Nie piszę, bo żyję.
Z jakiś tydzień temu obudziłem się i zauważywszy kilkunastometrowe tsunami dedlajnów szalejące przez osiedla w stronę mojego okna, zrozumiałem że to już koniec. Nie zdążę zabić okien dechami. Nawet desek nie kupiłem, bo leżałem na łóżku i wpatrywałem się w sufit. Pozostało jedno. Zmierzyć się z żywiołem.
I mierzę się jak cholera. Kilka spraw zawaliłem, jak to zawsze bywa, ale są na mojej "to do (better late then never) list".
Bo sprawa jest taka, że jestem
nieprzystosowanym do życia,
emocjonalnie niestabilnym,
nie potrafiącym odnaleźć się w ustanowionych w naszym społeczeństwie zasadach małym człowieczkiem. Jednak, jak to cudownie określił pan Nowakowski w notce swojego
Dziennika Równowagoisty:
Żyj tak, by dobrze brzmiało to na blogu.
Święte słowa.
Co z tego, że gdy miałem
From Hell do wyliterowania uciekłem do Hiszpanii, gdzie czytałem
Kraksę Ballarda zamiast szukać pracy wakacyjnej? A gdy przeczytałem Ballarda i
odkryłem, że jestem pisarzem, wróciłem do Polski, gdzie mnie timof odnalazł, przykuł do kaloryfera i kazał literować komiks. Brzmi to okrutnie, ale inaczej polscy czytelnicy by czekali na dzieło Moore'a i Campbella do dziś.
Jedyny komiks, jaki zrobiłem
od Powidoku, a który ukazał się w drugim
Ziniolu, został wykonany zbyt pospiesznie, przez co puenta jest niezrozumiała. Do tego wywaliłem tytuł, przez co dałem czytelnikom zbiór obrazków zamiast ilustracji pewnego mechanizmu psychologicznego. Jak ktos mi za 50 lat anatologię prac będzie chciał złożyć, to poprawię.
Więc ogólnie leżałem i śmierdziałem od miesięcy. Ale! To są pozory, że marnowałem czas. Bo właściwie czas odkryłem. Zresztą
odkryłem bardzo dużo rzeczy, leżąc i śmierdząc. I odkryłem też, że wielu rzeczy, które nam się wydają, że są, tak naprawdę właśnie nie ma.
"Od dwóch lat pracował pan nad tym cyklem? To damy pięć z minusem na semestr". Ostatni przegląd z rysunku u pana Sławomira Marca. Zdjęcie robił Łukasz Dybalski.
I napisałem traktat. A właściwie go kończę. Ale ostatnie kilka stron z sześćdziesięciu to już drobnostka. Traktat o teorii nisz. We mnie połączyli się
Sartre i
Kononowicz i dokonali przeze mnie obalenia zupełnego.
Nie ma nic.
Ale tak totalnie.
Nie. Żartuję sobie. Ale faktycznie nie ma większości rzeczy, które nam się wydają, że są. Nie będę tutaj ich wymieniał, bo musiałbym po prostu przytoczyć cały, niedokończony jeszcze traktat. Inaczej takie rzucone hasła miałyby tylko efekt taniego szoku służącego
mniejszej lub
większej kłótni z niektórymi czytelnikami. Kłócić się będziemy za jakiś czas, gdy ten traktat wydam.
Warto przyjrzeć się może pewnemu procesowi, jaki zachodzi. Gdyby ktoś zapytał mnie od kiedy piszę ten traktat - mógłbym powiedzieć, że od
4 stycznia tego roku. Tylko że na początku był powieścią. A dokładniej - powieścią pornograficzną. A ta powieść tak naprawdę nie przyszła mi do głowy tego czwartego stycznia, tylko kilka lat wcześniej, gdy na początku studiów postanowiłem założyć pismo
Pornokultura - łączące najbardziej
hardkorową pornografię, zamkniętą jednak w pewne estetyczne ramy, z
esejami naukowymi z różnych dziedzin. Taki pomysł, by "wykształciuchy" nie musiały się wstydzić, że nocami gadają na seks-czatach. A może nawet jakiś niewykształciuch by się do takiej formuły przekonał.
Ale z roku na rok idzie mi coraz trudniej praca w zespole, więc z pisma nic nie wyszło. Zawsze
zakładanie przeze mnie periodyków kończy się tym, że uzurpuję stanowisko szarej eminencji, potem i tak wszystko robię według swojej wizji, a na koniec kłócę się ze wszystkimi, że są idiotami i niczego nie potrafią. Taka formuła nawet działa, ale potem gdy chcę np. oddać pismo młodszym adeptom, okazuje się, że nie ma nikogo adekwatnego. Gombrowicz zauważył, że Witkacy otaczał się gorszymi od siebie, by błyszczeć. Na szczęście znajomi, którymi się otaczam nie są gorsi. Po prostu lubię się nad nimi znęcać.
