BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO

piątek, 28 listopada 2008

Spotkanie z Kobietą mego życia

Pożyczyłem Pani Oposowej komiks Kobieta mego życia, kobieta moich snów. Od razu przy mnie wzięła się za lekturę i zauważywszy pewne elementy wspólne między pracą Brito i Fazendy, a moim Powidokiem, zawołała:

Czy każdy komiks musi zaczynać się szlugami i gównem?

Chcecie zrobić eksperymentalny komiks o procesie twórczym? Teraz już wiecie co jest trendy w tym sezonie.

***

Spotkanie z autorami Kobiety, które odbyło się na Akademii, mogę uznać za sukces. Gości było co prawda kilkunastu, ale wyszli bardzo zadowoleni.

Bo jest taka sprawa z plastykami z Zachodu. Na Zachodzie zmienia się stopniowo model nauczania na uczelniach plastycznych. Stało się to w Niemczech, stało się w Hiszpanii (podaję te kraje, bo akurat przeprowadzałem dogłębne rozmowy z tamtejszymi studentami). Nacisk stawiany jest na wolną ekspresję jak najszybciej, jak również na specjalizowanie się w wąskiej dziedzinie. Chcesz robić video-art? To robisz video-art.

W Polsce, jak i krajach sąsiedzkich (Czechy, pewnie Słowacja) możemy sobie pozwolić na szaleństwo, gdy opanujemy podstawy. Dlatego w Warszawie pierwsze dwa lata (przynajmniej tak było na moim roku, młodsi znów mają inaczej, chyba przyspieszone), więc pierwsze dwa lata to było typowe odrabianie prac domowych i wykonywanie zadań projektowych. Wszyscy na grafice musieli mieć wykonaną akwafortę, akwatintę, linoryt, etc; alfabet, afisz teatralny, itd. Dopiero na trzecim roku następuje specjalizacja. A i tak jest obowiązkowy rysunek i malarstwo (lub rzeźba). Nie licząc bardzo szczegółowych wykładów obejmujący całe malarstwo, architekturę, rzeźbę i grafikę Europy, Stanów, i pokrótce Azji.

Jak widać, dyplomowani plastycy muszą posiadać pewną wiedzę i reprezentować pewien poziom (różnie z tym bywa, ale ogólnie powiedzmy, że jest). Hiszpan po swojej karierze naukowej może nie wiedzieć nic o historii sztuki i może być nędznym epigonem Dalego, jeśli ma na to ochotę, i sobie może. Dlatego - wracam teraz do meritum - baliśmy się, że oto przybywają ludzie z Zachodu, co pokażą swoje pracki, a my litościwie będziemy siedzieć i jakoś to przetrwamy.

Na szczęście nie dość, że João Fazenda skończył Akademię w podobnym systemie co nasz (który też chwali), to obaj panowie naprawdę tryskają pomysłowością, talentem i wszechstronnością godnymi pozazdroszczenia.

Zanim pokażę kilka miernej jakości zdjęć ze spotkania, to wrócę do Hiszpanów. Znajoma powiedziała, że tak jak Polacy traktują ich próby plastyczne jako naiwne, infantylne i technicznie słabe, to tak oni, obserwując studentów przyjezdnych z Polski, Czech i Słowacji, mówią, iż wszyscy wszystko robimy na jedno kopyto. Że przez te podobne podstawy techniczne, które nam zaszczepiają, nie potrafimy wyjść z pewnych ram.

To jeszcze słówko o różnej percepcji. João Fazenda podejrzewa, że francuskie wydanie Kobiety ma pomarańcz zamiast czerwieni z powodu dużej popularności tego koloru w komiksie frankofońskim i nie mniejszej siły symbolicznej, niż u nas ma czerwony. Ani on, ani ja nie znamy na tyle komiksów francuskich, by to zweryfikować, ale może ktoś z Czytelników mógłby pomóc w rozwikłaniu zagadki?

