BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO

czwartek, 26 marca 2009

Yes

Odyseja trwała kilka dni ponad rok.

Ale tak.

Dotarłem.

Nie bez ofiar.


Swój anglojęzyczny egzemplarz kupiłem za dwadzieścia złotych na stoisku przed Akademią. I gdy wróciłem do domu, okazało się, że brakuje pierwszych trzech kartek. Na szczęście mój nieoceniony druh, Łukasz Dybalski, również posiadał anglojęzycznego Ulyssesa. Więc pożyczyłem, przeczytałem pierwsze kilka stron i się przerzuciłem na swój egzemplarz.

I wybuchł z całą siłą największy kryzys twórczy i nie tylko w moim życiu.

I trzeba było przeczytać McLuhana. I kolejne wieki historii sztuki przerobić.

I wtedy wszystko przestało mieć sens.

Ale trzeba było zaliczać to i tamto.

I wtedy ciągnąca się w mękach praca nad From Hell, która zostawiła mnie wrakiem zupełnym.

Gdzieś tam też było rozstanie i powrót. I jeszcze kilka rozstań i powrotów. I nieudany wypad do Hiszpanii.

I założenie kolejnego bloga, na razie dość martwego (choć za chwilę to się zmieni). Założenie tamtego bloga, bym sam mógł zobaczyć ile właściwie zrobiłem prac plastycznych w życiu, i co z tego wynika.

I wreszcie ostateczne pożegnanie się z całym porządkiem kulturowym, w jakim żyję i rozpoczęcie traktatu, który też zaraz skończę.

I najbardziej energiczny wybuch twórczy od sześciu lat przed WSK.

I odkrycie kilka stron przed końcem, że nie wiem gdzie zapodziałem ostatnie 2 kartki. A druga nad ranem, księgarnie i biblioteki zamknięte. Na szczęście deus ex machina przybył Gutenberg i dał mi sposobność doczytania do końca.

I teraz jestem.

Oczywiście nie ma Penelopy. Nie ma słusznej kary na zalotnikach. Nie ma syna. I nie było psa.

Bo żyjemy w czasach ironii. I nie ma już interpunkcji. Nie ma kropek nad i. Ani medali, które określają porządek świata swoimi dwiema stronami.

Jest za to kolejna przeczytana książka i kolejny rok przeżyty.

Tak.

środa, 25 marca 2009

Dni otwarte na Warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych

Jako student wymienionej uczelni (przynajmniej póki mnie nie wywalą), czuję się w obowiązku przekazać informacje o tym, że dziś i jutro można wpaść, odwiedzić, zobaczyć, pogadać.

Gdyby ktoś chciał, bym to ja oprowadził, to proszę napisać w komentarzach albo wyszperać mój krążący w sieci adres mejlowy. Może zmotywuje mnie to, by się na uczelni w ogóle zjawić.

Jak by ktoś nie wiedział, wydziały grafiki i malarstwa mieszczą się vis a vis Uniwersytetu Warszawskiego (Krakowskie Przedmieście 5).


Zdjęcie Małejgosi autorstwa Karoliny Witowskiej.

Informację powtarzam za Aleksandrą Nałęcz-Jawecką:

Witajcie

Zapraszamy wszystkich serdecznie 26 - 27.03 na Dni Otwarte ASP, które odbywają się w ramach Dni Warszawskich Uczelni Artystycznych.
Z tej okazji będzie można odwiedzić pracownie, zobaczyć jak wyglądają zajęcia, obejrzeć najnowsze prace studentów.

Na stronie ASP w zakładce aktualności znajdziecie więcej informacji co dzieje się na poszczególnych wydziałach oraz innych uczelniach.

Wydział Grafiki będzie otwarty między 10 - 20.
Będzie można zobaczyć wystawę prac studentów.
ok godz 12 i 16 w czwartek i piątek będziemy oprowadzać wszystkich chętnych po pracowniach i opowiemy trochę o tym jak przyjemnie jest studiować na naszym wydziale.

A w piątek zapraszam wszystkich na wieczór otwarty w klubie Eufemia (w Rektoracie - dużym czerwonym budynku - przyp. DC). W programie:

od 18 - instalacja i performance
19.30 / 20.00 - pokaz filmów i animacji studenckich
od 21 - Impreza studencka - zagrają "Warzywa i Owoce".

Jeśli znacie kogoś, kto chciałby zdawać na ASP lub po prostu jest zainteresowany życiem uczelni, proszę przekażcie tę wiadomość dalej.

Dni otwarte to pewnie jedyna okazja, żeby zobaczyć jak uczelnia funkcjonuje od środka, porozmawiać z profesorami i studentami.

niedziela, 22 marca 2009

Her morning elegance she wears

Dzięki Zazie i jej blogowi odkryłem piękną piosenkę i piękny teledysk. Pana Orena Lavie. Więc również się podzielę. Dałem tytułowy fragment piosenki jako tytuł dzisiejszego wpisu, bo rankiem ludzie są najprawdziwsi, najnaturalniejsi - rozczochrani, bez perfum, bez wody po goleniu, bez skomplikowanego stroju i tworzonego z premedytacją imidżu.



Piosenka przypomina mi, może mało adekwatnie, Młodego Adama i ścieżkę dźwiękową z tego filmu, autorstwa Davida Byrne'a - Lead us not into temptation. Albo może bardziej adekwatnie - nowszy film reżysera, Davida McKenzie - Hallam Foe. Oba filmy przesiąknięte są seksem, często bardzo zwierzęcym i pustym. Ale jest w nich coś niesamowicie poruszającego. Jak w powyższym teledysku. To słońce, ten eskapizm ze świata rzeczywistego w fantazyjny. Tylko, że teledysk pokazuje radosną stronę medalu, gdzie nie myśli się o tym, że trzeba wstać do pracy, trzeba zarobić, trzeba zadbać o to, czy tamto. W Młodym Adamie jest druga strona medalu. Behawioralne ukazanie tego, do czego prowadzi taki eskapizm. A Hallam Foe, dziejący się współcześnie film, z fantastyczną ścieżką dźwiękową i porażająco pięknymi zdjęciami, jest czymś pośrodku. Z jednej strony jest bajką o Piotrusiu Panie. Z drugiej wprowadza w jego historię beton rzeczywistości. Dziwna to konwencja, ale warta polecenia.

Specjalnie założyłem sobie konto na wrzucie.pl, żeby podzielić się moim ulubionym kawałkiem z Młodego Adama, który mi się skojarzył z zaprezentowaną Her morning elegance. Ale ostrzegam. Ściska za serce, ale za tę drugą komorę. Nie klikajcie teraz. Wróćcie za kilka dni, kiedy będziecie wspominać dawne miłości, a za oknem będzie padał deszcz. Teraz pozwólmy sobie na chwilę cudownych wspomnień i marzeń, intymnych, bliskich i ciepłych.

środa, 18 marca 2009

IV Bitwa Komiksowa już w sobotę

Krótko dziś, ale jak zawsze treściwie.

21 marca, czyli w tę sobotę, w klubie Punkt w Warszawie odbywa się ostatnia eliminacyjna Bitwa Komiksowa.

Zdjęcie wykonał pan Adam M. aka Fubson.

W skrócie. Bitwa komiksowa polega na tym, że na scenie stoją dwie sztalugi. Podchodzi dwóch wcześniej zgłoszonych uczestników, zostaje wylosowany temat i uczestnicy mają 5 minut na narysowanie impresji. Nazwa imprezy jest trochę myląca i może dlatego niektórych odstrasza od zgłaszania się. Powstałe prace to najczęściej pojedyncze rysunki, czasem bez dymku. To są właściwie bitwy cartoonowe. Nie trzeba umieć rysować komiksów, by się dobrze bawić. Zapraszam zwłaszcza wszelkich ilustratorów i innych grafików z poczuciem humoru.

Po pięciu minutach publika oklaskami wybiera zwycięzcę. I tak po kilku rundach zostaje wyłonionych dwóch finalistów wieczoru. W kwietniu odbędzie się finałowa bitwa między finalistami. To Wasza ostatnia szansa w tym sezonie na tę naprawdę przednią zabawę.

Korzyści, Daniel, korzyści! Co będziemy z tego mieć?!

Ano, moi Drodzy. Paulina Gosk, organizatorka Bitew, i timof doszli do porozumienia i powstanie album z pracami finalistów. Nie z tymi pracami z bitew. Tylko każdy autor będzie miał okazję stworzyć kilkustronicową historię "o życiu". Finaliści z bitwy, która się teraz odbędzie, znajdą się w tak doborowym towarzystwie, jak m. in. Marek Oleksicki, Tomasz Pastuszka i oczywiście ja. Jeśli ktoś czuje, że mimo talentu plastycznego brakuje mu zdolności pisarskich, zostanie mu przydzielony doświadczony scenarzysta komiksowy (nazwisk, poza swoim, na razie nie zdradzam, ale są to scenarzyści znani i lubiani). Album, jeśli wszystko pójdzie pomyślnie, będzie miał premierę w maju, podczas, jeśli wszystko dobrze pójdzie, wernisażu wystawy prac finalistów w klubie Punkt.

Proszę wszystkich czytelników, którzy mają jakichś uzdolnionych plastycznie znajomych, by podrzucili im linka do tego wpisu. Nie mają nic do stracenia, a może z tego wyniknąć coś bardzo przyjemnego. No i ja będę miał kilka wejść więcej na blogu.

A propos, wielkie joł dla ziomów z Motywu, Poltera i Hell Hotel za podlinkowanie do ostatniego wpisu. Ponad 630 wejść jednego dnia to istny rekord dla mnie. Mogę wpatrywać się w ten słupek w statystykach całymi godzinami. Kiedyś zła królowa miała swoje "lustereczko, lustereczko", teraz mamy Stat Counter.

Dane podaję ze strony

Ligi Bitew Komiksowych:

21 marca 2009 (sobota)
Klub Punkt, Koszykowa 55, Warszawa
Start: 21:00
Bilet: 7 (rezerwacje) 10 (w dniu imprezy), uczestnicy bitwy free!!

IV Bitwa Komiksowa i ostatnia bitwa eliminacyjna do Finału Ligi, w którym udział wezmą zwycięzcy bitew oraz osoby, które zajęły 2 miejsce. To ostatnia szansa dla rysowników, którzy nie uczestniczyli jeszcze w bitwach, żeby zmierzyć się na rysunki i pomysły.
Taka okazja zobowiązuje... po bitwie odbędzie się koncert zespołu ARTYBISHOPS.
Możecie ich sprawdzić na: http://www.myspace.com/artybishops

Set muzyczny podczas pojedynków zagra: Dj DTL.
Zgłoszenia do uczestnictwa w bitwie - mail na adres: bitwykomiksowe@gmail.com

poniedziałek, 16 marca 2009

ZŁAGODZIĆ BÓL ISTNIENIA TENTAKLEM czyli subiektywny opis WSK 2009 i krytyczna analiza wybitnego polskiego komiksu - Łoczmen Pe eL

Kolejne Warszawskie Spotkania Komiksowe za nami. W tym roku postanowiłem je potraktować wyłącznie jako okazję do spotkania znajomych, z których wielu dotychczas znałem jedynie w postaci binarnej.

