BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO

czwartek, 30 kwietnia 2009

His three Rothkos had just been singled out in an article in Artforum entitled "The three most insignificant paintings of Mark Rothko"

Cicho siedzę ostatnio. Mam dość. Mam szczerze dość. Cytując fragment jednej z piosenek King Missile:

I've had it with puns, alliteration, Russian literature, Italian neorealism, meaningless cross references and laundry lists of nonsense. I shall drive without a license, without clothing, without direction.

Choć i ten tekst nie oddaje do końca rzeczywistej sytuacji, bo jeździć się boję, nie mam prawa jazdy i mieć nie chcę. Jestem tak rozkojarzonym człowiekiem, że wysiadając z autobusu muszę nadepnąć trzem osobom na stopy i kogoś złokciować, bo zamyśliłem się, albo już patrzę w innym kierunku i zapominam o ostrożności. W samochodzie byłbym maszyną do zabijania (pozwolę sobie nie linkować do ostatniego incydentu z Holandii, choć kusi).

Tak naprawdę ten tekst w ogóle nie oddaje rzeczywistej sytuacji. Bo wcale nie mam dość. Wziąłem się po kilkumiesięcznej przerwie do pisania swojego traktatu o kulturze. I wydrukowałem sobie w ramach przypomnienia Czekając na Godota, żeby lepiej przygotować się do napisania pewnego scenariusza komiksowego. I za kilka minut zacznę przygodę z tekstami zebranymi Beuysa, bo egzamin z historii sztuki się zbliża.

Bo problem tkwi w tym, że nie pozostaje mi nic innego, niż ten cały high art, pretensjonalne manifesty i ledwo zrozumiałe dramaty. Mówię sobie: Zostaw to, odmóżdż się. I oglądam How to lose friends and alienate people albo pierwszy Halloween. I o ile to drugie dobrze znać ze względów popkulturowych, to oba te filmy są po prostu głupie.

Aż z tego wszystkiego nawet łapię się na docenianiu malarstwa, tego truchła, co to jakoś umiera, umiera, a nie może umrzeć. Szczerze zachwyciłem się obrazami Antoniego Starowieyskiego w warszawskiej galerii aTAK dziś. Może przy tej okazji opowiem o tym jak oglądam obrazy. Ja wiem, że to, co napiszę poniżej będzie brzmiało śmiesznie, że to takie artystowskie, ale jak widzę kogoś, kto przechodzi obok obrazu i bez zatrzymywania się zerka przez sekundę lub mniej, to zastanawiam się po co taka osoba idzie do galerii. Żeby zaliczyć i się pochwalić znajomym? By zastanowić się co ładnie by złamało pustą przestrzeń ściany w salonie?

Gdzieś przeczytałem taki żart (może już się dzieliłem, ale warto go ponownie przytoczyć - i parafrazuję, bo nie wiem skąd to i czyje to):

Co jest największym wrogiem malarstwa?

Brak krzesła.

Dla tych, co nie zrozumieli - Brak krzesła = zmęczone nogi = chcę szybko wyjść z galerii = nie chce mi się poświęcać kilku minut, by obejrzeć obraz, mogę go co najwyżej zobaczyć.

Polecam ten prosty przepis na odbiór malarstwa:

1. Wyłączyć telefon komórkowy, oddać torbę/plecak do szatni.

2. Jeśli się zupełnie nic nie wie o wystawie, na którą się idzie - przeczytać opis wystawy. Można to też zrobić dopiero po pobieżnym obejrzeniu prac, co jest wskazane dla cierpliwych.

3. Wejść do sali, rozejrzeć się pobieżnie, ustalić gdzie się zaczyna każdy cykl obrazów, gdzie kończy, wybrać niezatłoczone miejsce, podejść na odlegość 1-1,5 metra od upatrzonego obrazu.

4. Patrząc na obraz, wykonać kilka drobnych kroków w lewo, prawo, do przodu, do tyłu, aż ma się najbardziej optymalny punkt widzenia (odbijające się od werniksu lub szkła światło nie przysłania białą plamą najbardziej newralgicznych punktów obrazu / jakiś obcy obiekt lub człowiek nie rzuca cienia).

5. Obejrzeć obraz. Ustalić co na nim jest (przedmiot / abstrakcja); ustalić kompozycję (jak każda plama koloru ma się do innej / jak każdy kształt ma się do innego / jak ma podążać wzrok / jak faktycznie podąża wzrok / czy kompozycja jest zamknięta, czy otwarta / jak się mają układy pionowe i poziome do rozmiaru płótna i do długości jego boków, etc.; ustalić przestrzeń (czy kolory są płaskie / czy któryś się wybija / czy wybijają się jasne, czy ciemne / czy na przestrzeń ma wpływ kształt plam - jeśli tak, to co z kolorem robi kształt i co z kształtem kolor).