***
Kuba Jankowski i José Carlos Costa Dias (z Instytutu Camões)

















Pedro Brito (z lewa) i João Fazenda (z prawa)

















Od lewej: Krzysztof Skrzypczyk, Tomasz Pastuszka, część publiczności, przyszła wielka malarka Hanna Krzysztofiak.

















Kilka prac Fazendy









i mój ulubiony cykl rysunków Brito:

czwartek, 27 listopada 2008

Nowa szkoła filozoficzna

Zapytana o to, czy jeszcze uczęszcza na zajęcia w jednej z pracowni na Akademii, moja znajoma, Małgorzata Nowak, odpowiedziała skrótem myślowym, który wyrwany z kontekstu staje się wchodzącą w dialog z Kartezjuszem anti-establishmentową sentencją:

Jestem, ale nie bywam.
.

wtorek, 25 listopada 2008

Ogłoszenia parafialne

Phew, for a minute there I lost myself.

Mam za dużo zaległej roboty leżącej i mocno podgniłej, by tu sobie gadu gadu, więc dziś kilka polecanek. A wkrótce wrócimy do ciekawych tematów poruszanych przez pana Jerzego Lovella, którego przytaczałem ostatnio i którego niedługo znów przytoczę.

***

Zapraszam wszystkich warszawiaków (i przyjezdnych) na spotkanie z autorami komiksu Kobieta mego życia, kobieta moich snów, które odbędzie się w Akademii Sztuk Pięknych! Mam nadzieję, że to pierwszy z wielu kroków na drodze do zmiany świadomości komiksowej ludzi tam studiujących. Będę ja, będzie Kuba Jankowski w roli tłumacza, będą pochodzący z Portugalii autorzy, sztaluga z papierem (więc pewnie odbędzie się jakieś rysowanie) i pokaz prac z projektora. A dla zainteresowanych mogę małą przechadzkę po Akademii poprowadzić potem. Wszystkie dane na plakacie poniżej (a komu nie pasuje czasowo, niech zajrzy na blog Kuby po rozpiskę pozostałych spotkań):






















***

Krzysztof Kasprzak, który środowisku sportowemu może być znany jako pilot i fotograf rajdowy, a środowisku komiksowemu jako współautor okładki Serca wilkołaka i zdjęć do mojego debiutu, założył bloga, na którym umieszcza swoje zdjęcia. Na razie głównie powtórki z jego galerii internetowej, ale już ten stan rzeczy zaczyna się zmieniać.

***

Mój stary znajomy Zbigniew Szatkowski, z którym swego czasu w niejednej sesji Zew Cthulhu uczestniczyłem, a który jest utalentowanym pianistą, gra na klawiszach w prog-metalowym zespole Votum. Co prawda sam sporadycznie goszczę ostatnio ten typ muzyki w formie Porcupine Tree w swoim łinampie, ale z niekłamaną przyjemnością przesłuchałem ich nowy singiel, The Pun. Pełny, zachodni profesjonalizm. Zresztą zgarniają pozytywne recenzje z całego świata za koncept-album Time must have a stop. Koniecznie zerknijcie na ich stronę. Koncertują po całej Polsce, więc może zapewnią Wam udany grudniowy wieczór swoim występem.



***

Konrad Hildebrand co prawda zrobił propagandę podczas ostatniej motywowej niedzieli (zresztą stamtąd się dowiedziałem), ale im więcej trąbienia, tym lepiej.

Wilczy Szaniec.

Gdybym miał cierpliwość do nauczenia się grania na instrumencie (i jakikolwiek talent muzyczny), to właśnie taki bym stworzył zespół. Pierwsze dwa utwory utrzymane w klimacie pierwszych dokonań Ewy Braun, trzeci zaprezentowany na ich stronie majspejsowej przypomina mi Julie i Candy duetu Boards of Canada. Wilczy szaniec to też duet. Mają świetny pomysł plastyczny na siebie, świetne tytuły piosenek, świetne same utwory. Jestem po prostu zachwycony. I mają kasetę audio wkrótce wypuścić!

