wtorek, 14 lipiec 2009

It was daylight when you woke up in your ditch. You looked up at your sky then. That made blue be your color.






























Skończyłem po nocnym posiedzeniu storibord do animowano-komiksowej reklamy, wyszedłem po papierosy i wodę oligoceńską i wracając przystanąłem. Przede mną niebo żarzyło się różami, pomarańczami, fioletami - buchało nimi i kipiało. Wiem, że wiele ludzi ma taki widok codziennie w drodze do pracy. Dla mnie, wstającego koło południa przez większość roku jest to widok rzadko spotykany. Dzisiaj jest właściwie moim widokiem dobranocnym. I może też dlatego takie wrażenie wywarł. Bo nie spieszę się nigdzie. Wykonałem pracę, jaką sobie na ostatnią dobę założyłem, już nie dostaję ataków spazmów od kaszlu, więc miałem w ustach pierwszego od tygodnia Łesta Ajsa. I poczułem takie dziwne uczucie, związane z czasami liceum, kiedy to przez większość wakacji w 2000 r. nocowałem u kumpla, po raz pierwszy czatowałem (ze studentką psychologii, z którą się niestety kontakt po jakimś czasie urwał, ku mojej wielkiej, nastoletniej rozpaczy), po raz pierwszy słuchałem zespołu Tool i codziennie jeździeliśmy z kumplem na rowerach. Był to piękny czas. Poza tym, że mocno przesadzaliśmy z ziołem, ku utrapieniu mojej matki i niewiedzy jego rodzicielki. Teraz nie ma marihuany. Jest za to rower - wyjęty wczoraj po dwóch latach rdzewienia w piwnicy. Zerkam co chwilę na piękną, wyczyszczoną ramę i nie mogę wyjść z zachwytu dla tego urządzenia. Po kilku godzinach snu pójdę wreszcie kupić nowe części i będę znów mógł jak w liceum szaleć sobie po fortach Bema, wzdluż Wisły i na trasie Warszawa - Łomianki prowadzącej do mojego dobrego znajomego, Jacka, u którego kiedyś zasypiało się na trawniku i budziło dopiero, gdy zimno było od rosy i trzeba było dobijać się do gospodarza, bo wszyscy poszli spać do cieplych pokoi i zamknęli wszystkie drzwi do domu. Teraz dopiero, jak mój cudowny rower jest tak blisko mnie, widzę ile ja straciłem przez te ostatnie lata właśnie przez to, że zamknąłem mojego przyjaciela w piwnicy. Bądźcie mądrzejsi ode mnie. Nigdy nie zamykajcie przyjaciół ani rodziny w piwnicy.

poniedziałek, 13 lipiec 2009

40 stopni w cieniu, czyli o urodzinowych szaleństwach

Olga Wróbel już pokazała mały wycinek naszych imienino-urodzin zorganizowanych na działce Jacka Jastrzębskiego od piątku do niedzieli. Bartek Biedrzycki też podzielił się swoimi wrażeniami.

To teraz obszerna fotorelacja ode mnie.

Piątek. Warszawskie Bemowo.
Prawie 40 stopni gorączki.


Niedziela. Wciąż warszawskie Bemowo.
Wciąż prawie 40 stopni gorączki.

Jednakże, te kilka dni spędzonych pod warstwami zimnych okładów, potu, smarków i klejącego się syropu na kaszel, którym się oblewałem podczas ataków kaszlu, miało swoje plusy.

Miałem bardzo ciekawe sny.

Nadrobiłem zaległości filmowe.

I zauważyłem jak tragicznie marnuję czas. Ale tak naprawdę patologicznie marnuję czas. Więc zaczynam walczyć ze swoim największym nałogiem, internetem.

I przestaję się wykręcać podziwem dla Duchampa, który przestał tworzyć i zaczął grać w szachy.

Zaczynam rozumieć słowa Beuysa - "Milczenie Marcela Duchampa jest przeceniane".

