BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO

piątek, 27 lutego 2009

sobota, 21 lutego 2009

Antymassmedialność

Mam postawę antymassmedialną. Od kilku lat nie czytam gazet, tygodników opiniotwórczych, nie oglądam telewizji i nie słucham radia.

Czasem co najwyżej włączę MTV, by pośledzić jakie teraz trendy wśród młodzieży panują. Nad muzyką, której słucham muszę mieć pełną kontrolę, więc losowe bloki radiowe poprzetykane reklamami nie pozwoliłyby mi się skupić na pracy i po prostu drażniły.

Nie przeszkadza mi moja ignorancja, bo naprawdę to, kto się z kim pokłócił i gdzie teraz jaka wojna trwa jest tak naprawdę zupełnie nieistotne dla mojego życia. Gdybym był maklerem giełdowym, to wtedy wojny i kryzysy ekonomiczne by mnie interesowały, bo byłyby sprzęgnięte z moim zawodem.

Mi wystarczy, że są otwarte uczelnie, sklepy plastyczne i antykwariaty, że działa internet i komunikacja miejska. I że jak dziś kupuję cienkopis za 4.50, to jutro nawet jak podrożeje, to do 5.20, a nie do 27 złotych. Reszta to materiał do rozmów, by zapełnić sobie czas ze znajomymi. Jak rozmowy o pogodzie. Czy politykowanie w swoich czterech ścianach. Niczemu to nie służy, poza strukturalizowaniem czasu i potwierdzaniem się w swoich przeświadczeniach, co jest czynnością przyjemną i wynagradzającą.

Żeby jednak nie być zaskoczonym, gdy pewnego dnia wyjdę z bloku, by trafić w epicentrum epidemii zombie, które opanowały Mazowsze po ewolucji ptasiej grypy, codziennie klikam na www.tvn24.pl i przelatuję szybko po nagłówkach, by mieć ogólne rozeznanie w tym, kto umarł, kto żyje, co za nacja jest oburzona jakimś filmikiem kursującym w internecie i jaka piosenkarka znów kręci prowokujący teledysk.

Ewentualnie kliknę na coś, co wydaje mi się popkulturowo istotne (np. wyrzucenie Rokitów z samolotu). Wczoraj takim ciekawym kąskiem wydał mi się klip pt. "Kaziu, kochasz mnie?", otagowany hasłem "miłość". Tego samego dnia czytałem sobie o zasadach neutralności na Wikipedii. Tłumaczą tam, że nie można zaczynać artykułu od tego, że "Hitler był złym człowiekiem". To jego czyny powinny mówić za niego.

Marcinkiewicz wykazał się czynami, przesyłając zdjęcia siebie i pani Izy Super Expressowi, jak i żenującym spektaklem, który z tego wyniknął. Artykuł z tvn 24 dotyczący tej sprawy kończy się zdaniem W ostatnich dniach sprawa rozwodu Kazimierza Marcinkiewicza i jego związku z o ponad 20 lat młodszą kobietą jest głównym tematem poruszanym przez prasę bulwarową. Rozśmieszylo mnie to niezmiernie, bo wynika z tego, że dziennikarz TVN zdaniem tym rysuje grupą kreskę między rodzimą stacją, a "mediami bulwarowymi".

Aż tu nagle pan Kazimierz zaprasza swoją mającą parcie na szkło trzpiotkę do studia, pewnie dlatego, iż zagroziła, że jak jej nie weźmie, to zero seksu przez tydzień. No to ją wziął, a ona się wygłupia przed jakimś wywiadem. I on wygłasza magiczną formułkę: Oni zrobią te zdjęcia i puszczą w Szkle Kontaktowym. Podobne słowa wypowiadane z ust polityków stały się ostatnio ich oficjalną zgodą na umieszczanie tych "przypadkowych scen". Między wierszami mówią: Okej, ja teraz zrobię coś takiego trochę głupiego, a Wy to puście w Szkle i zróbcie wokół mnie trochę szumu, by mnie Monika Olejnik znów zaprosiła do studia, bo dawno u niej nie byłem.

TVN oczywiście puściło scenkę, żeby ludzie mieli o czym poplotkować w celu odpoczęcia od tak smutnych spraw, jak kryzys ekonomiczny.

Myślę sobie o byłej żonie Marcinkiewicza i jego dzieciach oglądających to, albo przynajmniej slyszących o tym od znajomych i rówieśników w szkole i przypomina mi się książka Heinricha Bolla - Utracona cześć Katarzyny Blum.