Zdaję sobie sprawę, że duża część młodszego pokolenia nie wie, co to za formacja wspomniana Ewa Braun. Był to jeden z najwybitniejszych noizowych zespołów, jakie kiedykolwiek słyszałem. Od szeptanej poezji a la Slint, po długaśne sałndskejpy z pankowym pazurem. Poczytać można o nich na ich stronie internetowej. Niestety żadnych teledysków na jutubie nie ma, najwyżej jeden krótkometrażowy filmik z ich muzyką w tle. Ale kto lubi noiz i postpank, to niech koniecznie poszuka (początki to hardkorowe rzężenie i krzyczenie, potem coraz spokojniej, przez wręcz mistyczny Sea Sea, po końcowy, miejsko-liryczny i stonowany album Stereo).

Jeden z członków Ewy Braun, Marcin Emiter, bawi się teraz w eksperymentalną elektronikę, nie mniej udaną, niż twórczość byłego zespołu.

***

I na koniec...

Założyłem bloga, na którym będę systematycznie wrzucał wszystkie swoje stare prace. Estetyczniejsze to niż galerie internetowe, a prostsze niż jakaś fleszowa witryna.

Zapraszam zatem do Atelier Daniela Chmielewskiego.

sobota, 1 listopada 2008

Podwójna śmierć Iwy. Podwójne życie Anny

Tylko kilka książek w życiu kupiłem, idąc z konkretnym zamysłem do księgarni. Moje życie literackie jest tak losowe, jak życie po prostu.

Wraz z bratem pomagałem wczoraj ojcu w przeprowadzce do mieszkania wynajmowanego przez pewnego starszego pana. Na półce regału sterta starych książek. Gdy w pewnym momencie zostałem sam w nowym mieszkaniu, pierwsze co zrobiłem, to zacząłem tam szperać. Uwagę przykuła prosta okładka z jakże ciekawym tytułem.


Wydany przez Iskry w 1977 r. zbiór. Opowiadań? Nie ma żadnej notki, więc trzeba przeczytać kilka stron. Pierwsza niezidentyfikowana forma literacka ma tytuł: Śmierć wam się kłania i zaczyna się tak:

Chodzi o sposób umierania. O moment oderwania od życia, ten moment,. kiedy śmierć jest obecna, spełnia się: właśnie przyszła i właśnie odchodzi. Wtedy powinna mieć własną twarz, różną w różnych czasach. Jak ją rozpoznać?

No i pan Lovell złapał mnie na haczyk. Okazało się, iż trzymam w rękach zbiór esejów zmarłego w 1991 r. dziennikarza. Jako, że czyta się to szybko, ale nie tylko dlatego, chciałbym się z Wami podzielić dwoma obszernymi fragmentami.

Pierwszy pochodzi z eseju List ostatni z Koncertu na viola d'amore. Dotyczy pewnej sprawy, którą Lovell opisał w Kulturze w 1968 r. a która wróciła do niego dekadę później. W nowym tekście przeprowadza wpierw śledztwo, by dotrzeć do rodziców bohaterki swego reportażu, ale gdy rozmowa z nimi nie wnosi nic nowego, postanawia sam napisać list, jaki ona powinna była napisać przed swą samobójczą śmiercią.

Nie miejsce tu na przytaczanie listu, skupmy się na innym, nurtującym mnie problemie, czyli wtórności, albo - jeśli ktoś odczuwa pejoratywność takiego określenia, bardziej literacko, choć mniej ściśle - cykliczności.

Autor wraca właśnie z cmentarza w Zaduszki i dzieli przedział w pociągu z grupką młodzieży. Wszyscy są rozgadani prócz jednej, siedzącej w kącie młodej osóbki...

