BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO

wtorek, 20 stycznia 2009

Masa czyli My

Już za dwa dni koniec konkursu Blog Roku. Jako że nie mam wystarczającego fanbejsu, by wspiąć się na szczyty listy popularności, zresztą szczyty te niespecjalnie mnie nęcą, chciałbym w tym miejscu kilka słów podsumowania napisać. Uroczyście witam wszystkich nowych gości Pubu pod Picadorem i cieszę się, iż nadarzyła się okazja do poznania się. Gorąco zachęcam do dyskusji, jeśli jakiś temat Was zainteresuje. Jeśli z kolei sami gdzieś w blogosferze prowadzicie ciekawe dysputy, dajcie znać - z chęcią poczytam.

Dziękuję również wszystkim, którzy wysłali wiadomość tekstową, gdyż głównym tego celem było zebranie pieniędzy na turnusy rehabilitacyjne dla dzieci z porażeniem mózgowym. Na pewno przydało im się Wasze wsparcie. A jeśli jeszcze chcecie kilka złotych dorzucić, możecie to uczynić, głosując do czwartku na blogi cenionych przeze mnie znajomych: Gniazdo Światów, W poszukiwaniu straconego stracenia lub blog Marcina Podolca albo Agaty Dudek.

***

W sobotę odbyła się Bitwa Komiksowa w warszawskim klubie Punkt. Atmosfera była fantastyczna, publiczność interesowała się tym co się działo na scenie i uciąłem sobie kilka miłych pogawędek z innymi gośćmi (choć jakiś małomówny byłem. Mam nadzieję, że nikt nie poczuł się przez to niemiło). W finale zabrakło mi pomysłu i zająłem drugie miejsce, ale tu nie o miejsce chodzi, a o emocje i dobrą zabawę. Kto nie był, może obejrzeć filmik. Szkoda, że nie widać na nim prac. Za to większy wgląd jest w galerii zdjęć pana Adama M.

***

Pewnie w najbliższym czasie będzie tu dość cicho, bo narobiło się ogromnie dużo zaległości na Akademii, w projektach komiksowych i w publicystyce. Nim się skupię na pracy, chciałbym podzielić się dwoma ciekawymi cytatami z książki Jose Ortegi y Gasseta - Bunt mas. Esej tu zawarty warto przyrównać do pracy Pogarda mas Petera Sloterdijka, której fragment niedawno cytowałem.

Pozwolę sobie również odnieść się do ciągłego cytowania, jakie ma tu miejsce. Cytowania samego siebie, jak i innych twórców. W eseju Spacer po plaży zastanawiałem się jak opisywać świat:

"Poprzez przełamywanie linearności, jaka została nam narzucona przez druk. Możemy to nawet robić, korzystając z druku, ale pisząc mozaikowo".

Co to znaczy mozaikowo? Znaczy to: nie układać elementów w rzędzie, nie szukać początku i końca według ustalonych przez ludzi w ramach umowy społecznej kryteriów. Możemy zmarnować życie drążąc pytanie: Co było najpierw - kura czy jajko? Ale czy ma to sens? Kultura druku narzuciła nam linearność. Czytanie w jednej linii, od początku, poprzez rozwinięcie, do końca. Jest to twór sztuczny. Jeśli taki model uznajemy za podstawę do opisywania świata, musimy polec, bo wyłącznie tworzymy kolejne formy abstrakcyjne. Jaka jest alternatywa? Przed drukiem istniała kultura słuchowa. Dźwięki docierają do nas symultanicznie - wypowiedź wykładowcy, szum samochodów, telefon znajomej. Tak działa świat - wszystko dzieje się symultanicznie, na zasadzie sprzężeń. Jest ich tak dużo, że tworzą pozorny chaos, przed którym ludzie uciekają w proste, linearne formy. Uciekają tym samym w proste, nie mające nic wspólnego z rzeczywistością, kłamstwa. A rzeczywistość sama w sobie jest prostsza, niż nam się wydaje. Trzeba jedynie nauczyć się ją właściwie odbierać. Teraz, w XXI wieku powoli odwracamy się od linearności. Ten zasyp bodźców, z jakim się stykamy, jest analogiczny do doświadczenia audialnego. Tu film, tu reklama, to dziennikarz mówi reklamowy singiel Paryż Hilton zmarł tam po wybuchach samolot w wodzie i bohater znów przegrał trener ma ostatnia szansę. Starsze pokolenia, wychowane w tradycji linearnej, boją się, szukają sensu, którego nie ma. I gubią się.

Faszeruję Was tymi cytatami, bo nie ma sensu mówić innymi słowami czegoś, co zostało już trafnie powiedziane. Gdyby usunąć wszelkie powtórzenia, wszelkie nic nie znaczące wariacje, okazałoby się, że przez ostatnie dwa tysiące lat powstało tylko tyle literatury w Europie, że pojedynczy człowiek może ją pochłonąć w trakcie jednego życia. Nie jest to udowodnione. Jest to wyłącznie hipoteza, do której z każdą kolejną przeczytaną książką coraz bardziej się skłaniam.

Zwróćmy uwagę na niektóre z ważniejszych dzieł pisanych. Jaka jest cecha wspólna Księcia Machiavellego, Prób de Montaigne'a, Pasaży Waltera Benjamina, książki Kultura jest naszym biznesem McLuhana? Są zestawieniami. Pisarze ci w pełni rozumieją, że Ja nic nie znaczy. Oczywiście, świat powstaje, gdy my się rodzimy, i ginie wraz z nami i możemy egoistycznie przejść przez życie, nie zważając na cokolwiek co istnieje wokół i co było przed. Bo możemy. Proponuję jednak, by wszyscy bojący się upadku kultury, wyrzekli się swojego Ja, bo tylko myśląc ponadindywidualnie, biorąc odpowiedzialność za świat (proponuję w tym miejscu lekturę krótkiej książeczki Egzystencjalizm jest humanizmem Sartre'a), możemy rozszerzyć wpływy naszej Niszy i wciągnąć do niej nowych członków. Napisałem Niszę przez duże N, bo my, grupa wyedukowanych i kulturalnych, nie mamy jakiegokolwiek prawa, nie jesteśmy lepsi. Uważamy jedynie, że nasza droga jest słuszna.

Słuszność jednak nie weryfikuje się sama. Potwierdzamy ją poprzez wieczne uczestniczenie w konkursie na przeciąganie liny. Im więcej osób będziemy mieli po swojej stronie, tym większa szansa na wygraną w tej rundzie.

***

Po tych kilku słowach wstępu, dwa cytaty.

Jose Ortega y Gasset
Bunt mas (fragmenty)

Przetłumaczyli: Piotr Niklewicz i Henryk Woźniakowski
Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1982


Zilustrowane pracami Franciszka Starowieyskiego opublikowanymi w książce Rok 1699.





















Głębokie spojrzenie w duszę


Kiedy mówimy o życiu, zapominamy często o sprawie często według mnie najbardziej istotnej, a mianowicie o tym, że życie nasze to przede wszystkim świadomość tego, co dla nas możliwe. Gdybyśmy zawsze mieli przed sobą tylko jedną możliwość, to nie byłoby sensu tak jej nazywać. Byłaby to raczej czysta konieczność. Podstawowy warunek istnienia tego zdumiewającego zjawiska, które zwie się naszym życiem, polega na tym, iż zawsze napotyka przed sobą różne drogi, a że jest ich wiele, nabierają one cech możliwości, spośród których zdecydować się musimy na jedną. W najgorszym razie, kiedy świat wydaje się sprowadzony do jednej możliwości, jednej drogi, to i tak są zawsze dwie: ta oraz zejście z tego świata. Ale zejście ze świata jest także częścią świata, tak samo jak drzwi są częścia składową pokoju. Powiedzieć, że żyjemy, to tyle co powiedzieć, że należymy do środowiska określonych możliwości. Ten okalający nas obszar nazywamy zazwyczaj "okolicznościami". Życie to przebywanie w pewnych "okolicznościach", czyli w świecie. Takie jest bowiem pierwotne znaczenie pojęcia "świat". Świat jest zbiorem przed nami możliwości życiowych. Nie jest więc jakimś elementem obcym, stojącym poza naszym życiem, lecz stanowi jego autentyczną ramę. Przedstawia sobą to, czym możemy być, czyli to, co jest możliwością życiową. Ta ostatnia musi się skonkretyzować, aby się urzeczywistnić, albo innymi słowy, udaje nam sie być jedynie drobną cząstką tego, czym moglibyśmy być. Dlatego też świat wydaje się nam tak ogromny, a my w nim tacy malutcy. Świat lub nasze możliwe życie zawsze przerasta nasze przeznaczenie lub nasze życie faktyczne.