6. Podejść do plakietki przy obrazie, odczytać tytuł, technikę, rok produkcji (ten krok może zostać wykonany później, nie polecam go ignorować zupełnie, chyba że chce się wiedzieć jak najmniej o kontekście).

7. Stojąc kilkadziesiąt centymetrów od plakietki, wykonać kilka kroków w bok, aż się jest przy obrazie w odległości kilkunastu, kilkudziesięciu centymetrów od powierzchni (nigdy nie dotykamy obrazu).

8. Wykonywać ruchy całym ciałem, w celu zbliżenia się twarzą do pewnych partii płótna; można stać na palcach, skłonić się w kształt odwróconej litery L, nawet obrócić się i skłonić tak, by widzieć obraz do góry nogami. Zweryfikować jakimi metodami farba była kładziona, w jakiej kolejności, czy sposób nałożenia farby wpływa na wybicie jednego koloru przed drugi.

9. Wrócić do pierwotnej pozycji, z metr, czy półtora od obrazu, cofając się - nie obracając, nie tracąc obrazu z pola widzenia. Można cofać się zygzakiem, by upewnić się, że żadne elementy obrazu nie zmieniają się optycznie zależnie od punktu widzenia odbiorcy.

10. Stojąc w pierwotnej pozycji, raz jeszcze obejrzeć obraz, porównać odbiór z pierwszym wrażeniem.

11. W zależności od powierzchni galerii, panującego w niej tłoku, eksponatów stojących na środku sali, etc., cofać się do przeciwległej ściany, by odebrać obraz z daleka, lub, ujmując to inaczej, w miniaturze (czyli w takim rozmiarze, jak byśmy zobaczyli obraz na reprodukcji w książce). Jeśli obraz nam się zdecydowanie nie podoba, możemy ominąć ten krok. Wariacją jest pozostawienie obrazu, skupienie się na innych, i dopiero po czasie, gdy się obeszło sale do przeciwległej ściany, odwrócić się i spojrzeć ponownie na dany obraz. Jest to wariacja ryzykowna, człowiek może pogubić się od nadmiaru bodźców. Sugeruję ostrożność (najlepiej wypróbować na wystawie prawie jednakowych kolorystycznie i gabarytowo obrazów).

12. Nigdy nie oglądamy obrazów podczas wernisażu. Można na nie spojrzeć i potem szybko udać się do stołu z przekąskami i alkoholem.*

* W przypadku, gdy jesteśmy jedynymi gośćmi na wernisażu, wskazane jest jednak wykonanie pierwszych jedenastu punktów.

***

Inna rzecz, która mnie trapi ostatnio. Wyglądam wczoraj przez kuchenne okno i dotarło do mnie, że nie pamiętam kiedy ostatnio widziałem zdemolowany przystanek autobusowy. Naprzeciwko mnie kończą budować blok z balkonami otoczonymi szkłem. Szkłem! Ludzie!

Za moich czasów, gdy wracało się nocą, to co chwila banda wesołych chłopaczków biegała wokół jakiegoś przystanku autobusowego, rzucając w niego cegłami lub butelkami. Ja sam dewastowałem co dopiero odrestaurowane szkoły pierwszymi próbami graficiarskimi. A kiedy byłem jeszcze młodszy, to każda podróż do centrum z kumplami była misją, gdzie najważniejsze było przetrwanie. Bo prawie za każdym razem podchodziło dwóch drabów, przyciskało do muru i żądało pieniędzy. I trzeba było uciekać, albo pertraktować, albo dostać z bani i zmywać brylantynę z czoła i włosów przez resztę dnia.

Gdzie są te draby dziś?! Zagłębiam się non stop w różne małe uliczki w różnych dziwnych miejscach Warszawy, wierząc że będę mógł wyratować jakiegoś malca z opresji (lub pośmiać się z jego bezradności, jeśli jest grubym okularnikiem trzymanym pod kloszem przez rodziców), a tu nic! Patrzę na tagi na kamienicach, na wiersze kiboli, i daty są tak stare, że ho ho. No jest trzecia fala, która ratuje graficiarstwo przed zupełnym zanikiem (jeden ich szablon otworzył mi oczy i przestałem mówić o generacjach, a właśnie o falach) - choć mało to chuligańskie, niby na nielegalu, ale pełno w tym ideałów i pozytywizmu. Przyznaję, że windy dla inwalidów cieszą się niesłabnącym powodzeniem wśród chuliganerii, choć też to już takie ugrzecznione, bez kupy na środku i wybitych szyb.

