeczy, wyrzucanie do kosza innych. Napełniam worek na śmieci starymi rysunkami, fotografiami, biletami przejazdu i wejściówkami na wystawy. Muszę nazbierać przynajmniej dwa worki rzeczy do wyrzucenia. Jeśli nie starcza śmieci, zaczynam pozbywać się przedmiotów posiadających jakąś wartość.

Zauważyłem, że nawet gdy zdarza mi się wyrzucić rysunek lub fotografię, z którymi się zżyłem, one nie umierają, a właśnie zyskują pełniejsze życie. Bo za każdym razem, gdy biorę się za nowe porządki, powracają w całej swej okazałości w mojej głowie. Mógłbym bez problemu je skopiować, ale wtedy znów zajęłyby przestrzeń i pewnego razu podarłbym je ponownie.

Z każdym rokiem coraz trudniej mi sie rysuje, coraz mniej chętnie rzeźbi i maluje. Bo to wszystko zajmuje przestrzeń. Trzydzieści osób jest na roku grafiki. Każda osoba maluje z dwadzieścia obrazów rocznie, niektórzy mniej, niektórzy o wiele więcej. Obrazy malowane są czasem na ogromnych płótnach naciągniętych na krosna posiadające wszystkie trzy wymiary - wysokość, szerokość i głębokość. Ustawienie dwadzieścia takich obrazów jedno przy drugim tworzy bryłę zajmującą np. półtora metra na półtora metra na trzydzieści centymetrów. Teraz ustawmy trzydzieści takich brył. I pomnóżmy to przez pięć, bo tyle jest roczników na Grafice. Dodajmy do tego wszelkie fotografie, rysunki, grafiki, setki wydrukowanych stron na osobę. Nie można zapomnieć też o pozostałych wydziałach. O Malarstwie, Rzeźbie, Wzornictwie. A modele robione na ostatnich dwóch wymienionych wydziałach zajmują o wiele więcej miejsca, niż obrazy.

Pomnóżmy to następnie przez wszystkie Akademie w Polsce. A przecież wciąż mowa jest tylko o studentach. A o dyplomowanych plastykach? A tych niedyplomowanych?

To wszystko zajmuje przestrzeń.

Najoptymalniej byłoby, gdybym mógł kiedyś zmieścić całą swoją własność w jednej walizce. Może dwóch.

Często sprzątam. Po trzech godzinach na łóżku wciąż leży kilka stosów kartek, a na podłodze kilkanaście książek. Zazwyczaj sprzątam, gdy na następny dzień mam wiele rzeczy do zrobienia. Jest to pewna forma eskapizmu. Wmawiam sobie, że tym razem wszystko znajdzie swoje właściwe miejsce, otworzą się wrota do tajemnej komnaty poznania i już jako nowy, uporządkowany człowiek zasiądę do pracy. Pod koniec tych trzech godzin już wiem, że to nie nastąpi, więc ogarnięty beznadzieją upycham te pozostałości gdziekolwiek, byleby po zamknięciu wszystkich drzwi i szuflad pokój wydawał się bardziej pusty.

Oczywiście nie wyrabiam się z pracą na następny dzień, choć czasem obudzenie się w tej pozornie nowej lokacji wyzwala energię, by co prawda z dziennym poślizgiem, ale wreszcie skończyć robotę.

Dziwny to rytuał, i jeszcze dziwniejszy proces, w jakimś sensie jednoczący przez te kilka godzin przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Choć ani przeszłość, ani przyszłość nie istnieją. Zatem poprawniej będzie powiedzieć jednoczy realność z fikcją.