I nagle: ta dziewczyna w przeciwległym kącie, milcząca, nadąsana, nie biorąca udziału w rozhoworach. Kiedy wydaje sie jej, że nikt nie zwracana nią uwagi (a ja tymczasem obserwuję kątem oka, pilnie podpatruję) - szybkim gestem uchyla kołnierza kurtki i wyciąga z zanadrza małego zajączka, śmiesznego, puchatego, zrobionego z futerka króliczego (sprzedają takie w krakowskich Sukiennicach, dla dzieci lub jako maskotki do aut). Gładzi go z wielką czułością, ciągnie za uszy, całuje w czubek nosa. Pochwyciła mój wzrok i uśmiech: speszyła się, spąsowiała, ukryła zajączka z powrotem z zanadrzu i gniewnie odwróciła twarz w przeciwną stronę. Przetrwała tak aż do samego Krakowa.

Poczułem się dziwnie poruszony, przejęty. Ta atmosfera zaduszkowo-cmentarna, to sztubackie towarzystwo, ta smutna dziewczyna z futrzanym zającz
kiem... Coś w tym było niepokojąco znajomego, coś przebijało się przez warstwy pamięci, domagało się nawiązania i kontynuacji. Co takiego, u licha? Nie przylegała do tej sytuacji żadna z przygód życiowych, osobistych. Musiało się to dziać w innym wymiarze, na innej płaszczyźnie - ale jakiej, na miły Bóg? I z nagła olśnienie: ależ tak, Iwa. "Koncert na viola d'amore". Ileż lat temu go napisałem? Osiem? Dziesięć? Przeżyłem go wtedy mocno, sam proces zbierania materiałów i pisania reportażu wciągał i angażował, tak że nie wiedzieć kiedy stałem się niejako współuczestnikiem tego dramatu, wielkiej tragedii: samobójczej śmierci młodej, siedemnastoletniej dziewczyny. Pamiętam nawet początek reportażu, zaczynał się jakoś tak:

"...Od roku już wpatruję się w fotografię, wertuję gruby zeszyt własnych zapisków, pakiet korespondencji. Od roku próbuję rozwiązać zagadkę: dlaczego zabiła się, dlaczego targnęła na swoje życie dziewczyna urodziwa, błyskotliwie inteligentna, dzielna, mająca wdzięk i powodzenie towarzyskie, przyjaźń profesorów, podziw koleżanek, miłość rodziców..."

Zaraz, w jaką to ja fotografię się wpatrywałem? I znowu pamięć podpowiada tekst:

"...Spomiędzy listów wyciągam fotografię Iwy, kładę przed sob
ą, przyglądam się uważnie; to fotografia z okresu rozbudzającego się buntu, na dobry rok przed śmiercią: jeszcze jest na niej wiotko-dziewczęca, rozmarzona, z ledwo uchwytnym polotem zmysłowości; obejmuje dużego pluszowego misia, lecz nie po dziecięcemu, ufnie, ale jakoś kurczowo, nieomal namiętnie; patrzy sponad pluszowej głowy niedźwiadka oczami smutnymi i rozumnymi; na szerokich ustach błąka się uśmieszek taki do wewnątrz, nie na pokaz, leciutko nadąsany. Jakże jest piękna, a przy tym niepokojąca - jak gdyby czegoś oczekująca, coś przyzywająca, czegoś szukająca..."

...W
ięc ta dziewczyna tam w kącie przedziału, teraz gniewnie odwrócona, przypomina mi Iwę: ten sam wiek, podobna uroda i ten zajączek zamiast misia, i nawet to samo nadąsanie... Dobrze - myślę - ale przecież pokolenie inne. Gdybym o tym nie wiedział skądinąd - wystarczyłoby posłuchać jej współtowarzyszy, zwłaszcza tego długowłosego. Auta. Książki. Podróże. Konkret i stabilność. Cele bliskie i nieosiągalne. Otwarte perspektywy. A pokolenie Iwy, to sprzed dziesięciu lat, stało przed ślepym murem. Dreptanie w miejscu. Obcość w niezrozumiałym świecie dorosłych. Kariery załatwiane przez ojców lub nie załatwiane. Brak woli, brak wiary w szanse i sens. Więc bunt: ucieczka w własne mikroświaty i mikrofilozofie. Zgrywa, szyderstwo, rozpacz, niepokój. Iwa wymyśliła sobie taką półreligię rodem ze science fiction. Potem zakochała się i zawiodła na tej miłości: była zbyt serio, była zbyt poważna w tym swoim niepoważnym świecie. Dlatego sięgnęła po kurek od gazu, zabiła się. Czy tylko dlatego? Czy ja wtedy, w tym reportażu, wszystko wyjaśniłem, wszystko do końca? Nie.