Ja rozumiem, że popyt kształtuje podaż, że najważniejsze są słupki oglądalności i wyniki sprzedaży, ale... A zresztą szkoda czasu.

Jeśli, drogi Czytelniku, planujesz zdawać na studia dziennikarskie, przeczytaj wspomnianą książkę i nie rób z siebie hieny tylko dlatego, że to się opłaca. Pozostałych namawiam, jeśli nie do antymassmedialności, to przynajmniej do bardzo silnego filtrowania wiadomości, które w prasie i telewizji pokazują się przez ułamek chwili, a często potem przez całe lata szkodzą poszczególnym ludziom (żona Marcinkiewicza) lub całym społecznościom (vide słowa Ziobry o panu, który już nie będzie zabijał).

piątek, 13 lutego 2009

Tak, dobrze trafiłeś, proszę czytać dalej

Lubię wierzyć, że goście Pubu pod Picadorem są śmietanką intelektualną Polski, posiadającą odpowiednią wiedzę i esprit. Ci czytelnicy mogą spokojnie pić dalej swoją kawę i kontynuować rozmowy wszelkiej maści.

Dzisiejszy wpis adresuję do ignorantów.

Nęcąca jest wizja, w której znienacka daję komuś z pięści w twarz, oni padają, patrzą z przerażeniem w moją wielką, górującą nad nimi sylwetkę i pytają trzęsącym się głosem - Za co?

Ale pozwólmy fantazjom pozostać w głowie, gdzie ich miejsce. Zawsze są atrakcyjniejsze jako efemeryczne obrazy niż jako realne czyny w nie znającej dramaturgii rzeczywistości.

Obrałem inną taktykę, również opierającą się na przemocy, ale o wiele gorszej niż fizycznej. Wydrukuję na karteczkach adres do dzisiejszego wpisu i jeśli ktoś powie w mojej obecności to, o co mam taką pretensję - w milczeniu wyjmę portfel, wyciągnę z niego karteczkę z adresem tego wpisu, wręczę danej osobie, spojrzę jej głęboko w oczy, piorunując pogardą, odwrócę się i odejdę. Następnie osoba ta wróci do domu, wpisze adres z karteczki w przeglądarkę i przeczyta te oto słowa:

Drogi Ignorancie.

Poeta nie musi być jednocześnie prozaikiem.
Rysownik nie musi być jednocześnie malarzem.
Fotograf nie musi umieć rysować.
Animacja i komiks nie są jednym i tym samym.

Panuje powszechne przekonanie, że jeśli ktoś rysuje komiksy, to tak naprawdę para się animacją. Że komiksy są taką wprawką do animacji.

- Kim chcesz być, Daniel? - pytali mnie w liceum rówieśnicy, jak i osoby starsze.
- Jestem komiksiarzem - odpowiadałem zgodnie z prawdą.
- A, czyli chcesz robić animację?

Poeta może być prozaikiem. Chwała mu za to.
Lekarz może być pisarzem. Proszę bardzo.
Ale ktoś, kto pisze wybitne opowiadania nie koniecznie musi potrafić pisać powieści. Tak samo ktoś, kto kręci wspaniałe reklamy, nie musi z założenia kręcić udane filmy pełnometrażowe.

Jeszcze raz, pod innym kątem:

opowiadanie to nie powieść.
etiuda filmowa to nie film pełnometrażowy.
pasek komiksowy to nie komiks rozpisany na plansze.
animacja tradycyjna to nie animacja komputerowa.

Jeśli po przeczytaniu tych słów popełnisz ten sam błąd, nie będę miał skrupułów, by dać Tobie w twarz.

Z poważaniem,
Daniel Chmielewski
Twój były znajomy

poniedziałek, 9 lutego 2009

Hikikomori w powidokach

Nie piszę, bo żyję.

Z jakiś tydzień temu obudziłem się i zauważywszy kilkunastometrowe tsunami dedlajnów szalejące przez osiedla w stronę mojego okna, zrozumiałem że to już koniec. Nie zdążę zabić okien dechami. Nawet desek nie kupiłem, bo leżałem na łóżku i wpatrywałem się w sufit. Pozostało jedno. Zmierzyć się z żywiołem.

I mierzę się jak cholera. Kilka spraw zawaliłem, jak to zawsze bywa, ale są na mojej "to do (better late then never) list".