Ja się pytam - co młodzież robi dzisiejszymi czasy?! Czy te telefony komórkowe z niebieskimi zębami, sześcioma milionami pikseli i grami dżawa tak im poprzewracały w głowach? Czy brak muzyki na kanałach muzycznych, wypartej przez programy randkowe, jest jedną z przyczyn? Z tym całym peace and love i wolnością i dążeniem do indywidualności (która z indywidualnością z kiedyś ma niewiele wspólnego), już nawet prostytucja wśród młodych jest wyłącznie zabawą i kolejnym akcentem w ich konsumpcyjnym życiu.

Jeśli czyta to jakiś uczeń lub uczennica gimnazjum - proszę, wybij jutro jakąś szybę, napisz HWDP na komisariacie, strać dziewictwo z obleśnym chłopakiem, który rzuci Ci kasę na podłogę i splunie na Ciebie (albo najlepiej oddaj się za sześciopak taniego piwa).

Chcę wierzyć, że świat nie zmienia się aż tak szybko.

***

Zacząłem od wspomnienia o zespole King Missile. Na tym projekcie też skończę. Znam ich już od dawna, a dokładnie od bodajże dziesiątego roku życia.

Matka odwoziła mnie wtedy do szkoły, a brata do przedszkola. Włączyła Double T FM, odpowiednik naszego Radia Zet - radio familijne, dobrze nastrajające na początek dnia. Typowe piosenki, M People, John Farhnam. Był za kwadrans dziewiąta rano.

Matka nie wsłuchuje się nigdy w piosenki i skupiona na jeździe, nie zauważyła, że życie jej synów zostaje sprowadzone na inne tory. Moje poczucie wyobcowania, fascynacja śmiercią, powracająca cyklicznie nienawiść do ludzi, problemy z seksualnością - mają jedną przyczynę. Tą przyczyną jest puszczona pewnego ciepłego dnia w roku 1993, widocznie w ramach jakiegoś chorego żartu, poniższa piosenka.

piątek, 24 kwietnia 2009

Finał LBK - errata

Nowy post, a nuż rozleniwieni przez eresesy czytelnicy przegapiliby ważną wieść.

W klubie Punkt odcięto na cały łikend prąd i wodę.

Bitwa zostaje przełożona na czas bliżej nieokreślony.

Ale wkrótce ten czas zostanie określony i poinformuję o tym tu.

ech.

Finał Ligi Bitew Komiksowych już dziś.

Klub Punkt, ul. Koszykowa 55, godzina 21.
Wstęp 6 złotych.

O Bitwach Komiksowych już swego czasu wspominałem, więc nie będę się powtarzał.

Mogą Państwo za to obejrzeć krótki reportaż o bitwach. Ech, kupuje sobie człowiek nową kurtkę, by dziewczyna nie wstydziła się chodzić z nim po ulicy i by ojciec przestał wyzywać od kloszardów, a potem ogląda się w telewizji i uświadamia sobie, że po prostu ma brzydką mordę i żadna kurtka nie pomoże.

Na potrzeby reportażu zrobiliśmy bitwę pokazową. Ja zrobiłem takie coś pod podany temat:


Była dyskusja o tym, czy można puścić w telewizji słowo "Czarnuchy". Ostatecznie poszło. Taki ze mnie tani skandalista.

Wpadajcie dziś, piwo pijcie, tańczcie i dobrze się bawcie.

A jeśli szukacie innych ciekawych zajęć w ten łikend i jesteście z okolic Warszawy lub Radomia, to zapraszam na Motyw Drogi po łikendowy rozkład jazdy.

sobota, 18 kwietnia 2009

05:12

x


Straciłem smak i jest mi zimno.

Trzęsę się z tego zimna.
trzęsę się. to też jest ruch
więc ruszam się choć tak zimno
i nie czuję. bo straciłem smak

Nie smakuje papieros ani
skóra zdjęcia filmy
ludzie cztery piętra pode mną
(bo jestem na czwartym pietrze i widzę ich przez okno lub z balkonu).

Chce mi się rzygać po szklance wody.

Wszystko śmierdzi mięsem.
lubiłem mięso ale teraz wszystko nim śmierdzi
kuchnia i ta szklanka wody
papieros też nim śmierdział
choć smaku nie czułem

Jest zimno. Trzeba się przykryć. Zasnąć. Obudzić. Smakować. Wziąć do pracy. Jeść. Przypomnieć sobie. Odzyskać


x

środa, 15 kwietnia 2009

Andrzej

x


Nie stoi już przede mną Andrzej, który

szedł chodnikiem
stał na światłach
szedł chodnikiem
wysiadł z autobusu
jechał autobusem
wsiadł do autobusu
biegł na przystanek
schodził po schodach
wychodził z mieszkania
wypróżniał się
jadł
wstał

Tamtych Andrzejów już nie ma.