***

W związku z tymi przemyśleniami zawsze nachodzi mnie pewien poemat Różewicza, którym się na koniec podzielę. Jest jeszcze bardziej pretensjonalny od powyższego tekstu, ale naprawdę nie mam ochoty w tej chwili na autoironię, więc już bez przeciągania:

Tadeusz Różewicz
Na powierzchni poematu i w środku

Biały pagórek soli
na szklanym spodku
ślady palców
wgłębienia cienie
iskry kryształów

Biała sól
na spodeczku
wgłębienia po palcach
cienie
iskrzenie (światła)

sól
na spodeczku
ślady po palcach
światła cienie
iskrzenie (ziaren)

na popielniczce
(popielate) wystygłe zimne
grudki popiołu
żółtobiały zgnieciony
skręcony (pomarszczony)
niedopałek
ślad po wargach

na popielniczce
grudki szarego popiołu
wygaszone (bez światła)

żółtawobiały
niedopałek
wgnieciony palcem
ślad po ustach

na popielniczce
grudki ostygłe
popiołu
biały niedopałek
wgnieciony palcem
ślad szminki

Słoik z dżemem
różowa bryła
z ciemnym wilgotnym
wnętrzem
brzegi przezroczyste
po brzegach
ciemne ziarenka

wilgotna słodka
bryła w zielonym słoiku
plamki światła
ciemne i jasne ziarenka

Na białym
porcelanowym talerzyku
obok porowatej cytryny
jajko
dwa pomidory powleczone
napiętą czerwoną skórką
na białym talerzyku
gładkie (blade) jajko
cytryna z przezroczystym wnętrzem
dwa czerwone pomidory

Szklanka po herbacie
w szklance łyżeczka
niklowe lśnienia
na dnie szklanki
czarne fusy herbaciane

Szklanka
blaszana łyżeczka
wilgotne brązowe
źdźbła herbaciane

futerał do okularów
niebieski
kalendarzyk kieszonkowy
z białymi cyframi
1970

Mucha na pudełku
(zapałek) czyści
przezroczyste skrzydełka

srebrzystoszary
chiński termos dziwaczne znaki
litery

mała martwa natura
pomniejsza ucisza
leczy
usypia

mucha uderza
miarowo w szybę
kropla drąży kamień

na blaszanym talerzu
grzyby
brązowe ciepłe kapelusze
szorstkie korzenie
osypane ziemią

mała martwa
natura oświetlona do połowy
druga część w cieniu

mucha uderza w okno
za którym stoi
wielka matka natura
z grupą drzew
drogą
i listonoszem
który zbliża się
do mnie
(do domu)


POSŁOWIE DO POEMATU

Powoli ostrożnie
trzeba zdejmować słowa
rozbierać obraz z obrazu
kształty z barw
obrazy z uczuć
aż do rdzenia
do języka cierpienia
do śmierci

Są wiersze
wewnętrzne
i wiersze zewnętrzne
są wiersze skończone uchwytne
wyrzucone
na powierzchnię
przez wiedzę rutynę
jasne kryształowe
promienne
jak światło
i są inne
płynne senne
ciemne




x

piątek, 10 października 2008

O spóźnianiu się

Nigdy nie ufałem czasowi, linearnemu sposobowi przedstawiania go i zazwyczaj banalnym podróżom w czasie ukazywanym w komiksach i kreskówkach, z logiką podziurawioną jak ser szwajcarski.

Może dlatego się spóźniam. Jeśli zmieszczę się w kwadransie akademickim, oznaczać to może tylko to, że pomyliłem się o godzinę do przodu. Gdy ktoś się spóźnia, to nie robię tragedii. Bo mam przy sobie książkę lub komiks, w najgorszym wypadku zestaw bodźców, jakim jest otaczający mnie świat. Tak, są momenty, gdy nie można się spóźnić:
- gdy nie oddanie komiksu na czas do drukarni skutkuje nie wyrobieniem się na MFK.
- gdy nie wydrukuje się komuś komiksu na czas, przez co nie może on wystawić komiksu na MFK.
- Gdy komuś przestaje działać serce i ma się 4 minuty, by uchronić ich przed nieodwracalnymi uszkodzeniami mózgu (choć, jeśli wierzyć Wikipedii, to mimo iż w telewizji CPR pomaga w 75% przypadków, to realnie tylko 5-10% ludzi odzyskuje przytomność!)
Wymieniłbym ślub, ale w serialu Scrubs (Hoży doktorzy - idiotyczny polski tytuł) pokazali, że nie zdążenie na własny ślub wcale nie musi oznaczać tragedii, a może nawet umocnić więzy między parą młodą.

Więc tak, są sytuacje, gdzie nie wolno się spóźniać. Ale gdy ktoś, czekając na mnie, po prostu siedzi sobie na rogu, pali szluga, nie ma zwyczaju brać ze sobą książki i nie interesuje się tym, co się dzieje wokół i zaczyna mi mówić o tym, jak nie szanuję ich czasu, to jakoś nie mogę się zdobyć na skruchę.

Dziś znajomi spóźnili się na wspólne spotkanie piętnaście minut (bo grali w Łajpałta), dając mi możliwość zapoznania się z nowymi reklamami na stacji metra - Dworzec Gdański. Olśniło mnie jak wulgarna i uboga jest estetyka takich reklam. Poza kilkoma wyjątkami to wszelkie bilbordy, banery, łebsajty i inne są pod względem formy żenujące. Wklej obrazek, wklej tekst, wklej więcej tekstu, zapełnij przestrzeń. Powiększ obrazek. Daj weselsze kolory. Mam na koncie kilka lejałtów stron internetowych i jest to chyba jedyna rzecz, jakiej naprawdę mogę się wstydzić w życiu. Zresztą idealnie tę traumę opisał JAPONfan.

Dzięki spóźnieniu znajomych dowiedziałem się tez o jakimś remiksowym tribiucie dla Mieczysława Fogga, co mnie zmotywowało do tego, by wkrótce dowiedzieć sie kto zacz, bo poza nazwiskiem nic o nim nie wiem, a to też chyba powód do wstydu. A, była też reklama tribiutu dla Nalepy. Też chyba ktoś ważny.

I wreszcie, tuż przed pojawieniem się na peronie znajomych, wpadłem na nowy komiksowy projekt, o którym, mam nadzieję, wkrótce napiszę. I gdy wreszcie wyszli z pociągu, usprawiedliwiając się tym, że gra była zbyt dobra, by się odciągnąć, ja mogłem im tylko podziękować. Bo gdyby byli na czas, cały wieczór upłynąłby pod znakiem cytowania Futuramy, dzielenia się nowymi odkryciami jutubowymi i śmianiem się z różnego rodzaju politycznie niepoprawnych dowcipów. I tak wieczór upłynął pod tym znakiem, ale dzięki poślizgowi pozwolił też narodzić się ważnemu pomysłowi.

Do czego zmierzam? W skrócie - odczepcie się od spóźnialskich! Nawiasem mówiąc, Kierkegaard napisał swe wielkie dzieło - Bojaźń i drżenie, bo nie wiedział jak w dwóch zdaniach powiedzieć kobiecie, że chce z nią zerwać. Tacy ludzie lub ich wypowiedzi określane są po angielsku cudownym słowem: verbose.

***

Na koniec ogłoszenia parafialne.

Jeśli ktoś jeszcze nie zauważył - Ziniol umościł sobie kąt w blogosferze.

Będę miał wystawę plansz komiksowych, rysunków, grafik, videoartów, fotografii (w jakich proporcjach, jeszcze nie wiem, bo wszystko w tej chwili, rozłożone w moim pokoju, czeka na selekcję). Wernisaż jest w poniedziałek, 20. października w Sosnowcu. Nie wiem gdzie to jest, sprawdzę potem w Wikipedii. Albo sprawdzę teraz. I dam linka, jak ktoś też nie wie.

W celu archiwizacji podaję linki do ostatnio napisanych przeze mnie dla Gildii recenzji komiksowych.

Batman i syn
Miasto Grzechu: Ten żółty drań
Lucyfer: Dzieci i potwory
Dilbert: Twoja głowa jarzy się jak świetlówka

***

I jeszcze jedna rzecz na deser. Kto jest w trakcie lektury Prosto z piekła i zna dobrze angielski, może będzie miał ochotę poczytać sobie ten tekst źródłowy. Nie ma w nim nic o czasie jako łuku, ale w przystępny sposób podane są hipotezy o rodzajach przestrzeni. Opcje są dwie, jeśli istnieje czwarty wymiar. Albo jest nam niedostępny - jak dwuwymiarowym postaciom ruch w głąb (proszę sie nie sugerować Paper Mario) i jesteśmy tylko wytworem wyobraźni czterowymiarowych istot (model idealistyczny), albo istniejemy w czwartym wymiarze, choć nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Hm, a o czasie jest chyba w innych jego pracach, też o czwartym wymiarze, ale nie doczytałem. Jest też opowiadanie o ludziach trójkątach! Miłej lektury.

niedziela, 5 października 2008

MFK 2008 - subiektywnie i wybiórczo

Tabuny odwiedzających z Alei Komiksu, by zobaczyć kto spaprał polską wersję okładki From Hell. Mówi pan Sebastian Jaster: Poza tym ktoś tam u Timofa i Cichych Wspólników sobie popłynął w photoshopie cieniując lewy górnych róg okładki. Po co? Dla klimy???

Tak, panie Sebastianie. Dla klimy. Bo ja lubię takie klimaty i naumyślnie z timofem przysłoniliśmy Rozpruwaczowi twarz tytułem. A zrobiliśmy to, bo... możemy! Ha! Niech (o)kalają okładkę Prosto z piekła niezliczone warstwy fotoszopowe!

***

I po eMeFKa. Może to wciąż krążący w żyłach alkohol, ale dla mnie było to przeżycie cudowne. Tyle się działo, że nie dało się nawet połowy rzeczy zobaczyć. I dobrze. Na tym powinien polegać festiwal, że stawia Cię co chwila przed wyborami tragicznymi. No może tu te wybory nie były aż tak tragiczne, jak podczas festiwalu filmowego w Cieszynie, gdzie nawet chodząc na pięć filmów dziennie czasem musiało się odpuścić i żałować, nawet oglądając w tym samym czasie inne arcydzieło, ale ważne, że się działo.

Była szansa odnowić stare znajomości (niektóre sięgające aż do lutego 2008 - ach, dobre czasy), i wreszcie uścisnąć prawice wielu ludzi znanych dotychczas wirtualnie.

Nie miałem aparatu, nie byłem na wielu spotkaniach, więc wymienię kilka chwil, które dla mnie będą wspaniałym skarbem w pamięci.

Comic Fight Club - rysnąłem sobie w 25 minut na dużym formacie postać ze swoich dziecięcych komiksów - Gumbo, rozwalającego zombiaków shotgunem. Ale się adrenalina wydzieliła. Nie dość, że tłumy się zbierały, by to oglądać, to poza kilkoma projektami nie narysowałem niczego od miesięcy, więc byłem mocno zardzewiały przystępując do sztalugi. Zadowolony jestem z efektu, bo chociaż komiksy mojego autorstwa mogą na to nie wskazywać, to jestem wielkim fanem zombiaków i bezmózgiej rozwałki. Ostatnio z bratem w ramach zaliczania klasyków (nie do końca zombiakowych) nadrobiliśmy Cannibal Holocaust.

Wiersz Bartka Sztybora przeczytany przez niego po otrzymaniu pierwszej nagrody (wraz z Karolem Barskim) za konkursowy komiks Łańcuchy pokarmowe terenów zalesionych. W gazetce festiwalowej dali następującą wersję, choć coś mi się wydaje, że brzmiało to ciut ciut inaczej:

emefka

emefka
emefka
wspaniale zdobywa się nagrody na emefka

Sztybor to szołmen, jakich mało i do tego ma talent. Gratuluję raz jeszcze publicznie jemu, Karolowi i Piotrkowi Nowackiemu fantastycznych dwóch komiksów konkursowych.

Zdobywca pierwszego miejsca (wśród profesjonalistów) w konkursie - komiks Z bogiem, ma miłości! Czechów - Tomasa Prokupka i Karela Jerie. Chłopaki wykazali się znajomością historii komiksu, idealnym zrozumieniem różnych języków komiksowych i zaserwowali nam ironiczną i trafną opowieść tak o samym medium, jak i problemach, z jakimi borykają się prawie wszyscy jego twórcy.

Lokalizacja wystawy Manary, Czechów i Słowaków (Muzeum włókiennictwa) i lokalizacja imprezy towarzyszącej (Łódź Art Center) - za ten łódzki klimat, którzy sami Łodzianie pewnie woleliby zmienić na coś mniej zdezelowanego, ale który dla wielu przyjezdnych, jak i samego Lyncha, jest esencją tego miasta.

Wybory Miss Festiwalu. Co prawda moja Olimpia przepadła w tłumie, ale niesamowicie było patrzeć na Manarę rysującego szczegółową, anatomicznie doskonałą kobietę bez jakiegokolwiek szkicu, ani modelu.

