Epilog ostatniego wpisu, czyli jak wypadło spotkanie w Zachęcie.
Frekwencja dopisała, było z 40 osób, z czego tylko trochę ponad 1/3 to byli znajomi. Karolina Vysata, organizatorka spotkania, wpierw opowiedziała o trwającej do 9 listopada wystawie Rewolucje 1968, której nasz występ towarzyszył, a potem ja sobie pochodziłem po sali, głosząc swoje prawdy objawione i kpiąc ze wszystkich i wszystkiego, na wzór Billa Hicksa.
Nastąpiła po tym krótka dyskusja, która poza kilkoma ciekawymi obserwacjami nic specjalnego nie dodała, jak to zazwyczaj bywa na takowych spotkaniach.
Następnie miała mieć miejsce część filmowa, przynajmniej tak zapewniłem publikę, ale by to nastąpiło, wszyscy mieli odpowiednio się rozsiąść w trzech sektorach. I wtedy wyjawiłem plan części "warsztatowej". Jeden taki sektor miał iść do domu. Ten, który najmniej zasługiwał na obejrzenie filmów. Grupy miały między sobą wytypować która z nich wyjdzie, w innym wypadku my, organizatorzy, którąś wyrzucimy.
To co nastąpiło nie do końca spełniło czyjekolwiek oczekiwania. Wpierw solidarnie ludzie postanowili zostać. Niektórzy rzucali we mnie papierowymi samolocikami na znak protestu. Ale nie po to zgadzałem się na prowadzenie spotkanie o buncie, by ograniczyć się do zabawowych estetycznych gestów i potem przyjemnie dokończyć. Do tego doszło lekkie nieporozumienie w szeregach organizatorów. Skoro nikt nie chciał się ruszyć, ja chciałem wyłączyć projektor i zakończyć spotkanie. Ania Senkara - która przygotowała się do swojej części, zebrała filmy i zaprosiła jedną z reżyserek - chciała jednak pokazać owoc swojej pracy, i się jej nie dziwię. Dlatego nie wyszliśmy. I się ciągnęło. Aż widownia, coraz bardziej wkurzona, że ta gra jest bez sensu i pewnie nie puścimy filmów, zaczęła się wykruszać, aż wszyscy wyszli. I filmy nie zostały puszczone.
Ta końcówka nie była efektowna, choć cieszę się, że nasze spotkanie o buncie nie skończyło się wyłącznie na wygodnym siedzeniu na krzesełkach i gadaniu o abstrakcjach, tylko faktycznie skończyło się buntem widowni i buntem wśród organizatorów. Nie będę poczytywał tego za sukces - że skoro wszystkich wkurzyłem, to plan udał sie w stu procentach - ale też nie uważam za zupełną porażkę. Ja mam kolejną porcję wniosków, które pojawią się w dalszych pracach i komiksach. Mam nadzieję, że komuś też coś zaświtało tego wieczoru.
Spotkanie zostało nagrane. Jak zostanie kiedyś zmontowane i pokazane, to nie omieszkam tu powiadomić. Do tego czasu możecie obejrzeć sobie scenę, którą pewnie kojarzycie z pewnego filmu. Tu jest oryginalne wystąpienie i tak wyglądała końcówka wczorajszego wieczoru:
Linki do moich ulubionych komików to nie jest przypadek. Brakuje mi tego w polskim kabarecie i tym bardziej w polskich wykonawcach solo. Oczywiście znajdzie się kilka dobrych skeczów, ale w większości to jest miałke i bezpieczne.
Żądam dobrej komedii! Nie ważne, czy ktoś się zaśmieje, czy nie.
Żądam komedii, która kopie ludzi w twarz ich własną stopą.
Nawet jeśli potem oni skopią komedianta.
***
Poniżej umieszczam uwarunkowania psychologiczne buntu, od których rozpocząłem swoją prelekcję.
Frekwencja dopisała, było z 40 osób, z czego tylko trochę ponad 1/3 to byli znajomi. Karolina Vysata, organizatorka spotkania, wpierw opowiedziała o trwającej do 9 listopada wystawie Rewolucje 1968, której nasz występ towarzyszył, a potem ja sobie pochodziłem po sali, głosząc swoje prawdy objawione i kpiąc ze wszystkich i wszystkiego, na wzór Billa Hicksa.
Nastąpiła po tym krótka dyskusja, która poza kilkoma ciekawymi obserwacjami nic specjalnego nie dodała, jak to zazwyczaj bywa na takowych spotkaniach.