Napisane w Ogrodzie Saskim
pod wpływem rozmyślań o
pamięci ptaków
kwestii czasu
człowieku jako projekcie


x

środa, 8 kwietnia 2009

To miejsce...

Wyjrzałem przez kuchenne okno przed chwilą i zobaczyłem dokładnie ten sam widok, co w powyższych kadrach. Może bez radarów. Ale też były czerwone światełka na tle granatowego nieba.

Prace nad polską wersją Łajki dobiegają końca. Zachwyca mnie praca kolorystki, Hilary Sycamore. I to, co autor, Nick Abadzis, robi w sferze języka tak komiksowego, jak i pisanego.

Czas na kilka godzin snu, nim wrócę na mroźne radzieckie stepy.

Zostawiam Państwa z pięknym utworem, przy którym literuję Łajkę. Dziękuję w tym miejscu Mariuszowi za zapoznanie mnie z Loscil.

Dobranoc. Dzień dobry.

czwartek, 2 kwietnia 2009

"Złagodzić ból istnienia" i "Łowcy" - spojrzenie na komiksy Tomka Obelskiego


Zdjęcie Tomka Obelskiego (z Alei Komiksu)

Jednym z moich ulubionych zajęć ostatnich miesięcy jest wpisywanie tytułów moich komiksów, jak i swojego nazwiska w różnych konfiguracjach w góglu, a nuż widelec trafię na kilka słów o swojej twórczości na jakimś forum, czy blogu. Okazuje się, że tej przyjemności nie może sobie też odmówić Tomek Obelski, który trafił do Pubu pod Picadorem, wpisując swoje nazwisko do wyszukiwarki i zostawił nawet komentarz. Jak już wspomniałem, komiksy pana Obelskiego są dość niezwykłe. Jednakże przedstawiłem je tylko w formie kuriozalnej ciekawostki, która dała kilku komiksiarzom chwilę radości podczas WueSKowego afterparty. Komentarz autora zmotywował mnie, by już zupełnie na poważnie przyjrzeć się jego pracom, bez ironii i bez imprezowego kontekstu.

O autorze dowiedziałem się z dwóch bardzo ciekawych wywiadów. Pierwszy przeprowadził Maciej Reputakowski, drugi - Dariusz Cybulski.

Podczas WSK, trafiliśmy ze znajomym twórcą, Łukaszem Dybalskim, do stoiska Tomka Obelskiego i przejrzeliśmy jego debiut - Złagodzić ból istnienia. Strona plastyczna zrobiła zwłaszcza na Łukaszu pozytywne wrażenie, więc, kierowany ciekawością, zakupiłem wspomniany album, jak i drugi wydany komiks - Łowców.

Swego czasu byliśmy z Łukaszem na filmie The Devil and Daniel Johnston. Po seansie można było porozmawiać z reżyserem, Jeffem Feuerzeigem. Zapytałem - Czy faktycznie wszyscy tak zachwycają się Danielem Johnstonem, czy to po prostu taka kontrkulturowa moda? Dlaczego nikt nie zabierze go do profesjonalnego studia i nie nagra porządnego albumu? Reżyser wydawał się trochę zbity z tropu. Mówił o szczerości przekazu i o tym, że nagrano jeden profesjonalny album, ale zabrakło w nim tego, co czyniło twórczość Johnstona wyjątkową.

Z perspektywy widzę naiwność swojego podejścia. Reżyser nie był zbity z tropu, tylko był zirytowany, że musiał mi tłumaczyć o co w tym wszystkim chodzi.

Zresztą zawsze musiałem wtrącać się na festiwalach filmowych z niewygodnymi pytaniami, które mi się wydawały mądre. Tak też było w przypadku retrospektywy dokumentów czeskiego twórcy, Karela Vachka. Jego powieści, jak wolał je nazywać, trwały ponad trzy godziny. Z dwa razy tyle widzów zostawało na końcu seansu. Zapytałem więc - po co robi tak długie filmy? Czy nie lepiej trafić do większej ilości osób, zwłaszcza gdy się ma tyle ciekawych rzeczy do powiedzenia? I dostałem odpowiedź, którą dopiero w praktyce zrozumiałem z rok temu. Jego film zobaczy kilka osób. Ale wśród tych osób może znajdzie się ktoś, kto coś z tego weźmie i przeniesie na inne pole - we własnym filmie, książce, bądź dyskusji.

W tamtych naiwnych czasach wierzyłem w te wszystkie hasła starszych i wydawało mi się mądrzejszych ludzi, że jest coś takiego jak sztuka. Że coś jest sztuką, a coś już nie jest. Że prawdziwe dzieło broni się samo. Teraz wiem, że te wszystkie kwestie są peryferyjną grą słów, którą ludzie uprawiają z różnych pobudek.