Zatem na czas najbliższy lub dalszy koniec długich, smętnych wywodów człowieka, który patrzy w sufit, kiedy mógłby wyjść na rower lub wreszcie zacząć rysować nowy komiks. Będę po prostu dawał krótko znać o kolejnych osiągnięciach. Mam nadzieję, że jak najczęściej.

piątek, 3 lipiec 2009

Duszności

x


Mężczyzna z dłonią w kieszeni prowadzi psa po osiedlu, dziewczęta na balkonie wzbogacają ciszę nocną, na chodniku tli się pet.

Przeczytane przed kilkoma godzinami porno-opowiadanie rezonuje w głowie przeciążonego duchotą wspomnień młodzieńca.

Szuka sakralnej przestrzeni
w cegłach kościoła
w pisku dziewcząt
w trawie, w trzewiach.
Szuka świętego
w mężczyźnie z psem.

Chrząka przez suche gardło, wraca do mieszkania, kładzie się, wymyśla kolejne epifanie, dostaje ataku kaszlu, uspokaja się, nasłuchuje.

Przez otwarte na oścież okno wleciały owady i stukają o sufit niczym deszcz.


x

poniedziałek, 29 czerwiec 2009

Bałtycki Festiwal Komiksowy - retrospekcja

Jeśli już zdążyliście przekląć się za nie bycie na Bałtyckim Festiwalu Komiksowym po lekturze relacji Karola, Unki, Olgi, Mateusza, Tomka, Piotrka i Wojtka to jeszcze ja dorzucę swoje trzy grosze, bo lubię kopać leżącego.

Impreza, choć kameralna, była zorganizowana w pełni profesjonalnie. W jednej sali odbywały się wykłady, w drugiej warsztaty, w trzeciej rozdawano autografy i przeprowadzano wywiady, a piętro wyżej znajdowała się giełda. Przestrzeń biblioteki była idealnie dopasowana do celu. Nie było mowy o spotkaniach w małej klitce za toaletami, jak to bywa na WSK. Prelegenci mieli do dyspozycji mikrofony, rzutniki, laptopy, sztalugi i Bogdana z jego ekipą, którzy czuwali, by nie było żadnych technicznych ani logistycznych problemów.

Dzięki temu, że organizatorzy postawili w dużej mierze na młodych, którzy mieli przygotować autorskie warsztaty i wykłady, nie było mowy o nudzie. Spotkania z rodzimymi twórcami, które przybierają formę jedynie wywiadu przed publicznością są wtórne wobec tego, co czytelnicy już od dawna wiedzą z blogów i serwisów, a i pytania zazwyczaj są bezpieczne, a odpowiedzi nic nie wznoszące. Formuła wykłado-warsztatów pozwoliła na przekazanie publiczności ogromnego bagażu nowej wiedzy, jak i na większą interakcję między opowiadającym, a słuchaczami. Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony, gdy na prezentacji Karola Kalinowskiego publiczność wchodziła w dyskusję, a nie siedziała w milczeniu, jak to zazwyczaj bywa.

Dzień później na moim wykładzie z kompozycji w komiksie miałem największą w dotychczasowej karierze publiczność (a odbywało się to o 10 rano! Po interparty!), a na warsztat stawiła się grupa o wiele większa, niż przewidywałem . Bardzo mnie to ucieszyło, gdyż przygotowałem dość wymagające ćwiczenia warsztatowe, gdzie uczestnicy dostali fragment scenariusza i niezależnie od talentu plastycznego mieli zakomponować ten tekst w formie obrazowej na planszy. Sami mieli zdecydować ile kadrów dadzą, jakie informacje ze scenariusza przekażą, a z których zrezygnują. Wszyscy spisali się świetnie, prezentując bardzo zróżnicowane rozwiązania, nad którymi wspólnie dyskutowaliśmy.