***

Związek Literatów zaaranżował w czynie społecznym spotkania pisarzy z młodzieżą szkół krakowskich. Mnie przypadło w udziale V Liceum Ogólnokształcące im. Witkowskiego, przy ulicy Świerczewskiego. Poszedłem - z obowiązku.

Aula nabita była młodzieżą ze starszych klas. Nie mam dobrego wzroku, widziałem dokł
adnie tylko najbliższe rzędy. Tam pod ścianą, po prawej stronie - znowu smutne dziewczęce oczy, twarzyczka trochę nadąsana, na wargach uśmieszek gorzki, ironiczny. Cóż to się ze mną dzieje? Obsesja?

Miałem mówić o czymś zupełnie innym - a mówiłem o Iwie, o "Koncercie na viola d'amore". Nie, nie tylko dla tamtych smutnych oczu, choć może one wyzwoliły pierwszy
impuls. Już w trakcie mówienia zorientowałem się o co mi chodzi: o konfrontację pokoleń. I nawet tak właśnie zakończyłem, nieco prowokująco:

- To prehistoria, która zapewne was nie dotyczy. Ot, była kiedyś taka dziewcz
yna w waszym wieku, która nie potrafiła dać sobie rady z życiem: może nadwrażliwa, może naiwna, może chcąca zbyt wiele, zbyt wiele wymagająca... Jeśli znudziłem was tą opowieścią - wybaczcie. Dziękuję za uwagę. Słuchaliście pilnie.

Cisza - przedłużająca sie, nieznośna. A kiedy chciałem już ją przerwać, zakończyć spotkanie zdawkowym banałem, wyrwał się
chłopak ze środka sali. Blondynek w okularach.

- Nie - powiedział z determinacją. - Pan mówił także o nas. To i nas dotyczy, przynajmniej niektórych. Dlatego słuchaliśmy pilnie.

Usiadł - zaczerwieniony i speszony. Czek
ałem na głosy sprzeciwu. Wreszcie wstała ta smutnooka, nadąsana.

- Rozumiem przywiązanie Iwy do pluszowego misia - mówiła. - Rzeczy są dobre, dają się oswoić. Są z nami i dla nas. Można im zaufać. Rzeczy - symbole. Rzeczy - uczucia. One nie krzywdzą.
Są wyrozumiałe...

Mówili jeszcze inni, ale wyszedłem pod wrażeniem tylko tych dwojga, chłopaka w okularach i smutnookiej dziewczyny. Długo myślałem nad tym, co powiedzieli. Zrozumiałem, że zamiast kon
frontacji dokonała się kontynuacja.

***

Czy gdyby dziennikarz wygłosił swą mowę o Iwie dziś, równo 30 lat później, trafiłby na mniej podatny grunt? Nie. Większość by jego słowa zbyła, zajmując w tym czasie myśli rzeczami typu: Auta. Książki (Internet). Podróże. Czyli konkretem i stabilnością. Celami bliskimi i nieosiągalnymi. Ale znalazłaby się niejedna Iwa lub dziewczynka z pluszowym królikiem.

Przejdźmy teraz do innego eseju, od którego cały zbiór bierze nazwę, czyli Piekło mężczyzn.