Bo sprawa jest taka, że jestem nieprzystosowanym do życia, emocjonalnie niestabilnym, nie potrafiącym odnaleźć się w ustanowionych w naszym społeczeństwie zasadach małym człowieczkiem. Jednak, jak to cudownie określił pan Nowakowski w notce swojego Dziennika Równowagoisty:

Żyj tak, by dobrze brzmiało to na blogu.

Święte słowa.

Co z tego, że gdy miałem From Hell do wyliterowania uciekłem do Hiszpanii, gdzie czytałem Kraksę Ballarda zamiast szukać pracy wakacyjnej? A gdy przeczytałem Ballarda i odkryłem, że jestem pisarzem, wróciłem do Polski, gdzie mnie timof odnalazł, przykuł do kaloryfera i kazał literować komiks. Brzmi to okrutnie, ale inaczej polscy czytelnicy by czekali na dzieło Moore'a i Campbella do dziś.

Jedyny komiks, jaki zrobiłem od Powidoku, a który ukazał się w drugim Ziniolu, został wykonany zbyt pospiesznie, przez co puenta jest niezrozumiała. Do tego wywaliłem tytuł, przez co dałem czytelnikom zbiór obrazków zamiast ilustracji pewnego mechanizmu psychologicznego. Jak ktos mi za 50 lat anatologię prac będzie chciał złożyć, to poprawię.

Więc ogólnie leżałem i śmierdziałem od miesięcy. Ale! To są pozory, że marnowałem czas. Bo właściwie czas odkryłem. Zresztą odkryłem bardzo dużo rzeczy, leżąc i śmierdząc. I odkryłem też, że wielu rzeczy, które nam się wydają, że są, tak naprawdę właśnie nie ma.

"Od dwóch lat pracował pan nad tym cyklem? To damy pięć z minusem na semestr". Ostatni przegląd z rysunku u pana Sławomira Marca. Zdjęcie robił Łukasz Dybalski.

I napisałem traktat. A właściwie go kończę. Ale ostatnie kilka stron z sześćdziesięciu to już drobnostka. Traktat o teorii nisz. We mnie połączyli się Sartre i Kononowicz i dokonali przeze mnie obalenia zupełnego.

Nie ma nic.

Ale tak totalnie.

Nie. Żartuję sobie. Ale faktycznie nie ma większości rzeczy, które nam się wydają, że są. Nie będę tutaj ich wymieniał, bo musiałbym po prostu przytoczyć cały, niedokończony jeszcze traktat. Inaczej takie rzucone hasła miałyby tylko efekt taniego szoku służącego mniejszej lub większej kłótni z niektórymi czytelnikami. Kłócić się będziemy za jakiś czas, gdy ten traktat wydam.

Warto przyjrzeć się może pewnemu procesowi, jaki zachodzi. Gdyby ktoś zapytał mnie od kiedy piszę ten traktat - mógłbym powiedzieć, że od 4 stycznia tego roku. Tylko że na początku był powieścią. A dokładniej - powieścią pornograficzną. A ta powieść tak naprawdę nie przyszła mi do głowy tego czwartego stycznia, tylko kilka lat wcześniej, gdy na początku studiów postanowiłem założyć pismo Pornokultura - łączące najbardziej hardkorową pornografię, zamkniętą jednak w pewne estetyczne ramy, z esejami naukowymi z różnych dziedzin. Taki pomysł, by "wykształciuchy" nie musiały się wstydzić, że nocami gadają na seks-czatach. A może nawet jakiś niewykształciuch by się do takiej formuły przekonał.

Ale z roku na rok idzie mi coraz trudniej praca w zespole, więc z pisma nic nie wyszło. Zawsze zakładanie przeze mnie periodyków kończy się tym, że uzurpuję stanowisko szarej eminencji, potem i tak wszystko robię według swojej wizji, a na koniec kłócę się ze wszystkimi, że są idiotami i niczego nie potrafią. Taka formuła nawet działa, ale potem gdy chcę np. oddać pismo młodszym adeptom, okazuje się, że nie ma nikogo adekwatnego. Gombrowicz zauważył, że Witkacy otaczał się gorszymi od siebie, by błyszczeć. Na szczęście znajomi, którymi się otaczam nie są gorsi. Po prostu lubię się nad nimi znęcać.

