BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO

czwartek, 30 października 2008

Potłuczone butelki i rozlana benzyna

Epilog ostatniego wpisu, czyli jak wypadło spotkanie w Zachęcie.

Frekwencja dopisała, było z 40 osób, z czego tylko trochę ponad 1/3 to byli znajomi. Karolina Vysata, organizatorka spotkania, wpierw opowiedziała o trwającej do 9 listopada wystawie Rewolucje 1968, której nasz występ towarzyszył, a potem ja sobie pochodziłem po sali, głosząc swoje prawdy objawione i kpiąc ze wszystkich i wszystkiego, na wzór Billa Hicksa.


Nastąpiła po tym krótka dyskusja, która poza kilkoma ciekawymi obserwacjami nic specjalnego nie dodała, jak to zazwyczaj bywa na takowych spotkaniach.

Następnie miała mieć miejsce część filmowa, przynajmniej tak zapewniłem publikę, ale by to nastąpiło, wszyscy mieli odpowiednio się rozsiąść w trzech sektorach. I wtedy wyjawiłem plan części "warsztatowej". Jeden taki sektor miał iść do domu. Ten, który najmniej zasługiwał na obejrzenie filmów. Grupy miały między sobą wytypować która z nich wyjdzie, w innym wypadku my, organizatorzy, którąś wyrzucimy.

To co nastąpiło nie do końca spełniło czyjekolwiek oczekiwania. Wpierw solidarnie ludzie postanowili zostać. Niektórzy rzucali we mnie papierowymi samolocikami na znak protestu. Ale nie po to zgadzałem się na prowadzenie spotkanie o buncie, by ograniczyć się do zabawowych estetycznych gestów i potem przyjemnie dokończyć. Do tego doszło lekkie nieporozumienie w szeregach organizatorów. Skoro nikt nie chciał się ruszyć, ja chciałem wyłączyć projektor i zakończyć spotkanie. Ania Senkara - która przygotowała się do swojej części, zebrała filmy i zaprosiła jedną z reżyserek - chciała jednak pokazać owoc swojej pracy, i się jej nie dziwię. Dlatego nie wyszliśmy. I się ciągnęło. Aż widownia, coraz bardziej wkurzona, że ta gra jest bez sensu i pewnie nie puścimy filmów, zaczęła się wykruszać, aż wszyscy wyszli. I filmy nie zostały puszczone.

Ta końcówka nie była efektowna, choć cieszę się, że nasze spotkanie o buncie nie skończyło się wyłącznie na wygodnym siedzeniu na krzesełkach i gadaniu o abstrakcjach, tylko faktycznie skończyło się buntem widowni i buntem wśród organizatorów. Nie będę poczytywał tego za sukces - że skoro wszystkich wkurzyłem, to plan udał sie w stu procentach - ale też nie uważam za zupełną porażkę. Ja mam kolejną porcję wniosków, które pojawią się w dalszych pracach i komiksach. Mam nadzieję, że komuś też coś zaświtało tego wieczoru.

Spotkanie zostało nagrane. Jak zostanie kiedyś zmontowane i pokazane, to nie omieszkam tu powiadomić. Do tego czasu możecie obejrzeć sobie scenę, którą pewnie kojarzycie z pewnego filmu. Tu jest oryginalne wystąpienie i tak wyglądała końcówka wczorajszego wieczoru:


Linki do moich ulubionych komików to nie jest przypadek. Brakuje mi tego w polskim kabarecie i tym bardziej w polskich wykonawcach solo. Oczywiście znajdzie się kilka dobrych skeczów, ale w większości to jest miałke i bezpieczne.

Żądam dobrej komedii! Nie ważne, czy ktoś się zaśmieje, czy nie.

Żądam komedii, która kopie ludzi w twarz ich własną stopą.

Nawet jeśli potem oni skopią komedianta.

***

Poniżej umieszczam uwarunkowania psychologiczne buntu, od których rozpocząłem swoją prelekcję.

Motywy stojące za buntem jednostki wg Daniela Cha:

- Dążenie do własnej przyjemności poprzez walkę z tym, co uniemożliwia nam tę przyjemność.
(Walka o wolność słowa, o możliwość wybierania władzy, posiadania własności prywatnej)
Podczas spotkania wytknięto mi, że mówię o hedonizmie, a nie mówię nic o zaspokajaniu podstawowych potrzeb. Tak więc pod słowem "przyjemność" kryje się też "potrzeba".

- Wywarcie wpływu poprzez negację obecnej jednostki lub grupy posiadającej wpływ.
(Postawienie się przywódcy grupy szkolnej, ruch solidarnościowy, demonstracje przeciwko wojnie w Wietnamie)

- Dążenie do sławy poprzez skupienie uwagi na sobie / poprzez umieszczenie siebie w kontekście innych sławnych buntowników
(Samospalenie, pobicie rekordu świata, wykonanie czynu altruistycznego)

- Dążenie do akceptacji poprzez dołączenie się do buntującej się grupy
(Skrywany przed samym sobą konformizm)

15 komentarzy:

pjp pisze...

Kaufman jest świetny, mogłeś lepsze video wybrać w sumie.
http://www.youtube.com/watch?v=Yfsrg28jE7k
Zdecydowanie lepsze.

Daniel Chmielewski pisze...

Ha, Mighty Mouse rządzi też. Ale Gatsbiego dałem, bo słychać reakcje publiki oburzonej na to, co się dzieje.

A czy kojarzysz jakiekolwiek kontrowersje między polskimi wykonawcami a publicznością? Z chęcią bym zobaczył coś takiego na jutubie, jak ktoś wbiega na scenę i z Drozdą się leje, albo gdy ktoś z Mumio wyzywa się z publicznością z tylnych rzędów.

Anonimowy pisze...

jakbyś strzepnął se porządnie przed wielką masturbacją, to spotkanie byłoby ciekawsze, a tak oglądaliśmy masturbatora-okularnika miotającego się we własnych frustracjach.

Daniel Chmielewski pisze...

Następnym razem zdejmę okulary, by uprościć przekaz.

Dziękuję bardzo, że poświęciłeś swój czas, drogi anonimie i że wciąż jesteś z nami.

Przemek pisze...

Danielu, uogólniasz.

A jak zaklasyfikujesz pana Siwca, co się w 68 spalił na stadionie Xlecia? Chciał na siebie zwrócić uwagę, owszem. Ale nie robił tego dla sławy, ale aby zwrócić uwagę na ówczesną sytuację w czeskiej Pradze, jednak chciał by na niego zwrócono uwagę. nie wierzył raczej w to, że swoim aktem coś zmieni, ale chciał wpłynąć na rzeczywistość, na postrzeganie problemu. Poza tym czuł potrzebę, że do swojego celu musi dojść właśnie buntem, wyrażonym w ten sposób.

klasyfikację powodów buntu uważam za lekkie uproszczenie i generalizację.

pisałem ja, znaczy gąs

Daniel Chmielewski pisze...

Oczywiście, że uogólniam. Bo wydaje mi się, że świat naprawdę jest bardzo prosty. A na pewno mechanizm działania człowieka. Tylko że żyjemy w czasach, gdzie jest kładziony jakiś irracjonalny nacisk na indywidualność. I gdzie jeszcze bardziej irracjonalnie kultywuje się jakieś ideały, typu miłość, braterskość, wolność, abstrakcyjne hasła nie mające nic wspólnego z procesami psychicznymi i fizjologicznymi, które je definiują.

Ja nie mówię, że pan Ryszard postąpił źle. Albo bezsensownie. Zrobił z siebie symbol. Dobrze, potrzebujemy symboli. Tak jak uroczystość pogrzebowa Jana Pawła II była jednym wielkim symbolicznym eventem, z tą zamykającą się pod wpływem wiatru biblią. Tak jak WTC było wspaniałym symbolem.