Tu posłużę się wielkimi skrótami, ale znów dotykając kwestii wtórności. Tym razem nie wewnątrz jednego tekstu i w oczach jednego autora, a na podstawie dwóch utworów i dwóch bohaterek. A może jednej. Ta w tekście Lovella ma ponad 40 lat. Druga jest około dekadę młodsza. Różnią się też lekko kolejami losu. Pierwsza ma dwoje dzieci. Druga pewnie pozostanie bez. Pierwsza opisuje swoje życie w połowie lat 70. Druga 30 lat później. Dwie bohaterki, czy jedna? Sami oceńcie...

W konfliktach małżeńskich stroną coraz bardziej buntowniczą, agresywną zaczynają być kobiety. Same te konflikty nie łagodnieją, lecz przeciwnie - nabierają ostrości. I wreszcie, następuje jak gdyby wymiana cech płci... Ale i to jeszcze daleko nie wszystko. Kiedy sie zna takie i inne, mniej kuriozalne, za to głębsze i bardziej powszechne dramaty kobiet; kiedy zapuści się sondy w różne środowiska i pokolenia; kiedy zwierzenia i obserwacje skonfrontuje się z wiedzą i doświadczeniem fachowców - to jest psychologów, psychiatrów, seksuologów - narastają groźne pytania o ich przyczyny, o zasięg procesu unieszczęśliwiania miłości, małżeństwa, rodziny...

Myślę, że uprzedzając wszystko, co jeszcze w tej materii zostanie tu powiedziane, raz wreszcie trzeba stwierdzić dobitnie i otwarcie: dotychczas często i słusznie mówiło się (i pisało) o piekle kobiet, lecz teraz równie słusznie należałoby mówić o
piekle mężczyzn, skazanych na swoje kobiety. Może zasłużyliśmy na to piekło, niemniej pozostaje faktem, że siedzimy w nim po uszy. I drugi jeszcze pewnik: kobiety nie dostąpiły przez to bram raju. Przeciwnie: ich piekło jeszcze się pogłębiło. Dolewają więc nam siarki i ołowiu. Zresztą w gruncie rzeczy smażymy się we wspólnym kotle, a swąd i lament niesie się po całym świecie.

Mimo wszy
stko właśnie im, kobietom, należy pierwszym oddać głos. Tak - ale którym? Z jakiej generacji? Z jakiego środowiska? Raczej nie nastolatkom; to osobny problem. Ani kobietom zdecydowanie starszym; należą do innej epoki. Więc może tym około czterdziestki: jeszcze w pełni aktywnym, lecz już sumującym pewne doświadczenia z życia przeżytego w warunkach im współczesnych. Środowisko - raczej wielkomiejskie, bo wieś to znowu osobny problem. Chodziłoby o niewiastę wrażliwą i inteligentną, zdolną do refleksji i samokrytycyzmu.

...To nie jest łatwa sprawa skłonić kobietę do zwierzeń w materii tak intymnej. Reporter przyzna szczerze: szukał usilnie, lecz nie znalazł tej jednej, jedynej, której racje starczyłyby za wszystkie inne. Niemniej z fragmentów życiorysów, z prawd cząstkowych spróbuje ulepić osobowość reprezentatywną.


(...)

Oto jej dane personalne: Anna Z., lat 44, mężatka, dwoje dzieci, pracująca, warunki materialne znośne, samodzielne mieszkanie dwupokojowe, auta nie posiada...

- Skoro powołałem panią do życia, pani Anno, to niech nam je pani opowie...

- Mam zacząć od początku? Więc dobrze: urodziłam się... i tak dalej. Rozpieszcona jedynaczka.

(...)


Chyba każda z nas, młodych kobiet, hołubi w sobie taki wyidealizowany portret mężczyzny - niekoniecznie księcia z bajki, to już przestarzałe, ale właśnie dzielnego, dobrego nieskazitelnego człowieka, pojętego jako wartość stała, niezmienna w czasie, jako punkt oparcia na dziś i na zawsze...

(...)

Zdarzały się chwile euforii, ale przeważało głębokie rozczarowanie i niechęć.

(...)

Rozpoczął się trzeci kryzys w moim życiu: rozdarcie między dom a pracę. W domu wszystko leciało mi z rąk, byłam roztargniona i opryskliwa - myślałam o biurowej robocie, o tym, czy zdążę, czy czegoś nie sknociłam, kogoś nie uraziłam; to samo w pracy - bo niepokoiłam się o sprawy domowe i ręka coraz to sama wyciągała do telefonu. (...) Cierpiałam okropnie i na kimś musiało się to wyładować. Na kim? Oczywiście na mężu. Nie miałam żadnego dowodu, żeby mnie zdradzał, żeby miał jakąś kochanicę, ale wydawało mi się, że skoro ja stałam się taka, jaka jestem, a więc tym strasznym babsztylem i jędzą - to on musi mnie zdradzać, na pewno z młodszymi i ładniejszymi...

(...)

Starszy pan doktor zrozumiał wszystko, dał proszki uspakajające i poradził zająć się przede wszystkim dziećmi.

Mąż, o imieniu Tadeusz (mąż Anny z Powidoku nie jest nigdy wymieniany z imienia, za to pewien Tadeusz już na pierwszej stronie dzieli się kilkoma słowami z czytelnikiem), więc Tadeusz, mąż Anny Z., ma to do powiedzenia o swojej żonie:

Ja po tych przejściach zrozumiałem coś, czego - obawiam się - żona po dziś dzień nie rozumie, że podstawową przyczyną wszystkich jej klęsk, piekła, które sama przeżywa i w które nas wciąga, jest nie tyle egoizm - co egotyzm: odnoszenie wszystkiego do siebie, uczynienie z własnej osoby centralnego punktu świata, a więc nieumiejętność wyjścia poza siebie, dostrzeżenie innych ludzi, koncesji na rzecz ich dobra.

***

Dwie Anny, zmyślone, a prawdziwe. Dwie dziewczyny z pluszakami. Choć Jerzy Lovell pisze fikcyjny list od Iwy w swym eseju, na podstawie zebranych dowodów i zgodnie z intuicją. Każda z tych osób wywodzi się z innych czasów, a wszystkie są dla nas zrozumiałe i są nam bliskie (niektórym bardziej, niektórym mniej).

Pewni ludzie boją się repetycji. Starają się za wszelką cenę być oryginalni, zrobić coś, co nie zostało nigdy zrobione. Człowiek praktycznie nie zmienił się przez te wszystkie miliony lat. Zmienia się technologia, która warunkuje przesuwanie się postrzegania z jednych zmysłów na drugie. Na przyspieszenie lub zwolnienie procesów wokół nas, ale nie w nas. Na pewne choroby cywilizacyjne wynikające z nieprzystosowania naszych organizmów do danej prędkości.

Ale MY się nie zmieniamy.

Przepaść między generacjami to mit, który kultywujemy, bo boimy się tej niezmienności człowieka, a jednocześnie nie mamy siły śledzić zmienności technologii.

W tej chwili kolejna Iwa umiera w jakimś krakowskim, warszawskim lub poznańskim mieszkaniu.

W tej chwili pewna Iwa nie chce umrzeć. Do takiej Iwy pisał apel 30 lat temu Jerzy Lovell. Do takiej Iwy pisałem apel ja 5 lat temu w swojej gazecie OKNO.

W tej chwili jakiś inny pisarz ratuje kolejną Iwę.

Ludzie kultury, twórcy, zamiast rozgłaszać kolejne kryzysy, powinni przyjrzeć się kilku podstawowym problemom, które nękają człowieka. I niech się nie wstydzą naiwności i wtórności. Niech właśnie ją wykorzystają jak najlepiej, by dotrzeć do kolejnej Anny, Iwy, Jerzego, Daniela, jego, jej, ich...