BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO

wtorek, 30 grudnia 2008

O definicjach i dyskusji

Uświadomiłem sobie dziś, że gdyby moje hipotetyczne dziecko podeszło do mnie i spytało: Tato, a co to jest kolor?, zaplątałbym się i poplątał i pewnie wymyślił coś zupełnie bezsensownego. Dla wszystkich potencjalnych i już pełnoprawnych ojców przychodzę z pomocą.

Kącik słownikowy

kolor 1. postrzegana wzrokowo właściwość przedmiotu zależna od stopnia pochłaniania, rozpraszania lub przepuszczania promieni świetlnych; barwa. 2. substancja barwiąca; barwnik, farba. 3. kolory (lm), pot. a) różowe zabarwienie policzków, rumieńce. b) barwna odzież, bielizna; także: barwne nici, tkaniny. 4. karc. każdy z czterech zespołów kart w talii, opatrzonych jednakowym znakiem i barwą (pik, trefl - czarne; karo, kier - czerwone).
(łac. color)
Słownik wyrazów obcych PWN, 1999

Podaję definicję bo:
a) była jedna rzecz w dzieciństwie, która spowodowała, że od bardzo młodych lat zacząłem czytać encyklopedię (skutek pozytywny), ale też podchodzić bardzo krytycznie, jeśli nie wręcz pogardliwie czasem, do autorytetów (skutek negatywny). Co to za rzecz? Szedłem do mamy i pytałem: Co to jest X? A mama, skonfundowana, myślała przez chwilę, po czym najczęściej odpowiadała przykładem: No, ekhm, Y potrafi być trochę X w sytuacji Z. Robiły się z tego nowe niewiadome i nie wiedziałem gdzie leży sedno. Szedłem do ojca i pytałem: Tato, co to jest X? Zdarzało się, że ojciec, posiadający większą słownikową wiedzę od matki, przedstawiał jakąś zadowalającą definicję. Co myślał wtedy młody Daniel? Matko, jesteś niekompetentna. Zdarzało się również, że ojciec też wymyślał na poczekaniu jakąś analogię. Jaki wtedy dostawałem sygnał? Każdy ma własną definicję na wszystko, więc jak my tu w ogóle mamy się dogadać w czymkolwiek? Po czym szedłem do encyklopedii i czytając definicję dochodziłem do wniosku: Oboje moi rodzice są niekompetentni, bo nie potrafili wyjaśnić sedna, co potrafił autor danego artykułu w encyklopedii (była to 24 tomowa edycja Worldbook, a nie żałosny zbiór skrótów myślowych jakim jest 6 tomowa encyklopedia PWN. Wadą był nacisk na wszystko dotyczące Stanów Zjednoczonych, plusem były porządnej długości, ilustrowane i pisane przystępnym językiem artykuły na temat każdego hasła).

b) również bardzo pouczające jest dowiedzenie się o etymologii różnych słów. Gdy zacząłem w liceum nałogowo czytać Gombrowicza, to podczas pierwszych lektur musiałem po każdej przeczytanej stronie zaglądać do słownika wyrazów obcych kilka do kilkunastu razy w celu rozszyfrowania jakiegoś francuskiego przysłowia lub łacińskiego skrótu, nie licząc dziwnych, długich słów, którymi pisarz lubial okraszać swoje utwory. Nie ma innego wyjścia. Jak człowiek zaczyna obcować z taką literaturą, to musi spędzić te kilka godzin nad słownikiem. Ale to tak jak z Mechaniczną Pomarańczą. Przez pierwsze 20 stron lektury ledwo co mogłem zrozumieć i co pół zdania wędrowałem do słowniczka na końcu książki, lecz potem szło już coraz gładziej. Jako dziecko czytałem BARDZO dużo książek, ale raczej nie miały zbyt skomplikowanego słownictwa. Gdy przyjechałem do Polski w wieku 12 lat, przestałem na długi okres czytać po angielsku. I pewnego razu, pod koniec liceum, już po przejściach z Gombrowiczem i słownikiem wyrazów obcych, natrafiłem na The joke by Milan Kundera, w pewnym antykwariacie w Bukareszcie (Co robiłem w Rumunii to historia na kiedy indziej). Nie wiedziałem co to i kto to, ale na okładce napisane było "By the author of The Unbearable Lightness of Being" i coś mi się kołatało, że to taki chyba film jest, co to warto znać, więc kupiłem Żart po angielsku. Jakież było moje zdziwienie, gdy zacząłem czytać, a tam same superskomplikowane intelektualne wyrazy. Jakież było moje zdziwienie, gdy dotarło do mnie, iż rozumiem co czytam! Okazało się, że większość trudnych słów, wykorzystywanych w literaturze, filozofii, psychologii, ogólnie pojętej wiedzy o kulturze, wymyślono już w starożytnym Rzymie i Grecji. Stąd prawie każde słowo, którego szukam, znajduję w słowniku wyrazów obcych. Stąd też, nie licząc innych końcówek wyrazów w każdym języku, wyrazy te są takie same po polsku i angielsku, francusku i niemiecku. Znając etymologię wyrazów, możemy o wiele łatwiej komunikować się z całą Zachodnią cywilizacją.