Oczywiście nie mogło być tak prosto, bo mnie timof wrobił w rolę tłumacza dla Christopha Heuera i moderatora podczas spotkania z Niemcem na dużej sali w sobotę. Jako człowiek który spędził 10 swoich prawie pierwszych lat w angielskojęzycznym kraju znam angielski bardzo dobrze. Ale przez ostatnie lata jedyną osobą, z którą na co dzień rozmawiałem w tym języku był brat i też słowa potrzebne do rozmowy ograniczały się do następujących: bloody, fucking, shit, damn, awesome, noob, dickhead, book, movie, comic, work, sandwich, good night + jakieśtam łączniki. A od kiedy brat kupił sobie laptopa, to właściwie tylko do siebie pisaliśmy, choć był w pokoju obok. A niedawno się wyprowadził i zostałem sam. Sam z mamą. Muszę zapuścić tylko wąsy (bo w starych swetrach już chodzę). Ale anegdotki o mojej smutnej egzystencji na bok, angielski mi strasznie zardzewiał przez te lata, a wyniszczona zapewne przez THC pamięć dyskwalifikuje mnie jako tłumacza symultanicznego. Jednak brak asertywności robi swoje i podpisałem cyrograf.

Do tego okazało się, że po tym jak ostatnimi czasy głównie siedzę w zamknietych czterech ścianach i kontakt ze światem mam w większej części tylko wirtualny, taki tłum bliższych i dalszych znajomych, jak i jeszcze większy tłum nieznajomych wypełniających otaczającą mnie przestrzeń doprowadził do stanów lękowych, przez co przez pół soboty trzęsły mi się ręce i ledwo mogłem utrzymać cienkopis w dłoni.

Tak naprawdę obawiać się czego nie miałem. Na jedno spotkanie z dziennikarzem (gdzie miałem tłumaczyć) się spóźniłem i poradzili sobie beze mnie. Spóźniłem się, bo zaprzęgłem biednych znajomych, którzy mieli nieszczęście znaleźć się na mojej drodze, do niesienia sztalug z Akademii Sztuk Pięknych do Palladium. Wielkie podziękowania dla Piotrka, Łukasza, Marcina i Tomka. (Panowie, darmowe piwo macie od Pauliny na następnej Bitwie Komiksowej, na której się zjawicie). Na spotkanie z Heurem w dużej sali zjawili się tylko młodzi ludzie władający angielskim na tyle, że jednogłośnie zrezygnowali z usług tłumacza (co jest najlepszym wyjściem, bo nie zakłóca przekazu mówiącego). A sam Christoph Heuer okazał się fantastycznym człowiekiem i bardzo zaangażowanym twórcą. Jako rysownik jest niespecjalny i jako scenarzysta też nie powala jak mistrzowie, ale potrafi na tyle dobrze skonstruować komiks, że ja przy Pierwszej wiośnie autentycznie się wzruszałem. Na scenie z kolei brylował jak wytrawny szołmen, ignorując fakt, iż na spotkanie z nim przyszło pewnie z 20 osób. Pod wieczór byłem świadkiem wywiadu, jakiego udzielił Hubertowi Kuberskiemu z Gildii. Hubert nastawił się na szybką rozmowę w kwadrans i w ostatniej chwili dopisywał sobie dziesiąte pytanie do listy, bo czuł że za mało ma tematów na wywiad. Zadał pierwsze, włączył dyktafon i Christoph mówił aż nie skończyła się taśma. Cała rozmowa, a właściwie monolog, trwał z półtorej godziny i był najbardziej wzruszającym wykładem, na jakimkolwiek w życiu byłem. To co Heuer opowiadał o wojnie, o swojej rodzinie, o podejściu do twórczości, zwaliło mnie z nóg i zdzieliło po głowie. Nie będę zdradzał o czym była mowa. Wierzę, że Hubert wyciśnie z tego esencję.

Tyle właściwie pamiętam z sobotniego dnia. Z wspomnianego wywiadu wyszedłem na sam koniec bitwy komiksowej, żeby ujrzeć Rebelkę i Szneidera tworzących najdziwniejsze układy choreograficzne, przy okazji rysując wspólny rysunek na dwóch zestawionych ze sobą sztalugach. Spokojnie mogliby tym wirtuozerskim popisem przejść eliminacje kolejnej edycji Masz Talent.

Warszawskie Spotkania zaczęły się dla mnie właściwie dzień wcześniej, kiedy to odebrałem z dworca Marcina Podolca (ale mi się rym zrobił niemalże). Po pysznym kurczaku z ziemniaczkami, jaki przyrządziła nam moja matka, przysiedliśmy późną nocą do pracy nad wspólnym albumem komiksowym. Jak przystało na profesjonalistów, w cztery godziny rozpisaliśmy lekko ponad stustronicowe dzieło. Będzie tu wszystko - intryga, akcja, wgląd w kondycję współczesnego człowieka - całość utrzymana w klimacie subtelnego humoru i delikatnej melancholii, jaką charakteryzuje się autorski komiks Marcina - Kapitan Sheer.

Jak się pisze genialny stustronicowy scenariusz w cztery godziny? - zapytają zapewne niektórzy aspirujący adepci scenariuszopisarstwa. Po pierwsze, trzeba wymazać z pamięci te wszystkie obrazki scenariuszy, jakie się widzi tu i ówdzie. Z rozpiskiem na sceny, dialogami, itd. To jest ostatni, kosmetyczny etap pracy. Już nieraz pracowałem z ludźmi, którzy myśleli że scenariusz można zacząć od "Kamera pokazuje mały sklepik w mieście", potem przejść do dialogu ludzi w tym sklepie, itd. Może i są ludzie, którzy tak potrafią pracować. Ja takich nie znam. Przynajmniej takich, co potrafią przy takim trybie pracy stworzyć coś chociażby troszkę interesującego. Dla Was, drodzy Adepci, zamieszczam pierwsze 63 strony scenariusza (ocenzurowałem fragmenty spoilerujące).

Oczywiście na drugiej kartce mamy rozpisane portrety psychologiczne postaci, które są najpierwszejszą rzeczą, jaką trzeba zrobić przy jakiejkolwiek dłuższej formie. Na trzeciej kartce mamy rozpisaną ukrytą intrygę wiążącą się z głównymi wydarzeniami (jak to robi Czarny Frachtowiec w Strażnikach). Jak skończę dzisiejszy wpis blogowy, to już grzecznie w Łerdzie spiszę co się kryje pod tymi wszystkim wykresami i cyframi. To wszystko to jest kosmetyka. Czy pod cyfrą drugą kryje się większe pomieszczenie z takimi i siakimi przedmiotami, czy mniejszy pokoik z widokiem na morze, to jest mało istotne. Tu jest miejsce na smaczki, gdzie autorzy mówią sobie - O! Dajmy okno z widokiem na morze, a w tle ktoś będzie szedł po plaży, co czytelnicy mogą sobie zinterpretować jako bla bla bla... Ja wyślę Marcinowi plik w Łerdzie, on pod każdym akapitem napisze co mu nie pasuje, dojdziemy do konsensusu, a potem już szkic pierwszy (thumbnailowy), szkic drugi (taki dokładniejszy), szkic trzeci (już na gotowych kartkach), tusz, postprodukcja komputerowa, wydanie i wygrzewanie się w blasku chwały.

Zaraz ktoś mi wypomni, że chwilę temu napisałem, że odpoczywam od komiksów na jakiś czas. No ale tak to już jest z tym brakiem asertywności.

O wszelkich innych spotkaniach, już bardziej towarzyskich, niż twórczych, nie będę się rozpisywał. Jednakże ogromnie się cieszę, że nadarzyła się okazja do poznania osobiście Maćka (jest w tym coś dziwnego, że za każdym razem, jak spotykam kogoś z tzw. Ziniolowej ekipy - Wojtka, Dominika, teraz Maćka, to czuję jakbyśmy znali się od dawna i nawiązuje się wręcz telepatyczna więź, jeśli chodzi o wszelkie gusta, itd.), Tomka (posiadającego ten styl pisania i myślenia, który jest mi najbliższy), Unkę (której jestem największym fanem, pewnie ex aequo z całym tłumem wielbicieli jej talentu), Roberta (prawdopodobnie najlepszego cartoonowca, jakiego posiada nasza fala*) i Janka (z którym owocna znajomość się zaczęła od chyba najbardziej niemiłosiernej krytyki, jaką kiedykolwiek popełniłem, nie licząc wszelkich przekleństw wygłaszanych pod adresem filmu From Hell).

Wielkie joł dla wszystkich ziomów, z którymi mogłem się znów spotkać po pół roku od MFK - głównie dla Maćka, Bartka, Kajetana i Rafała, bo akurat mieliśmy szansę na dłuższe, spokojniejsze rozmowy, niż "hej, hej" w biegu podczas imprezowego szaleństwa. Również wielkie dzięki dla Łukasza Dybalskiego, który jako jedyny z moich niekomiksowych znajomych wpadł wesprzeć duchowo i faktycznie duchowo wsparł.

* O co mi chodzi z tą "naszą falą"? Zdegustowany wszelkimi idiotycznymi dyskusjami o "pokoleniach", czego wisienką na torcie lub kroplą przelewającą czarę goryczy był artykuł o Pokoleniu Power, doszedłem do wniosku, że bezpieczniej będzie mówić o falach, czyli ludziach mających debiuty w podobnym czasie. Karol Kalinowski jest raptem o rok starszy ode mnie, ale jego Kaerelki czytałem w Produkcie na początku tej dekady. Marcin Podolec ma 17 lat, ale zadebiutował Sercem w tym samym czasie, co ja Powidokiem. Tak więc i Marcin i ja i Rafał Bąkowicz i Wojtek Stefaniec i Unka Odya są kolejną falą po Produktywnych. Ile już fal miała polska historia komiksu? To już jest sprawa dla komiksologów.

Komiksów kupiłem tyle co nic. Nabyłem archiwalia prawdziwego, kserowanego Ziniola (dzieciaki teraz z ich fotoszopami i drukarniami nie doświadczą nigdy magii związanej z wycinaniem rysunków do zina nożyczkami i wklejaniem do matrycy za pomocą kleju; lub złego wcelowania w grzbiet przy własnoręcznym zszywaniu). Wsparłem autorów Szramy, bo wierzę, że też będę tak szczęśliwy dzięki temu komiksowi, jak inni jego posiadacze. Na biurku mym również leży drugie Rry i dwa dość niezwykłe komiksy autorstwa pana Tomka Obelskiego.