Ale mnie w przedstawionych motywacjach nie interesuje zakorzeniona w danej kulturze analiza buntującego się człowieka. Tylko dlaczego w ogóle bierze się za coś, co wydaje mu się istotne, a co musi zrobić samemu (lub ze sprzymierzoną grupą)wbrew jakimś ogólnie przyjmowanym normom.

Wydaje mi się, że taki Ryszard Siwiec, naznaczony przez wojnę, podczas gdy służył w AK, nie bał się śmierci. Gdy widział jej bezsens, jej losowość i brak mistycyzmu w umieraniu, zresztą będąc jeszcze po filozofii, mógł sobie pozwolić na samobójstwo.

Chciał wywrzeć wpływ, nawet symboliczny. A popychało go do tego dodatkowo, że jeśli on nie da ludziom tak mocnego symbolu, to nikt im nie da. Nie wstydźmy się takiej egotystycznej motywacji. Gdyby nie istnieli ludzie żywiący wobec siebie przekonania, że jak nie ja, to nikt, to tonący byliby skazani tylko na ratowników, a ludzie przeżywający zawał w ogóle by w pełnym tłumie za każdym razem umierali.

To mniemanie o swojej racji również kazało mu wierzyć, że i inni mają podobne poglądy, tylko że potrzebują kuksańca.

To, że wolał symbolicznie się podpalić, niż żyć szczęśliwie z żoną to nie jest żadna wskazówka na wielką ponadczasowość w jego planie, tylko ponadczasowa prawda o tym jak mało istotna kobieta jest w życiu mężczyzny. Ma być matką, żoną i kochanką, ale nigdy nie będzie ważniejsza, niż jego największe pasje.

I jak jakiś facet spróbuje mi powiedzieć, że ten ostatni punkt to nieprawda, to pal licho, że kłamie na forum publicznym, może w obawie o to, iż jego dziewczyna kiedyś to przeczyta, ale jest po prostu nieszczery wobec siebie.

Anonimowy pisze...

Kompletnie nie wiesz o czym mówisz. Mieszasz wątki, wadliwie wyciągasz wnioski, zwyczajnie pieprzysz. Trzeba być naprawdę ciężkim kretynem, żeby ze śmierci Siwca wyciągać wniosek jakoby kobieta miała być nieważna dla mężczyzna. Trzeba być totalnym palantem, żeby stwierdzić, iż ponieważ Siwiec był po filozofii, mógł sobie pozwolić na samobójstwo. Wreszcie trzeba mieć naprawdę nierówno pod sufitem, żeby gadać o WTC jako o symbolu. Ignorancja, niedouczenie, potok pustych słów. To samo zobaczyli ludzie w Zachęcie i dlatego wyszli. Z zażenowania.

Daniel Chmielewski pisze...

Proszę bardzo, nie zgadzasz się ze mną. Bardzo dobrze. Ale w takim razie napisz coś, z czym można dyskutować.

Dobrowolnie przyszedłeś na występ i dobrowolnie wyszedłeś. Tutaj też dobrowolnie przychodzisz. Więc proszę dyskutuj, a nie zwalaj sobie konia na cudzych blogach, plamiąc wszystko klejącymi się inwektywami.

Szemrany pisze...

Wiem, że ten post się już trochę zestarzał, ale co tam. Zresztą nigdy nie miałem refleksu rewolwerowca.

Po pierwsze: Potrzeba i przyjemność to są dwie różne rzeczy i nigdy jedno nie może zawierać się w drugim. Ponieważ właśnie tym różnimy się od zwierząt, że my potrafimy nie tylko spożywać jedzenie (zaspokajać potrzebę), ale także delektować się nim (odczuwać przyjemność). W życiu nie słyszałem o tym, aby np. tygrys przyprawiał sobie mięso, bo tak lepiej smakuje.

Po drugie: Wiem, że fajnie jest siedzieć w cieplutkim domu w bamboszkach, i patrzeć jak się na Youtubie ludzie po ryjach leją, ale może warto jednak zaryzykować i pojść na kabaret na żywo? Bo tak się składa, że jak byłem na występie Mumio to owszem sytuację konfliktową stworzyli i zjechali publiczność (tylko na żarty, ale jednak). Poza tym nie jest chyba celem komedii wzbudzanie negatywnych emocji.