Jak już napisali inni goście festiwalu - zadbano o nas, jak byśmy byli zagranicznymi vipami. Na piątkowym wernisażu wystawy Komiks japoński - bogactwo stylów, bogactwo treści czekał na nas stół pełen tradycyjnych japońskich potraw. Sama wystawa odbyła się w Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia, w której wyżej prezentowane były bardzo ciekawe prace współczesnych twórców. Sobotni obiad w innej bibliotece był tak wykwintny, że aż czułem się nie na miejscu. Radek Bolałek na Interparty co chwila podbiegał do nas, by sprawdzić, czy jesteśmy kontent. Zdaję sobie sprawę, że w dużej mierze ta gościnność była wynikiem kameralności imprezy i w późniejszych latach, gdy będzie się rozrastała, już nie będzie jak tak dbać o wszystkich. Ale przecież nie chodzi o wytrawne obiady, a o te drobne, a ważne gesty. To, że idąc na swój wykład nie muszę się obawiać, że będzie półgodzinna obsuwa, bo komputer nie chce działać. To, że organizator osobiście wymienia kilka zdań z każdym z uczestników. To, że choć pewnie za kulisami było wiele stresu w dopinaniu wszystkiego na ostatni guzik, ani Radka, ani Magdę, ani Bogdana i jego asystentów nie opuszczał dobry humor, który udzielał się wszystkim innym. Oczywiście w tym miejscu również muszę pozdrowić panie ze stoiska Unii Europejskiej, które stały przy wejściu na imprezę, ale integrowały się z nami jakby były częścią naszej ekipy, a nie płatnymi propagatorami molocha, który finansuje festiwal.

Jedyne zastrzeżenia mam do bitwy komiksowej, która była zorganizowana ad hoc. Sztalugi były wetknięte w róg Irish Pubu, jedna oparta o ścianę pod takim kątem, że trudno było dojrzeć co uczestnik narysował. Prowadzący, Bartek Sztybor, nie miał mikrofonu, przez co jego funkcja ograniczała się wyłącznie do prezentowania swojej urody i przekazywania rysownikom tematów. Czuję również, że Guy Delisle i David Lloyd, zagraniczni goście, którzy wzięli udział w bitwie, czuli się trochę zagubieni, zwłaszcza ten pierwszy, bo Lloyd po prostu dał popis warsztatowy. Tradycyjna formuła bitwy, gdzie wymyślane są dość abstrakcyjne hasła-tematy działa wśród młodych. Jestem pewien, że Mawil, gdyby był, bez problemu by sobie poradził. Wśród starszych, nie do końca rozumiejących specyfikę konkursu i będący pod wielkim ciężarem bariery językowej i kulturowej, lepiej byłoby dawać bardziej konkretne tematy, jak to bywa na MFK, gdzie jest jasny cel - narysować Miss Festiwalu. Przemyślenia te są wypadkową moich rozmów z Wojtkiem Stefańcem i Tomkiem Pstrągowskim.

Teraz, żeby już Was nie męczyć, a może właśnie pomęczyć psychicznie - fotorelacja. Zapewne na serwisach pojawią się zdjęcia z oficjalnych spotkań, ja kontynuuję tradycję pozostałych gości i zamieszczę galerię kuluarów imprezy.

BFK - FOTORELACJA

W piątek zainspirowani wystawami współczesnej fotografii i video-artu w Łaźni, postanowiliśmy przygotować performance. Tutaj kulminacyjny moment pracy pt. Pasja 2, gdzie Bartek Sztybor wchodzi w dialog ze znaną wystawą gdańskiej twórczyni - Doroty Nieznalskiej. Zaraz nastąpi odsłonięcie genitaliów.

*
W sobotę Unka Odya zabrała mnie do byłych zakładów mięsnych, tak zwanej Rzeźni. Teraz są to tylko ruiny. Ale jakie! Ogromne hale, z których największe wrażenie robi ta, cała spalona od wewnątrz.

*
Rzeźnię, poza gdańską młodzieżą odwiedziły już takie osobistości jak Czesław Miłosz, który popełnił okolicznościowy wrzut,

*
jak i Kajetan Wykurz, który wyskrobał swoją ksywkę na piątym piętrze jednego z budynków.