[...]

Die verlorene Evigheit (ucięty, błąd ortograficzny w oryginalnym tytule)

W diagram psychologiczny współczesnego człowieka masowego możemy (...) wpisać dwie podstawowe cechy: swobodną ekspansję życiowych żądań i potrzeb, szczególnie w odniesieniu do własnej osoby, oraz silnie zakorzeniony bark poczucia wdzięczności dla tych, którzy owo wygodne życie umożliwili. Obie te cechy są charakterystyczne dla psychiki rozpuszczonego dziecka. I rzeczywiście nie będzie pomyłką, jeśli na duszę współczesnych mas spojrzymy przez pryzmat tej psychiki. Nowy plebs, dziedzicząc dorobek długiej i znakomitej przeszłości - znakomitej ze względu na natchnienie i trud - jest przez współczesny świat po prostu rozpuszczony. Rozpuszczać to znaczy nie ograniczać żądań i potrzeb, to znaczy wpajać danemu osobnikowi przekonanie, że wszystko mu wolno i że do niczego nie jest zobowiązany. Dziecko tak wychowane nie ma okazji doświadczyć granicy własnych możliwości. Chronione przed jakimikolwiek ograniczeniami zewnętrznymi, przed każdym zderzeniem z innym, dochodzi do przekonania, że żyje samo na świecie, przyzwyczajając się zarazem do nieliczenia się z innymi, zwłaszcza do nieuwzględniania tego, że może być ktoś od niego ważniejszy, czy względem niego nadrzędny. Poczucia cudzej nadrzędności można doświadczyć jedynie na własnej skórze, kiedy ktoś silniejszy od nas zmusza do wyrzeczenia się jakiejś potrzeby, do powstrzymywania się od czegoś, do ograniczenia własnych żądań. W ten sposób uczymy się podstawowej zasady dyscypliny: "Tu kończę się ja, a zaczyna się ktoś drugi, komu wolno więcej niż mnie. Na tym świecie istnieje najwidoczniej alternatywa: ja i ktoś względem mnie nadrzędny". W innych epokach życie codzienne uczyło ludzi tej prostej mądrości, bo ówczesny świat był tak nieporadnie zorganizowany, że częste były wszelkiego rodzaju katastrofy i nie było w nim nic pewnego, bezpiecznego czy trwałego. Natomiast współczesne masy ludzkie otacza świat pełen możliwości, a na dodatek pewny i bezpieczny, zastają wszystko gotowe, będące do ich dyspozycji, ogólnie dostępne, jak słońce i powietrze, nie wymagające jakiegokolwiek uprzedniego wysiłku. Żaden człowiek nie jest wdzięczny drugiemu za powietrze, którym oddycha, ponieważ powietrza nikt nie wyprodukował i należy ono do całości tego, co "jest", o czym mówimy, że jest "naturalne", bo nie odczuwamy jego braku. Owe rozpuszczone masy są wystarczająco mało inteligentne, by wierzyć, że cała ta materialna i społeczna organizacja, będąca jak powietrze do ich dyspozycji, jest tego samego pochodzenia co i ono i chociaż czasem zawodzi, to jednak wydaje się prawie tak doskonała, jak gdyby była dziełem natury.

Moja teza jest zatem następująca: właśnie doskonałość, z jaką w XIX wieku zorganizowano pewne dziedziny życia, spowodowała to, że korzystające z owych dobrodziejstw masy nie uważają ich już za organizację, lecz za element przyrody. Tak tez można wyjaśnić demonstrowany przez masy, absurdalny stan ducha: nie interesuje ich nic poza własnym dobrobytem, a jednocześnie nie mają poczucia więzi z przyczynami ich dobrobytu. Zdobyczy cywilizacji nie odbierają jako cudownych, genialnych konstrukcji, których istnienie należy pieczołowicie podtrzymywać; wierzą tylko, że ich rola sprowadza się do wymagania istnienia tych ostatnich, jak gdyby chodziło o przyrodzone prawa. W zamieszkach wywołanych brakiem żywności masy ludowe domagają się zazwyczaj chleba i często zdobywają go niszcząc piekarnie. Może to posłużyć jako symbol stosunku, oczywiście, przy zachowaniu należytych proporcji, współczesnych mas do cywilizacji, która je żywi.





















Alle Menschen werden Bruder


***

Bunt mas Hiszpan napisał w 1930 roku. Na ile my, ludzie oczytani, uważających się za kulturalnych i za tych wyższych, możemy przypisać sobie wymienione wyżej cechy? Ja sobie odpowiedziałem w puencie umieszczonego tu ostatnio komiksu.

W świetle tego wszystkiego, pytanie do Was. Czy istnieje dziś klasa inteligencji? Jakie kryteria byście ustanowili, w celu jej określenia?

piątek, 16 stycznia 2009

Don't panic, there's loads of good music

Wspomnę tylko na początek, że serwis Poltergeist zbiera razem opinie rysowników i scenarzystów dotyczących najciekawszych publikacji komiksowych ubiegłego roku. Również i mnie poproszono o dorzucenie swych trzech groszy. Polecam przejrzenie całego artykułu zwłaszcza ludziom niespecjalnie (lub w ogóle) nie czytającym komiksy. Z rzeczy dotychczas poleconych zdecydowana większość posiada wysoką wartość literacką i plastyczną, więc może czas wreszcie postawić obok swoich Kafek, Kunder, Steinbecków i Dantych jakąś historyjkę obrazkową?

***

O, w sobotę, 17 stycznia będę próbował swych sił jako rysownik w Bitwie Komiksowej w warszawskim klubie Punkt. Wstęp od 21, szczegóły na stronie Ligi Bitew Komiksowych.

***

Nie znam się na muzyce, co nie przeszkadza, bym mógł sobie o niej popisać. Heh, przypomina mi to pewien cytat z Milionerów bodajże - "No nie wiem kiedy była bitwa pod Grunwaldem, ale za to lubię chodzić na siłownię".

Niespecjalnie ten piernik (pierwsze zdanie) ma się do wiatraka (drugiego zdania). Nieważne, ja tu teraz o muzyce.

Po przeczytaniu książki Julio Cortazara, Gra w klasy, zapragnąłem być tam, w Paryżu, w małym, zadymionym mieszkanku i dyskutować przy winie ze znajomymi, słuchając przy tym muzyki z adaptera. Koniecznie z adaptera. Opowiadania z podobnymi motywami, jak Moja córeczka Różewicza, choć nie pamiętam, czy tam był adapter, coraz bardziej skłaniały mnie do zakupu własnego. Tak też kilka lat temu uczyniłem. Za śmieszne pieniądze na allegro kupiłem w zestawie używany adapter Fonica GS-461 i wzmacniacz.

W adapterze Chet Baker, żeby tak intelektualnie, dżezowo było, a w tle moja jednooka lalka Renata i fantastyczna drukarka HP LaserJet 4, też kupiona na allegro za bezcen.

Nic nie wiem o jakości, nie kupowałem nowych igieł, nie czytałem forów, ale mam taki zestaw stojący na szafeczce. Czy są jednak jakieś realny korzyści? Ano, są.

Zapach rozgrzanego winylu jest wręcz odurzający. Jestem jednym z tych ludzi, którzy po kupnie ksiażki zamiast otworzyć i spojrzeć na układ typograficzny, wertuję kartki przy nosie i wchłaniam zapach druku, bądź, jeśli kupiłem dany tom w antykwariacie, historii tegoż przedmiotu - szaf, szuflad, kaw, papierosów, zachwytów, łez, podróży pociągiem lub tramwajem. Jeśli postępujesz podobnie z książkami lub tankując samochód doznajesz ekstazy, czując w nozdrzach beznynę, każdorazowe podejście do adaptera w celu odwrócenia płyty na drugą stronę będzie wielką przygodą.

Jeszcze większą przygodą będzie zdobywanie płyt. Nowości, rzecz jasna, są dostępne w Empikach za trzycyfrowe sumy. Ale po co nowości?

Zacząłem słuchać zespołu Radiohead, kiedy wyszedł album Kid A i w Radiostacji puścili całość! Zanim zebralo się na oryginalny album, przez miesiące chodziło się z tą zgraną z Radiostacji wersją w łokmenie. Nie muszę chyba dodawać, iż byłem dziełem radioglowych zachwycony. Był to nowy wymiar muzyki! I wkładki w albumach, te niesamowite pejzaże! Toż to był ewenement na skalę światową.

A potem poznałem muzykę Richarda D. Jamesa. I już Kid A nie wydawało się tak oryginalne.

A potem okazało się, że wszyscy studenci bawiący się w multimedia wciskają w ramach ścieżki dźwiękowej kolejne dokonania Brytyjczyka. Jakby nie było innej muzyki na świecie. Chociaż faktycznie, Aphex Twin jest oryginalny i...

I potem poznałem muzykę zmarłego dwa lata temu Karlheinza Stockhausena, który to co pan Ryszard robi na albumie drukqs uprawiał już w latach 50.

Czy warto wspominać o szoku, jakiego doznałem, poznając malarstwo Basquiata i jak to wpłynęło na mój zachwyt oryginalnością prac Stanleya Donwooda?

Nie potrzebujemy nowości, proszę Państwa. Naprawdę podróże w przeszłość mogą przed nami odkryć dzieła, o którym nam się nie śniło, nawet jeśli skończyliśmy filozofię. (taki żarcik lingwistyczny popełniłem)

Swoją kolekcję płyt winilowych powiększam, odwiedzając stoisko przy warszawskiej ASP, antykwariat przy Kubusia Puchatka, sklep na Smolnej, bazar na Kole. Pomocna okazała się również ciocia, która wygrzebała z pod sterty butów stertę płyt.

Za 5-10 złotych za sztukę zakupiłem takie perełki jak:

Nieustanne Tango Republiki, z porażającym Obcym astronomem

Pierwszy album istniejącego wciąż do dziś Ziyo

Blues? również wciąż aktywnego zespołu One million Bulgarians

(choć najnowsza twórczość powyższych dwóch kapel już nie trafia do mnie)

Low life New Order z piękną Elegią

Muzyka do filmu Bogusława Lindy, Szeszele, wykonana przez Voo Voo

Phaedra krautrockowego zespołu Tangerine Dream

i wielkie odkrycie - zespół Reportaż, który wykonywał muzykę w magicznym filmie braci Quay, Institute Benjamenta. Zresztą w późniejszym dziele braci, In Absentia usłyszeć można wspomnianego pana Stockhausena.

Uwielbiam te chwile, gdy jadę do domu z nową płytą nieznanego zespołu, odkurzam ją, czasem zeskrobuję zdechłą muchę, albo jedzenie, kładę na tarczę adaptera, nastawiam igłę i... wielkie oczekiwanie. Czy okaże się chłamem, czy mnie porwie? Za 5 złotych można pozwalać sobie na takie eksperymenty i daje to ogromna satysfakcję, gdy się trafi w dziesiątkę.

I ostatnia zaleta płyt winilowych. Billy Corgan, reagując na słabą sprzedaż ostatniego albumu Smashing Pumpkins, stwierdził że Dynie wydawać będą juz jedynie single. Że teraz mamy rynek, gdzie nie ma miejsca na albumy. Coś w tym jest. Od kiedy mamy łinampy, empetrzy plejery, ajfołny i yoyo plejery, przesłuchujemy album raz, wybieramy 2, 3 ulubione utwory, i je maglujemy. Rozczłonkowujemy całości, nie przywiązujemy już do nich tyle wagi. Ma być to co mi się podoba, w takiej dawce jaką chce. Znudzi mi się, daję nowe. A że jeden utwór trwa ogólnie 3-4 minuty, to przyspieszamy, skaczemy, coraz szybciej i szybciej. Jak coś się nie mieści w jutubowym formacie 10 minut, to nie mam na to czasu. Utwór trwa 22 minuty?! No chyba żartujecie, że będę tego słuchał?!

Wszelkie ułatwienia, pozwalające nam zmieniac kanały bez ruszania się z kanapy, wybrać dowolną piosenkę na albumie za jednym kliknięciem, odbywają się ze szkodą dla kultury (tak dla samych prac, jak i dla kultury naszej, osobistej). Bo mogę przecież przewinąc kasetę do ulubionego utworu, mogę nastawiać igłę adaptera na tę jedną jedyną piosenkę, ale strasznie dużo jest w tym zachodu. Istnieje duża szansa, że przesłuchamy całość. Teraz np. słucham stronę A Cheta Bakera in Milan już trzeci, czy czwarty raz. Wspaniałe przeżycie. Obcuję z tą muzyką. Ktoś stworzył muzykę, a ja z nią obcuję. Nie tnę na swoją modłę, nie mieszam w singlowym tyglu.

Nie piszę tego z perspektywy załamanego upadkiem kultury starca, bo sam śmigam po jutubie i codziennie do śniadania poznaję dwadzieścia nowych piosenek, słuchając po 2 minuty z każdej. Sugeruję jedynie wyważenie. Znalezienie czasu i na kontemplację i na polowanie na nowości. Takie harmonijne zestawienie oparte na kontraście dostarcza wiele radości.

Na koniec chciałbym zareklamować wspanialą stronę internetową, inicjatywą wartą uwagi. Blog


promuje nowe zjawiska w polskiej muzyce alternatywnej. Dzieje się, oj, dzieje na naszym ryneczku. Tylko wiadomo, to wszystko poukrywane w jakichś zagłębiach, zakamarkach, majspejsach i klubach otworzonych w starych fabrykach. Don't panic zbiera to wszystko w jednym miejscu, dając nam jednocześnie szansę ściągnięcia przeglądowych kompilacji. Wpadajcie tam, słuchajcie. Na pewno coś ciekawego dla siebie znajdziecie.

Ja ostatnio, będąc w hedonistycznym nastroju, upodobałem sobie takie coś, Skinny Patrini się zwą:



wtorek, 13 stycznia 2009

Komeć - nowa polska waluta

Dziś odkryłem nowe słówko i kryjący się za nim fenomen. My, piękni dwudziestoletni (jak i wszelcy starsi użytkownicy internetu), staramy się za wszelką cenę ograniczać ilość spamu. Instalujemy filtry, nie przesyłamy dalej łańcuszków o gasnących dzieciach i zakładamy konta na soupie, i innych takich serwisach, by nie zaśmiecać każdorazowo wszystkich znajomych linkami do śmiesznych filmików.

Okazuje się, że młodzi internauci już dawno temu włożyli między bajki to idealistyczne podejście. Przyszłość Narodu dobrze wie, iż nieprawdą jest stwierdzenie "Dobra sztuka broni się sama", zwłaszcza w zalewie wywołanym demokratyzacją kultury. Cóż zatem poczęli w zaistniałej sytuacji?

Otóż, drodzy Państwo, stworzyli nową walutę i nazwali ją Komciem. Etymologia to łacińskie commentarius, źródło innego polskiego słowa - Komentarz, czyli m. in.: wypowiedź, uwaga, najczęściej krytyczna lub złośliwa, wypowiadana o kimś, o czymś. Podane wg Słownika wyrazów obcych PWN.

Niektórzy młodzi blogerzy organizują konkursy dla swoich czytelników. Konkurs może polegać na przesłaniu obrazka na określony temat lub wyrażeniu zgody na recenzję swojego bloga przez organizatora konkursu. Organizator płaci zwycięzcom określoną, wcześniej ustaloną, ilość komci. Umieszcza je pod wpisami blogowymi. Treść komci jest nieistotna, liczy się ilość.

Ileż to razy, drodzy Czytelnicy, weszliście po pracy na swojego bloga i spojrzeliście smutnym wzrokiem, że TYLKO 3 komentarze pojawiły się pod wpisem, który być może obmyślaliście i opracowywaliście kilkanaście minut albo i więcej. Przyznają Państwo, że taki widok może mocno zniechęcić i przelać systematycznie napełnianą przez cały dzień czarę goryczy. Nie wspominam nawet o najsmutniejszej ewentualności, dotykającej zwłaszcza blogi fotograficzne, pozbawione treści literackich, gdzie czasem zdarza się zupełny brak komentarzy! Jakże ma kwitnąć kultura w takich warunkach?

A tak, dzięki komciom, moga być Państwo pewni, iż Wasze zdjęcie, komiks, opowiadanie lub notka obyczajowa nie przejdą niezauważone!

Jestem za tym, by starsi uczyli się od młodszych, zwłaszcza gdy ci wpadają na dobre pomysły, nawet jeśli niekonwencjonalne lub wręcz urągające naszym przyzwyczajeniom.

Drodzy Czytelnicy, jakiś czas temu zgłosiłem Pub pod Picadorem do organizowanego przez onet.pl konkursu - Blog roku. Uczyniłem to w ramach darmowej autoreklamy. Muszę w tym miejscu zadać pytanie: Czemu piszę? Czemu ja, psze Państwa, piszę tego bloga? Najkrócej rzecz ujmując, by znaleźć osoby z bliskimi mi poglądami na świat. Żeby móc z nimi dyskutować, czytać ich blogi, jeśli takowe posiadają, może kiedyś wypić wspólnie piwo, jeśli okazja się nadarzy.

Zapełniam czas, jaki dzieli mnie od śmierci, zresztą jak my wszyscy. Tworzę komiksy, zakładam blogi, obmyślam system filozoficzny nie po to, by zmienić świat, albo by zdobyć sławę. Nie po to by uratować komuś życie lub uświadomić komuś jakie błędy popełnia. To wszystko jest wtórne, są to powody wymyślane w ramach racjonalizacji.

Czy rysuję dobre komiksy, czy piszę ciekawie, czy mam słuszność - to wszystko jest względne.

Ja rysuję komiksy.
Ja piszę.
Ja wypowiadam swoje myśli.

I szukam ludzi, którzy to docenią. Bo chcę, by ten czas, jaki dzieli mnie od śmierci spędzić jak najprzyjemniej. Oczywiście będąc zwierzęciem muszę wentylować swoją agresję. Mogę wtedy narzekać na upadek kultury albo syf reklamowy. Mogę narzekać na zbyt drogie płyty muzyczne lub dzisiejszą młodzież, na Izrael lub Palestynę, na Lecha albo Tuska. Byleby móc to robić wśród ludzi, którzy mnie nie zgnoją. Chyba że mam takie pokłady agresji, że pcham się między ludzi z innymi poglądami, by z nimi też się pokłócić, bo starcie z żywym forumowiczem jest zawsze konkretniejsze i przynosi więcej satysfakcji, niż rzucanie w eter epitetów o prezydencie. Ale potem wracam do tych, którzy doceniają to co robię i chwalę się jak rozwaliłem mendę w forumowej dyskusji! I mi znajomi przyklaszczą. I jest przyjemnie. I już coraz mniej czasu do końca.

Drodzy Czytelnicy. Zgłosiłem Pub pod Picadorem do konkursu i do dwudziestego drugiego stycznia jest czas na glosowanie na swojego ulubionego bloga. Można wysłać wiadomość tekstową o treści

E00109

pod numer 7144 (Koszt wiadomości to 1,22 zł brutto)

(Cały dochód z otrzymanych SMS-ów w całości głosowań, po potrąceniu opłat pobieranych przez operatorów telefonicznych, zostanie przeznaczony na cele charytatywne.)

i będzie to liczone jako głos na Pub pod Picadorem. Im więcej głosów, tym więcej będę miał takich złocistych kuleczek w rankingu. A im więcej kuleczek, tym wyżej jestem i tym większa szansa, że ktoś przeczyta i też wyśle wiadomość. A jak będę wystarczająco wysoko w rankingu, to wtedy może gdzieś tam napiszą, wyróżnią i będzie większa szansa na zdobycie nowych czytelników.

Dlaczego, Drodzy Państwo, mielibyście marnować 1,22 zł brutto na taki cel? Pozwolę sobie odpowiedzieć anegdotką. Gdy byłem redaktorem naczelnym Ogólnodostępnego Kuluarowego Nośnika Optymizmu, postanowiliśmy sprzedawać dziesiąty numer na targach szkolnych organizowanych w warszawskim Centrum Expo XXI. Rzecz działa się pod koniec 2002 roku. Jeden egzemplarz kupiła uczennica liceum ogólnokształcącego im. Aleksandra Fredry, po czym rzuciła gdzieś w kąt. Inna uczennica podniosła gazetkę, przeczytała, była pod wrażeniem jednego opowiadania i napisała do jego autora. Autor, przestraszony tą nagłą sławą, przesłał jej mejla do mnie. Ja uczennicy odpisałem, ona stwierdziła żem buc, po czym rozkwitła mejlowa znajomość zwieńczona wyjściem do pubu. Po udanym spotkaniu nastąpiło drugie, na które zaciągnąłem wspomnianego, zestrachanego autora. Nie wiem, czy "miłość od pierwszego wejrzenia" byłoby najtrafniejszym stwierdzeniem opisującym ich znajomość. Rzec mogę tylko, iż są szczęśliwą parą do dziś.

Zatem, może dzięki Twojej wiadomości i tej złotej kuleczce, która pojawi się w rankingu, do Pubu pod Picadorem zawita Twój przyszły partner, scenarzysta Twojego komiksu, ilustrator Twojej książki lub najserdeczniejszy przyjaciel, z którym za 30 lat będziecie wspominać od czego to się wszystko zaczęło.

środa, 7 stycznia 2009

Hermetyczny humor

Czytam te polskie ziny komiksowe do zrecenzowania i jakoś niespecjalnie mi śmieszno. I nie wiem co z tym zrobić. Muszę za każdym razem tworzyć typ idealny i pytać go, czy dana rzecz jest śmieszna. Dlatego też pisane przeze mnie recenzje ukazują się tak rzadko, bo każdej towarzyszy szereg badań, nie mówiąc już o załamaniach nerwowych związanymi z pogłębiającym się kryzysem twórczym.

Jednakże, skoro jest to blog o kulturze, a nie o mnie i moim życiu, czas zaprezentować trochę kultury. Żeby nie rzygać na Was tematyką związaną z moim samopoczuciem, przedstawię humorystyczny wgląd w mikroświatek, w którym żyję - mianowicie życie na Akademii Sztuk Pięknych.

Przed każdą sesją mamy obowiązek przeczytać kilkanaście do kilkudziesięciu różnych tekstów. Często są to artykuły lub wypowiedzi różnych twórców. Egzaminy są dość proste, a w porównaniu z innymi uczelniami są wręcz banalne. Nie chodzi jednak o zaliczenie, a o zapoznanie się z różnymi teoriami, bez których możemy do końca życia malować, rysować lub rzeźbić jedynie naiwny szajs, myśląc, że robimy coś wyjątkowego. Wiele z tych teorii na pierwszy rzut oka wydaje się absurdalna. Chociaż na przykład na wydziale Farmacji studenci mają więcej do przeczytania i sroższe egzaminy, przyswajane informacje są (na ogół) jednolite i uporządkowane. Studenci ASP, jeśli poważnie podejdą do tematu, przeżywają coś gorszego niż dziesięciodniowy festiwal ambitnego kina, gdzie się chodzi na 5 seansów dziennie. Jeśli poważnie podchodzą do tematu, muszą umiejętnie wyłuskać to, co dla nich wartościowe, inaczej zostaje bełkot, którym będą potem bełkotać innym do końca życia.

Wśród tekstów do przeczytania przez święta była książka o Adzie Reinhardtcie, kompletująca różne jego wypowiedzi. Jest to jedna z tych rzeczy, które przejrzane pobieżnie są idiotyczne i niewarte uwagi. Jeśli jednak wziąć pod uwagę co pisałem niedawno o oczyszczaniu i redukowaniu i jeśli pomyśleć o rozróżnieniu przeświadczenia wewnętrznego i zewnętrznego, jakiego również ostatnio tu dokonałem, będziemy mogli dostrzec o co temu człowiekowi chodzi. Ad Reinhardt stworzył sobie precyzyjny motor motywujący napędzający go do działania.

Wszystkim zastanawiającym się o co chodzi w tym całym malarstwie abstrakcyjnym, w tych głupich czarnych kwadratach na białych tłach i innych czerwonych klinach, niech poszuka w bibliotece książki Ad Reinhardt pod redakcją Leszka Brogowskiego, albo niech przynajmniej się zapozna z tekstem pana Brogowskiego o procesie twórczym tego amerykańskiego malarza.

Ja chciałbym za to zacytować coś ze wspomnianej książki. Jest to wywiad, a dokładnie autowywiad. Ukazuje precyzję formułowania myśli, wypunktowuje najważniejsze motywy z życia malarza, a przy tym jest ironiczne i zabawne. Życzę Wam, byście mogli tylko tak perfekcyjne wywiady czytać i takich wywiadów udzielać (ale do tego potrzebna jest dobrze przygotowana osoba pytająca, a potem redagująca).

Autowywiad dla Art News (Nowy York)
March 1965

REINHARDT MALUJE WIZERUNEK

[REINHARDT PAINTS A PICTURE]


Ad Reinhardt urodził się w wigilię Bożego Narodzenia, w przeddzień zaangażowania się Europy w I wojnę światową, u szczytu kubizmu i wraz z narodzinami sztuki abstrakcyjnej, w roku pierwszej, wielkiej wystawy sztuki nowoczesnej w Ameryce, Armory Show.

"Jest Pan jedynym malarzem, który uczestniczył we wszystkich ruchach awangardowych ostatnich trzydziestu lat, nieprawdaż?" zapytałem go w jego studio na poddaszu w Greenwich Village, gdzie Lower Broadway napotyka Weverly Place.

"Tak" powiedział.

"Był Pan awangardowym pre-abstrakcyjnym-ekspresjonistą pod koniec lat trzydziestych, awangardowym abstrakcyjnym-impresjonistą w połowie lat czterdziestych i awangardowym post-abstrakcyjnym-ekspresjonistą u początku lat pięćdziesiątych, nieprawdaż?" zapytałem.

"Tak" powiedział.

"Był Pan pierwszym malarzem, który rozstał się z awangardyzmem, nieprawdaż?" zapytałem.

"Tak" powiedział.

"Czy te szmaty tutaj, to szmaty malarskie?" zapytałem wskazując na pełne farby gałgany na podłodze wzdłuż okna wychodzącego na ulicę.

"Tak" powiedział.

"Czy to prawda, że przez dwanaście lat, od początku lat pięćdziesiątych malował Pan jedynie czarne obrazy, i że od pięciu lat, od początku lat sześćdziesiątych wykonuje Pan czarne obrazy, jednej tylko wielkości, kwadratowe, pięć na pięć stóp?" zapytałem.

"Tak" powiedział.

"Czy to na tej ławie maluje Pan, w tych butelkach miesza Pan farbę i używa Pan tych pędzli?" zapytałem.

"Tak" powiedział.

"Używa Pan oleju na płótnie, Bocour na belgijskim lnie?" zapytałem.

"Tak" powiedział.

"Objechał Pan raz jeden cały świat dookoła, nieprawdaż?" zapytałem.

"Tak" powiedział.

"Ma Pan w marcu, jak wiem, pierwszy trój-galeryjny jednoosobowy pokaz albo osiemnasty, dziewiętnasty i dwudziesty jedno-galeryjne jedno-osobowe pokazy w tym samym czasie, czy to prawda?" zapytałem.

"Tak" powiedział.

"Pokazuje Pan, jak słyszałem, swoje pionierskie i prorocze, czerwone i niebieskie, monochromatyczne i symetryczne obrazy z początku lat pięćdziesiątych w dwu galeriach oraz Pańskie heroiczne, czarne, kwadratowe, "wyłamujące się" obrazy z początku lat sześćdziesiątych w trzeciej galerii?" zapytałem.

"Tak" powiedział.

"Mówi Pan, jak czytałem, że urodził się Pan w roku, w którym wydano książkę Clive Bella "Sztuka", i że napisał Pan swoją "sztukę- jako-sztukę dogmat", gdy miał Pan lat trzydzieści dziewięć?" zapytałem.

"Tak" powiedział.

"Miał Pan dwadzieścia dziewięć lat, gdy Hanri Focillon opublikował "Życie form w sztuce" oraz czterdzieści dziewięć, gdy wyszedł "Kształt czasu" Kublera, czy to prawda?" zapytałem.

"Tak" powiedział.

"Ta nowa część Pańskiej "sztuki-jako-sztuki dogmatu" wygląda jak ta sama, stara rzecz. Czy ciągle mówi Pan tę jedną rzecz, o której mówi Pan, że należy ją mówić ciągle i ciągle, i że ta rzecz jest jedyną rzeczą do powiedzenia dla artysty?" zapytałem.

"Tak" powiedział.

"I nie ma nic więcej do powiedzenia?" zapytałem.

"Nie" powiedział.

***


Na deser dla wytrwałych coś, mam nadzieję, zabawniejszego i mniej hermetycznego.

Paweł Łyczkowski, znajomy ze studiów, w trakcie pierwszego roku wpadł na pomysł ujęcia ciekawostek z naszego życia w formie pasków komiksowych, których przez te kilka lat uzbierało się kilkanaście, a które ku naszej wielkiej radości co jakiś czas wysyła znajomym drogą mejlową. Obok tych zrozumiałych tylko dla wtajemniczonych, jest kilka bardziej uniwersalnych, dających wgląd w to, co nam głowy zaprząta.

A zatem, drodzy Państwo -

ASPekty autorstwa Pawła Łyczkowskiego
z komentarzem moim.

Student zaczyna Akademię z wiarą, że czegoś go nauczą, że pozna tajniki, że skoro tyle się nasłuchał o tych gustach, smakach, absolutach i geniuszach, to muszą być jakieś zasady tym rządzące. Nasza pierwsza nauczka: Nie ma zasad. Są. Oczywiście, że są. Optyczne, techniczne, itd. Ale o tym możemy się uczyć we własnym zakresie. Podczas pierwszych dwóch lat profesorowie według sobie znanych kryteriów uczą nas być krytycznymi wobec siebie. Potem nasze matki, żony i kochanki patrzą, jak rwiemy na strzępy udane rysunki i nie mogą pojąć dlaczego. My wiemy. Choć nie wiemy dlaczego wiemy. Ale wiemy.

Kącik porad plastycznych: Rysowniku! Nigdy nie zaczynaj malować dłoni modela przed przerwą! Bo a) model jest już zmęczony, b) po przerwie i tak nie usiądzie dokładnie w tej samej pozie.

Asystenci znają się na sprawach technicznych. Profesorowie nie. Widocznie w pewnym wieku człowiek oczyszcza się z wszelkiej praktycznej wiedzy, pozostawiając miejsce tylko na ten tajemniczy, wyrabiany przez lata, smak.

Krzysztof Trusz, wykładający podstawy typografii, były dyrektor artystyczny Gazety Wyborczej, ma jedno z najbardziej niekonwencjonalnych podejść dydaktycznych. Potrafił wejść do sali, przejść się po rozłożonych na podłodze projektach, i nie spoglądając na nie powiedzieć: Wyrzućcie to do kosza. Byliśmy rzecz jasna oburzeni, bo się kilka nocy nad tym siedziało, a ten nawet nie spojrzy. Pytał nas zatem pan Trusz: Kto uważa, że nie da się jego projektu poprawić? Proszę bardzo, stańcie tu i pokażcie swój projekt. Rzecz jasna po tych słowach wszyscy wyrzucali swoje projekty do kosza.
Kwestię tę porusza również pan Karaszewski. Wernisaże są wyłącznie po to, by się pod pretekstem ukulturalniania nażreć i schlać, ewentualnie polansować. Nikt, komu naprawdę zależy na obejrzeniu prac nie idzie na wystawę w dzień, gdy każdy obraz przysłania oblana winem i obsypana okruchami marynarka.
Impresja po pierwszej dłuższej rozmowie między Pawłem i mną. W swojej obronie mogę rzec tylko, że nawet elokwentny na papierze Mickiewicz w żywej mowie wieśniaczył (według znającego się na rzeczy polonisty, K.)

Powód największej rozpaczy studentów na twórczych studiach. Dlatego na czwartym, piątym roku powstaje tak dużo chłamu. Bo oczekiwania rodziny, i partnerów są takie, byśmy wreszcie pracowali, a nie byli darmozjadami. Ale wtedy nie możemy skupić się na twórczości. Powstaje zamknięty cykl, gdzie jesteśmy sparaliżowani przed własną pracą i przed pracą zarobkową. Niektórzy skaczą przez okna. Reszta idzie do agencji reklamowych. Sam pasek nawiązuje do pewnej animacji.
Profesor Wojciech Włodarczyk jest byłym posłem, ma winnicę i jest porywającym wykładowcą. Nie ważne, co mówi. Gdy to mówi, to ma sens.

Wracam teraz do paraliżu między pracą twórczą i zawodową. A Wam, mili Państwo, udanego tygodnia życzę!

wtorek, 6 stycznia 2009

Ocalmy od zapomnienia - Oli Wehr

Epilog ostatniego wpisu: Sprawdzian wyglądał tak, że dostawaliśmy po 3 zdania wyrwane z tych łącznie 700 stron, które mieliśmy przeczytać. Mieliśmy podać autora, kierunek jaki on reprezentuje i zaznaczyć, czy był modernistą, czy awangardzistą. Pierwsze zdanie

Marzę o sztuce, która by była podobna do wygodnego fotela.

to skrócona wersja oryginalnego zdania: Marzę o sztuce pełnej równowagi, spokoju, jasności, bez niepokojącej czy przytłaczającej tematyki - o sztuce, która by była dla każdego pracownika umysłowego, tak na przykład dla człowieka interesu, jak dla literata, środkiem łagodzącym, kojącym umysł, czymś podobnym do wygodnego fotela, dającego odprężenie po zmęczeniu fizycznym.

Znajoma wspomniała mi o tym zdaniu, gdy wspólnie się uczyliśmy, zaskoczona takim stwierdzeniem pochodzącym od Matisse'a. Chwilę później natrafiłem na to zdanie u Greenberga, o którym mam napisać dlaczego jest niebezpieczny, ale pewnie znajdę na to czas pod koniec roku. Greenberg również przekłamał to zdanie, dodając coś o robotniku. Widocznie w czasach, gdy nie było hiperłączy ludzie częściej korzystali z pamięci, co z jednej strony jest godne pochwały, a co z drugiej strony przyczyniało się do wszelakich wyrwanych z kontekstu, przekłamanych wypowiedzi.

Tak czy siak, wśród 700 stron tekstu zwróciłem uwagę na to właśnie zdanie i je dostałem. Drugi cytat był z Malewicza, ale nie przypomnę sobie dokładnie słów (przez tę moją powieść nie spałem w przedegzaminacyjną noc i ledwo się trzymałem na krześle podczas pisania).

A trzecie zdanie? Nie wiem właściwie dlaczego, kiedy już zdecydowałem wziąć się za pisanie, musiałem oznajmić to wszem wobec (wiedzieliście, że pisze się to bez "i"?). Taki kaprys. A że nie chciałem banalnie napisać Nie mogę się skupić na tekście, przedstawiłem to w taki sposób, jak poniżej, co wymagało kilkunastu minut wczytywania się w cytowany akapit. I jakaż była moja radość, gdy trzecim zdaniem na sprawdzianie z tych 700 stron, jakie mieliśmy sobie przyswoić, była wypowiedź Marinettiego!

Morał: Gdy odczuwasz eskapistyczną chęć zrobienia czegoś twórczego zamiast obowiązków - zrób to. Opłaci Ci się podwójnie. Gdybym chciał sumiennie skupić się na nauce i tak by z tego nie wyszło, a nie miałbym napisanego szkicu powieści.

***

A teraz z innej beczki.

Nigdy nie lubiłem punka. Tego peryferyjnego, skłotowego, włosy na sztorc żółtkiem od jajek, antysystem, Babilon mast daj, oi, oi!

Jako dziecko mieszkające z mamusią i mające pełną lodówkę, a chcące się buntować, musiałem wybrać postpunk. Sonic Youth, Ewa Braun, glany i graficiarskie wypady na mieście, po których siadało się w wannie ciepłej wody, nim mamusia zawołała na kolację.

Pierwszy raz zetknąłem się z punkiem na obozie harcerskim w 1998 r., gdy znajomy dał mi do przeczytania Ratboy Prosiaka. I powaliło mnie. Pomijając fakt, że nigdy wcześniej nie zetknąłem się z komiksem tak brutalnym i szczerym, poza cartoonami Leuniga. Po powrocie z wakacji i róznych punkowych próbach jednak nie mogłem się wkręcić w tę grubociosaną, pełną haseł i nie do końca przemyślanych racji punkowość, jaką przejawiali znajomi. Szczytem wszystkiego była manifestacja, na którą wpadłem już w liceum. Zobaczyłem w tłumie kolegę i podszedłem. Po kilku zdaniach -

On: Daniel, a za tydzień wpadasz?
Ja: A co będzie?
On: No, protest przeciwko wojnie w Iraku.
Wtrąca się jakaś dziewczyna: Za tydzień to za legalizacją.
On i ona: Zaczynają dyskusję o tym za czym, czy przeciwko czemu będą za tydzień.
Ja: Odchodzę.

Kurtyna.

To wszystko nie zmienia faktu, że wtedy, w trakcie lektury komiksu Prosiaka coś się we mnie zaszczepiło. A dokładnie, to coś, co zaszczepił Leunig zostało zapłodnione i zaczęło się rozwijać. W dwóch recenzjach Powidoku porównano mnie do Krzysztofa Owedyka, czyli rzeczonego Prosiaka, i zacząłem się zastanawiać dlaczego nie wspomniałem go w liście lektur uzupełniających do Powidoku. Chyba po prostu zapomniałem. Ale wtedy zacząłem się zastanawiać nad pierwszym komiksem, jaki w Polsce publikowałem, w redagowanej przeze mnie gazetce OKNO, kiedy jeszcze była gazetką szkolną. Potem, gdy wyszliśmy na ulice pojawił się Cynik (który narodził się ponownie po latach w Powidoku), ale na początku pisałem i rysowałem serię będącą wypadkową mojej fascynacji Osiedla Swoboda i właśnie Ratboya. Mausa wtedy jeszcze nie przeczytałem. Co ciekawe, chociaż przy każdym numerze zaciągano mnie na czerwony dywanik, gdzie musiałem bronić się przed radą pedagogiczną za niestosowne treści, za komiks nigdy mi się nie oberwało, mimo iż poruszałem w nim tematy: przemocy w rodzinie, palenia zioła i jedzenia piguł na imprezach, gwałtu i wreszcie morderstwa. Sam komiks w takiej formie, w jakiej pojawiał się w OKnie jest oczywiście nie do pokazania, bo jest pod każdym względem tragiczny, choć taki mały wgląd dam w postaci połowy planszy któregoś z odcinków. Cytowana piosenka to oczywiście legendarny utwór Szmata zespołu Ztvorki.



Zamówiłem sobie kilka dni temu Ratboya, by skonfrontować się z młodzieńczymi wrażeniami. A Ósmej czary wciąż nie zaliczyłem i wstyd. Za każdym razem, gdy już chcę kupić, coś innego wpada do ręki.

***

W OKnie poza promowaniem twórczości warszawskich licealistów, w ostatnim numerze (wtedy nie wiedziałem, że nim będzie) zaprezentowałem nowy dział pt. Ocalmy od zapomnienia.

Moja ówczesna dziewczyna pracowała wtedy w księgarni Bellona na Krakowskim i co jakiś czas wyciągała z piwnicy jakieś poetyckie kurioza. Pewnego razu przyniosła mały tomik poezji. Znajomi się podśmiewali z wiersza o gwałceniu kozy w gumofilcach, a ja wziąłem do domu i się zakochałem. To było to! Ten sam duch, co u Owedyka. Ta sama mądrość, co u Saturatora.

Odkryłem Oliego Wehra (O z umlautem, ale blogspot nie pozwala). Niestety wkrótce potem ten tomik znikł. I jedyne co mi pozostało to kilka wierszy zamieszczonych w OKnie. I kilka gdzieś w sieci. Apeluję do Was, drodzy czytelnicy. Jeśli wiecie cokolwiek o Olim Wehrze, albo zobaczycie gdzieś jakiś jego tomik poezji, proszę dajcie mi znać. Obok Czarnego Romka, Orkiestry z Chmielnej, wspomnianego Saturatora, jest on jedna z kolejnych warszawskich legend, które mi uświadamiają w jak pięknym i magicznym, choć brutalnym miejscu żyję.

Na zakończenie zostawiam Was ze skanem z OKNO'a i kilkoma wierszami umieszczonymi na innych stronach Ogólnodostępnego Kuluarowego Nośnika Optymizmu.


***



więc jest i
tor przeszkód

na temat

Chrystusa



***


czeka sięczeka sięczeka sięczeka sięczeka sięczeka sięczeka się

i w końcu
się zdarza

i nagle

xxxxxxxxxxkiedy to zniknie?xxxxxxxxxxkiedy to zniknie?xxxxxxxxxxkiedy to zniknie?xxxxxxxxxxkiedy to zniknie?xxxxxxxxxxkiedy to zniknie?
x
x
x

niedziela, 4 stycznia 2009

Jak Marinettiemu przeszkodzono w podpalaniu świata

Za 14 godzin egzamin z historii sztuki, przede mną kilkaset stron tekstów i manifestów XX wiecznych plastyków, a ja powieść muszę pisać.

Bez sensu.

Ale muszę.

Bo manifest Marinettiego wygląda tak:

... i mocna Niesprawied xxxxxxxxxx Niesprawiedliwość xxx dla nas.


Zdrowa i nocna Niesprawiedliwość xx
mocna Niesprawiedliwość xxx wybuchnie promieniami z ich oczu.

- Sztuka, w istocie, może gwałtem okru
xxxxxxxx
xxxxxx
xxxxxxxxxxxxxx
- Sztuka, w istocie, może







Zdrowa i mocna Niesprawiedliwość wy xxxxx



cieństwem i niesprawiedliwością. Najstarsi

kurwa.




Więc piszę powieść.
x
x

piątek, 2 stycznia 2009

O wierze

No i po sylwestrze. Chciałem napisać coś o postanowieniach noworocznych, ale notka JAPONfana skutecznie mnie do tego zniechęciła. Wykonałem pewne rytualne czynności, które mają służyć usystematyzowaniu życia i mógłbym ewentualnie o nich napisać, z wiarą w to, iż ich publiczne ogłoszenie zmotywuje mnie do tego, by wywiązać się ze wszystkich obietnic. Jednakże zbyt wiele słów rzucam na wiatr.

Po co w ogóle wypowiadam pewne propozycje lub obietnice? Bo wydają się dobre. Wypowiadanie ich przed innymi jest albo prośbą o opinię co do rzeczywistej wartości tych myśli (choć żadnych znaków zapytania nie używam, co często wprowadza odbiorcę w błąd), albo prośbą o uczestnictwo. Czasem krzyknę z entuzjazmem: Zróbmy wspólnie komiks, albo Wyjedźmy gdzieś, wiedząc, że sam do tego nie mam głowy i żywiąc skrycie nadzieję, iż odbiorca powie Super pomysł! i będzie mnie nagabywał od czasu do czasu. To mi udowodni faktyczne zainteresowanie drugiej osoby, jak również zmotywuje mnie do wzmożonego wysiłku na rzecz spełnienia "obietnicy". Często jednak druga osoba traktuje to jako coś w pełni mojego, z czego ja sam mam się wywiązać (bo ona nie ma na to siły, inicjatywy lub czasu). Wtedy też, zwłaszcza gdy czymś innym jej podpadnę, może mi wypomnieć, że nie dotrzymuję obietnic.

Brzmi to wszystko jak usprawiedliwienie i może nim jest. Dlatego podzielę się tylko jednym postanowieniem noworocznym wynikającym z tego, co powyżej napisane: Mniej mówić o zamiarach, a więcej o skutkach swoich działań.

***

To, o czym dzisiaj zamierzam pisać jest jedną z najdelikatniejszych spraw, które poruszam. Jest nią mianowicie sprawa wiary. Proszę zatem o skupienie.

Praktycznie cała nasza percepcja polega na wierze. Wierzymy naszym zmysłom, wierzymy pamięci. Wierzymy również w przeświadczenia, które wyrabiamy sobie już w dzieciństwie i które bardzo trudno zmienić w późniejszym wieku. Przeświadczeniem takim jest, że Bóg istnieje. Albo że nie istnieje. Albo że ludzie są źli. Lub istnieją ideały. Nawet brak wiary jest aktem wiary. Ateizm jest wiarą w to, że nie istnieje Bóg. I niech mi "prawdziwi ateiści" nie wmawiają, że to agnostycyzm. Według nich i Wikipedii jestem ateistą agnostycznym.

Na tym polega delikatność całej tej sprawy. Peter Sloterdijk, współczesny niemiecki filozof, pisze:

Poprzez odrzucenie zastanej różnicy [między ludźmi] współczesna antropologia polityczna wkracza w stadium, w którym - jak się zwykło mówić w młodoheglowskim żargonie - ogarnia masy. Niedawno Alain Finkielkraut zawarł w swojej książce L'humanité perdue szczęśliwe określenie tej chwili. Odkąd, stwierdza on, wielki sekret ludzi, trwożnie strzeżony przez panów sekret ich równości, został wygadany w XVII wieku - nie bez udziału niedyskrecji pełnego skruchy wielkiego Pascala - współcześni zaczynają "inaczej przeżywać swoją nierówność". Sądzę, że nie było lepszego określenia na eksperyment współczesnej demokracji. Vivre autrement, l'inégalité. Z tą formułą przed oczami można pytanie, co epoka demokratyczna czyni z człowiekiem, powtórzyć z nadzieją na przekonującą odpowiedź. Demokratyczny projekt opiera się na decyzji innej interpretacji zróżnicowania ludzi - takiej mianowicie, że odkryte różnice między nimi odrzuca się i zastępuje różnicami tworzonymi. Pomiędzy odkrywać a tworzyć będą później przebiegać granice stanowiące obiekt najgwałtowniejszych walk: granice między potrzebą zachowania a postępowością, między podległością a samookreśleniem, między ontologicznym postrzeganiem a konstruktywistycznym robieniem na nowo i inaczej, wreszcie między high i low culture. Gdy Jaspers na początku lat trzydziestych mówił o ostatniej kampanii przeciw szlachcie, wyrażał przez to swoją realistyczną ocenę tego, że poczynając od tamtej chwili twórcy różnic będą domniemanym odkrywcom różnic wydzierać pozostałe im zachowawcze stanowiska - w filozofii, pedagogice, w relacjach między płciami, a przede wszystkim w sztuce - ostoi staro-nowej różnicy. Doszli oni do tego, bo w takim stopniu wyklarowali ogólną argumentację przeciw odkrywaniu różnic w naturze, że każdy może je stosować po małym treningu: wszystko, co jest prezentowane jako odkryte w naturze i dane, można zdemaskować jako stworzone lub zinterpretować przez samego zainteresowanego; każde rozróżnienie sprowadza się do rozróżniającego. Odtąd nie ma już w rzeczywistości faktów, są jeszcze tylko interpretacje. Wielość interpretacji oznacza chroniczny fundamentalny spór o sens tego, co w ogóle miałoby obowiązywać jako fundamentalne - nie ma już bowiem żadnych zewnętrznych uwarunkowań ze strony natury, są już tylko "konstrukty społeczne". Istnieją jedynie konstruujące partie w parlamencie fikcji, który nazywamy opinią publiczną.

Ustęp ten pochodzi z krótkiej książki Sloterdijka, Pogarda mas. Cały przedstawiony w niej esej zainspirował mnie do łanszotu umieszczonego w Powidoku - Też tam podążasz.

Wszelkie uzewnętrznianie fundamentalistycznego poglądu prowadzi do wojny (czy to na forum internetowym, czy w palestyńskiej wiosce). Z drugiej strony, jak w ogóle odnaleźć się w tak relatywnym świecie, gdzie każda racja jest słuszna?

Znajomy student medycyny opowiadał o kobiecie, która pewnego razu położyła się na plaży. Z niewiadomych przyczyn coś przestało łączyć w układzie limbicznym i kobieta ta przestała mieć jakikolwiek emocjonalny stosunek do przetwarzanych przez siebie myśli. Słońce prażyło, a ona nie mogła wstać, bo rozważała tysiące racji, z których wszystkie były logicznie sensowne. Dopiero gdy jakiś przechodzień zauważył leżącą postać pokrytą poparzeniami, pomógł jej wstać i zaprowadził ją do lekarza. Mogła wszystko robić, jeśli ktoś jej rozkazywał, ale sama nie potrafiła podjąć najprostszej decyzji.

Opisana scenka przywodzi z kolei na myśl fragment postmodernistycznej powieści Susan Sontag - Zestaw do śmierci. Jest to opis objawów depresji głównego bohatera, ale pasują również jako metaforyczny opis zagrożenia związanego z relatywizmem panującym na świecie:

Duduś, nieudany stwór ziemnowodny. Dla którego wszelkie obowiązki straciły sens, cała przestrzeń stała się niegościnna, na dobrą sprawę wszyscy ludzie stali się groteskowi, wszystkie klimaty - nie do wytrzymania, a wszystkie sytuacje, groźne.

Dla którego wszelkie obowiązki straciły sens. Codzienne czynności zabierają Dudusiowi coraz więcej czasu, a i tak nie są porządnie wykonane.

Dla którego cała przestrzeń stała się niegościnna. I coraz trudniejsza do pokonania. Dźwignąwszy swe ciało z miejsca na miejsce, Duduś boleśnie uświadamia sobie, że nie postąpił ani jednego kroku. A nawet gdyby uznać, że nastąpiło małe przesunięcie, nie sposób określić, jak znaczne. Powiedzmy, że ktoś zażąda: idź tam. Albo bardziej uprzejmie: jeśli cię można prosić, idź tam. Tam, czyli dokąd? Po czym Duduś pozna, że dotarł na właściwe miejsce? Jego towarzysz może powiedzieć: o tu. Świetnie! I tam już zostań. Tyle, że osoba udzielająca mu wskazówek może się przecież mylić albo pragnąć go oszukać.

Co my mamy czynić, jak wszystko jest umowne? Gdy nie można nikomu ufać? Powstają kolejne manifesty o generacjach nic, o luźnych cipkach, o przyszkolonych do jedzenia; fundamentaliści religijni jeszcze mocniej atakują, bo coś istnieje tylko gdy wystarczająco dużo ludzi w to wierzy.

Wydaje mi się, by móc koegzystować, trzeba wreszcie dokonać rozróżnienia, jak w przypadku wolności. Wszyscy krzyczą: Wolność! Tylko że niektórym chodzi o wolność do, a niektórym o wolność od. I wszyscy są razem, gdy są względem czegoś, przeciwko czemuś (vide Rok 1984, Strażnicy). Ale gdy już zabraknie tego czegoś, gdy upada komuna, gdy Bush przestaje być prezydentem, nagle okazuje się, że poszczególnym grupom pod tym samym hasłem, WOLNOŚĆ, chodziło o dwie zupełnie inne, skrajne rzeczy. Ciekawe, że o tym podstawowym rozróżnieniu, tak pomocnym w komunikacji ludzkiej, uczą dopiero na wybranych kierunkach na studiach wyższych.

Rozróżnienie, jakie proponuję dla wiary jest co najmniej kontrowersyjne, jeśli nie paradoksalne w podstawach. Jednakże z tym podejściem, przykładowo na bazie wiary religijnej, potrafię w pełni koegzystować z moją katolicką rodziną, katolickimi znajomymi, a nawet przeprowadzić długą i pouczającą dla obu stron rozmowę z prezydentem polskiego oddziału Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. I mogę w pełni uczestniczyć w tym, co mówi druga strona, bez litościwego poczucia tolerowania kogoś gorszego.

Proponuję podział na przeświadczenie zewnętrzne i wewnętrzne. W przeświadczeniu zewnętrznym trzeba po prostu założyć relatywizm. Nie ma innego wyjścia. Świat jest nie do poznania za pomocą umownej, ludzkiej kultury (matematyka i języki są tworzonymi przez wieki konstruktami, a nie odkrytymi właściwościami Ziemi).

Przeświadczenie wewnętrzne za to, jest osobistym konstruktem mającym zmotywować daną jednostkę do działania. I TYLKO TĘ JEDNOSTKĘ.

Proszę zwrócić uwagę, że zewnętrzne i wewnętrzne nie jest synonimiczne z prawdziwym, obiektywnym etc. i zmyślonym, fałszywym, etc. Człowiek może zatem uznać, że przeświadczenie wewnętrzne jest prawdziwe, a zewnętrzne jest "próbą", którą musi przejść. Nie ja mam tworzyć uzasadnienia - moja rola w tym tekście sprowadza się wyłącznie do rozróżnienia pozwalającego na właściwą koegzystencję.

Jestem ateistą. Odstąpiłem od wiary katolickiej jakoś w okolicy dwudziestego roku życia w ramach oczyszczania (swojego) świata ze zbędnych pojęć. Oczyszczanie to polega na stopniowym eliminowaniu przymiotników, ale i pojęciowych konstruktów mających swoje wyłączne uzasadnienie w tym, by coś za pomocą metafory rozjaśniały. Po to według mnie ludzie stworzyli bogów. By te fikcyjne postacie rozjaśniały takie rzeczy jak cykliczność pór roku, życie, śmierć i warunki atmosferyczne. Mój ateizm jest wyłącznie podyktowany dążeniem do prostoty. System ten motywuje mnie do bliższego przyglądania się sobie i otaczającemu mnie światu. Motywuje mnie do brania odpowiedzialności za swoje czyny (bo nie mogę ich zrzucić na żadne boskie motywy lub kuszenia diabła).

Jak wszyscy wiemy już od czasu szkoły podstawowej, każdego motywują inne rzeczy. Niektórzy mogą uczyć się tylko przy muzyce, inni w zupełnej ciszy. Niektórych motywują porażki, innych zniechęcają. Tak samo jest z czymś tak elementarnym, jak poglądem na świat. Nie ma dwóch jednakowych, nawet między dwiema osobami mającymi ogólnie ten sam pogląd. Co najwyżej znajdzie się wiele punktów wspólnych (a konformizm jednej osoby wobec drugiej, silniejszej, zrobi swoje - by to wyglądało na zupełny brak różnic miedzy nimi).

Moje wewnętrzne, po części wypracowane, po części narzucone przez wszelkie otaczające mnie bodźcie, przeświadczenie jest tylko moje i mogę o nim pisać tylko w ramach psychologiczno-historycznych, ale na pewno nie w formie podręcznika Jak prowadzić szczęśliwy żywot.

Rzecz jasna, koegzystencja jest skomplikowaną sprawą na szerszą skalę. Ale większość problemów bierze się z fanatyzmu i braku szacunku. Jeśli przedstawiciel jednej kultury wybiera się do kraju o innej kulturze, oznacza to, że zgadza się na cenę przebywania w tej innej kulturze. To co niektóre kraje Unii Europejskiej wyczyniają w ramach politycznej poprawności na zasadzie appeasementu (a wiemy do czego to prowadzi), jest najbardziej niedydaktycznym postępowaniem, jakie można sobie wyobrazić. Z kolei powstawanie grup nazistowskich i przemoc wobec mniejszości etnicznych z powodów rasowych są również nie do zaakceptowania.

Nie oszukujmy się, że możemy żyć bez przemocy. Od czasu do czasu potrzebujemy wojny dla higieny (powstanie nowych legend i bohaterskich jednostek, wzmocnienie narodowego morale, itd.). A na mniejszą skalę mamy różne formy sportu, rozrywki i kultury, które pozwalają na czynne uczestnictwo i wyładowanie napięcia. Ostatecznie można pójść do łóżka lub pobić się z bliskim znajomym / bliską znajomą i potem pójść wspólnie na piwo. To nie Żydzi są odpowiedzialni za taki a nie inny stan świata, Panie Antysemito! Ani zdegenerowana młodzież, Pani "Za-moich-czasów"! Tylko Twoje niepowodzenia życiowe i podsłuchane historyjki pasujące do przeświadczenia wewnętrznego.

Już drugi raz podchodzę do napisania dlaczego Clement Greenberg jest niebezpieczny i znów ponoszę porażkę. Mam nadzieję, że po tych dwóch wstępnych artykułach uda mi się dotrzeć do sedna. Choć już czuję, że o właściwym temacie wszystko zostalo napisane, a teraz tylko czas na epilog.