Niektórzy, bo wolą, by inni myśleli za nich i klepią gotowe, wyczytane formułki.

Inni dlatego, że wierzą w platońskie byty idealne, do których możemy próbować się zbliżyć poprzez "portale", jakimi są pewne prace malarskie, filmowe, etc.

Jeszcze inna grupa po prostu jest uzależniona od słów, jak od każdej innej używki. I potrzebują ich coraz więcej. Sam męczę się z ciężkimi książkami, brnę przez nie, czasem zapominając o obowiązkach, by poczuć dosłowny haj po skończeniu. A potem następuje zjazd, kiedy cały świat wydaje się zupełnie inny po lekturze. Dla mnie najsilniejszym uderzeniem w zeszłym roku była Kraksa Ballarda, przeczytana w Hiszpanii i po której wycofałem się z relacji międzyludzkich, przestałem szukać pracy, wróciłem do Polski i zaszyłem się na kilka tygodni w pokoju.

Tak naprawdę wszystkie twory kultury jakie mamy są rozwinięciem najprostszych gestów i potrzeb, jakie ma każde rozwinięte zwierzę. Nie można jednoznacznie określić pewnej grupy ludzi jako artystów. Bo co ich łączy? Nic, tak naprawdę, jak nic nie łączy większości Polaków, ani większości Katolików.

Czy artysta to człowiek, który lubi tworzyć?

Ja okropnie się męczę przy tworzeniu, nie lubię rysować, malować nie umiem. Pchają mnie głównie różne obsesje i znów - chęć poczucia haju. Każdą pozytywną recenzję mojej twórczości czytam kilkadziesiąt razy, czując że jestem genialny. A jak jest negatywna recenzja, to jestem zmuszony do walki, inaczej - do działania. Coś wyrywa mnie z marazmu i każe reagować. I reaguję, bo chcę wygrać walkę i poczuć haj.

Czy artysta ma obowiązek tworzyć rzeczy estetyczne lub etyczne?

A piramida zwierząt Kozyry? A pies umierający w galerii? A rytuały z wnętrznościami zwierząt?

Czy artysta musi być biegły technicznie?

Poproście większość studentów Akademii Sztuk Pięknych, by zrobili pasek komiksowy. Z głowy. Okaże się, że większość nie potrafi proporcji złapać, jak nie ma modela. Już nie mówiąc o tym, by twarz postaci była taka sama w kilku następujących po sobie rysunkach. A jak mierzyć biegłość techniczną np. w performansie?

Oczywiście na wszystkie te pytania pewni ludzie będą potrafili odpowiedzieć bez problemu. Niektórzy powiedzą, że ani performance, ani martwe zwierzęta nie są sztuką. Że trzeba mieć biegłość techniczną, etc, etc. I zacznie się kolejna zabawa, przy której miło lub niemiło spędzimy czas. Ale to jest zabawa, nic więcej, jak Literaki na Kurniku, lub obstawianie wyścigów konnych.

***

Dopiero w świetle tego, co powyżej napisałem, mogę podumać nad komiksami Obelskiego. Bo jeśli chcielibyśmy wpasować te prace w pewne powszechnie przyjęte normy to trzeba by napisać:

- Rysunki są proste. Niektóre dzieci na przełomie przedszkola i podstawówki potrafią już na takim poziomie rysować. Postacie mają szczegóły (palce, nosy, uszy), czasem zdradzają emocje (radość, smutek), praktycznie zawsze rysowane są en face lub z profilu. Czasem postać przedstawiona jest w ujęciu 3/4, ale naiwnie - jest to raczej połączenie pewnych elementów en fas z pewnymi elementami z profilu. Brak dbałości o anatomię, dłonie są zbyt małe, ciała zbyt cienkie, postacie często nie mają kolan i łokci. Perspektywa jest umowna. Rysownik potrafi posługiwać się linijką, choć linie nie zbiegają się do żadnego punktu, postacie stojące dalej są często większe, niż te stojące bliżej.

- Kolory w Złagodzić ból istnienia są cienko kładzione, nie budują przestrzeni. Plansze są zupełnie płaskie. Za to same kombinacje kolorystyczne wywołują niepokojący nastrój, ciekawie ze sobą współgrają jako płaszczyzny płaskiego koloru. Łowcy z kolei są w odcieniach szarości, z elementami czerwieni (krwi). Jest to ciekawy zabieg, choć słaba jakość druku powoduje, że przy nieodpowiednim świetle strony są plamami szarości.

- Komiksom brakuje korekty, pełne są błędów ortograficznych, stylistycznych, gramatycznych.