O komiksach Złagodzić ból istnienia i Łowcy napiszę osobny esej. Rzeknę tylko, że były w jednym z warszawskich pubów rozchwytywane niczym Hard swego czasu. Udzieliła się wszystkim atmosfera twórczości pana Tomasza i nastąpiło czytanie na głos. Maciej Pałka swoim tymbrem nadał całej sytuacji odpowiednio wzniosły ton i czułem się prawie jak na wieczorku recytatorskim.

Tyle impresji jeśli chodzi o imprezę. O wszelkich późniejszych ekscesach będę milczał. Poza jednym.

Dziewiąte Warszawskie Spotkania Komiksowe przejdą do historii jako data, kiedy to Polscy komiksiarze pokonali wszelkie podziały i zrzeszyli się na chwilę, by oddać hołd dla jednego z najważniejszych dzieł nie tylko amerykańskiego komiksu, ale i komiksu w ogóle.

W nocy z 14 na 15 marca 2009 powstała pięciostronicowa historia

ŁOCZMEN Pe eL


Tworzyli po kadrze (w kolejności występowania): Tomasz Pastuszka, Łukasz Babiel, Robert Sienicki, Maciej Łazowski, Piotr Nowacki, Konrad Okoński, Daniel Chmielewski, Filip Myszkowski, Bartosz Szymkiewicz, Maciej Pałka, Tomasz Lew Leśniak, Rafał Skarżycki, Robert Adler, Bartosz Sztybor, Michał Śledziński i inni (brakujące nazwiska wkrótce uzupełnię).

Cóż można rzec? Wiadomo, że przeniesienie tak ogromnej, wielowątkowej historii do krótszego czasowo lub przestrzennie formatu jest niemożliwe (co widać po bolesnym spłyceniu w filmie Zacka Snydera). Polscy komiksiarze postanowili nie dokonywać wiernej adaptacji. Trzeba było wybrać jakąś oś problemową, i zbudować wokół niej fabułę od nowa. Jak wiemy w Strażnikach Moore przygląda się samej instytucji superbohatera. Skąd bierze się fascynacja tymi postaciami? Dlaczego niektórzy chcą kryć twarz za maską? Czy można mówić o jakichkolwiek szlachetnych pobudkach w przypadku "superbohaterów", czy są to ludzie zakompleksieni, szukający w ten nietypowy sposób ujścia dla swych tłamszonych żądz? Moore idzie jeszcze głębiej z tymi pytaniami, osadzając swoją grupę herosów w naszym świecie, w naszej niedawnej historii. Choć jego postacie deformują nasze dzieje - wpływają na bieg wydarzeń.

Wydawałoby się, że niemożliwym jest opowiedzieć o choć jednym z tych zagadnień na kilku stronach. O tym się już nie dowiemy, bo komiksiarze znaleźli jeszcze jedno wyjście. Wybrali drobny szczegół, który pojawia się w Straznikach, ale jest tylko powierzchownie potraktowane przez autora. To było wyjście! Dopowiedzieć to, co Moore przemilczał. Temat został obrany - penis doktora Manhattana.

Jest to zaiste ciekawy motyw. Manhattan z jednej strony jest istotą niemalże boską, omnipotentną. Czyż nie jest ironiczne, by miał on problemy z potencją? Czy polski Manhattan jest parabolą skobieciałego mężczyzny? Z jednej strony moda metroseksualna i emo, z drugiej coraz więcej wpływowych jednostek mówiących It's OK to be gay. Może faktycznie jest OK? Dlatego Manhattan ukazuje na początku komiksu swemu męskiemu towarzyszowi swoje narzędzie, szukając akceptacji u innego mężczyzny. Jednakże jego drąg flaczeje. Czyżby jednak Manhattan nie czul się wygodnie przy afiszowaniu swego dżordża przed innymi przedstawicielami swojej płci? Boska istota, żyjąca ponad ludzkimi wartościami powinna od razu móc odpowiedzieć na to pytanie. I tu pojawia się drugie dno sflaczałego fiuta Manhattana. To nie jest problem zwykłej erekcji. On nie potrafi istnieć w ponadczłowieczej relatywności w świecie ludzi, którzy dążą do wartości, lecz każdy do innych. Gott ist Tott - pisał Nietzche. Polscy twórcy dopowiadają: Bóg nie żyje, bo w wyniku zbytniego rozrostu ludności na Ziemi nastąpiła zbytnia demokratyzacja wartości. By wskrzesić Boga, musimy ograniczyć się do kilku prostych prawd. A resztę zlikwidować.

W tym to celu pojawia się na scenie Rorschach, jedyna postać o klarownych poglądach. On staje na czele śledztwa, które ma zwrócić Manhattanowi (symbolowi Boga) jego miejsce na świecie. Sprawa komplikuje się, gdy zaczynają chodzić pogłoski o tym, że pyta Manhattana jest sztuczna. Jest to refleksja nawiązująca do materialistycznego egzystencjalizmu - czy Boga stworzyli ludzie? Jeśli tak, to Rorschach okaże się nie rycerzem światła, a szaleńcem.

Niczym Ulysses Joyce'a, Łoczmen Pe eL odsłania wszelkie porządki pojawiające się w naszej kulturze. Reprezentantem postmodernistycznego nihilizmu (określanego tu jako "ciemne sprawki") jest Komediant. Powiązany z nim chronologicznie jest Moloch, jako reprezentant czasów "po-postmodernistycznych". Wynika to z formalnego zabiegu, jaki zastosowano - mianowicie chronologicznie ukazanie Molocha po wprowadzeniu do komiksu Komedianta.

Proszę zwrócić uwagę na sztucznego penisa w kształcie tak zwanego tentakla, czyli odnóża ośmiornicy w siódmym kadrze na pierwszej planszy. Sama nazwa - tentakl - jak i symboliczna wartość motywu są tworem Tomasza Pastuszki. Jednakże, symbolika tentakla wymaga osobnego artykułu, który pewnie niebawem zostanie napisany.

Rorschach w konfrontacji z Molochem zostaje zbrukany, niczym bohater francuskiego filmu awangardowego 29 palms. Ma to wpływ na sprzęgnięte z nim bóstwo, którego był wojownikiem. Manhattan zaczyna czuć się pewniej seksualnie przy mężczyznach i następuje pełna czułości scena mierzenia prąci miarkami z panem Sową. Warto zaznaczyć, że Sowa nie jest przypadkowym pseudonimem. Sowa symbolizuje mądrość. Mądrość z kolei to filozofia - "umiłowanie mądrości". Platon, będący filozofem, założył pierwszą akademię. Wiadomym jest jak wyglądała sprawa seksualności wśród Platona i jego uczniów. Nie inaczej jest chociażby na współczesnych Akademiach Sztuk Pięknych, gdzie panuje rozwiązłość seksualna i eksperymenty z przedstawicielami obojga płci. Stąd też, gdy nagle zjawia się kolejna przedstawicielka Akademii - Pani Sowa, Manhattan dostaje pełnej erekcji - rozpływa się w relatywizmie, obejmuje biseksualizm jako właściwą orientację po-postmodernistyczną.

Pani Sowa nie jest, jak można by sądzić na pierwszy rzut oka, uległa. Jest właśnie uosobieniem silnej ponad-genderowej postawy polegającej na strukturalizowaniu czasu wyłącznie hedonistycznie na zasadzie solipsystycznej. Manhattan okazuje się wytworem jej wyobraźni. Jej osobistym żywym wibratorem.

Jednym z najambitniejszych zabiegów komiksu jest zawieszenie akcji komentującym w ekranie telewizora dziennikarzem - oczywiste nawiązanie do słynnego komiksu Millera - Powrót mrocznego rycerza. Równocześnie parafrazuje jedną z najpotężniejszych scen w Akirze Katsuhiro Otomo, gdzie zniszczenie miasta poprzedzone jest obyczajowymi wtrętami, ukazującymi ludzi podczas zwykłych codziennych czynności. Alan Moore przed ostateczną katastrofą w Strażnikach też zawiesza w ten sposób akcję. Nowatorskość Bartka Sztybora polega na przemyceniu ważnych treści publicystycznych w tym "obyczajowym wtręcie". Autor o kwestii dziennikarza pisze: Są tematy, których popkultura nie chce poruszać. Od zawsze się temu sprzeciwiałem i dlatego w swojej twórczości staram się przełamywać bariery. Stąd zwrot o 'ruchaniu delfinów', który - bez fałszywej skromności - jest pierwszym zwrotem ujętym w formie komiksu, który odnosi się do popularyzacji stanów zoofilicznych. Sam dziennikarz i umiejscowienie sceny w studiu telewizyjnym to z kolei próba uświadomienia ludzi o nieskrępowanej niczym potędze, a jednocześnie tabloidyzacji mediów. Poza tym zawsze interesowała mnie symbolika i stąd zwrot o 'człowieku szynce', którego to - jako twórca - tłumaczyć nie mogę. Ten symbol powinien obronić się sam.

Jak w Akirze i w oryginalnych Strażnikach, tak tu następuje zapowiadana katastrofa. Ostatni kadr na opisywanej planszy ukazuje ostateczny upadek tego, czemu hołdował Rorschach. Michał Śledziński w najpiękniejszej alegorycznej scenie w polskim komiksie od czasów Ósmej Czary Owedyka przedstawia nam kapitulację obrońcy wartości doby Reformacji.

Plansza trzecia jest newralgiczna dla całej historii. Po pierwsze, jest centralna - jest osią symetrii. Po drugie nawiązuje dialog z pierwowzorem w związku z kwestią czasu - lecz idzie jeszcze dalej formalnie, niż Gibbons w Strażnikach. Bartek Szymkiewicz przełamuje czwartą ścianę i w doskonały sposób likwiduje granicę między światem fikcyjnym a rzeczywistym, przebijając się rysunkiem z planszy na planszę. Między nimi nie ma tylko zwykłej rozrysowanej przestrzeni. Marker przebił się przez realnie istniejący papier! Wkroczył w nasz świat. A jednocześnie wciągnął nas w solipsystyczną wizję Pani Sowy. Czyżby to czytelnik był doktorem Manhattanem? Taka możliwość jest zasugerowana. Bo czyż czytelnik nie ma wręcz boskiej mocy nad komiksem? Może go w każdej chwili przestać czytać, pogrążając komiks w niebyt.

Przy takim przeładowaniu intelektualnym, dwaj Roberci, Adler i Sienicki postanowili uatrakcyjnić dzieło dla co prostszych, mniej wymagających odbiorców. Wprowadzili bardzo skomplikowaną choreograficznie scenę pełną ciętych ripost i one-linerów, które zapewne zyskają miano kultowych. Peter Parker może tylko pozazdrościć.