*
Unka zabrała mnie również na Akademię Sztuk Pięknych. Nie mogłem wiele zobaczyć, bo trwały egzaminy wstępne, ale pierwsze wrażenie ekspozycji, jak i samego budynku o wiele bardziej pozytywne, niż w mojej rodzimej uczelni. Dziękuję Ci, Unko, za wycieczkę i za linoryt Bazyliszka. Jak go tylko zawieszę w pokoju, to podzielę się z gośćmi Pubu tą piękną pracą.

*
Dużo czasu spędzaliśmy na pogawędkach w letniej rezydencji TeO. Awangardowa architektura nawiązująca do słynnego Domu nad wodospadem Franka Lloyda Wrighta, ale jeszcze bardziej ekstremalnie asymilująca przestrzeń człowieka z otaczającą go naturą (vide brak dachu). Na zdjęciu od lewej: Piotr Nowacki, Olga Wróbel, Łukasz Mazur, Łukasz Babiel, Karol Kalinowski i Bartosz Sztybor.

*
Arbuzowa róża była centralnym elementem dekoracyjnym podczas sobotniego obiadu w bibliotece. Jak zdradził kucharz, różę wyciął nożem tajskim w 20 minut, bo czas go gonił i nie do końca jest zadowolony z efektu. I beg to differ.

*
Obiad jedliśmy na stojąco lub rozlokowani na schodach na wygodnych pufach. Paweł Timofiejuk ukontentowany po skończeniu kolejnej pysznej porcji, Karol powoli delektujący się swoim posiłkiem, w tle Unka i Zuza Kochańska tworzą ranking facetów zebranych w bibliotece. Olga dyplomatycznie milczy.

*
Przykład kompozycji wewnątrzkadrowej. Po lewej stronie człowiek klon. Dzień później widzieliśmy człowieka o dokładnie takiej samej fizjonomii w innym gdańskim lokalu, obsługującego klientów. Niech nie zmyli Was miła aparycja, jest to zapewne kolejny egzemplarz T2000, których armia systematycznie przesyłana jest z przyszłości. Tylko dlaczego do Gdańska? Czyżby John Connor spędzał w Trójmieście wakacje? W centrum zdjęcia Tomek Pstrągowski, który podsłuchawszy rankingowe rozmowy Unki i Zuzy, przybiera luzacką pozę z nadzieją, że rzucą dla niego swoich chłopaków.

*
Bitwa komiksowa w Irish Pubie. Tomek Pastuszka i David Lloyd. Penetrujące spojrzenie Anglika wciąż śni się biednemu komiksiarzowi z nad Wisły po nocach.

*
Temat: From Hell. Praca Tomka została zasztyletowana przez rysunek współtwórcy V jak Vendetta.

*
Fatum lewej sztalugi ciąży tym razem nad Guyem Delisle, który półtorej minuty od startu bitwy wciąż stoi sparaliżowany, nie wiedząc jak poradzić sobie z horror vacui.

*
Temat brzmiał Kroniki polskie. Guy narysował bezradność, jaką poczuł zerkając przez ramię Piotrka. Twórca Kwazia zatopił swojego przeciwnika w półlitrówce czystej.

*
Bolesna nauczka. Po bitwie Kaczyński kontra Obama zrozumiałem, że kpienie z własnego prezydenta jest w porządku, ale nie gdy idzie to wespół z gloryfikacją innego. Piotrek z kolei wiedział, żeby posypać każdą głowę państwa szczyptą ironii i bezproblemowo przeszedł dalej, by ostatecznie zostać zwycięzcą całego turnieju. Gratuluję, Piotrze!

*
Rednex i niezapomniany przebój Cotton Eye Joe! Na pierwszym planie Szymon Holcman i Jacek Jastrzębski aka Ystad sprawdzają kto potrafi wyżej podnieść kolano, na drugim planie Karol i Łukasz oddają się beztroskim harcom, a w tle Ania, partnerka Wojtka Stefańca, jest pod jego nieobecność molestowana przez timofa.

*
Gdy poleciały pierwsze nuty Greka Zorby, znikły wszystkie odruchy lokalnego nacjonalizmu i Gdańszczanie zaprosili komiksiarzy do jednego, pulsującego braterską miłością kręgu. TeO, timof i Olga czujący good vibes.

*
Zbiorowy portret alegoryczny. Mężczyźni, myśliciele, przedstawiają racjonalną część osobowości ludzkiej. Kobiety, uosobienie ludycznego, sensualnego pierwiastka, oddają się ekstatycznemu podrygiwaniu w rytm muzyki. Od lewej: Unka, Mateusz Skutnik, Bartek, Szymon, Łukasz, Karol, Zuza.

*
Jedyne zdjęcie z naszego hostelu znajdującego się nieopodal mostu bliźniaczo podobnego do warszawskiego mostu Świętokrzyskiego. Chyba, że to jeden z transformersów przybrał taką postać, będąc w zmowie z kelnerem-terminatorem. Na Waszym miejscu w najbliższym czasie trzymałbym się od Gdańska daleko. Na zdjęciu widzimy, jak Piotrek heroicznie odsuwa Olgę z linii strzału pochylonego Bartka. TeO, zgodnie z tym co uczyli na przysposobieniu obronnym, stoi we framudze drzwi. Do Szymona tymczasem powoli dochodzi nieunikniony tragizm jego położenia.


A teraz
galeria portretów
wybranych uczestników (reszta nie nawinęła się przed aparat, gdy naciskałem spust).

Enigmatyczny Wojciech Stefaniec w pełnej krasie. Oczywiście bez jeszcze bardziej enigmatycznego brata, Stefana.

*
Guy Delisle siedzący przy stole i rysujący Guya Delisle'a rysującego przy stole Guya Delisle'a rysującego przy stole Guya Delisle'a rysującego przy stole...

*
Gdy Karol zajęty jest autografowaniem dla tych hien, co to niby trzymali się z nami po koleżeńsku, a potem, gdy już byliśmy na rauszu, wyciągnęli kartki, albumy i przybory do rysowania, Olga wpada na pomysł, co dalej narysuje w komiksie zbiorowego autorstwa, jaki powstawał tamtego wieczoru.

*
Unka pod takim wrażeniem idealnych cartoonowych oczu, jakie właśnie narysował Piotrek, że aż jej mowę odjęło i usta zespoliło.

*
Ystad, który żyje z kupowania komiksów, spędza czas na dokładnym przemyśleniu niedzielnych inwestycji.


*
Z Tomkiem obmyśliliśmy plan. Stworzymy największy popkulturowy ewenement tej dekady. Nasze wnuki będą dzieliły historię na Przed genialnym tworem Tomka i Daniela i Po genialnym tworze Tomka i Daniela. Tomek po wstępnych rozmowach już się rozmarzył, nie mogąc zliczyć wszystkich nowych fanek, jakie to nowe przedsięwzięcie mu przyniesie.



*
Specjalne bonusowe zdjęcie na pulpit wszystkich pań. Goły tors Łukasza B. i jego przenikliwe spojrzenie. A może to światłowstręt spowodowany fleszem. Och, a gdybyście widziały jak Łukasz tańczył Makarenę, trzymając koszulkę na nadgarstkach, jak kajdanki. Resztę zostawiam Waszej wyobraźni.


*
Mateusz i Bartek. Między nimi papieros, niby miecz w Tristanie i Izoldzie, mający chronić ich przed grzechem. Ale cóż to za iskierki czają się w ich oczach? Cóż za diaboliczne plany oni knują? Doprawdy - nie wiem.

A teraz KONKURS.
Czyja to jest dupa?

Zdjęcie wykonał Mateusz Skutnik. Nagrodą w konkursie jest autograf Dupy w zapachoszczelnym pojemniku*.

* Dupa zastrzega sobie prawo zrezygnowania z przyznania nagrody.

wtorek, 23 czerwiec 2009

Summertime

A ku ku.

Cały czas tu jestem, w sensie w sieci, tylko zamiast silić się na toporne teksty baraszkuję sobie po różnych ustrojstwach pozwalających na szybką wymianę krótkich myśli. Przez to i tu wymienię kilka krótkich informacji by być zgodnym z zeitgeistem, a może za jakiś czas powrócę do starej formuły elaboratów.