c) definicje słownikowe są umowne, nieprecyzyjne, ale są. Spisane. Czarno na białym. Są jakims punktem odniesienia. Pierwsze dwa lata na Akademii spędziłem na często jałowych rozmowach o tym czym jest sztuka; co jest sztuką; co wchodzi w zakres sztuki itd. Widząc bezproduktywność tego wszystkiego porzuciłem pojęcie sztuki w ogóle, uznając je wyłącznie w odniesieniu do systemu nomenklaturalnego pozwalającej na archiwizowanie i opisywanie pewnej grupy działań i wytworów. Ale o tym też kiedy indziej, a właściwie krok po kroku, cały czas odsłaniam ten pogląd tu i ówdzie uważnym czytelnikom i odbiorcom mojej twórczości. Zawuważcie proszę, że zawsze używam pojęć Twórca i Twórczość. Nigdy Artysta i Sztuka (te słowa pojawiają się w Powidoku, ale już wcześniej tłumaczyłem się z tej niekonsekwencji). Artystą staje się człowiek uznany za Artystę w ramach umowy społecznej (może sam narzucić sobie taki tytuł i wizerunek, przyspieszając konsensus społeczny). Nie interesują mnie umowy społeczne. A dokładniej, interesują, i to bardzo, ale oglądane z zewnętrznej perspektywy. Tak w ogóle, to powinienem używać pojeć Wytwórca i Wytwór, ale pozwoliłem sobie na wygodny dla czytelników skrót myślowy. Ale wracając - Jałowe dyskusje na Akademii.

Jak miały nie być jałowe, gdy nie mieliśmy ustalonego gruntu? Każdy mówił o Formie, ale pojmował ją inaczej. Tak samo Treść nie jest synonimiczna z warstwą literacką. Ale każdy brnął w swoje, próbując przekonywać innych do swoich racji.

Miałem napisać dziś o tym dlaczego tacy ludzie jak jeden z najważniejszych krytyków doby modernizmu, Clement Greenberg, są niebezpieczni i o tym, że stosowana tak przez pana Greenberga, jak i przez takich ludzi jak ja retoryka musi być przetrawiana przez czytelnika bardzo krytycznie, nim ten pozwoli sobie na jakiekolwiek przyswojenie wyłożonych poglądów. Pozostawię to jednak na następny raz, skoro sam wstęp do tego artykułu przerodził się w samoistny twór z początkiem, rozwinięciem i końcem.

Zakończenie. Napisałem o jałowości dyskusji. Nie pamiętam, bym gdziekolwiek w Pubie pod Picadorem przywoływał swój pogląd na dyskusję. Zrobię to zatem tutaj.

Najpierw, w ramach klamry, definicja słownikowa:

dyskusja ustna lub pisemna wymiana zdań na jakiś temat, wspólne rozpatrywanie jakiegoś zagadnienia, rozmowa, dysputa.
(fr. discussion, z łac. discussio, od dis-cutio 'roztrząsam, rozbijam na drobne kawałki')
Słownik wyrazów obcych PWN, 1999
W praktyce ludzie niespecjalnie trzymają się definicji, zwłaszcza gdy chodzi o sprawy fundamentalne, sprawy poglądów (religijnych, kulturowych, politycznych, etc.). W praktyce dyskusje takie wygladają na przekonywanie drugiej osoby do swojej racji. Zamienia się to w grę, w rywalizację.