Ale uwaga! Niech nie zwodzi Państwa humorystyczny ton sceny. Pod nim, niczym w Opowieściach o zwyczajnym szaleństwie Zelenki, ukryty jest kolejny ambitny zabieg- przejście od komedii do tragedii. Sowa, będąc tylko człowiekiem, potrzebuje coraz większe dawki przyjemności, coraz silniejszych bodźców. Gdy stworzony przez nią Manhattan przestaje jej wystarczać, kreuje sobie Rorschacha, by zgodnie z zasadą "wiecznego powrotu" dokonywać przez całą wieczność emulacji sceny z drugiej planszy (widoczna staje się symetryczna kompozycja całości). W tym momencie, niczym złoty strzał heroiny, Rorschach okazuje się tak silnym bodźcem, że ból przerasta przyjemność - dochodzi do śmierci jakiejkolwiek potencji i ładu, a sama Sowa zostaje pogrążona w jednoczesnym kompleksie kastracyjnym i "penisneid". Jeśli nawet jej droga okazała się niewłaściwa, to cóż nam pozostaje?

Tymczasem, Ozymandiasz cytuje tytuł jednego z ważniejszych polskich dzieł komiksowych ostatnich lat - Złagodzić ból istnienia. Nieprzypadkowo, gdyż zakończenie tamtego komiksu jest mocno sprzężone z pierwszym testamentem Biblii. Łoczmeni Pe eL również kończą się biblijnym nawiązaniem, gdyż Ozymandiasz to nie kto inny, jak Ramzes II, powszechnie uznawany za faraona, podczas panowania którego nastąpił Exodus.

Potrzebny jest nam nowy Mojżesz. Kto nim będzie? Czy już kroczy wśród nas? Najważniejsze, że Ramzes II, personifikacja naszego Zeitgeist, w przeciwieństwie do historycznego pierwowzoru, pragnie nadejścia Mojżesza. Kryzys, jaki teraz trwa, jest dnem, od którego trzeba się odbić. Przesłanie Łoczmen Pe eL, w przeciwieństwie do posępnych Watchmen, jest nader optymistyczne.

Komiks nie tylko traktuje o pozytywnym patrzeniu w przyszłość. Jest również dowodem na to, że sami potrafimy tę przyszłość tworzyć. Czy komiks polski naprawdę został zabity? Po lekturze wspólnego dzieła m. in. "zabójców polskiego komiksu", śmiem wątpić.

środa, 11 marca 2009

(Auto)reklama - czyli co mojego na Warszawskich Spotkaniach Komiksowych

PS. Tak nietypowo, na samym początku. Przeczytałem niniejszy wpis i czuję, że choć pewnie zazwyczaj sprawiam wrażenie aroganckiego dupka, to tym razem przesadziłem i emanuję arogancką dupkowatością na kilometr. Proszę o przymknięcie na to oka, bo po tych wszystkich miesiącach biczowania się i autokrytyki, jakoś chcę mieć ślad tego, że czasem też potrafię czuć się zajebiście, nawet jeśli nie ma bunkrów.

***

Nim przejdziemy do meritum - czy ktoś z Państwa ma gdzieś na płycie, kasecie, komputerze piosenkę Martyny Jakubowicz - Jak pusta puszka na śmietniku? Pewnej bliskiej osobie zależy na tym, by usłyszeć ten utwór, a nie widzę, by był na którymkolwiek albumie piosenkarki. A taki utwór istnieje i jest z początku lat 80. Byłbym wdzięczny za jakikolwiek trop.

***

Jeszcze w temacie muzyki - kupiłem sobie No line on the horizon U2. Kogo nie podrywa na nogi Discotheque, nie przeszywa ciarkami Please, w kim nie wyzwala dziwnych żądz Lemon, ten nie ma czego tu szukać. Ale to jest U2, którego mi brakowało. How to dismantle an atomic bomb jest niesłuchalne dla mnie. Nie mogę zdzierżyć. Do All that you can't leave behind też dopiero przekonała mnie Pani Oposowa i chyba właśnie ze względu na nasze wspomnienia teraz lubię ten album. No line... jest dla U2 tym, czym In Rainbows dla Radiohead. Nie wywracają wszystkiego do góry nogami, jak przy Achtung Baby i Kid A, ale są wynikiem tych wszystkich poszukiwań - popowych i eskperymentalnych. Wydałem na swój egzemplarz 77 złotych i opakowanie jest po prostu piekne. Digipak, książeczka z tekstami i zdjęciami - foliowe literki naklejone na czarne tła. Do tego rozkładany plakat. Sama okładka jest tak fantastyczna w swoim minimalizmie, że mógłbym mieć zdjęcie pana Hiroshi Sugimoto zamiast okna w pokoju. Do tego jak się włoży tę płytę za 77 złotych (tańsze wersje nie działają w ten sposób) do komputera, to można wejść na podstronę U2, z której można ściągnąć legalnie film Antona Corbijna - Linear. Niestety jeszcze nie oglądałem - czasu jakoś brak.

***

Już w najbliższą sobotę (14 lutego) zaczynają się dwudniowe

Warszawskie Spotkania Komiksowe.

Są w centrum miasta, w kinie Palladium (vis a vis świętej pamięci Relaxu) i wstęp jest wolny. Serdecznie zapraszam - będą spotkania z twórcami, bitwa komiksowa, wykłady i giełda.

Jeśli nie napadnie mnie chandra i nie ucieknę na łikend do innego miasta, to w sobotę o 16.45 będę na dużej scenie asystował w spotkaniu z Christophem Heuerem, autorem Pierwszej wiosny. Komiks ukazuje ostatnie dni II WŚ, ale nie uświadczymy to pól bitewnych i wielkich postaci historycznych. Cała akcja praktycznie dzieje się wokół jednej kamienicy, a bohaterami są jej mieszkańcy. Pan Heuer opowie trochę o tej noweli graficznej, jak i o Childhoodstories, ciekawym nielinearnym projekcie komiksowym również dotyczącym drugiej wojny światowej i bazującym na wywiadach przeprowadzonych wśród ludzi, którzy przeżyli to na własnej skórze. Pan Heuer jest bardzo miłym, otwartym człowiekiem, na co dzień wykładowcą, więc na pewno spotkanie będzie interesujące.

Jakoś w tych okolicach (miejmy nadzieję, że przed lub po) będzie miało miejsce spotkanie z redakcją Ziniola. Ostatnio mocno zaangażowałem się w projekt Dominika Szcześniaka. To zaangażowanie najwidoczniejsze jest w zmienionym lejałcie papierowej wersji magazynu, jak i internetowej wersji magazynu. Wciąż cierpię na blok pisarski (nie licząc gawędziarskich notek w Pubie pod Picadorem), więc tekstów moich w Ziniolu nie znajdziecie, za to popełniłem komiks, ale o tym za chwilę. Gorąco polecam sam magazyn. W najnowszym numerze warto zwrócić uwagę na kolejną instalację Dominika Szceśniaka o undergroundzie amerykańskim, w tym o jego najsłynniejszym przedstawicielu, Robercie Crumbie. Warto też zwrócić uwagę podsumowanie zeszłego roku przez zagranicznych gości Ziniola i na wywiad z Jasonem Lutesem, autorem Berlina i Karuzeli głupców. Komiksy w samym magazynie są na bardzo wysokim poziomie tak formalnie i treściowo i można je właściwie wrzucić do szufladek "obyczajowe" lub "surealistyczne". (Nie)stety żadnych facetów w rajtuzach nie ma.

Najnowszy numer ma dwie przednie okładki. Pierwsza jest autorstwa Whilce'a Portacio, z którym jest wywiad wewnątrz. Drugą, autorstwa Krzysztofa Tryka, wybrałem ja w ramach interdyscyplinarnego promowania na okładkach komiksów Krzysztofów nie związanych z komiksem. Pierwszymi takimi przykładami były okładki Powidoku i Serca wilkołaka, z którymi pomógł mi Krzysztof Kasprzak.

***

Jeśli szukają Państwo ciekawej, angażującej lektury komiksowej, polecam Mały świat Golema, który na dniach trafił do sprzedaży. Oczywiście nie polecam bezinteresownie, bo ja literowałem polską wersję. O samym liternictwie popełnię osobny artykuł. Teraz rzeknę tylko, że komiks Joanna Sfara jest pięknym utworem dotyczącym radości opowiadania, niczym Lizbon Story Wima Wendersa. Niech Was nie zmylą dziwne stworzenia na okładce - jest to zbiór bezpretensjonalnych obyczajowych scenek, w których odbiją się nasze własne wzloty i upadki. Od strony editorskiej Mały świat Golema jest po prostu doskonały. Po raz pierwszy nie mam się czego wstydzić, ani za co atakować drukarnię - Mroja Press wchodzi na wydawniczą scenę w świetle szczęśliwej gwiazdy.

***

Przez ostatnie miesiące do znudzenia pisałem o wszelkich kryzysach twórczych. Dzięki Bartkowi Biedrzyckiemu, Karolowi Kalinowskiemu (dzięki któremu dowiedziałem się o nowym albumie U2), Pawłowi Timofiejukowi i Bono wyszedłem z jednego z tych kryzysów, za co wspomnianym osobnikom ogromnie dziękuję. Zacząłem znów rysować. I do tego nie czułem takiej radości z rysowania od 2003 r., kiedy to redagowałem OKNO. 6 lat czekałem na to uczucie!

Wpierw po bezowocnych półrocznych przemyśleniach na temat: Czterej jeźdzcy apokalipsy, na który miały powstać komiksy do najnowszego Kolektywu, doznałem olśnienia z tydzień przed dedlajnem i choć zupełnie nie pamiętałem jak się rysuje, rzuciłem się do roboty i - oczywiście po dedlajnie - wybacz Bartku - oddałem siedmiostronicowy komiks pt. Kwadrans Mesjanistyczny, o którym już tu raz wspomniałem.

Następnie wyłonił się dedlajn oddania Ziniola do drukarni, a ja od kwietnia zeszłego roku, kiedy to przyjąłem scenariusz, ledwo co naszkicowałem kilka kadrów z 18 stronicowego komiksu do scenariusza timofa. Wtedy dowiedziałem się o nowym albumie U2 i nagle zyskałem siły, by pracować 20 godzin dziennie. Przyznaję, że mogło w tym też pomóc spożycie pół dwustugramowego słoika kawy rozpuszczalnej w trzy dni. Tak czy siak, chyba tylko 4 dni po dedlajnie komiks oddałem. I o dziwo drukarnia zdążyła wydrukować na WSK.

Tak oto powstał Zakład.

Chciałbym w tym miejscu rzucić trochę światła na pewną sprawę.