Ale dygresje dygresjami. Więc kiedy był początek traktatu? Nie było początku. Jest pewnym wypryskiem na żywym organizmie. Tak jak Powidok był pewnym nagromadzeniem, które pękło i wypłynęło.

I tak samo to leżenie i śmierdzenie było gromadzeniem, było serią niedostrzegalnych ruchów tektonicznych. I teraz następuje wyprysk. Wstałem i robię. Oprócz traktatu powstał w ciągu ostatniego tygodnia (do scenariusza, nad którym pracowałem od początku stycznia) komiks do najnowszego Kolektywu, który wyjdzie w połowie marca. Nie wiem jak zostanie odebrany, bo to pastisz. Pastisz Dziadów Mickiewicza, serii komiksowej Słynni Polscy Olimpijczycy i grafik Brunona Schulza. A pastisz nie jest parodią. Jest jedną z dziwniejszych form, jakie funkcjonują i nie do końca wiemy jak się do nich ustosunkować. Dorzuciłem dla smaku kilka cytatów i parafraz. No właśnie, ale dla czyjego smaku - mojego, czy odbiorców?

Z tymi parafrazami, zwłaszcza plastycznymi, to obawiam się, że przedobrzam. Że są tak hermetyczne i tak ukryte, że nikt ich nie zauważa. Nie zwraca się już specjalnie uwagi na kompozycję. Nie wstawiamy figur ze starych obrazów w nowe, jak to robili dawniejsi mistrzowie, tworząc niezliczone wariacje na temat. Ciekaw jestem ile czytelników odnalazło cytat z Klimta w Powidoku? Albo z Moneta. Z Wieży Babel Bruegla zrobiłem centralny element Epilogu właśnie w obawie przed tym, iż ten cytat przejdzie niezauważony. Chyba zaczynam już obrażać swoich czytelników. Nie, nie o to mi chodzi. Ciekaw tylko jestem, czy to da się wypatrzeć. O, dajmy chociażby przykładową planszę z Kwadransu Mesjanistycznego, który zrobiłem dla Kolektywu. Jest tu cytat z pewnego bardzo znanego obrazu. Widać to?



***

Wracam do życia. W sensie nie, że nie żyłem, i że teraz żyję, tylko kończę opowiadać i wracam do życia. Nie chcę pisać o rozpoczynaniu i kończeniu jakichś życiowych etapów, bo już robiłem to tu chyba dwukrotnie, a teraz z perspektywy widzę, że to wciąż był jeden stan, w którym istniałem od chyba 2006 roku. To dzielenie na epizody jest wygodne, bo pozwala nam istnieć. Po to mamy lata podzielone na tygodnie podzielone na dni podzielone na godziny... Po to mamy święta i urlopy. Po to mamy seksualną inicjację jako podział na przed i po. Maturę a potem dyplom uczelni jako podział na przed i po. Jeśli nie mamy papierka to czujemy, że coś jest nie skończone.

nie ma początków
i końców
jest pulsowanie

Zanim ktoś powie, że to jest nihilistyczne i bezsensowne, chcę zwrócić uwagę na to, że czasem trzeba dobić do dna, by się od niego odbić. Ani Sartre nie jest pesymistą mówiąc, że trzeba żyć beznadzieją, ani Nietzsche mówiąc, że trzeba kochać przez pogardę, ani Różewicz, rozbijający poezję na drobny mak. Trzeba tylko wejść trochę głębiej i zastanowić się, a nie powierzchownie wyodrębniać z powyższych myśli słowa "beznadzieja" i "pogarda". Dlatego jestem wielkim przeciwnikiem takiej prozakowej propagandy jak ten film.

Chaotyczniej pisałem niż zazwyczaj, ale od kilku dni czuję się jak 20 minut po zjedzeniu grzybów halucynogennych i zapalaniu skręta. W świetnym towarzystwie. Przy fantastycznej muzyce. Po prostu mnie rozpiera i zanim znów popadnę w letarg i zacznę regularnie pisać na blogu, to muszę skorzystać z tego naturalnego haju, by ponadrabiać zaległości i może za coś nowego się wziąć.

Wracam do życia. A for your listening pleasure zostawiam dwie piosenki Johna Frusciante, które katuję w kółko od czterech dób. Nie wiem, jak mogłem odkryć jego muzykę dopiero teraz. Wstyd. Ale jest wspaniała. I choć Going Inside kiedyś w telewizji widziałem, to dopiero teraz rozumiem słowa

You don't throw your time away
sitting still