Zwłaszcza żałosny jest pewien trick wykorzystywany na forach internetowych. Po jałowej dyskusji, która już wszystkich zaczyna denerwować lub nudzić (a moderatorzy biegną w stronę dyskutantów z podniesioną czerwoną karteczką), jeden z prowodyrów kończy, niby stawiając na konsenus - No faktycznie, każdy ma swoje poglądy, skończmy to już - choć zauważcie, że mamy tu typowe zachowanie podbudowujące ego - Mądrzejszy ustępuje glupszemu. Ale trick polega na coupe de grâce "ustępującego", bo kończy on swoją wypowiedź lapidarnym zdaniem typu - ale ja jednak uważam tę książkę za kiepską / ale ja bym nigdy nie mógł spojrzeć na siebie w lustrze, gdybym tak postąpił / etc. No trzeba, prawda?! Trzeba jeszcze tego kuksańca dać i między wierszami krzyknąć - Ale i tak JA mam rację, frajerze! Po tym zakończeniu następuje delikatna czkawka, kilka quasi-kurtuazyjnych postów albo między prowodryami, albo napisane przez ich stronników i sprawa gaśnie.

Otóż, uważam, że dyskusja nie polega na przekonaniu drugiej osoby do swojej racji. W ogóle uważam, że w dyskusji wcale nie chodzi o naszego dyskutanta.

Dyskusja jest przyjrzeniem się własnemu poglądowi i sprawdzeniem czy są w nim dziury logiczne. Druga osoba jest naszym advocatus diaboli i wypowiada to, co sami byśmy powiedzieli, gdybyśmy byli wobec siebie bardziej krytyczni. My jednak stosujemy taryfę ulgową wobec siebie i przymykamy oczy na nasze błędy logiczne. Celem dyskusji jest zauważenie, za pomocą drugiej osoby, pewnych dziur, by potem samemu nad nimi popracować. Jeśli z kolei zauważonych dziur nie da się zalepić, trzeba zmienić pogląd. Rzadko się to zdarza - najczęściej w kwestii religii - każdy kto porzucił wiarę katolicką wyniesioną z domu, albo właśnie wrócił do czynnej wiary po kilku latach kwestionowania jej, wie o co chodzi.

Powyżej wyłożona myśl jest podstawą, na bazie której tworzę swój system światopoglądowy. Dzieki niej nie wchodzę już w jałowe dyskusje (chyba że czasem, dla intelektualnej stymulacji i zabawy). Konsekwetnie eliminuję kolejne zbędne obszary powstałe między ludźmi tylko po to, by zapełnić czas, by go ustrukturalizować. A ja nie mam czasu na kłócenie się czy Piramida Zwierząt Kozyry jest sztuką, czy nią nie jest, bo to jest dyskusja peryferyjna, nie mająca żadnego celu.

Oczywiście, żebyśmy mogli istnieć stadnie, potrzebny jest konsensus. Bez umów społecznych nigdzie nie zajdziemy. Wydaje mi się jednak, że podchodząc do dyskusji tak jak opisałem to powyżej, nacisk nie jest postawiony na atak, a na samorozwój, na krytyczną introspekcję. A gdy jesteśmy krytyczni wobec siebie, potrafimy dostrzec gdzie czynimy coś tylko dla własnego zysku, a gdzie faktycznie ustąpić się nie da. Z praktyki wiem, że gdy kończymy strzelać swoimi racjami w świętej wojnie samozadowolenia, to zawsze znajdzie się wystarczająco duży obszar na wspólne zasiedlenie i koegzystkowanie. Tak duży obszar, że spokojnie znajdziemy również miejsce na pielęgnowanie własnego ogródka, bez straty dla własnego ego.

sobota, 27 grudnia 2008

I po świętach

Jest jedna rzecz, która mnie denerwuje w obchodzeniu Bożego Narodzenia. No, co to może być? Może jego sztuczność? Albo zbytnie przesycenie reklamą. Możliwe, że brak tej rodzinności, którą pamięta się z dzieciństwa.

Nie. To co mnie denerwuje to ciągłe narzekanie młodych ludzi na wyżej wymienione rzeczy.

Wydaje mi się, iż jest to przysposobienie do bycia starą autobusową zrzędą. Bo przecież człowiek nie staje się zgredem z dnia na dzień, w swoje sześćdziesiąte urodziny. Nie! Dochodzi się do tego powolną drogą prób i błędów. A na co mogą narzekać ludzie w przedziale wiekowym 15-30 lat? Trochę za wcześniej, by zaczynać zdania od "Ach, ta dzisiejsza młodzież...", albo "Za moich czasów...", choć formuły te wkradają się w okolicach 25 roku życia.

Brak świąt w świętach jest idealnym tematem. Można go podjąć tak z bliskim znajomym, jak i przypadkowo napotkaną osobą, którą się skądś kojarzy, ale nie pamięta się jej imienia - ale skoro stanęliście obok siebie w tramwaju, to trzeba zagadać. Jest to temat bezpieczny, można w niego wpleść i politykę i religię, ale wcale nie trzeba. Nie trzeba się nawet zgadzać z rozmówcą w jakimś rozwiązaniu problemu, wystarczy połączyć siły przeciwko zjawiskom negatywnym.

Napiszę teraz coś, co może wydawać się Państwu nieprawdziwe, naciągnięte na potrzeby dowodu lub po prostu niezgodne z zasadami rządzącymi realnym światem. Proszę jednak o skupienie i przemyślenie tej kwestii, a nie odrzucaniu jej a priori.

W tym roku ani razu nie słyszałem piosenki Last Christmas.

Tak, jest to możliwe. Jest to możliwe w metropolii, jaką jest Warszawa. I nie zamknąłem się w wyciszonej kartonami po jajkach piwnicy. Jeździłem komunikacją miejską, chodziłem ulicami, wstępowałem do sklepów.

Nie włączałem za to Radia Zet. Nie oglądałem telewizji. Czytałem dzienną porcję wiadomości w sieci, filmy oglądałem na komputerze, muzyki słuchałem swojej. Do czasu wigilii było to Trans Am i The Residents. Potem były to fałszujące glosy mojej rodziny, i styrana, dwudziestoletnia kaseta audio Santa's favourite christmas carols. A potem była Siekiera. I Battles. O, jeszcze ubieraniu choinki towarzyszyli Black Ghosts. Skakałem przy nich po mieszkaniu jak idiota, pełen energii i radości, kosztując ciasta matki i adorując idealnie symetryczne drzewo, które kupiła.

Prezenty kupiłem dwudziestego czwartego grudnia. W kolejkach stałem najdłużej cztery minuty, bo największe tłumy już się przewaliły. Wiedziałem co kupić, bo wszyscy piszemy listy do świętego Mikołaja. Brat i ja robimy laurki, wymyślamy jakąś formułkę o tym, że byliśmy grzeczni. I listę opcji do wybrania. Od lat przyjmuję wyłącznie książki i komiksy. Nie chcę niespodzianek niespodziewanych. Chcę coś, co mi się przyda. I tak z listy kilkunastu, albo i kilkudziesięciu pozycji padnie na trzy, cztery, więc do ostatniej chwili zgaduję. Ale teraz mam na półce dwa wspaniałe komiksy, najnowszy zbiorek Różewicza, cudowną książkę ze szkicami Leonarda i niemniej cudowną książkę, o analizie transakcyjnej - "W co ludzie grają". Kończy się jakże optymistycznym zdaniem Być może oznacza to, że nie ma nadziei dla gatunku ludzkiego, a tylko dla poszczególnych jego przedstawicieli - i nie raz będę o niej tu pisał.

Niektórym takie listy mogą wydawać się zbyt wykalkulowane, za mało spontaniczne. To samo się tyczy listy życzeń redagowanej przez młodą parę przy okazji wesela. Niektórzy robią nawet internetowe ankiety, w których zaproszeni goście muszą coś zaznaczyć - kto pierwszy, ten ma większe pole wyboru prezentu, jaki kupi. Ale czy jest to tak straszne, jak się na pierwszy rzut oka wydaje? Zaręczam, że skomponowanie takiej listy (z odpowiednio dużą ilością opcji, by pozostawić element niespodzianki) jest dla osób takową listę redagujących wspaniałą zabawą. Umawianie się ze znajomymi lub z rodziną ("Ja kupię to, a ja to") też staje się świetną zabawą. Bo może ktoś ma pomysł na zabawny sposób opakowania talerzy. Albo ma zniżkę w księgarnii, gdzie jednocześnie i dla siebie przy okazji coś kupi.