Mawil - co prawda nie wymieniłem z nim ani słowa, ale kiedy tylko ten mały, wesoły Niemiec zjawiał się gdzieś, od razu wszystko wydawało się radośniejsze. Jego rysunki na Miss Festiwalu i w Comic Fight Club były inteligentne i zabawne, a on sam, ze swoją miłością do polskiej muzyki z lat 60. i 70. i strojem z innej epoki, był jakby dobrym duszkiem podróżującym w czasie. Może dlatego bałem się podejść i zagadać, bo ten konstrukt, jaki sie narodził w mojej głowie, był zbyt piękny, by go narażać na szwank, czyli konfrontację z rzeczywistością. I wielki szacun dla Mawila za nadzór nad obcojęzycznymi wydaniami swoich komiksów. Ziniolowi przesłał czcionkę zrobioną z własnego pisma (z polskimi znakami!), a nim Kultura Gniewu dała Możemy zostać przyjaciółmi do druku, on poprosił znajomą Niemkę znającą nasz język, by przejrzała z nim polskie wydanie i wyłapała jakiekolwiek odstępstwa od oryginału.

Kultura panująca na festiwalu - Dostałem od Marcina Podolca egzemplarz Ser-ca. Trzy godziny później chcę go przejrzeć, gdy, o zgrozo, okazuje się, iż w plecaku go nie ma! Został w sali 221. I co ja powiem Marcinowi? - myślę, biegnąc do sali, w której odbyło sie od tamtego czasu już kilka spotkań - On mi to wiezie przez pół kraju, a ja ot tak, zostawiam gdzieś bez chociażby zerknięcia. Wbiegam tuż przed jakimś spotkaniem, sala pełna (chyba nie zdarzało się to w jej przypadku zbyt często), ale tam, pośród tłumu, jedno niezajęte krzesło, na którym leży... mój egzemplarz Ser-ca! No, w holiłód by takiego cheesy happy endu nie wymyślili!

Oczywiście nie będę tu wymieniał wszystkich towarzyskich spotkań, wymian zdań, propozycji, spacerów, wspólnych dań i toastów, ale wszyscy, z którymi rozmawiałem chyba po mnie widzieli, że się z tych spotkań bardzo cieszyłem.

A ze spotkań oficjalnych, programowych, to byłem na rozmowie z Tanino Liberatore, z Mawilem i spotkaniu o Ziniolu i Znakomiksie. Podczas tego ostatniego nic specjalnie chyba nie zostało powiedziane, zresztą praktycznie nikogo nie było, a ja myślałem tylko o tym, że za mały kubeczek kawy wydałem 5.70 (słownie: pięć siedemdziesiąt) PeeLeNów. Spotkanie z Mawilem prowadzone było przez Szymona Holcmana. Widać, że to kumple, bo rozmawiali na luzie i dali nam wgląd w różne aspekty życia komiksiarza, o których się zazwyczaj nie mówi. Nie przywołam dokładnie o czym mówili, bo wtedy myślałem o tym gdzie kupić kawę za mniej niż 5.70, ale było o muzyce, o podejściu autora do zagranicznych wydań, o jego powiązaniach z Polską i samych komiksach. Na spotkaniu z Liberatore było stosunkowo mało osób, ale po dość niemrawym łamaniu lodów, zaczęło się zadawanie pytań ze wszystkich stron sali. Ja sam nic jego nie czytałem ani nie widziałem, kojarzę tylko tytuł RanXerox i suknię władczyni Egiptu z filmu Asterix i Obelix: Misja Kleopatra, którą Włoch zaprojektował. Suknia pierwsza klasa, przyznaję.

Jak coś się przypomni, to dopiszę. Na razie czekam na fotogalerie, by przeżyć to jeszcze raz. Zwłaszcza liczę na Jarka Obważanka, który ma najlepsze zdjęcia i najzabawniejsze podpisy. Tyle razy się na korytarzach mijaliśmy i znów nie powiedzieliśmy sobie cześć. Może następnym razem.

Lekturę komiksów zakupionych czas zacząć.