Nie uznaję modelu pracy "strona po stronie". Nie wyobrażam sobie tworzenia komiksu na czysto na tak zwanym fristajlu. Moje prace są kompozycyjnie bardzo skomplikowane. Nie piszę o tym w ramach przechwałki, tylko stwierdzam fakt.

Dla przykładu - łanszoty w Powidoku ułożone są według kilku porządków.
1. Chronologia życia Anny.
2. Nagromadzanie się problemów aż do oczyszczenia przez deszcz (co sygnalizuje taki a nie inny układ w spisie treści)
3. Zestawianie łanszotów obok siebie, by na rozkładówce w jakiś sposób ze sobą korespondowały (np. na zasadzie zbieżności lub rozbieżności opisywanych postaw)

Zakład, choć pozornie linearny i fabularnie prosty, jest najbardziej eksperymentatorskim komiksem, jaki dotychczas wykonałem. Chciałem stworzyć komiks czysty. Komiks, który nie jest storyboardem do animacji. Który wykorzystuje autonomiczne cechy medium. Zapewne niektórzy czytelnicy poczują się momentami lekko zdezorientowani lub zarzucą mi, że "niepotrzebnie wszystko rozciągnąłem". Do tych zarzutów ustosunkuję się we właściwym czasie.

Tak czy siak, jeśli chodzi o sposób pracy, to wpierw rozszkicowuję sobie całość. I właściwie już wtedy powstaje komiks. Czasem jakieś drobne zmiany wprowadzam przy szkicu A4, ale to kosmetyka. Wieszam wszystkie strony na ścianie i nad wszystkimi pracuję symultanicznie, dodając po kilka kresek do każdej, aż wszystkie są zapełnione.

Dlatego też, kiedy mówię że komiks będzie miał tyle i tyle stron, to znaczy że to się już nie zmieni, nawet jeśli skończę go dopiero za rok. Jeśli jest naszkicowany, to reszta jest odtwórcza (jeśli z kolei informuję w trakcie pracy o zmianie liczby stron to oznacza, że blefowałem i nie miałem nic zrobione, gdy podawałem pierwszą liczbę). Tak samo niemożliwą się staje odpowiedź na pytanie - "ile pracujesz nad jedną planszą?", albo, w przypadku ścigania się z dedlajnami - "Na której planszy już jesteś?"

Wspominam o tym, bo okazuje się, że nie jest to typowy model pracy i muszę często indywidualnie wszystkim tłumaczyć. Teraz jest to czarno na białym i będę po prostu odsyłał na bloga.

***

Po tym komiksowym maratonie doszedłem do dwóch wniosków. Po pierwsze, za bardzo zająłem się ostatnio komiksami i praktycznie przestałem być studentem Akademii Sztuk Pięknych. Czuję, że po WSK zrobię sobie przerwę. W całym tym swoim szczerym entuzjazmie nabrałem za dużo wody w płuca i się duszę. Będę gdzieśtam cośtam robił i pomagał tu i ówdzie, ale odkładam wszelkie okołokomiksowe rzeczy na bok na jakiś czas.

Drugi wniosek - spodobało mi się, że na WSK czytelnicy będą mogli z jednej strony zapoznać się z krótką, zabawną i formalnie aż do bólu tradycyjną formą (nawet dymki są nieporadne, jak przystało na dwudziestolecie międzywojenne - którą to epokę próbowałem oddać w sferze plastycznej, emulując grafiki Brunona Schulza). Z drugiej strony Ci bardziej wymagający będą mogli zmierzyć się z pretensjonalną, zupełnie poważną historią opowiedzianą eksperymentalnymi metodami. Jeśli uda mi się dobrze zorganizować czas, to uciekając przed zaszufladkowaniem będę chciał co roku na WSK i MFK prezentować dwie krótsze formy - tradycyjną-zabawną i poważną-eksperymentatorską. Krótka forma to znaczy przynajmniej 7 stron. Cokolwiek krótszego jakoś mnie mierzi i gdy czytam ziny złożone z dwu-, trzy stronicowych scenek, to po kilku takich komiksach nieprzerwanych czymś dłuższym czuję wręcz fizjologiczną niechęć do lektury.



























***

To tyle tego było. Do zobaczenia na WSK (chyba że naprawdę napadnie mnie ta chandra)!

wtorek, 10 marca 2009

Dlaczego po seansie "Strażników" nie powiedziałem "Fucking awesome", tylko przeszedłem z bratem do rzeczowej dyskusji o obejrzanym właśnie filmie.

Przydługi tytuł odnosi się do wpisu o moich wrażeniach z Mrocznego Rycerza. Taki żarcik.

Nie będę właściwie pisał o filmie. Nawet o komiksie. A o literaturze.

Może tak tylko krótko o wrażeniach. Bratu brakowało przejść miedzy scenami jak w komiksie, na co zwrócił już uwagę Przemek Pawełek. I raziło go nachalne czasem CGI, na co zwrócił już uwagę Mariusz Zawadzki. Ogólnie wierna adaptacja komiksu. Wiadomo, trzeba było poucinać itd. Dopiero przy tym filmie uświadomiłem sobie jaka to musiała być katorżnicza robota przy scenariuszu. To nie było napisanie czegoś nowego na podstawie, jak w filmach o Batmanie, ani wierne przełożenie krótkich nowelek, jak w Sin City. Tu była wierna adaptacja, ale skrócona tak, by można upchnąć w trzygodzinny film. Unka Odya podziela również nasze obawy co do zrozumiałości i sensowności samego filmu chociażby dla tych, którzy nie czytali pierwowzoru.

Mam tylko jeden problem. To to słowo - wierność. Wszyscy recenzenci tego filmu przegapiają najistotniejszą wcale nie drobnostkę, która powoduje, że mimo wierności, że tak powiem - formalnej, nie odważono się powiedzieć tego, co w samym komiksie Moore'a najważniejsze.

Żeby wytłumaczyć o co chodzi, popiszę trochę o literaturze.

Gdyby chcieć hierarchizować, to można by stworzyć następujący model (gdzie pierwszy punkt jest dołem drabiny):

- ludzie nie czytający dla których wzięcie książki do ręki jest już czymś albo podejrzanym, albo wielkim ("Łał, czytasz! Ale musisz być inteligentny!").

- ludzie czytający jakieś romanse, epopeje fantasy, czy inne prościutkie historie, dla których Pilch jest zbyt ambitny. Uważają się za lepszych od tych nie czytających w ogóle.

- ludzie czytający Pilcha, dla których Gombrowicz jest zbyt ambitny / dziwny. Uważają się za lepszych od pierwszych dwóch grup, a czasem i od tej gombrowiczowskiej, bo to jakieś zupełne dziwactwa, nie tak jak prawdziwa literatura!

- ludzie czytający Gombrowicza, którzy uważają że Pilch to pop-chłam, a fantasy to sobie można było podczas sesji rolplejowych wymyślać kiedy się ma lat naście.

Model ten jest uproszczony i nie uwzględnia, że Gombrowicz z kolei to taka prosta filozofia, czyli też pierwsza belka o wiele wyższej drabiny. Nie uwzględnia również ludzi, którzy odpoczywają sobie po Kunderze przy Danie Brownie i znajdują chorą przyjemność w pulpowych pornosach po Nietzschem.

Kiedyś łapałem się do tej grupy gombrowiczowskiej i choć wciąż uważam, że w fantasy to się można bawić w liceum, czy gimnazjum, to przestałem hierarchizować i ujmuję to jako Nisze na poziomej powierzchni - bez wartościowania.

Ale nie wchodźmy w relatywistyczne dywagacje. Zostańmy przez tę jedną chwilę przy hierarchiach. Na tym najwyższym szczeblu jest to, co nazywamy Wielką Literaturą. Wielka Literatura jak i Wielki Film jak i Wielki Komiks jak i Wielkie Malarstwo nie mają bawić. Mogą, ale to wychodzi niechcący. Tworzenie ich nie jest przyjemne dla twórcy i raczej przyjemne dla czytelnika też nie jest. Może być przejmujące. Przytłaczające. Ale raczej po odłożeniu takiego dzieła, czy wyjściu z seansu człowiek przebywa w stanie zadumy, a nie euforii.

Wielka Twórczość jest ponad indywidualnym człowiekiem. Tak jak historia. I tu i tu są bohaterowie i legendy, ale są fragmentem większej całości. Nie na darmo mówi się o "polifonicznej konstrukcji" książek Dostojewskiego. Jego bohaterowie posiadają honor lub są nikczemnikami. Ale sama powieść nie stawia tezy. Ukazuje tych ludzi ze wszystkich stron. Raskolnikov zabija od razu na początku. William Gull z Prosto z piekła Moore'a dość prędko wyjawia czytelnikowi swój plan zabójstwa.

Dlatego to wyjawienie "tego złego" następuje tak prędko, bo zabawa w "kto zabił" jest po prostu prymitywna. Śledztwo policyjne jest o wiele bardziej sensacyjne niż monolog wewnętrzny i dlatego jeśli chcemy poczuć adrenalinę i dobrze się zabawić, to sięgamy po powieść detektywistyczną. Odsłanianie czynów czy planów Raskolnikova i Gulla na początku stawia ich poza ludzkimi prawami, stawia ich w naturalnym porządku świata - gdzie moralność jest niczym więcej, niż kolejnym wytworem kultury - jak prawo, czy pędzel czy palmtop. Oczywiście potem obserwujemy ich zmagania w społeczeństwie rządzącym sie takimi a nie innymi prawami. I to staje się trzonem powieści. Natura kontra kultura. Człowiek, który jest zwierzęciem, ale ma defekt w postaci świadomości.

Gull, jak i Dr Manhattan ze Strażników są uosobieniem wielkiego twórcy, są alter ego Moore'a. Wciąż wybuchają tanie skandale np. podczas wystaw plastycznych, bo pewni twórcy, filozofowie i naukowcy badają świat w jego czystej, nagiej postaci, a nie przez ubrania - czyli kulturę. Pytania "Czym jest moralność?", "Czym jest sztuka?" mają w każdej epoce miliony różnych odpowiedzi. Niektórzy nie zajmują się nimi, bo to jest nic więcej niż gra - wymyślanie definicji - strukturalizowanie czasu.

W Strażnikach Moore tworzy wariację na temat Roku 1984 Orwella. Strach przed większym zwierzem jako sposób na zjednoczenie. Prosty mechanizm socjologiczny. Solidarność, obalenie muru Berlińskiego, Pomarańczowa Rewolucja na Ukrainie, itd, itp. Gdy walczy się przeciw wielkiemu demonowi, to odkłada się waśnie z bliźnimi na bok. Dopiero jak następuje spokój, zaczynają się na powrót IPNy, zatargi, niesnaski i inne wojny między sobą. Moore zastanawia się w swoim komiksie, czy faktycznie, gdyby stworzyć wystarczająco wielkie zagrożenie z zewnątrz, można utrzymac pokój na dłużej. Ironiczna finałowa sekwencja w redakcji brukowca chyba daje jasną odpowiedź na to, czy taki pokój jest możliwy.