Ojciec przed świętami podszedł do mnie i zapytał: Słyszałeś o czymś takim jak Mikstura? Połączenie komiksu i literatury! Co Ty na to, by Mikołaj ci to przyniósł? Przeczytałem wycięty z gazety artykuł i pomyślałem w duchu: Ojcze, doceniam to, że zauważyłeś, iż interesuję się komiksem i literaturą. Ale czy Ty naprawdę myślisz, że takie kuriozum może mieć jakąkolwiek wartość? To jest gówno, jako komiks i jako nędzne, płytkie żarciki z tendencyjnie dobranych książek! Późniejsza lektura recenzji Kamila Śmiałkowskiego i przejrzenie samego produktu w Trafficu utwierdziły mnie w tym przekonaniu. Ale o tym dlaczego takie eksperymenty nie mają racji bytu kiedy indziej. Wracając do sedna - ojciec chciał dobrze. Ale gdyby kupił mi to coś, gdyby wydał swoje ciężko zarobione pieniądze na to, to co? Byłbym postawiony w kłopotliwej sytuacji. Musiałbym sie nieszczerze uśmiechnąć i zająć cenną przestrzeń na półce czymś nie mającym prawa do tej przestrzeni. Mógłbym to sprzedać, ale kosztowałoby mnie to dodatkowy wysiłek i ryzykowałbym, że ojciec kiedyś będzie chciał książkę tę pożyczyć i nakryłby mój niecny proceder. A co mają powiedzieć młode pary, rozpoczynające wszystko od zera, konfrontujący się na codzień z ogromem stresujących sytuacji. Co oni mają począć z niechcianymi prezentami? Proszę uświadomić sobie jedno:

Liczą się chęci jest usprawiedliwieniem. Jest powiedzeniem: Tak, ale. Jest jak pocieszanie kogoś zdaniem Ale inni mają gorzej. Ale inni mają lepiej, durniu! Chcesz ciągnąć swojego przyjaciela w dół, czy pokazać mu (osiągalne) perspektywy (jeśli tylko weźmie dupę w troki)?

Czy chęci są tak wspaniałe, gdy powodują zakłopotanie, kłamstwo i dodatkową, zbędną pracę?

Zatem... prezenty. Po kolacji i kolędach siadamy z rodziną i rozpakowujemy prezenty. Każdy po kolei. Ale wpierw musi zgadnąć co w środku. Ileż tu możliwości na wspaniałą zabawę! Sam kształt paczek często przysparza wiele powodów do śmiechu. Potem co poniektóre sugestie dotyczące zapakowanego przedmiotu. A wreszcie powolne zrywanie papieru. Kończąc temat - i ja bratu i ojciec mi w końcu sprezentowaliśmy rzeczy z poza listy. Ale wymaga to bardzo wnikliwego wgryzienia się w charakter drugiej osoby. I przede wszystkim - zupełne odcięcie swoich własnych pragnień. Nie ma miejsca na Myślę, że mu się spodoba. Jest tylko Jestem X. I prezent, który właśnie dostałem idealnie trafia w moje oczekiwania.

Przejdźmy do reklamy. Wszędzie wokół nas widac na bilbordach Mikołajów, renifery i prezenty. Ale przyjrzyjmy się. Jest zdjęcie produktu. Jest doklejony do tego tekst. I wreszcie jest doklejony element świąteczny. A właściwie, nie ubieramy, tylko rozbieramy - odłączmy element świąteczny, odejmijmy tekst i zostawmy ten niefortunny produkt na bilbordzie. A niech se leży. Czy stoi. Czy wisi w powietrzu. Operacja ta wymaga trochę skupienia, jak obrazki 3D wymagające zogniskowania wzroku na jednym punkcie za obrazkiem, by nakładające się obrazy w każdym oku połączone zostały w jedną trójwymiarową iluzję. Tylko że tu robimy odwrotnie. I nie siląc wzroku, tylko umysł. I nie chodzi oczywiście o dosłowne oddzielenie Mikołaja od telefonu komórkowego, tylko dostrzeżenie braku konotacji. Gdy operacja się powiedzie, możemy rozkoszować się stadami reniferów i lasami choinek, nie zauważając deptanych pod kopytami i przysypywanych igłami produktów.

Wreszcie rodzinność. Są pewne rytuały, które wyzwalają. Inne tłamszą. Gdy śpiewamy kolędy, nie jakość się liczy, a wspólne uczestnictwo. Gdy ktoś wypadnie z rytmu, to wybuchamy śmiechem i zaczynamy od kolejnej zwrotki. Gdy ciocia śpiewa zbyt powoli i grobowo, wytykamy to (żartobliwie, a nie złośliwie) i wybieramy piosenkę z szybszym tempem.

Zdjęcia, jeśli w ogóle jakieś się robi, są ograniczane do minimum i nieustawiane. Ojciec praktykował kiedyś ten rytuał i powodował tylko złość, bo niszczył wszelką spontaniczność. A teraz podnieś prezent, uśmiechnij się, odwróć się, weźcie ten kapeć, nie, jeszcze raz, no nie - mrugnęłaś!

Istotna jest równowaga między rytuałami, a niezobowiązującym wspólnym przebywaniem. Jeśli ciocia i matka chcą dzielić się opłatkiem, to w naszym małym gronie brat i ja możemy ustąpić. Bo nas to nic nie kosztuje, poza kilkoma wtórnymi słowami, a uśmiechy bliskich nam kobiet są wystarczającą nagrodą za kilkuminutowe "poświęcenie". Poza punktami programu robimy co chcemy. Brat i ja pójdziemy do innego pokoju pogadać; odwiedzając kuchnię po kolejną porcję ciasta zagadam z ciocią; ona z matką porozmawiają na swoje tematy. I tak ten czas mija.

Gdy zasypiam, mam na koncie (od końca): przeczytany komiks, czas spędzony z bratem, rozmowy z rodziną, zabawną grę prezentową, radosne śpiewanie, pyszną kolację, bieganie po mieście (w tym po piękniejszym niż w innych porach roku Nowym Świecie) i wspólne życzenie sobie wesołych świąt z ludźmi obsługującymi kasy (co potrafi czasem dzięki szczeremu uśmiechowi wyjść poza skostniały rytualizm i dać dodatkowy powód do uśmiechu) i poranne ubieranie choinki. Nie widzę w tym spisie ani rutyny, ani przykrych obowiązków, ani nieprzyjemnych wydarzeń.

Piszę to wszystko, bo też mam za sobą okres narzekania. Ale jak napisałem na samym początku, obawiam się, iż jest to etap przyuczający do jeszcze większego narzekania.

Młody Polaku! Nie oszukuj się, że będziesz inny niż te narzekające na wszystko "mohery", jeśli nie potrafisz odnaleźć Radości Świąt, która przez całe życie Tobie towarzyszy. Musisz tylko się trochę skupić i na powrót ją przyjąć.

wtorek, 23 grudnia 2008

Święta, święta

W ten świąteczny czas życzę wszystkim spokoju.
Wyciszenia. Podsumowania.

Ja jako Mikołaj w Ikea Janki. 2006

Wbrew temu zdjęciu, była to wspaniała praca, zwłaszcza gdy po rozmowie ze mną jedna dziewczynka pobiegła do mamy krzycząc: Ten jest prawdziwy!

Zatem życzę jeszcze wewnętrznego uśmiechu.
x

poniedziałek, 22 grudnia 2008

Politycy w snach... i chuj

Jestem politycznym dyletantem. Są okresy, w których staję się w pełni rozpolitykowany, oglądając amerykańskie debaty polityczne w środku nocy, popierając takie i siakie inicjatywy, ale potem popadam w polityczny sen. Co jest właściwie dobrym określeniem, bo jest taki jeden element w moich snach, którego zupełnie nie potrafię rozgryźć.

Kiedyś goniłem przez dżunglę mordercę mojego przyjaciela z poligonu wojskowego, w którym stacjonowałem, gdy natrafiłem w samym środku gęstwiny na wycieczkę dzieci z przedszkolankami. Dwoje dzieci miało na patykach wycięte z tektury podobizny Nixona i jakiegoś innego amerykańskiego prezydenta, którego nie pamiętam.

Innym razem usiadłem w kino-restauracji. Dlatego tak to nazywam, bo krzesełka ustawione były w rzędach, każdy rząd o schodek wyżej niż poprzedni. Ale przede mną nie było płachty ekranu kinowego, tylko restauracja, w której ludzie siedzieli przy stolikach, a kelnerzy podawali drogie trunki. Później jeden z klientów rozrósł się w pół-potwora i zaczął wywracać stoły, ale nie o tym chciałem. Był to sen podsumowujący moje dotychczasowe życie, gdyż w rzędach za mną usiadły wszystkie kobiety (właściwie dziewczyny), o których marzyłem lub z którymi byłem. Całowały się za moimi plecami z nieznanymi mi mężczyznami. I któż nagle siada pośród nich? Józef Oleksy. I z uśmiechem zaczyna patrzeć na spektakl, jaki urządza jeden z klientów w części restauracyjnej.

Przedwczoraj kręciłem niskobudżetowy film z Wałęsą, a wczoraj moja rodzina jadła kolację wigilijną z Jolantą Kwaśniewską. Jeszcze rozumiem Wałęsę, non stop w mediach, Bolki, niebolki, Dalajlama podbiegający z chusteczką - to gdzieś zostaje w człowieku. Ale pani prezydentowa? Ani na okładkach kolorowych pism nie widziałem ostatnio, ani nigdzie w serwisach informacyjnych nie ma wzmianek. Zupełnie nie rozumiem.

***

Na Gildii Komiksu ukazały się recenzje mojego autorstwa komiksów Duds Hunt i Archentina. Pojawiła się również recenzja Powidoku, napisana przez Wojciecha Birka. Bardzo miło mi się zrobiło (choć oczywiście superlatywy powinno się podzielić), głównie dlatego, że pan Birek wypunktował kilka ważnych zabiegów, jakie w komiksie zastosowałem, czyli że są widoczne.

***

Nie zbaczając zbytnio z tematu, pewna historyjka obrazkowa wydana w tym roku dostała niezłe publicity, dzięki sławnej już w niektórych kręgach recenzji.

Kupiłem ostatnio Hard i czas, by oddać temu komiksowi sprawiedliwość, czyli stanąć po drugiej stronie barykady. Mówiąc wprost: Jestem fanem Hard.

Tomasz Biniek, znany większości populacji (która komiksów nie czyta) z radosnych kolorowanek dla dzieci, stworzył krótki komiksowy zeszyt pornograficzny. Mamy tu wszystko, czego można by oczekiwać od pulpowego pornola - szczątkową historię, patetyczne dialogi, głupią blondynkę, już od początku tak wyzywająco ubraną, że przewidzenie jej roli w danej produkcji nie przysparza kłopotów.

To, co decyduje o tym, czy pornos ma jakąkolwiek wartość, to jedna, jedyna scena (jeśli jest ich więcej, to tylko winszować), której człowiek sam by wcześniej nie wymyślił. Gdy oglądałem niedawno Pink Flamingos, jeden z bohaterów zaprasza do siebie kobietę. Przez okno obserwuje ich jego siostra. Wcześniej bohater zapewnia siostrę, że teraz zrobi coś takiego, czego jeszcze nigdy w życiu nie widziała, w domyśle adresując swą wypowiedź do widza. Podszedłem do tego sceptycznie. Bo czy może być coś, czego nie widział człowiek, który w wolnych chwilach w liceum rysował ze znajomymi komiksy o Dorotce w Krainie Oz, której tornado zdmuchnęło piersi na plecy, czy o potrójnej penetracji kobiety ulepionej z purée przez parówkę o imieniu Hoddog?






















"Przygody Hoddoga" - nieopublikowane. 2004


Cóż mogę powiedzieć? Nie spodziewałem się tego, co chwilę później ujrzałem. I tak samo, będąc mężczyzną, wiedząc jak delikatnym organem jest prącie, nie wpadłbym na taką scenę, jaką kończy się komiks Tomasza Bińka.

Boję się, że po fali sarkazmu, jaka zalała Hard, autor może zrezygnowac z projektu. Mam nadzieję, iż to się nie stanie.

Bo co jest z tym komiksem nie tak? Duszny klimat kolorów połączony z naiwną kreską cudownie buduje klimat horroru klasy C. Mamy złoczyńcę, mamy cliff-hanger na końcu, "kamera" wciska się wszędzie, ukazując nam akcję pod zaskakującymi kątami, czasem z punktu widzenia "góry". Obrazki wypełniają całe strony, tworząc kinematograficzny rozmach (aczkolwiek rozmiar zeszyciku, jak i jego cena przypominają o offowości dzieła).

Biniek jest tym dla polskiego komiksu, czym Russ Meyer jest dla filmu, a Daniel Johnston dla muzyki! Niektórzy dopiero wzniosą kciuk w górę, gdy Johnstona zaśpiewa Tom Waits, albo za pulpowy film weźmie się Rodriguez. Takie zachowanie jest analogiczne do tego, gdy krytycy chwalili Lichtensteina za stworzenie sztuki ze śmiecia, jakim był komiks.

Hard nie znalazłby się na mojej liście dziesięciu najważniejszych komiksów wydanych w Polsce w 2008 r. (gdyby takową chciało mi się sporządzić), ale jest pulpowym dziełkiem, które mnie ujęło. Panie Tomaszu, czekam na część drugą!