***

Zalogowałem się ostatnio na Second Life. Po co? Otóż, gdy byłem ostatnio w Portugalii poznałem na wernisażu zdjęć studentów naszej Akademii pewną, jak się potem okazało, bardzo ważną osobistość. Ma na imię Silvestre Pestana i jest uznanym w Portugalii krytykiem i kuratorem. Organizatorka naszego wernisażu uznała jego obecność jako coś bardzo nobilitującego. Pan Pestana wyróżniał się tym, że co chwilę wygłaszał jakiś hermetyczny żart, po czym odrzucał głowę do tyłu i śmiał się jak jakiś arcywróg Bonda tuż po wyjawieniu swego diabolicznego planu. Poza tym widocznie znudził mu się meatspace (moje ulubione słowo ostatnio) i stworzył wirtualną galerię w Second Life. Dostałem namiary i muszę go wreszcie odwiedzić na którejś wyspie, gdzie się galeria ta znajduje. Ale jak na razie nie wiem jak przefarbować swoje włosy z rudego na blond i jak okulary założyć. Do tego podczas pierwszego wieczoru trafiłem na wyspę, gdzie zblazowana amerykańska młodzież gadała o seksie a na głównym skwerku półnagie prostytutki przymierzały różne staniki, gdy wokół nich genetycznie modyfikowani robo-ludzie skakali po ulicach. Czułem się jak w Little Big Adventure w świecie antymaterii, albo przynajmniej jak na Ziemi 2 z komiksu Morrisona i Quitely'ego. Jak ogarnę się z szoku i nauczę się zakładać okulary, to możemy się umówić w Drugim Życiu na piwo. Ja się nazywam Leinad Shoreman.

***

Mam też swojego minibloga na Twitterze i konto na Facebook. Jak szaleć, to po całości. Tłiter jest o tyle dobry, że zastępuje opisy na gadu gadu, których i tak nikt nie czytał. A teraz wiem, że jak podzielę się jakimś wersem ze słuchanej właśnie piosenki, to skażę kilka(naście) osób na przeczytanie tego. Do tego Tłitera działa jak czat, co jest bardzo wygodne.

Z Fejsbókiem ociągałem się jak swego czasu z Gronem. Ale dałem się namówić i oczywiście wsiąkłem. Bardzo wygodne to w komunikowaniu się ze światem. Komentarze, mejle, czaty, wszystko bardzo intuicyjne. Czuję się jak podczas niektórych sennych sekwencji, kiedy to w jednym pomieszczeniu są wszyscy moi znajomi i mogę sobie chodzić od jednej grupki do drugiej i zagadywać. Na pewno mnie czasochłonne niż umawiać się z ludźmi z liceum, znajomymi z Akademii, komiksiarzami i wszystkimi nie mieszczącymi się w tych szufladkach z osobna. I nie muszę wydawać na piwo.

W ogóle ciekawe są te fluktuacje, jakie obserwuję. Przenoszenie ciężaru dyskusji z mejli do forów do blogów do kolejnych mediów. To wszystko staje się o wiele bardziej efemeryczne, ale coraz bardziej zbliżone do zwykłego spotykania się i rozmawiania - dystans jest coraz mniejszy. Znajomi z sieci teraz wiedzą o wiele więcej o moim codziennym życiu niż matka za ścianą.

***

Zbliża się wielkimi krokami Bałtycki Festiwal Komiksowy. Odbywa się w Gdańsku w ten łikend, czyli w sobotę i niedzielę, 27-28 czerwca, choć wiele ludzi związanych z komiksem będzie już w piątek zjeżdżało się na biforka. Nie wiem jak to wygląda od kuchni, ale bardzo pozytywnie odbieram profesjonalizm, z jakim ten młody festiwal jest organizowany. Będzie dużo wykładów i warsztatów prowadzonych przez młodych komiksiarzy, co jest o wiele ciekawszym rozwiązaniem niż spotkania z twórcami, gdzie to opowiadamy to samo, co na naszych blogach widnieje od miesięcy.