Następnie miała mieć miejsce część filmowa, przynajmniej tak zapewniłem publikę, ale by to nastąpiło, wszyscy mieli odpowiednio się rozsiąść w trzech sektorach. I wtedy wyjawiłem plan części "warsztatowej". Jeden taki sektor miał iść do domu. Ten, który najmniej zasługiwał na obejrzenie filmów. Grupy miały między sobą wytypować która z nich wyjdzie, w innym wypadku my, organizatorzy, którąś wyrzucimy.
To co nastąpiło nie do końca spełniło czyjekolwiek oczekiwania. Wpierw solidarnie ludzie postanowili zostać. Niektórzy rzucali we mnie papierowymi samolocikami na znak protestu. Ale nie po to zgadzałem się na prowadzenie spotkanie o buncie, by ograniczyć się do zabawowych estetycznych gestów i potem przyjemnie dokończyć. Do tego doszło lekkie nieporozumienie w szeregach organizatorów. Skoro nikt nie chciał się ruszyć, ja chciałem wyłączyć projektor i zakończyć spotkanie. Ania Senkara - która przygotowała się do swojej części, zebrała filmy i zaprosiła jedną z reżyserek - chciała jednak pokazać owoc swojej pracy, i się jej nie dziwię. Dlatego nie wyszliśmy. I się ciągnęło. Aż widownia, coraz bardziej wkurzona, że ta gra jest bez sensu i pewnie nie puścimy filmów, zaczęła się wykruszać, aż wszyscy wyszli. I filmy nie zostały puszczone.
Ta końcówka nie była efektowna, choć cieszę się, że nasze spotkanie o buncie nie skończyło się wyłącznie na wygodnym siedzeniu na krzesełkach i gadaniu o abstrakcjach, tylko faktycznie skończyło się buntem widowni i buntem wśród organizatorów. Nie będę poczytywał tego za sukces - że skoro wszystkich wkurzyłem, to plan udał sie w stu procentach - ale też nie uważam za zupełną porażkę. Ja mam kolejną porcję wniosków, które pojawią się w dalszych pracach i komiksach. Mam nadzieję, że komuś też coś zaświtało tego wieczoru.
Spotkanie zostało nagrane. Jak zostanie kiedyś zmontowane i pokazane, to nie omieszkam tu powiadomić. Do tego czasu możecie obejrzeć sobie scenę, którą pewnie kojarzycie z pewnego filmu. Tu jest oryginalne wystąpienie i tak wyglądała końcówka wczorajszego wieczoru:
Linki do moich ulubionych komików to nie jest przypadek. Brakuje mi tego w polskim kabarecie i tym bardziej w polskich wykonawcach solo. Oczywiście znajdzie się kilka dobrych skeczów, ale w większości to jest miałke i bezpieczne.
Żądam dobrej komedii! Nie ważne, czy ktoś się zaśmieje, czy nie.
Żądam komedii, która kopie ludzi w twarz ich własną stopą.
Nawet jeśli potem oni skopią komedianta.
***
Poniżej umieszczam uwarunkowania psychologiczne buntu, od których rozpocząłem swoją prelekcję.
Motywy stojące za buntem jednostki wg Daniela Cha:
- Dążenie do własnej przyjemności poprzez walkę z tym, co uniemożliwia nam tę przyjemność.
(Walka o wolność słowa, o możliwość wybierania władzy, posiadania własności prywatnej)
(Walka o wolność słowa, o możliwość wybierania władzy, posiadania własności prywatnej)
Podczas spotkania wytknięto mi, że mówię o hedonizmie, a nie mówię nic o zaspokajaniu podstawowych potrzeb. Tak więc pod słowem "przyjemność" kryje się też "potrzeba".
- Wywarcie wpływu poprzez negację obecnej jednostki lub grupy posiadającej wpływ.
(Postawienie się przywódcy grupy szkolnej, ruch solidarnościowy, demonstracje przeciwko wojnie w Wietnamie)
- Dążenie do sławy poprzez skupienie uwagi na sobie / poprzez umieszczenie siebie w kontekście innych sławnych buntowników
(Samospalenie, pobicie rekordu świata, wykonanie czynu altruistycznego)
- Dążenie do akceptacji poprzez dołączenie się do buntującej się grupy
(Skrywany przed samym sobą konformizm)






