BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO

poniedziałek, 18 lutego 2008

Czym jest Powidok?

Ciąg dalszy polemiki z Karolem Konwerskim:

"Autor zapytuje o pretensjonalne jazdy i mielizny artystyczne: ot prosze: w początkowych jednoplanszówkach pojawiają sie tematy które są albo naiwne i pretensjonalne albo są w ten sposób ujmowane nie dziwi mnie to bo....

to naturalna kolej rzeczy - wynikającą z doświadczenia, najpierw walimy pretensją potem uczymy sie jak jej unikać a potem potem uczymy sie jak ta pretensję wykorzystywać że staje sie non-żenadą."

Karol Konwerski

***

Bardzo się cieszę z tych słów. Bo pomijając oczywistość, że z wiekiem lepiej będzie i z każdym kolejnym komiksem będę się doskonalił (albo takie jest przynajmniej założenie), to dostrzeżony został jeden z najważniejszych moich zamysłów.

Lubię gatunek bildungsroman i od lat pracowałem właśnie nad taką koncepcją komiksu. Zresztą genialnie oddaje tę koncepcję Blankets Thompsona. W latach 1998-2003 pracowałem nad (wtedy myślałem) swoim debiutem, p.t. "Atrophia."

"Atrophia" w założeniu było trzytomowym komiksem o bezdomnym chłopaku imieniem Szczur. W skłocie w którym mieszkał, miał przyjaciela - Michała. Ten wciąż obiecywał jak to wydrze sie z tej rzeczywistości, ale zawsze ulegał swoim słabościom. Szczur pewnej nocy ratuje pewną dziewczynę od gwałtu, zabijając napastnika i samemu prawię z rąk tegoż ginie. Gdy zostaje odratowany przez Michała, postanawia odnaleźć dziewczynę.

Cudowne, nieprawdaż? Cały pierwszy tom utrzymany był (był - bo naszkicowałem całe 60 stron) w tonacji takiego naiwno-romantycznego podejścia. Jak była symbolika, to ta najbanalniejsza. Dopiero drugi tom miał zająć się introspektywnym przebadaniem głównego bohatera i motywów jego postępowania. Trzeci tom miał być o etyce.

Mówi się, że pewne zespoły dorastają wraz z widzami. Albo niektóre seriale. To samo chciałem uczynić w obrębie jednego komiksu. Wyszedłem z takiego założenia - Mam np. 19 lat. Słucham piosenki napisanej przez 40-latka. Jeśli odpowiednio się w nią wgłębię, spróbuję spojrzeć na świat przez pryzmat człowieka w zupełnie innej sytuacji niż ja, to skoczę te kilka lat do przodu. Po co mam odkrywać to, co odkryłbym za 20 lat, gdy mogę to zrobić teraz. Czy nie po to obcuję z kulturą?

Gdy porzuciłem Atrophię i już napisałem kilka łanszotów, to postanowiłem ten cel wdrożyć w życie. Nie chciałem nigdzie publikować moich komiksów, by były chwilą wytchnienia podczas lektury Aktivista. Pierwsza połowa "Powidoku" nie jest zatem antologią. Komiksy zawarte tu nie są ułożone chronologicznie, lecz według kilku struktur.

Jedną z nich jest wzrastający poziom trudności. Zacząłem od tych łanszotów, które zawsze bawiły ludzi nie czytających ani literatury ani tym bardziej komiksu. Ale nie posądzajcie mnie też od razu o marketingowy cynizm.

Niektóre komiksy są tutaj nie dlatego, że są wartościowe same w sobie. Bo rozpoczynający cały tom "Evviva l'arte" jest sam w sobie wtórny. Przestaje nim być dopiero, gdy zestawimy go z początkiem Epilogu, w którym pokazany jest już zupełnie inny zestaw bodźców motywujących do tworzenia. Ale przede wszystkim przestaje nim być, gdy przyznam się tutaj, że "Evviva l'arte" nie jest atakiem na innych twórców. Jest w pełni dokumentalnym sprawozdaniem z pierwszej iskry, która ostatecznie doprowadziła do "Powidoku". Od pół roku miałem blokadę twórczą i pewnego dnia, pod koniec grudnia 2003, dokładnie w takich warunkach wpadłem na pomysł, by zrobić komiks o tym pomyśle. I potem poleciały kolejne. Tama pękła.

Denerwuje mnie ten antagonizm między tak zwanymi artystami i komiksiarzami. Hipokryzją by było, gdybym śmiał się z malarzy i rysował komiks jak to ludzie zachwycają się obrazem na podstawie kupy, jeśli daję ludziom komiks, który by nie powstał, gdyby nie parcie pewnego grudniowego dnia 2003.

Tak samo wtórnie może być odczytany komiks pod znamiennym tytułem "Nie rozumiem sztuki". Że niby jestem frustrat, bo nauczyciel nie lubi moich wypocin, a lubi wypociny innych, więc im dowalę. Ale wystarczy pobieżna znajomość z historii malarstwa, by wiedzieć, że wspomniany w puencie Picasso nie malował abstrakcji. Hasło "nie rozumiem sztuki" nie jest wołaniem frustrata, który nie rozumie, dlaczego inni nie doceniają jego twórczości, lecz jest ubolewaniem nad tym, że w dzisiejszych czasach panuje na Akademiach antyintelektualny pęd ku formalizmowi i ekspresji, i to tak arbitralny pęd, że jeśli chce się robić coś inaczej, to jest się uznanym za gorszego.

A jeśli ktoś powie, że tego wszystkiego, o czym tu piszę, nie da się odczytać z komiksu, to powtórzę po raz trzeci i ostatni (na tym blogu) - nie wierzę w skończoność "dzieła". Ja nie chcę słuchać, czy komuś się podoba, czy nie, bo to mnie interesuje tak bardzo, jak Ciebie, czy moim ulubionym kolorem jest zielony, czy niebieski.

Ja pragnę dyskusji. Rzuciłem tylko kilka haseł w formie komiksowej, by ją rozpocząć.

Brak komentarzy: