Już za dwa dni koniec konkursu Blog Roku. Jako że nie mam wystarczającego fanbejsu, by wspiąć się na szczyty listy popularności, zresztą szczyty te niespecjalnie mnie nęcą, chciałbym w tym miejscu kilka słów podsumowania napisać. Uroczyście witam wszystkich nowych gości Pubu pod Picadorem i cieszę się, iż nadarzyła się okazja do poznania się. Gorąco zachęcam do dyskusji, jeśli jakiś temat Was zainteresuje. Jeśli z kolei sami gdzieś w blogosferze prowadzicie ciekawe dysputy, dajcie znać - z chęcią poczytam.
Dziękuję również wszystkim, którzy wysłali wiadomość tekstową, gdyż głównym tego celem było zebranie pieniędzy na turnusy rehabilitacyjne dla dzieci z porażeniem mózgowym. Na pewno przydało im się Wasze wsparcie. A jeśli jeszcze chcecie kilka złotych dorzucić, możecie to uczynić, głosując do czwartku na blogi cenionych przeze mnie znajomych: Gniazdo Światów, W poszukiwaniu straconego stracenia lub blog Marcina Podolca albo Agaty Dudek.
***
W sobotę odbyła się Bitwa Komiksowa w warszawskim klubie Punkt. Atmosfera była fantastyczna, publiczność interesowała się tym co się działo na scenie i uciąłem sobie kilka miłych pogawędek z innymi gośćmi (choć jakiś małomówny byłem. Mam nadzieję, że nikt nie poczuł się przez to niemiło). W finale zabrakło mi pomysłu i zająłem drugie miejsce, ale tu nie o miejsce chodzi, a o emocje i dobrą zabawę. Kto nie był, może obejrzeć filmik. Szkoda, że nie widać na nim prac. Za to większy wgląd jest w galerii zdjęć pana Adama M.
***
Pewnie w najbliższym czasie będzie tu dość cicho, bo narobiło się ogromnie dużo zaległości na Akademii, w projektach komiksowych i w publicystyce. Nim się skupię na pracy, chciałbym podzielić się dwoma ciekawymi cytatami z książki Jose Ortegi y Gasseta - Bunt mas. Esej tu zawarty warto przyrównać do pracy Pogarda mas Petera Sloterdijka, której fragment niedawno cytowałem.
Pozwolę sobie również odnieść się do ciągłego cytowania, jakie ma tu miejsce. Cytowania samego siebie, jak i innych twórców. W eseju Spacer po plaży zastanawiałem się jak opisywać świat:
"Poprzez przełamywanie linearności, jaka została nam narzucona przez druk. Możemy to nawet robić, korzystając z druku, ale pisząc mozaikowo".
Co to znaczy mozaikowo? Znaczy to: nie układać elementów w rzędzie, nie szukać początku i końca według ustalonych przez ludzi w ramach umowy społecznej kryteriów. Możemy zmarnować życie drążąc pytanie: Co było najpierw - kura czy jajko? Ale czy ma to sens? Kultura druku narzuciła nam linearność. Czytanie w jednej linii, od początku, poprzez rozwinięcie, do końca. Jest to twór sztuczny. Jeśli taki model uznajemy za podstawę do opisywania świata, musimy polec, bo wyłącznie tworzymy kolejne formy abstrakcyjne. Jaka jest alternatywa? Przed drukiem istniała kultura słuchowa. Dźwięki docierają do nas symultanicznie - wypowiedź wykładowcy, szum samochodów, telefon znajomej. Tak działa świat - wszystko dzieje się symultanicznie, na zasadzie sprzężeń. Jest ich tak dużo, że tworzą pozorny chaos, przed którym ludzie uciekają w proste, linearne formy. Uciekają tym samym w proste, nie mające nic wspólnego z rzeczywistością, kłamstwa. A rzeczywistość sama w sobie jest prostsza, niż nam się wydaje. Trzeba jedynie nauczyć się ją właściwie odbierać. Teraz, w XXI wieku powoli odwracamy się od linearności. Ten zasyp bodźców, z jakim się stykamy, jest analogiczny do doświadczenia audialnego. Tu film, tu reklama, to dziennikarz mówi reklamowy singiel Paryż Hilton zmarł tam po wybuchach samolot w wodzie i bohater znów przegrał trener ma ostatnia szansę. Starsze pokolenia, wychowane w tradycji linearnej, boją się, szukają sensu, którego nie ma. I gubią się.
Faszeruję Was tymi cytatami, bo nie ma sensu mówić innymi słowami czegoś, co zostało już trafnie powiedziane. Gdyby usunąć wszelkie powtórzenia, wszelkie nic nie znaczące wariacje, okazałoby się, że przez ostatnie dwa tysiące lat powstało tylko tyle literatury w Europie, że pojedynczy człowiek może ją pochłonąć w trakcie jednego życia. Nie jest to udowodnione. Jest to wyłącznie hipoteza, do której z każdą kolejną przeczytaną książką coraz bardziej się skłaniam.
Zwróćmy uwagę na niektóre z ważniejszych dzieł pisanych. Jaka jest cecha wspólna Księcia Machiavellego, Prób de Montaigne'a, Pasaży Waltera Benjamina, książki Kultura jest naszym biznesem McLuhana? Są zestawieniami. Pisarze ci w pełni rozumieją, że Ja nic nie znaczy. Oczywiście, świat powstaje, gdy my się rodzimy, i ginie wraz z nami i możemy egoistycznie przejść przez życie, nie zważając na cokolwiek co istnieje wokół i co było przed. Bo możemy. Proponuję jednak, by wszyscy bojący się upadku kultury, wyrzekli się swojego Ja, bo tylko myśląc ponadindywidualnie, biorąc odpowiedzialność za świat (proponuję w tym miejscu lekturę krótkiej książeczki Egzystencjalizm jest humanizmem Sartre'a), możemy rozszerzyć wpływy naszej Niszy i wciągnąć do niej nowych członków. Napisałem Niszę przez duże N, bo my, grupa wyedukowanych i kulturalnych, nie mamy jakiegokolwiek prawa, nie jesteśmy lepsi. Uważamy jedynie, że nasza droga jest słuszna.
Słuszność jednak nie weryfikuje się sama. Potwierdzamy ją poprzez wieczne uczestniczenie w konkursie na przeciąganie liny. Im więcej osób będziemy mieli po swojej stronie, tym większa szansa na wygraną w tej rundzie.
***
Po tych kilku słowach wstępu, dwa cytaty.
Jose Ortega y Gasset
Bunt mas (fragmenty)
Przetłumaczyli: Piotr Niklewicz i Henryk Woźniakowski
Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1982
Zilustrowane pracami Franciszka Starowieyskiego opublikowanymi w książce Rok 1699.

Głębokie spojrzenie w duszę
Kiedy mówimy o życiu, zapominamy często o sprawie często według mnie najbardziej istotnej, a mianowicie o tym, że życie nasze to przede wszystkim świadomość tego, co dla nas możliwe. Gdybyśmy zawsze mieli przed sobą tylko jedną możliwość, to nie byłoby sensu tak jej nazywać. Byłaby to raczej czysta konieczność. Podstawowy warunek istnienia tego zdumiewającego zjawiska, które zwie się naszym życiem, polega na tym, iż zawsze napotyka przed sobą różne drogi, a że jest ich wiele, nabierają one cech możliwości, spośród których zdecydować się musimy na jedną. W najgorszym razie, kiedy świat wydaje się sprowadzony do jednej możliwości, jednej drogi, to i tak są zawsze dwie: ta oraz zejście z tego świata. Ale zejście ze świata jest także częścią świata, tak samo jak drzwi są częścia składową pokoju. Powiedzieć, że żyjemy, to tyle co powiedzieć, że należymy do środowiska określonych możliwości. Ten okalający nas obszar nazywamy zazwyczaj "okolicznościami". Życie to przebywanie w pewnych "okolicznościach", czyli w świecie. Takie jest bowiem pierwotne znaczenie pojęcia "świat". Świat jest zbiorem przed nami możliwości życiowych. Nie jest więc jakimś elementem obcym, stojącym poza naszym życiem, lecz stanowi jego autentyczną ramę. Przedstawia sobą to, czym możemy być, czyli to, co jest możliwością życiową. Ta ostatnia musi się skonkretyzować, aby się urzeczywistnić, albo innymi słowy, udaje nam sie być jedynie drobną cząstką tego, czym moglibyśmy być. Dlatego też świat wydaje się nam tak ogromny, a my w nim tacy malutcy. Świat lub nasze możliwe życie zawsze przerasta nasze przeznaczenie lub nasze życie faktyczne.
[...]