Ja będę w niedzielę prowadził o 10.00 wykład z kompozycji komiksu. Mówił będę o montażu całości jak i o kompozycji elementów na rozkładówce, na stronie, na kadrze, o tym jak czytać pewne rozwiązania kompozycyjne i jak wprowadzać pewne zabiegi, by one niosły nam historię i byśmy nie musieli polegać tylko na słowach albo na literackiej wartości rysunków. Potem z chętnymi pójdziemy do małej sali, gdzie o 11.00 poprowadzę warsztaty z kompozycji. Nie wiem jeszcze jak to będzie wyglądało, ale chyba będą to proste ćwiczenia z układania elementów na stronie. Talent rysunkowy nie będzie potrzebny - wystarczy wyobraźnia. Zatem i na warsztaty zapraszam nie tylko rysowników, ale i czytelników stroniących od ołówka i piórka.

O BFK w pigułce napisał Łukasz Babiel na Motywie Drogi. Zerknijcie tam po wszelkie informacje dotyczące gości, punktów programu, zniżek w pubach dla odwiedzających. Z jednym z organizatorów BFK, Radosławem Bolałkiem, przeprowadził wywiad inny Łukasz - Mazur z Kolorowych Zeszytów. Gorąco polecam lekturę obydwu tekstów i zapraszam na BFK!

***

Na odbywającym się w Gdańsku festiwalu powinna mieć premiera nowego, piątego Ziniola. Jest to pewnie najlepszy dotychczasowo wydany numer. Wywiady i artykuły bardzo ciekaw, a komiksy z całego świata na wysokim poziomie. Żadnego zapchajdziurstwa.

W tym miejscu chciałbym podzielić się radą ze składaczami prasy. Jeśli wisi nad Wami dedlajn, którego i tak nie uda się dotrzymać mimo trzech dób nie spania, nie upijajcie się do nieprzytomności w noc poprzedzającą pracę. Na moje usprawiedliwienie mam to, że znajomi wyciągnęli mnie na Antychrysta von Triera i trzeba było omówić szczegółowo sens filmu. Do tego jeden ze znajomych jest wcielonym szatanem i zawsze sprowadza mnie na złą drogę w takich chwilach.

***

Timof wydał ostatnio fantastyczny komiks - Wykiwanych. Nie mieszałem w nim palców, więc polecam po prostu, dlatego że to świetna lektura. Ostrożnie podchodziłem do określenia "życiowy komiks", jakim określono tę pozycję. Ale faktycznie jest życiowa. Alex Robinson przedstawia nam losy sześciu głównych i kilkoro pobocznych postaci w realistyczny sposób, kładąc nacisk na podyktowane cechami charakteru wybory, jakie jego bohaterowie podejmują. Może niczego nowego nie odkryłem, ale niewątpliwie pewne wątki pozwoliły mi spojrzeć na pewne aspekty mojego życia z dystansu i z innej perspektywy. Do tego postać Nicka wyzwoliła we mnie fizyczną agresję, której nie czułem względem literackiego bohatera od czasów Ameryki Franza Kafki. Choć czuję, że ta nienawiść jest mocno podyktowana tym, że podświadomie sam mógłbym postąpić jak on i nie chcąc dopuszczać takiej myśli do siebie, odreagowuje się na bohaterze komiksowym lub literackim.

***

Dużo będzie się działo przez to lato, jeśli chodzi o moją pracę komiksową. Nie chcę niczego zdradzać, póki to jest wszystko w postaci luźnych szkiców, ale tak czy siak, przez ostatni rok użalałem się i pisałem smętne wywody - teraz czas na wykorzystanie tych przemyśleń i działanie!