***

A na koniec tytuł artykułu znalezionego w sieci (podczas góglowania samego siebie), który powinien znaleźć się na okładce jakiejś książki. Nawet Masłowska, Szcześniak, czy ja nie wymyślilibyśmy czegoś tak genialnego:

"Yamaha pełna amfetaminy na zakorkowanej ulicy"

Ma brzmienie, nie?
x

poniedziałek, 15 grudnia 2008

K.

x


stopa sto osiemdziesiąt stopni zerwana
obok syn wbity w

popołudnie gaśnie w rozpryskach

w tej chwili ktoś pisze
Hall McLuhan Ballard
rozszerzenie

narzucone nie jest piękne


x

niedziela, 14 grudnia 2008

Ekspozycja

Chciałem w swoim Atelier umieścić rysunki modeli z czasów przed Akademią. Ale przeszukując wszystkie teczki przypomniałem sobie, że kilka miesięcy temu je podarłem i wyrzuciłem.

Zrobiłem to, bo te prace były stare. Były pewnym krokiem, a nie produktem. Zajmowały przestrzeń. Pamiętam każdą z osobna, więc po co mi je trzymać? Podarłem, wyrzuciłem. Jak na ironię wiele z nich było plastycznie o wiele lepszych niż to, co teraz robię. Czy raczej to, co mógłbym robić, gdybym rysował, gdyż od wakacji narysowałem tylko jedną postać 1:1 i kilka plansz komiksowych.

Czy powinno wyrzucać się stare prace? Bacon malował, gdy był w moim wieku. Załamany niepowodzeniami, dorabiając jako dekorator wnętrz, zniszczył wreszcie prawie cały swój dorobek, by dopiero w wieku trzydziestu paru lat wejść na drogę, która uczyniła go jednym z najważniejszych malarzy poprzedniego stulecia. Beksiński przed przeprowadzką z Sanoka do Warszawy w latach 70. spalił swoje nieudane i niedokończone prace.

Zdjęcie autorstwa Zdzisława Beksińskiego z albumu Beksiński 2 (Bosz, 2002)

Wybieranie przez autora prac nadających się do pokazania jest elementem kreacji. Tak jak dziennikarz przepisuje nagrany z kimś wywiad właściwie od nowa, by wypowiedzi interlokutora miały właściwy sens i brzmienie, tak twórca przebiera w niewydanych pracach, by to, co po nim zostanie było pewną spójną wypowiedzią. Ale dorobek twórczy nie jest jednym zdaniem. To jest cały światopogląd. Jak mamy zrozumieć puentę, jeśli nie znamy początku dowcipu? Z drugiej strony - żeby dowcip był śmieszny, musi mieć odpowiedni rytm. Trzeba okroić go z elementów zbędnych.

Są twórcy, których każda praca jest zamkniętą całością. James Cameron nakręcił Obcego II i Titanic. Czy warto szukać wspólnych mianowników między tymi dwoma filmami? Czy warto zastanawiać się, czy jakaś trauma w dzieciństwie reżysera spowodowała, że nakręcił horror z dziwnym stworem, a potem film katastroficzny? Chyba nie.

Są też twórcy, którzy właściwie przez całe życie tworzą jedną pracę. Kundera wyznał kiedyś, że napisał w życiu tylko jedną powieść, a reszta to wariacje. W tej wypowiedzi tkwi najistotniejsza cecha pewnej grupy twórców, których życie nierozłączne jest z tym, co produkują, a sama ich twórczość jest następstwem kroków na jednej ścieżce. Spójrzmy na Gombrowicza i Hłaskę, na Tarra i Tarkowskiego, na Różewicza i Grassa. Każda strona maszynopisu przez nich wyrzucona jest dla nas stratą. Bo tu nie chodzi o poszczególne dzieła.

Ich życie jest ich dziełem.

Oni są autorem i tworzywem zarazem. Ich życia prywatne są piekłem. Obce kobiety marzą o przygodzie z takimi ludźmi, ich żony z kolei cierpią.

Żałuję, że zniszczyłem kilka lat wart swojej pracy. Była momentami kiepska, momentami wcale nie taka zła. Ale nie to jest istotne. Tłumaczyła. Była wglądem. Nie we mnie, jako osobę, bo ja jako osoba dla siebie samego jestem zupełnie nieistotny i gdybym wpadł jutro pod ciężarówkę nie byłoby w tym nic strasznego. Ale była wglądem we mnie jako twór. Literacki. Plastyczny. A że jestem podobny do innych takich tworów, była wglądem w nas. Była katalogiem wystawy, pomagającą widzowi odnaleźć się w sali pełnej dziwów.