Die verlorene Evigheit (ucięty, błąd ortograficzny w oryginalnym tytule)W diagram psychologiczny współczesnego człowieka masowego możemy (...) wpisać dwie podstawowe cechy: swobodną ekspansję życiowych żądań i potrzeb, szczególnie w odniesieniu do własnej osoby, oraz silnie zakorzeniony bark poczucia wdzięczności dla tych, którzy owo wygodne życie umożliwili. Obie te cechy są charakterystyczne dla psychiki rozpuszczonego dziecka. I rzeczywiście nie będzie pomyłką, jeśli na duszę współczesnych mas spojrzymy przez pryzmat tej psychiki. Nowy plebs, dziedzicząc dorobek długiej i znakomitej przeszłości - znakomitej ze względu na natchnienie i trud - jest przez współczesny świat po prostu rozpuszczony. Rozpuszczać to znaczy nie ograniczać żądań i potrzeb, to znaczy wpajać danemu osobnikowi przekonanie, że wszystko mu wolno i że do niczego nie jest zobowiązany. Dziecko tak wychowane nie ma okazji doświadczyć granicy własnych możliwości. Chronione przed jakimikolwiek ograniczeniami zewnętrznymi, przed każdym zderzeniem z innym, dochodzi do przekonania, że żyje samo na świecie, przyzwyczajając się zarazem do nieliczenia się z innymi, zwłaszcza do nieuwzględniania tego, że może być ktoś od niego ważniejszy, czy względem niego nadrzędny. Poczucia cudzej nadrzędności można doświadczyć jedynie na własnej skórze, kiedy ktoś silniejszy od nas zmusza do wyrzeczenia się jakiejś potrzeby, do powstrzymywania się od czegoś, do ograniczenia własnych żądań. W ten sposób uczymy się podstawowej zasady dyscypliny: "Tu kończę się ja, a zaczyna się ktoś drugi, komu wolno więcej niż mnie. Na tym świecie istnieje najwidoczniej alternatywa: ja i ktoś względem mnie nadrzędny". W innych epokach życie codzienne uczyło ludzi tej prostej mądrości, bo ówczesny świat był tak nieporadnie zorganizowany, że częste były wszelkiego rodzaju katastrofy i nie było w nim nic pewnego, bezpiecznego czy trwałego. Natomiast współczesne masy ludzkie otacza świat pełen możliwości, a na dodatek pewny i bezpieczny, zastają wszystko gotowe, będące do ich dyspozycji, ogólnie dostępne, jak słońce i powietrze, nie wymagające jakiegokolwiek uprzedniego wysiłku. Żaden człowiek nie jest wdzięczny drugiemu za powietrze, którym oddycha, ponieważ powietrza nikt nie wyprodukował i należy ono do całości tego, co "jest", o czym mówimy, że jest "naturalne", bo nie odczuwamy jego braku. Owe rozpuszczone masy są wystarczająco mało inteligentne, by wierzyć, że cała ta materialna i społeczna organizacja, będąca jak powietrze do ich dyspozycji, jest tego samego pochodzenia co i ono i chociaż czasem zawodzi, to jednak wydaje się prawie tak doskonała, jak gdyby była dziełem natury.
Moja teza jest zatem następująca: właśnie doskonałość, z jaką w XIX wieku zorganizowano pewne dziedziny życia, spowodowała to, że korzystające z owych dobrodziejstw masy nie uważają ich już za organizację, lecz za element przyrody. Tak tez można wyjaśnić demonstrowany przez masy, absurdalny stan ducha: nie interesuje ich nic poza własnym dobrobytem, a jednocześnie nie mają poczucia więzi z przyczynami ich dobrobytu. Zdobyczy cywilizacji nie odbierają jako cudownych, genialnych konstrukcji, których istnienie należy pieczołowicie podtrzymywać; wierzą tylko, że ich rola sprowadza się do wymagania istnienia tych ostatnich, jak gdyby chodziło o przyrodzone prawa. W zamieszkach wywołanych brakiem żywności masy ludowe domagają się zazwyczaj chleba i często zdobywają go niszcząc piekarnie. Może to posłużyć jako symbol stosunku, oczywiście, przy zachowaniu należytych proporcji, współczesnych mas do cywilizacji, która je żywi.

Alle Menschen werden Bruder
***
Bunt mas Hiszpan napisał w 1930 roku. Na ile my, ludzie oczytani, uważających się za kulturalnych i za tych wyższych, możemy przypisać sobie wymienione wyżej cechy? Ja sobie odpowiedziałem w puencie umieszczonego tu ostatnio komiksu.
W świetle tego wszystkiego, pytanie do Was. Czy istnieje dziś klasa inteligencji? Jakie kryteria byście ustanowili, w celu jej określenia?