Sobie i Wam życzę owocnego lata i do przeczytania wkrótce. A żeby Was rozruszać, kawałek który kojarzy mi się z jednym z obozów harcerskich z mojej młodszej młodości:


sobota, 6 czerwiec 2009

Tekst niesponsorowany

Jestem osobą głosującą. Od skończenia pełnoletności nie przegapiłem żadnej szansy, żeby oddać głos, kiedy nadarza się okazja. Jak nastąpi odpowiednia koniunktura na ogólnoświatową rebelię i będzie pomysł na nowy ład społeczny, to chętnie się dołączę i pobiegam po barykadach, ale na razie jestem częścią systemu takiego, a nie innego i uważam oddawanie głosu w wyborach za rzecz słuszną. Na pewno za słuszniejszą niż nie oddawanie głosu. Można żyć poza systemem - wydawać albumy muzyczne i komiksy własnym sumptem, żyć w skłotach, zarabiać ulicznym graniem albo żebraniem. I jeśli się jest konsekwentnym w takiej antysystemowości, to proszę bardzo, można się na wyboru wypiąć. Ja jednak mimo wszelkich chęci nie jestem rasowym panczurem - korzystam z internetu, mam abonament telefoniczny, jeżdżę komunikacją miejską i uczęszczam do publicznej szkoły wyższej. Czuję się sprzężony z systemem.

Jednocześnie nie mam siły na indoktrynację. Nie obchodzi mnie to co gadające głowy mówią w telewizji, co rodzice uważają za słuszne, co jest modne wśród kolegów. Chcę oddać głos na kogoś, kto ma zbieżne ze mną poglądy i jakieś zasługi, a nie na kogoś, kogo częściej puszczają w telewizji, albo kto jest jedynką na liście. Dlatego bardzo się cieszę z inicjatywy Głosuję.com.pl. Serwis, na którym rejestrują się politycy. Potem obywatel wypełnia ankietę dotyczącą poglądów na wszelkie sprawy polityczne, a program ustala którzy kandydaci mają najbardziej zbieżne poglądy z Twoimi. Proste. Jak już widzę takie słupki, to mogę sobie wejść na strony odpowiednich polityków, poczytać o nich i ich dokonaniach i dokonać wyboru zgodnego ze swoim sumieniem. Co ciekawe, z partii lubiącej bojkoty wszelakie, tylko jeden polityk zarejestrował się na serwisie, chociaż zwolennicy tej partii nie muszą przecież korzystać z jakiegoś serwisu, by wiedzieć na kogo głosować.

Już po raz drugi korzystam z pomocy takich ankiet i czuję się z tym dobrze, bo i tak wskazują mi zawsze na partię, na którą zwykłem głosować. Ale dzięki ankiecie sam zastanawiam się nad swoimi poglądami a potem konfrontuję je z trendami, jakie panują wśród różnych polityków i partii.

Tak więc proponuję wszystkim powyżej osiemnastego roku życia, którzy mieli jutro wypiąć się na system, ale którzy czytają te słowa w swoim wygodniutkim fotelu w wygodniutkim mieszkaniu, ciesząc się z wszelkich wygód, jakie im system proponuje, żeby weszli na Głosuję.com.pl, a jutro wyszli zagłosować.

Kończąc te polityczne dywagacje, zostawiam Was z łanszotem pochodzącym z Powidoku.

(Uprasza się o kliknięcie dla właściwego odbioru)

wtorek, 2 czerwiec 2009

Yo, party people!

Deszczowe dni dają się we znaki? Szukacie jakiegoś bodźca, który napompuje Was energią? Przeszukujecie kolekcję swoich ulubionych imprezowych kawałków i wszystko wydaje wam się nie tak?

Aphex Twin zbyt popowy?

Aphex Twin - Ventolin


Sui Generis Umbra zbyt emo?



Lustmord zbyt efekciarski?



To spróbujcie norweski projekt Helge Stena, ukrywającego się pod pseudonimem Deathprod!



Natrafiłem na Deathprod w ramach poszukiwań wszelkich wystąpień poety noszącego imię Matt Burt. Zetknąłem się z jego twórczością po raz pierwszy w piosence True Middle zespołu Motorpsycho i rozłożył mnie na łopatki. Recytuje też podczas jednego utworu Deathprod. Przypominało mi to jeden z moich ulubionych utworów Slint - Breadcrumb trail, a było bezpośrednim bodźcem do napisania wiersza K.

Już bardziej rozruszani?