Wielka Twórczość pokazuje, że człowiek jest tylko zwierzęciem z defektem. Ale jeśli zamiast burzyć się przeciwko temu, zaakceptujemy to, możemy żyć szczęśliwiej.

Jak wiem, że Gombrowicz nie jest obiektywnie lepszy od Grocholi, tylko jest wynikiem takich a nie innych uwarunkowań i trafia w takie a nie inne potrzeby takich a nie innych ludzi, to przestaję z pogardą patrzeć na czytelników Grocholi. I jak mam już z nimi dyskutować o literaturze, to nie będę się pieklił, nie będę emocjonalnie krzyczał: BO GOMBROWICZ WIELKIM PROZAIKIEM BYŁ! tylko na spokojnie podyskutuję o naszych oczekiwaniach dotyczących literatury i jak to co czytamy te oczekiwania spełnia.

Jak wiem, że jako mężczyzna nie jestem lepszy od kobiety, jako Polak nie jestem lepszy od Niemca, jako student nie jestem lepszy od robotnika budowlanego, to nie widzę sensu walki.

Wiele osób odbiera taką postawę jako nihilizm. Nic bardziej błędnego. Jak tworzę skomplikowane formalnie komiksy, to nie płaczę nad tym, że nie czytają ich miliony. Tworzę dla tych, którzy bardziej od zabawy cenią sobie zaangażowanie w pracę, dyskurs z nią. I mając tego świadomość, staram się dotrzeć do takich właśnie czytelników. Dlatego stawiam od razu przed odbiorcami wysoki próg - używam skomplikowanego słownictwa, opatruję prace pretensjonalnymi tytułami, itd, by odsiać tych, którzy nie mają czasu się zaangażować tak jak od nich tego wymagam. Dzięki temu zostają ci czytelnicy, którzy mogą mi coś dać. A ja żywię wiarę, że daję coś tym czytelnikom. Powstaje dialog. A dialog pomiędzy ludźmi, którzy się rozumieją i uczą od siebie nawzajem trudno nazwać nihilizmem.

Mam za złe Zackowi Snyderowi i jego adaptacji Strażników, niby tak wiernej, że musiał dać scenę jak Nocny Puchacz daje w twarz Ozymandiasowi. To i kilka innych słów i scen stawia tezę. Życie ludzkie jest cudem. Poświęcić małą grupkę ludzi, by uratować większą jest bestialstwem. To są hasła zgodne z ówczesnymi modnymi poglądami, które z naturalnym porządkiem rzeczy nie mają nic wspólnego. Finał w redakcji nie jest ironicznym odautorskim komentarzem o kondycji człowieka, tylko kropką nad i - że jako ktoś tak bestialsko sobie poczynia, to musi zostać ukarany.

Mogę jednak podziękować Zackowi Snyderowi za to, że wykonał kawał niezłej rzemieślniczej roboty, która może zachęci kilka osób do lektury komiksu. I wtedy dopiero dostaną obuchem po głowie.

Jak to zazwyczaj ma miejsce po obcowaniu z Wielką Twórczością.

wtorek, 3 marca 2009

Pochwała prasy

Chciałbym swój dziennikarski tryptyk zakończyć we właściwy sobie sposób, czyli samemu sobie zaprzeczając. Jako moralny abnegat i relatywista totalny uważam za zgodne z tą postawą przedstawienie wszelkich stron medalu (przednią, tylną, i brzeg - na którym raz mi moneta, wierzcie lub nie, wylądowała, gdy ją rzuciłem).

Karel Capek jest znany Wam wszystkim. To dzięki niemu mamy słowo ROBOT. A dokładniej - dzięki jego bratu, ale to Karel Capek wykorzystał to słowo w swoim dramacie science fiction w 1921 r.

Czeski pisarz nie tylko robotami się zajmował. Polecam wszystkim biednym partnerkom i matkom tak zwanych artystów Osiem twarzy mistrza Foltyna, biografię zmyślonego "wielkiego kompozytora". Dlatego określiłem partnerki i matki takich ludzi jako biedne, bo jeśli nie uważają się za biedne, to tak naprawdę nie są z tak zwanymi artystami, a z ludźmi, którzy traktują twórczość jako hobby i potrafią oddzielić ją od życia. A oczywiście tak się nie da.

Oczywiste jest też, że jak tak sobie polecam tytułami, to i tak nikt nie sięgnie (wyjątki potwierdzają regułę). Dlatego też nie polecam Wam eseju pod tytułem Pochwała prasy, a przytaczam całość, by mogli sobie Państwo czytać po fragmencie przy śniadaniu (chyba że w przeciwieństwie do mnie jecie śniadanie w kuchni, a nie podczas porannego przeglądania blogów).

Capek posługuje się gawędziarskim stylem jak może bardziej Wam znany Hrabal, co może niektórym lubiącym zwięzłość nie przypaść do gustu. Rekompensuje to moim zdaniem bystrym i swobodnym poczuciem humoru.

Jeśli zastanawialiście się kiedyś

Czy prasa musi tak epatować sensacją?

Jaka jest właściwie różnica między literaturą a prasą?

Czy prasa może kłamać?

O czym najchętniej czytamy?

Jak starym zawodem jest dziennikarstwo?

i nie znacie odpowiedzi na te pytania, zachęcam do lektury.

A już niedługo wyjawię czym się ostatnio zajmuję. A zajmuję się m. in. zajęciami wręcz mistycznymi!

Karel Capek
Pochwała prasy

ze zbioru Marsjasz, czyli na marginesie literatury

Przetłumaczyła: Halina Janaszek-IvanickovaWydawnictwo Literackie, Kraków 1981
Wszelkie czeskie znaki diakrytyczne muszą sobie Państwo dorysować na monitorach, bo blogspot mówi mi "Keine czeskie znaki diakrytyczne".
Zilustrowane pracami George'a Grosza.
Tak bardzo przyzwyczailiśmy się do jej obecności, że nie widzimy w niej powtarzającego się co dzień cudu. Cudem jest już to, że co ranka wychodzi, chociaż poprzedniego dnia nie zaszło nic godnego uwagi, ale ów dziw pozostanie tajemnicą redakcyjną, ja natomiast zamierzam pisać o prasie z punktu widzenia czytelnika.

Czasem nawet czytelnik w nagłym olśnieniu odkryje niezwykłość prasy; mnie się to na przykład zdarzyło w Ballinluig, chociaż może nie w Ballinluig, raczej w Crainlarich albo w Tyndrum, ale chyba nie w Tyndrum; najprawdopodobniej w Mallaig, bo było to nad morzem, a ja kupiłem sobie do pociągu, nie wiem już jaką, gazetę. I kiedy energicznie ją rozpostarłem, wzrok mój padł na wiadomość:

W Czeskich Budziejowicach wytępiono pięć tysięcy kotów.

No, bo przyznacie sami: kiedy człowiek siedzi w pociągu w Mallaig, jest przygotowany na wszystko, tylko nie na Czeskie Budziejowice czy fantastyczny zgoła obraz pięciu tysięcy kotów. Musiałem zamknąć oczy, żeby strawić ten natłok wydarzeń. Gdybym zamiast gazety wziął do ręki jakąś powieść, już po chwili domyśliłbym się, o co chodzi i co może być dalej, ale żaden powieściopisarz nie wpadłby na fantastyczne wyobrażenie pięciu tysięcy kotów i żadnemu nie przyszłyby do głowy w tym kontekście Czeskie Budziejowice. Natknąć się w Mallaig na Czeskie Budziejowice to dziw nad dziwy: znaleźć na jednej stronie pana Mac Donalda i pięć tysięcy kotów to coś bardziej fantastycznego niż Ali Baba i czterdziestu rozbójników, a jeśli człowiek przy tym patrzy na Ocean Atlantycki, zostaje porażony tą dziką koegzystencją wszystkiego, co istnieje, a więc polityki, kotów, morza, socjalizmu i Czeskich Budziejowic. Dzięki temu, jak w krótkim i niezwykłym rozbłysku, objawia mu się ogrom świata i niezwykłość prasy.

Proszę wybaczyć, że zatrzymam się jeszcze przy tych kotach. Jestem w pewnym sensie znawcą kotów i mógłbym długo jeszcze opowiadać o kotach w Nottinghill i Geniu, i o kotach weneckich i paryskich, o hodowli kotów, o tym jak pozyskać zaufanie kota i innych jeszcze sprawach. Otóż w prasie nigdy nie pojawia się wiadomość, że kot złapał kosa albo kotka okociła się i ma troje kociąt; zawsze ujrzycie ją tam w jakimś szczególnym, a często nawet przerażającym świetle, dowiecie się na przykład, że wściekły kot pogryzł listonosza, że jakiś uczony odkrył kocie serum, że w Plymouth, czy gdzieś tam, przyszedł na świat kot o dziewięciu ogonach albo coś w tym guście. Tak samo w żadnej gazecie nie znajdziecie wiadomości, że kelner podał komuś kufel piwa, tylko że zabił swą kochankę albo że wybuchł strajk kelnerów. Czeskie Budziejowice nie wejdą na łamy prasy w swej spokojnej egzystencji: musi tam być masowy mord kotów albo przynajmniej wybory, aby to szacowne miasto przedstawiło się światu w jakimś pełnym tragizmu kolorycie. A jeśli dowiem się z gazety, że jakiś poseł wygłosił przemówienie, wiem z góry, że jest w tym coś równie dramatycznego i niezwykłego, jak w pogryzieniu przez wściekłego kota listonosza lub w zabójstwie kochanki kelnera.

Chcę więc powiedzieć to, co zaniepokoiło już Chestertona, a mianowicie, że świat prasy jest skonstruowany z samych wyjątkowych wydarzeń, niezwykłych przypadków, a często nawet dziwów i cudów. Jeśli w gazecie jest mowa o domu, to nigdy się tam nie opowiada o tym, że dom stoi, tylko że się pali albo że się zawalił, albo przynajmniej, że jest największy na świecie, albo że się w jakiś specjalny sposób wyróżnił między wszystkimi domami, ile ich by nie było. Kelner jest intrygującą postacią, która zabija swą ukochaną, kasjer zwiewa z powierzonymi mu pieniędzmi, miłość w sposób fatalny wiedzie ku temu, że się z Mostu Legionów skacze do Wełtawy, auto jest środkiem służącym do bicia rekordów, wypadków i przejeżdżania dziatek lub staruszek. Wszystko, co jest, zjawia się w aspekcie dramatycznym i poniekąd alarmującym. W każdym porannym wydaniu prasy codziennej świat przekształca się w dżunglę, w której czyhają na nas niezliczone niespodzianki, niebezpieczeństwa i wydarzenia epickie.