- Kwestie wypowiadane przez postacie wzięte są z różnych konwencji. Obok siebie sąsiadują pełne patosu wyznania z wulgarnymi odzywkami. Autor wprowadza czasem rymy lecz nie bacząc na metrum. Wydaje się, iż zabieg mieszania stylistyk, jak i braku korekty są niezamierzone (co sugerować mogą wypowiedzi autora w trakcie udzielanych wywiadów). Prowadzi to do sytuacji, w których pewne sceny, mające być w założeniu poważne, bawią. Grupowe czytanie wyrwanych z kontekstu fragmentów omawianych komiksów może w wyniku wymienionych wad, być powodem ogólnej wesołości, zwłaszcza jeśli znajdujące się w grupie osoby są pod wpływem środków odurzających (np. alkoholu).

- Autor świadomie korzysta z pewnych gatunków komiksowych:

Złagodzić ból istnienia jest postmodernistyczną pracą, łączącą na 46 stronach esej naukowy (informacje o działaniu konkretnych narkotyków), powieść obyczajową (poczynania głównych bohaterów), surrealizm (sekwencje senne), autobiografię (wg. wywiadów niektóre elementy powieści autor zaczerpnął z własnych przeżyć; do tego w samym komiksie pojawia się rysownik komiksów wspominający swoje wcześniejsze dokonania plastyczne). Całość przesycona jest cytatami (głównie z lektur szkolnych). Jedna sekwencja senna przypomina przygody Tytusa, Romka i Atomka, popularnego komiksu adresowanego do dzieci i młodzieży. Autor w ironiczny sposób przebija czwartą ścianę. Wchodzi w dialog ze swoimi postaciami. Sami bohaterowie świadomi są swojej komiksowości. Całość zamyka się w alegorycznej klamrze.

Łowców można najłatwiej sklasyfikować jako połączenie pornografii z horrorem. Nie ma już wątków obyczajowych ani autobiograficznych, choć znów, autor jawnie wskazuje na umowność historii, wkładając w usta jednego z bohaterów wypowiedź "To już ostatni twój tekst w tym komiksie!"

Reżyser The Devil and Daniel Johnston też zapewne mógłby w podobny sposób przeanalizować twórczość piosenkarza. Ale co z tego, gdy piosenkarz ujął go nie tym, co łatwo przyrównać do wytyczonych ram, a właśnie czystą esencją tego co robi.

***

Proszę kliknąć, by zobaczyć większy obrazek. Jest to jedna z moich ulubionych plansz z debiutu Tomka Obelskiego, przypominająca prace Boscha.

Gdy czytałem Złagodzić ból istnienia przypomniałem sobie o swoich licealnych i późniejszych przygodach z narkotykami. Marihuana, hasz, ekstaza, grzyby, kwas. Bohaterowie komiksu zamiast ekstazą faszerują się amfetaminą. Nigdy mnie do niej nie ciągnęło, bo używana była wśród moich znajomych przed egzaminami. A bałem się, że stanę się hiperaktywny podczas sprawdzianu i zamiast lepiej zdać, to po prostu nie zdam. A wystarczająco trudno i długo przechodziło mi się przez szkołę, by ryzykować powtarzanie roku dwa razy. Zresztą widziałem jak długo niektórzy dochodzili do siebie po tych egzaminacyjnych ekscesach i tym bardziej nie miałem ochoty próbować.

Podczas wszelkich zabaw z halucynogenami robiło się różne szalone rzeczy. Od niewinnego rysowania i wypisywania teorii o działaniu świata, po skakanie przez płoty, co skończyło się złamaną ręką.

Zrobiliśmy sobie raz ze znajomym spacer po Lasku Bielańskim, upalając się wcześniej. W pewnym momencie ocknąłem się i zauważyłem, że biegam po lesie, wygłaszając najgenialniejsze wiersze, jakie kiedykolwiek człowiek stworzył. Pamiętam tylko fragment jednego z nich. Brzmi:

Gdzie on jest?
Ten pies?

Chwilę później znów się ocknąłem. Zupełnie nie pamiętałem tego, co się wcześniej działo. Wiedziałem tylko, że teraz siedzimy skuleni w jakiejś pełnej liści dziurze i znajomy jest przerażony. Próbował coś wydukać. Mówił coś o niebieskim trollu, o tym, że go zabiłem, że udało nam się uciec. Wreszcie jego nieskładna opowieść zaczęła tworzyć klarowną całość: Wyszliśmy na główną drogę, a tam stał wóz policyjny. Jeden z policjantów, widząc, że się dziwnie zachowujemy, wyszedł z samochodu i poprosił nas o legitymacje. I wtedy wypchnąłem go na drogę, wprost pod pędzące auto. Nie zostało nam nic innego, jak uciekać. Słuchałem znajomego z coraz trzeźwiejszą głową i coraz większym niedowierzaniem, aż nie zawyły syreny policyjne. Zrobiono obławę.