Ale dygresje dygresjami. Więc kiedy był początek traktatu? Nie było początku. Jest pewnym wypryskiem na żywym organizmie. Tak jak
Powidok był pewnym nagromadzeniem, które pękło i wypłynęło.
I tak samo to leżenie i śmierdzenie było gromadzeniem, było serią niedostrzegalnych ruchów tektonicznych. I teraz następuje wyprysk. Wstałem i robię. Oprócz traktatu powstał w ciągu ostatniego tygodnia (do scenariusza, nad którym pracowałem od początku stycznia) komiks do najnowszego
Kolektywu, który wyjdzie w połowie marca. Nie wiem jak zostanie odebrany, bo to pastisz. Pastisz
Dziadów Mickiewicza, serii komiksowej
Słynni Polscy Olimpijczycy i grafik
Brunona Schulza. A pastisz nie jest parodią. Jest jedną z dziwniejszych form, jakie funkcjonują i nie do końca wiemy jak się do nich ustosunkować. Dorzuciłem dla smaku kilka cytatów i parafraz. No właśnie, ale dla czyjego smaku - mojego, czy odbiorców?
Z tymi parafrazami, zwłaszcza plastycznymi, to obawiam się, że przedobrzam. Że są tak hermetyczne i tak ukryte, że nikt ich nie zauważa. Nie zwraca się już specjalnie uwagi na kompozycję. Nie wstawiamy
figur ze starych obrazów w nowe,
jak to robili dawniejsi mistrzowie, tworząc
niezliczone wariacje na temat. Ciekaw jestem ile czytelników odnalazło cytat z Klimta w
Powidoku? Albo z Moneta. Z
Wieży Babel Bruegla zrobiłem centralny element Epilogu właśnie w obawie przed tym, iż ten cytat przejdzie niezauważony. Chyba zaczynam już obrażać swoich czytelników. Nie, nie o to mi chodzi. Ciekaw tylko jestem, czy to da się wypatrzeć. O, dajmy chociażby przykładową planszę z
Kwadransu Mesjanistycznego, który zrobiłem dla
Kolektywu. Jest tu cytat z pewnego bardzo znanego obrazu. Widać to?
***
Wracam do życia. W sensie nie, że nie żyłem, i że teraz żyję, tylko kończę opowiadać i wracam do życia. Nie chcę pisać o
rozpoczynaniu i kończeniu jakichś życiowych etapów, bo już robiłem to tu chyba dwukrotnie, a teraz z perspektywy widzę, że to wciąż był jeden stan, w którym istniałem od chyba 2006 roku. To dzielenie na epizody jest wygodne, bo pozwala nam istnieć. Po to mamy lata podzielone na tygodnie podzielone na dni podzielone na godziny... Po to mamy święta i urlopy. Po to mamy seksualną inicjację jako podział na przed i po. Maturę a potem dyplom uczelni jako podział na przed i po. Jeśli nie mamy papierka to czujemy, że coś jest nie skończone.
nie ma początków
i końców
jest pulsowanie
Zanim ktoś powie, że to jest nihilistyczne i bezsensowne, chcę zwrócić uwagę na to, że czasem trzeba dobić do dna, by się od niego odbić. Ani Sartre nie jest pesymistą mówiąc, że trzeba żyć beznadzieją, ani Nietzsche mówiąc, że trzeba kochać przez pogardę, ani Różewicz, rozbijający poezję na drobny mak. Trzeba tylko wejść trochę głębiej i zastanowić się, a nie powierzchownie wyodrębniać z powyższych myśli słowa "beznadzieja" i "pogarda". Dlatego jestem wielkim przeciwnikiem takiej prozakowej propagandy jak
ten film.
Chaotyczniej pisałem niż zazwyczaj, ale od kilku dni czuję się jak 20 minut po zjedzeniu grzybów halucynogennych i zapalaniu skręta. W świetnym towarzystwie. Przy fantastycznej muzyce. Po prostu mnie rozpiera i zanim znów popadnę w letarg i zacznę regularnie pisać na blogu, to muszę skorzystać z tego naturalnego haju, by ponadrabiać zaległości i może za coś nowego się wziąć.
Wracam do życia. A for your listening pleasure zostawiam dwie piosenki Johna Frusciante, które katuję w kółko od czterech dób. Nie wiem, jak mogłem odkryć jego muzykę dopiero teraz. Wstyd. Ale jest wspaniała. I choć
Going Inside kiedyś w telewizji widziałem, to dopiero teraz rozumiem słowa
You don't throw your time away
sitting still