*
Ale gazety nie informują tłustym drukiem o tym, że spłonęła Troja albo że Herod ze względów sanitarnych kazał wymordować pięć tysięcy niemowląt. Wyczytacie tam o krwawej bójce dwóch ślusarzy na ulicy Szczepańskiej, ale nie dowiecie się niczego o krwawej walce Cezara z Gallami. Nie dość, że coś krwawi lub płonie, musi być jeszcze nowe. Nie wystarcza, że przemawia do wyobraźni, musi być przede wszystkim w stu procentach aktualne. Prasa może donieść, że dzisiaj, dnia 14 listopada 1924 roku, upływa dokładnie trzy tysiące lat od pożaru Troi; jeśli nie jest tak co do minuty, wiadomość taka nie ma czego szukać na łamach prasy. Świat prasy, podobnie jak świat dzikich zwierząt, istnieje tylko w teraźniejszości; świadomość prasy (jeśli w ogóle można mówić o świadomości) jest ograniczona wyłącznie do teraźniejszości, sięgającej od wydania porannego do wieczornego albo na odwrót. Jeśli człowiek czyta gazetę sprzed tygodnia, czuje się tak, jakby wertował kronikę Dalimila; to już nie gazeta, ale zabytek. Gnoseologicznym systemem prasy jest teraz; extra praesentiam non est existentia: ergo bibamus.

Wyobraźcie sobie, jak by wami wstrząsnęło, gdyby prasa przyniosła, dajmy na to, przemówienie posła Petrovickiego sprzed roku. Może je zamieścić z adnotacją, że "dzisiaj upływa właśnie rok", albo że "dzisiaj są na wagę złota", ale jakieś "dzisiaj" tam musi być, bo inaczej wydawałoby się się wam, że wszechświat się wali na głowę, albo że kategoria czasu oszalała; tego z pewnością nie można byłoby przeżyć. Pewien moralista (był to, jak sądzę, pan Gamma) napisał, że gazety zamiast podawać actualia, winny zamieszczać aeternalia i perpetualia, dając pierwszeństwo sprawom wiecznym przed sprawami doczesnymi. Tak więc zamiast mów Cziczerina powinny wydrukować mowę Cycerona do Placjusza, która bezsprzecznie nie jest aktualna. Zamiast wdawać się w pełne konfuzji opisy sytuacji w parlamencie, mogłyby zamieścić wyjątki z Konfucjusza, a zamiast ostatniego morderstwa, dajmy na to, rozdziałek z Sieci wiary Chelcickiego. Przyznam, że takich gazet (jakie z pewnością wydawane są w niebie) nie chciałbym redagować; nie wiedziałbym z jakiej racji właśnie dzisiaj drukować mowę do Plaucjusza zamiast trzeciej mowy przeciw Verrusowi i dlaczego, z punktu widzenia wieczności, winienem właśnie dzisiaj dać pierwszeństwo Konfucjuszowi przed Fedonem Platona. Jeśli prasa drukuje exposé ministra, to nie znalazło się ono tam dlatego, że jest lepsze i ważniejsze, klnę się na swą duszę, od Kazania na Górze Oliwnej, ale dlatego, że w odróżnieniu od Kazania na Górze Oliwnej zostało wygłoszone wczoraj. Kradzież futra w kawiarni z pewnością nie jest bardziej sensacyjna od abdykacji Napoleona, ale zdarzyła się wczoraj. Nic nie można na to poradzić, współczesność jest dla ludzi w sposób szczególny i zagadkowy pociągająca; ludzie tłumnie biegną popatrzeć na dom, w którym krawiec pozabijał cegłą swą siedmioosobową rodzinę, ale nie biegną tłumem patrzeć na Sterbohole, gdzie w czasie wojny siedmioletniej poległo nie wiem ile tysięcy ludzi wraz z generałem Schwerinem. Fanatyczne zainteresowanie teraźniejszością jest jedną z tajemnic życia; jest to także jedna z tajemnic prasy.

*
Wszystko powinno być nowe, ale nie może b surowe i nieznane. Dżungla wydarzeń, która wyłania się co rano w prasie codziennej, winna być przetarta wydeptanymi i utartymi ścieżkami, jak np.: Rannego odwieziono na pogotowie ratunkowe. - Wstrząsająca wiadomość lotem błyskawicy (to jest z szybkością 3,133 m/sek.) rozniosła się po mieście. - Nic nie zakłóciło podniosłego przebiegu zebrania. - Odnotowano znaczne szkody. - Caveant consules!

Każdy taki ustalony zwrot posiada swoją wartość estetyczną. Jest jakąś chwilą wytchnienia w nawale nowości, jest jak refren, który czytelnik może sam powtórzyć. Są to ramy, w które można bez trudu oprawić nowe wydarzenie i w ten sposób zadowalająco je załatwić. Zalediwe sie wyłoni, przestaje być czymś niezwykłym.

Niedawno jechałem tramwajem. W pewnym momencie coś zakotłowało się na szynach, motorniczy strasznie klnie i wściekle dzwoni, wóz nagle się zatrzymuje, wszyscy walimy się na plecy motorniczego, nie wiadomo skąd bierze się na szynach tłum ludzi, jakby wyrósł spod ziemi, dwóch strażników dźwiga jakiś ciężki pakunek do bramy, śmiertelnie blady motorniczy obciera zimny pot z czoła i szuka policjanta; jest to jakiś dziwny, surowy chaos, w którym się wszystko powoli i jakby gorączkowo rozpada; przez cały dzień nie mogłem się pozbierać. Aż tu nazajutrz czytam w gazecie: "Wczoraj o godzinie pierwszej na ul. Narodni trida tramwaj potrącił Frantiska S., księgowego zamieszkałego w Pradze. Lekko rannego odwieziono na pogotowie ratunkowe, gdzie udzielono mu pierwszej pomocy". Tak, to wszystko, a ja zostałem wyzwolony z męczącego chaosu, którego doświadczyłem; w pewnym momencie uświadomiłem sobie, że przypadek jest, chwała Bogu, zwyczajny. Nie pozostało w nim ani szczypty gorączkowego chaosu. Otzrymał pierwszą pomoc - to jest normalizacja. Jeśli przed stworzeniem świata istniał chaos, to jedynie dlatego, że nie było prasy, która by sprawę wystylizowała mniej więcej tak: "Także w dniu wczorajszym nic nie zakłóciło podniosłego biegu wieczności. Pod wieczór lotem błyskawicy rozniosła się wiadomość, że na Maninach został stworzony Wszechświat. Na szczęście wiadomość ta przed oddaniem do druku pisma nie została potwierdzona. Zwracamy jednak uwagę odpowiednich kół na niepowołane elementy, które zagrażają poważnie dotychczasowemu chaosowi". Caveant consules!

Reasumując, można zatem powiedzieć, że literatura piękna jest wyrażaniem starych kwestii w nowy sposób, podczas gdy gazeta to wyrażanie stale nowej rzeczywistości w sposób ustalony i niezmienny.

*
Prasa, jeśli nie miesza się do polityki, mówi o sprawach niepowtarzalnych i konkretnych. poeta powiada, że "każdy kto kocha, zabija". Gazeta natomiast twierdzi, że pod numerem posesji 891 kelner Vaclav Zajicek zabił swoją kochankę, 27 letnią Terezię Veselą. Poeta może opiewać przebiśniegi w ogóle, ale prasa może podać tylko określoną, asertoryczną informację, że wczoraj o godzinie trzeciej minut piętnaście otworzył się u podnóża Podbaby pierwszy przebiśnieg i że wiadomość ta lotem błyskawicy rozniosła się po Pradze. Naturalnie i w gazetach znajdzie się czasem kawałek literatury lub poezji, ale to nie dlatego że literatura w jakiś sposób należy do prasy, ale dlatego że w prasie jest wszystko.

Mimo to gazety mają coś wspólnego z literaturą piękną, na przykład okoliczność, że w odróżnieniu od poznania naukowego są całkowicie niezależne od rzeczywistości.

Pewnego razu angielski dziennikarz, nie wiem już, jaką ciekawością wiedziony, przeprowadził ze mną wywiad na temat miejsca mego urodzenia i innych równie dawnych spraw. W dzień później z dziecięcym zdziwieniem wyczytałem w gazecie, że przyszedłem na świat na dzikim pustkowiu Gór Olbrzymich w ubogiej rodzinie surowych i pobożnych górali... Nieśmiało zaprotestowałem wobec innego przedstawiciela prasy, że nie jest to zgodne z prawdą. - Czy jest pan tego pewien? - spytał ów człowiek. - Pewnie ma pan rację, ale tak jest to bardziej interesujące. - Od tego czasu czytam gazety z głębszym zrozumieniem i pożytkiem; gdy znajduję w nich pasjonujące informacje, np. expose ministra spraw zagranicznych, wiadomość o otwarciu wystawy drucianych sieci w Rozmitalu albo sensacyjną wiadomość, iż w Teatrze Narodowym wystawiono nową sztukę czeską, i myślę oczarowany: z pewnością było to zupełnie inaczej, ale tak to jest bardziej interesujące. Należy jednak przyznać, że chociaż gazety (z powodów zasadniczych - wolności prasy) są niezależne od rzeczywistości, korzystają ze swojego prawa do fikcji w sposób bardzo umiarkowany; np. ów angielski dziennikarz mógł równie dobrze napisać, że przyszedłem na świat w postaci skrzydlatego nasionka, które wypadło z sosnowej szyszki, albo że wyrzucił mnie na brzeg w koszyczku wodospad Łaby, niemniej ograniczył się on do jedynie umiarkowanego retuszu rzeczywistości w stopniu, jaki w ogóle zagraża zdolności zwykłego czytelnika do zachowania wiary w słowo pisane. W gazetach można pisać, co się chce, pod warunkiem, że jest to dość codzienne i zwykłe, aby czytelnik w to bez trudu uwierzył. Można dopuszczać się pewnego odchylenia od rzeczywistości, ale trzeba to robić w sposób delikatny, aby czytelnik nie krzyknął, że to bzdura i że prasa chce go zrobić w konia. Ze względu na wygodę umysłową i skromną fantazję czytelnika odchylenie od rzeczywistości prasy jest daleko mniejsze, niż można byłoby teoretycznie tego oczekiwać, ba, co więcej, nawet rzeczywistości tej - pobieżnie i nie dość dokładnie - prasa się trzyma, ponieważ łatwiej jest reprodukować rzeczywiste rzeczy, niż wymyślać rzeczy prawdopodobne.