Do przeczytania.

czwartek, 2 października 2008

O sukach, kobietach i muchach

Dzień dobry Państwu. Wybywam dziś na największą imprezę komiksową w Polsce, dziejący się w Łodzi Międzynarodowy Festiwal Komiksowy. Uwielbiam Łódź za kontrast pięknej architektury kamienic, i ich zniszczony charakter, jakby przez miasto przeszedł pożar. Gdy nie zdałem na ASP do Łodzi, zdając jednocześnie na Akademię w Warszawie, byłem załamany tym, że odebrana mi została codzienna szansa napawania się tymi widokami. Ostatnim razem na MFK byłem w 2000 roku. 8 lat temu! Cała nowa generacja komiksiarzy od tego czasu wyrosła, z niektórymi chodzimy mniej lub bardziej regularnie na piwo. Gdy pół roku temu w jednym pubie przysiadłem się do stoliku, przy którym siedzieli Olaf Ciszak i Kamil Kochański, moi idole z Produktu, to nie mogłem się temu nadziwić, że ja teraz wśród nich, w pubie, mogę dotknąć ich dłoni w męskim, powitalnym uścisku! Więc witaj MFK! Witaj, mój upragniony świecie komiksu!


Już wspominałem wcześniej, że przygotowałem do drugiego Ziniola pięciostronicową historyjkę obyczajową. Powyżej znajduje się pierwszy kadr z niej.

Do tego można w nowym Ziniolu przeczytać artykuł mojego autorstwa o perspektywie (nie tylko) w komiksie. Polecam szczególnie początkującym rysownikom, bo opisałem kilka prostych sztuczek, dzięki którym Wasze komiksy mogą stać się bardziej efektowne.

Ziniol do nabycia na stoisku timofa (a potem w sklepach specjalistycznych lub przez internet), gdzie też będzie można nabyć komiks z jednym z najlepszych tytułów, z jakimi się zetknąłem w tym roku, a tytuł ten brzmi: Suka. Rzecz jest o Stalkerce (a przypominam, że Stalker Tarkowskiego to mój ulubiony film sf), a sama okładka też jest fantastyczna (czy może być niefanastyczna okładka oparta na barwach: czerń, biel, czerwień?). Tak się napaliłem na ten owoc ukraińsko-rosyjskiego tandemu autorskiego, że jeśli mnie zawiedzie, to nigdy się już nie będę napalał na żaden komiks.



Taurus z kolei sprzedaje wyśmienite dziełko: Kobieta mego życia, kobieta moich snów. To co uwielbiam najbardziej - czyli autobiograficzna powieść o procesie twórczym i relacjach w związku. Polecam wszystkim fanom Literatury (tej przez duże L), którzy nie czytują na co dzień komiksów. Zwłaszcza że oprawa plastyczna przypomina to, co częściej ma się okazję zobaczyć na wystawie końcoworocznej ASP, niż w noweli graficznej. Sam miałem swój mały udział w tym komiksie, robiąc polską wersję ostatniej strony i muszę przyznać, że był to zaszczyt i niemała przyjemność. (całość opiera się na wspomnianych 3 kolorach - choć na okładce złamane są zielenią).

***



Byliśmy wczoraj z Oposową w CSW na wystawie Yoko Ono - Fly. Idealna na pójście ze swoją drugą połową. Poza tytułową projekcją są różne atrakcje interaktywne. Jest pokój, w którym można składać połamane porcelanowe naczynia (są stoliki, na których leżą nożyczki, sznurek i taśma klejąca), jest drzewo życzeń (i leżące obok karteczki i długopisy) i pomieszczenie dedykowane matkom, gdzie można napisać życzenia na ścianie dla swojej. Mały akcent komiksowy - na ścianie tej zaznaczył swoją obecność Robert Adler - choć wygląda to bardziej jak reklama boli-blogu, ale cóż - wolność słowa.

Wystawa jest czynna codziennie (poza poniedziałkami)
w godzinach 11.00 - 19.00 (w piątki do 21.00)
i trwa do 26 października
W czwartki wstęp wolny

A, i można wziąć sobie badge'a z muchą na sutku, albo muchą na łonie, albo zwykłym napisem Fly na białym tle! No, wiedziałem że to przekona.