Godzinę spędziliśmy schowani, aż zaryzykowaliśmy wyjście z lasu. Żadnej obławy nie było, choć faktycznie przez kilka minut sygnał policyjny huczał po lesie. W ogóle, to źle zrozumiałem znajomego z tymi niebieskimi trollami i wszystko skończyło się śmiechem.

Pełno mieliśmy ze znajomymi takich przygód. Do czasu aż raz, już podczas studiów, nie nagraliśmy się z kolegą podczas tripu LSD. Gdy obejrzeliśmy to potem, nie było ani wojny w Wietnamie, ani sobowtórów wsysających do lustra, ani skomplikowanych choreograficznie tańców w rytm piosenek Beastie Boys. Było tylko dwóch bełkoczących, ledwo przytomnych facetów rzucających się po pokoju. A w pokoju obok spał młodszy brat kumpla. Dziesięcioletni dzieciak. Wiadomo, że nie spał, tylko słyszał te brednie, co wygadywaliśmy i słyszał nas obijających się po pokoju. Obaj poczuliśmy się zażenowani.

Słuchanie osób, które przez te kilka lat jeszcze intensywniej sobie poczynali, niż ja, wsłuchiwanie się w ich bełkot i w ich zupełnie bezsensowny tok myślenia, też zaczęło być żenujące.

I to samo zażenowanie poczułem teraz przy lekturze komiksu Tomka Obelskiego. Idealnie oddał atmosferę tamtych lat, z dokumentalną wręcz precyzją. Od czerstwych dowcipów, przy których turlało się po podłodze całymi godzinami, przez wielkie olśnienia o ukrytych mechanizmach rządzących wymiarami, po sposób łączenia najdziwniejszych faktów w najbardziej nieprawdopodobne konfiguracje.

Żeby to przedstawić, to albo trzeba napisać książkę pokroju My, dzieci z dworca Zoo, albo stworzyć Złagodzić ból istnienia. Bo film traktujący o berlińskich narkomanach był żałosny - to taki obrazek dla ludzi, którzy myślą, że pije się heroinę i wącha hasz. Już prędzej Dzienniki Koszykarza z DiCaprio pokazały coś, co jednocześnie przerażało, ale i pociągało. Z Aronofskim i jego Requiem dla snu jest ten problem, że ten film wali po mordzie, ale pokazuje już najskrajniejsze rezultaty uzależnień. Co też mi się nie podoba.

Bo my lądowaliśmy na ziemi i wracaliśmy do szkoły, na studia, do pracy. Człowiek, który przez pół nocy przytulał się do krzesła następnego dnia podpisywał z klientami umowy w banku. Człowiek szukający przez godzinę pod stołem gier planszowych, których nie było, pół doby później wynajmował jakiemuś małżeństwu piękny apartament w Londynie za grube pieniądze. Z uśmiechem na twarzy i profesjonalizmem w głosie.

Bohaterowie komiksu robią to, co tytuł sugeruje - łagodzą ból istnienia. I jak będą głupi, to skończą na dnie. Ale patrząc na to realnie - zapewne pobawią się, poszaleją, a potem pójdą swoimi drogami i będą żyć dalej, zapalając sobie po skręcie raz na pół roku ze znajomymi z pracy.

Nie żałuję zakupu tego komiksu. Jego szorstkość i szczerość dają o wiele lepszy wgląd w świat młodego człowieka lubiącego odlecieć, niż jakakolwiek profesjonalna broszurka o narkotykach. Jak miałbym z jakimś młodym popalającym zioło człowiekiem porozmawiać o używkach, to wpierw dałbym mu to do przeczytania, by zobaczył, że to co robi jest zabawne i nawet pouczające, ale może, przy odrobinie nieuwagi, zaprowadzić na manowce, gdzie człowiek zatrzymuje się w rozwoju i trwa w jednej błogiej chwili, z której nie może się wyrwać.

***

Proszę kliknąć, by zobaczyć większy obrazek.

Łowcy, jak już zostało napisane, to porno-horror. Gdyby zabawić się w psychoanalityczne interpretacje, to można by powiedzieć, że to bohaterowie Bólu istnienia, którzy wydoroślali, weszli w tryby systemu, ale którzy wciąż szukają coraz silniejszych bodźców i pokątnie karmią swoje żądze. Gdy broniłem komiksu Hard, zwrócono mi uwagę, że dopowiadam to, czego w samej pracy nie ma. Zgadzam się. Takie komiksy jak Łowcy i Hard to jest czysta pulpa - nieskomplikowane historie pełne seksu i przemocy, pełne pretensjonalnych wypowiedzi występujących w nich postaci.

Z drugiej strony, jestem przeciwny interpretowaniem ich w, że tak powiem, czystej formie. Po to cały wstęp powyżej, po to linki do wywiadów, po to zestawienie moich własnych przeżyć z przeczytanym debiutem Obelskiego, by dać jak najpełniejszy obraz interakcji, jaka nastąpiła. Nie uważam wpatrywanie się w obraz abstrakcyjny bez znajomości założenia twórcy za bardziej szlachetne. Uważam to za uboższe. Bo nie dochodzi do interakcji między dwojgiem ludzi - jest to wyłącznie czysto egoistyczny przejaw hedonizmu - łażę i szukam ładnych widoków albo będę mógł szpanować przed znajomymi że widziałem ten obraz na żywo.

Bo to jest tak. Autor nie potrafi narysować anatomicznie poprawnej twarzy. Możemy siedzieć i płakać nad tym faktem lub przejść nad nim do porządku dziennego i skupić się na innych elementach komiksu. Na przykład kompozycji.

Rzecz zaczyna się od sceny w kościele. Ksiądz prosi podczas mszy o datki, bo nie ma wystarczająco środków na dokończenie dzwonnicy. Wśród zgromadzonych wiernych chodzą szepty, że księża wydają zbierane pieniądze na prostytutki i dlatego nie mają na dzwonnice. Odwracamy stronę. Jest następny dzień, widzimy wykład z prawa na uczelni i scenę lekarza przy pacjencie w szpitalu. Następnie lekarz i student prawa zaczynają już w domu dyskusję - poznajemy głównych bohaterów, ojca i syna. Oczywiście człowiek biegły technicznie inaczej rozwiązałby całą kwestię, jeśli chodzi o rozplanowanie kadrów, dałby ich więcej, narysowałby postacie poprawnie i napisał ładniej z literackiego punktu widzenia dialogi. Ale to już jest sprawa formy. Już tu mamy wszystko, czego nam trzeba. Pierwsza strona nadaje ton - ludzie chodzą do instytucji, której przedstawicielom nie wierzą (ten motyw pojawi się potem w monologu policjanta, który czytając gazetę klnie na dziennikarzy). Ale i ci mogą kląć na księży i ten na dziennikarzy, póki dzieje się to pokątnie.

Lekarz i student należą do grupy, która pokątnie porywa kobiety, a potem wypuszcza w las, gwałci i morduje. Potem to oglądają, jak główny bohater filmu Peeping Tom. Ścigający ich policjant wymusza przemocą, by inni mężczyźni robili mu dobrze ustami. Jest w tym coś przerażającego, ale i fascynującego.

Swego czasu mieliśmy w Kowalni pewne ćwiczenie. Polegało ono na tym, że dobieraliśmy się trójkami. Jedna osoba miała leżeć bezwładnie, a pozostałe dwie miały ją dotykać. Wpierw delikatnie. Muskanie skóry, wyczuwanie ciała pod ubraniami. Potem silniej, wyczuwanie kości i żył. Następnie naciskanie. I wreszcie, poruszanie tym ciałem. Podnosiło się tej osobie rękę i patrzyło jak opada jak kawał martwego mięsa. Z głuchym łomotem uderzała o podłogę. Niektórzy nabawili się lekkich kontuzji. Gdy było się osobą leżącą, to przez pierwsze 20 sekund próbowało się powstrzymać śmiech. Bo dotyk łaskotał i ogólnie było to dosyć niezręczne i niekomfortowe, zwłaszcza że w całej sali było z pięć takich grupek. Ale po chwili śmiech ustawał i człowiek zaczynał czuć się jak mięso. Było to przerażające, ale i fascynujące.

Na palcach jednej ręki mogę policzyć znajome mi osoby, które nie chcą rozmawiać o pokątnych fascynacjach, które nigdy nie wchodzą na strony dozwolone od 18 lat i które faktycznie nie odczuwają od czasu do czasu społecznie nieakceptowanych żądz. Nie, żeby reszta chciała wprowadzać te żądze w życie, ale póki ograniczają się do niewinnego gadania lub robienia prac plastycznych, dopóki nie robi się czegoś, za co mogą zamknąć w więzieniu, to wszystko jest w porządku. Z chęcią nakręciłbym filmową adaptację Łowców, z całą pulpowością dialogów i wulgarnością niektórych scen, by fascynaci mogli sobie przy tym ulżyć.

Łowcy są wykwitem pewnych fascynacji, bo przecież zrodziły się w głowie autora, a nie zostały zesłane na papier przez szatańską magię. I tak jak Hard nadają się najlepiej do wspólnego pubowego odczytu i zalążka do dyskusji o własnych ukrytych fascynacjach. Bo przyjemnie jest dać sobie upust wśród znajomych, pożartować z różnych dziwnych myśli, a potem wrócić do bycia lekarzem, studentem prawa lub kimkolwiek innym się na co dzień jest.