*
Często wytyka się prasie anonimowość; sądzę, że niesłusznie. Należy wziąć pod uwagę, że prasy w większości wypadków nie tworzą dziennikarze, ale sama prasa. Ustalone zwroty, które przytaczałem, nie są własnością jednostki, ale całego cechu. Jeśli gdzieś wisi tabliczka "Zanieczyszczanie wzbronione pod karą grzywny", pod ta myślą ogólna nie jest podpisany jej autor; a ponieważ prasa w większości wypadków składa się ze zdań ogólnych, ogólnych poglądów i ogólnych frazesów, jest równie anonimowa, jak tablice ostrzegawcze albo formularze urzędowe. Gdybyście próbowali przymusić autora artykułu wstępnego, aby się pod nim podpisał, oświadczyłby, że w takim razie by go nie napisał w ogóle albo postarałby się napisać lepiej. Anonim w prasie to nie mężczyzna w masce, ponieważ jest to mężczyzna bez twarzy. Jedynie anonim może napisać "Zebranie miało charakter podniosły". Człowiek podpisany , w obawie przed utratą twarzy, musiałby stwierdzić "Zebranie było śmiertelnie nudne; jeśli chodzi o mnie, chętniej pomaszerowałbym piechotą choćby do Vysocan; dziwi mnie, że kogokolwiek może bawić gadanie o rzeczach wszystkim dobrze znanych". Jak widzicie, ten podpisany człowiek byłby złym dziennikarzem; a istnieje zbyt wiele spraw, o których nie można pisać inaczej jak tylko pod warunkiem zaparcia się własnej osobowości.

*
Są w prasie wiadomości, których nikt nie czyta, jak np. artykuł wstępny, dalej wiadomości, które czytają tylko niektórzy, jak np. rubryka ekonomiczna, oraz wiadomości, które czytają wszyscy, jak np. "Z sali sądowej". Jednakże byłoby błędem proste usunięcie z gazet wiadomości, których nikt nie czyta. Masy chcą mieć w gazecie rzeczy, których nie czytają, podobnie jak chcą, aby w mieście były budynki, do których nikt nie chodzi, jak np. muzea. W gazecie musi być, krótko mówiąc, wszystko, nawet wiersze i statystka handlu łotewskiego; ale nie jest to przeznaczone dla kilku niewiarygodnych jednostek, które może i to przeczytają, ale dla tych dziesiątków tysięcy przeciętnych i gwarantowanych czytelników, którzy z pewnością to pominą, zadowalając się po prostu faktem, że to tam jest. Jeśli chodzi o mnie, nie mam odwagi zdecydować się nawet na kupno pół tuzina chusteczek do nosa w obawie, że mógłby być to zakup nieudany; mimo to jednak szukam każdego ranka wiadomości o tym, jaka passa jest w Liverpoolu na bawełnę opartą na bazie Fully Middling albo Sakellaridis i czy Strongsheets ma w Londynie dwa zera; nie wiem wprawdzie, co to jest Strongsheets, ale daje mi to miłe poczucie światowości. Nie interesuję się nazbyt wydarzeniami w Hiszpanii, ale jestem usatysfakcjonowany tym, że gdybym chciał, mógłbym wiedzieć o nich więcej niż o wydarzeniach w Kardasowej Recicy. Nie jestem fanatykiem Meksyku, ale dzięki gazetom Meksyk jest dla mnie mniej zagadkowy i odległy niż mój sąsiad z drugiej strony drzwi. Znane mi są przyczyny rewolucji w Meksyku, ale nie wiem nic o kłótni u swego najbliższego sąsiada. ten stan dzisiejszego człowieka nazywa się światowością i jest rezultatem czytelnictwa prasy.

Szczególnych rozkoszy dostarcza czytelnikowi odnajdywanie w gazecie wiadomości nie o tych sprawach, o których nie wie, ale o których wie albo przy których nawet był obecny. Nigdy nie czytam z tak namiętnym zainteresowaniem o pożarze, którego nie widziałem na własne oczy, jak o pożarze, który przypadkiem obserwowałem od początku do końca, i muszę przyznać, że gdybym o nim nie znalazł wzmianki w prasie, poczułbym się dotknięty i jakoś osobiście obrażony, uznałbym za przejaw braku szacunku to, że wydarzenie, które tak bardzo przykuło mą uwagę czarem swej piromanii, niegodne jest ani krzty zainteresowania prasy. Czytelnik prasy uważa po prostu sam siebie za publiczność i jeśli czyta, że "pożar przyciągnął wielu widzów", ma satysfakcję, że nie został pominięty.

Z obojętnością czytam o tym, że w Krumlovie ogłoszono kwarantannę psów; po prostu nic mnie to nie obchodzi, ponieważ nigdy w życiu nie byłem w Krumlovie. Jednakże czytam o tym z przyjemnością i pełnym zrozumieniem, jeśli kwarantannę psów ogłoszono w Horicy albo Glasgow, ponieważ w obu tych miejscowościach byłem, wskutek czego mam do tych wydarzeń w pewnej mierze osobisty i empiryczny stosunek. Nie wiem, czy najbardziej zwodniczym urokiem prasy w odróżnieniu od literatury nie jest to, że udziela tak szerokiej platformy stosunkom osobistym. Przyjemnie ekscytuje mnie fakt, gdy znajdę w prasie przemówienie posła Lukavskiego, ponieważ go gdzieś, zaraz, gdzie to było, no, wszystko jedno, widziałem na własne oczy. Interesuje mnie nagła śmierć starego emeryta na Malej Stranie, ponieważ mieszkam na Malej Stranie. Ciekawi mnie deficyt w budżecie Jindrichovego Hradca, ponieważ byłem w Jindrichowym Hradcu. Ze zrozumieniem przeczytam wiadomość o niewypłacalności Jana Holzbacha ze Znojma, ponieważ znam osobiście jakiegoś innego Holzbacha, i tak dalej. Prasa apeluje do osobistych uczuć czytelnika w daleko większej mierze niż na przykład wiersze miłosne; mówiąc stylem wierszy miłosnych, gra głęboko na strunach duszy.

*
Niezwykle pouczające byłoby rozważenie różnic zachodzących między prasą różnych narodów, różnych partii politycznych i tak dalej, ale do takiej przynajmniej trzytomowej rozprawy in folio brak mi zdolności i papieru. Pisząc o prasie w ogóle, myślę równocześnie o "Timesie" i "Pośle z Cerchova", ale i to zadanie jest niezwykle złożone, tak że rezygnuję z niego, zaledwie je napocząwszy. Trzeba by dokładnie przeanalizować wszystko, z czego składa się gazeta; na przykład artykuł wstępny nie wypływa z pewnością z żywej ludzkiej ciekawości, ale z upodobania do przemawiania z ambony i szczególnej zdolności do słuchania regularnych kazań. Natomiast rubryka z sali sądowej jest jakąś rekompensatą za to, że kiedyś całe plemię siedziało obrzędowo wokół ognia, gdzie ogłaszano wyroki. Wiadomości codzienne do pewnego stopnia zastępują ranne pogaduszki sąsiadek o tym, co nowego wydarzyło się od wieczornej rozmowy itp. Każda rubryka w gazecie ma inne pochodzenie i z pewnością jest to pochodzenie prastare; podziwem musi napełniać nas fakt, że jak dotąd żaden socjolog nie zajął się analizą tego labiryntu, prawiecznych motywów poznawczych, rytualnych, jurystycznych, społecznych i innych, które zlały się potem, dajmy na to, w dzienniki "Polityka Narodowa" albo "Reforma".

Myślę naprawdę, że prasa jest tak stara jak ludzkość. Herodot był dziennikarzem, a Szeherezada nie jest niczym innym jak orientalnym symbolem wieczornego wydania gazet. W czasach pierwotnych ludzie uwieczniali godne uwagi wydarzenia wznoszeniem budowli megalitycznych, było to pismo monumentalne, ale wymagające więcej wysiłku. Egipcjanie wyciosywali swe dzienniki na obeliskach i ścianach świątyń. Wyobraźcie sobie, że codziennie rano rozwożono by po placu Wacława sześćdziesiąt tysięcy obelisków i że każdy egzemplarz musiałoby ciągnąć sześćdziesiąt wołów. To jest zapewne przyczyna, z powodu której dziennikarstwo w starożytnym Egipcie nie nabrało większego rozmachu.

Również za swojego rodzaju dziennikarzy należy uważać różnych rapsodów, aojdów, skaldów i bardów. Iliada była do pewnego stopnia nowością, gdy ją recytował sam Homer, a później była już tylko powtarzaniem wytartych spraw; w obu wypadkach była podobna do dzisiejszej prasy. Ponieważ połową prawdy jest twierdzenie, że prasa służy do przekazywania nowości, taka samą prawdą jest, że służy do przekazywania starych, dobrze znanych rzeczy. jest na pewno jakąś nowością to, że wczoraj wygłosił przemówienie pan Herriot, ale fakt, że premier rządu zwykł przemawiać, to nienowina. Nowością jest to, że wczoraj ktoś komuś ukradł futro w kawiarni "Union", ale fakt, że kradnie się futra, jest stary i znany już w epoce jaskiniowej. Prasa codzienna zwraca nam uwagę na to, że na świecie dzieją się one stale i regularnie. Prasa odkrywa przed nami wieczną kontynuację życia, ponieważ, posługując się terminem Gammy, prawie wszystkie aktualia są właściwie "perpetualiami".

Gdyby w prasie pojawiła się jutro przerażająca wiadomość, że armia chińska obległa Zurych, pojawiłaby się tam także drobna notatka o tym, że na ulicy Ovocnej nastąpiło zderzenie ręcznego wózka z tramwajem; a więc, chwała Bogu, świat się nie zmienił. Gdyby wieczorne wydanie przyniosło depeszę, że właśnie nastąpił koniec świata, przyniosłoby także rzeczową informację o tym, że Mala Strana cierpi na brak szaletów publicznych i że konieczna jest niezwłoczna poprawa. A gdyby prasa oznajmiła, że z loży Teatru Narodowego rozległ się właśnie głos trąby wzywającej na Sąd Ostateczny, nie zapomniano by oznajmić, że do kwestii tej powróci się w szczegółowym omówieniu korespondenta muzycznego i sprawozdawcy sądowego. Świat prasy jest stale nowy, ale niezmienny.

Koniec końców, dla umysłu filozoficznego czytanie gazet jest czynnością równie kontemplacyjną jak oglądanie zachodu słońca albo biegu płynącej rzeki. Gazety odznaczają się periodycznością i niezmiennością właściwą zjawiskom przyrody: zamiast stać się szóstym mocarstwem, są raczej czwartym królestwem natury. Przestudiowanie ich praw i ustalenie ich gatunków, rodzajów i podrodzajów nie może być zadaniem tego artykułu, który chciał być pochwałą prasy; dlatego nie może być wyczerpujący, ponieważ chwały nie powinno się nigdy wyczerpać do ostatniej kropli.

(1925)