Po trzecie i ostatnie: Według mnie bunt jest to konflikt między wartościami,a aktualnie obowiązującymi prawami, normami czy zasadami (zarówno państwowymi, artystycznymi lub zwyczajowymi), w którym buntownik stoi po stronie wartości. Dlatego nie rozumiem takich przykładów buntu jak "pobijanie rekordu świata". Bunt musi być nielegalny lub/i "nieprzyzwoity" (czyli powinnien być negatywnym zjawiskiem z punktu widzenia władzy lub społeczeństwa), w innym przypadku mamy doczynienia wyrażeniem swojego niezadowolenia/ swojej niezgody albo tanim lansem. Według mnie wymienione przez ciebie cele mogą zostać wypełnione "przy okazji", ale nie są przyczynami buntu. Ponieważ owszem jakiś kolo może sobie pomyśleć: "oho, wreszcie okazja do zdobycia sławy", ale dopiero naruszenie jakiejś wartości wywoła bunt i nada mu siłę.

Dobra skłamałem - po piąte i naprawdę ostatnie: Jestem pewien, że znalazłoby się wielu facetów ,którzy woleliby spokojnie żyć z żoną zamiast ginąć, tylko sytuacje takie nie są wystarczająco sensacyjne i dlatego się rzadko o tym mówi. Aha, a teksty w stylu: "jak ktoś mówi się ze mną nie zgadza to tak naprawdę kłamie " są naprawdę żałosne.

Daniel Chmielewski pisze...

Dobry wieczór, Szemrany.

Moje pisanie o przyjemności bierze się z negatywnego poglądu, że przyjemność to brak bólu. Ból (szerokopojęty) wymusza na nas zaspokojenie potrzeby, co doprowadza do przyjemności. W takim sensie widzę powiązanie jednego z drugim. To, czym się różnimy od innych zwierząt, to tak a nie inaczej skonstruowana świadomość. Według mnie jest defektem genetycznym. Odnosimy wszystko do siebie, tworzymy abstrakty, między innymi ideały, do których dążymy, choć wcale do nich nie musimy dążyć. Jedni powiedzą, że gdybyśmy nie dążyli, to nie różnilibyśmy się niczym od zwierząt. A ja zapytam: Czy to byłoby złe? Nie widzę, dlaczego fakt, że potrafimy tworzyć skomplikowane narzędzia miałoby być czymś pozytywnym. Po prostu jest. Dlatego uważam świadomość za defekt genetyczny. Bo nie możemy przyjąć do wiadomości, że nie ma nic specjalnego ani pozytywnego w tym, co robimy.

Co do drugiego punktu - proszę mi wierzyć, że nie jestem zamkniętym wyłącznie w czterech ścianach bamboszowcem i wolę żyć prawdziwym życiem. Wszystkimi jego przejawami. I nie obce są mi sytuacje skrajne różnego rodzaju (bieganie po budowie, o której pisałem poprzednio, nie uważam za coś takiego, i zresztą chyba dość jasnym jest, iż wykpiwałem taką "buntowniczość"). Jednakże Pub pod Picadorem jest platformą do przekazywania pewnych myśli i dyskutowania nich i innych zjawiskach z naszej rzeczywistości. Nie planuję jednak pisywać o ekscesach z życia osobistego, jeśli niczemu miałyby nie służyć.

Punkt trzeci. No właśnie. Wartości. Jakie wartości? Jakieś obiektywne? Nie widzę takich. Każdy subiektywnie pielęgnuje jakieś tam swoje wartości. A że wcale tak dużo przez ten cały czas naszego trwania nie wymyśliliśmy, to duża szansa jest, iż niejedna osoba podziela te same wartości. Wystarczy, że kilka takich się zbierze i już powstają organizacje, związki zawodowe, partie, etc, etc. Nie neguję tego. Tylko też nie widzę żadnej wyższości w tym. Dziwne, że buntują się tylko Ci, którym ogranicza się wolność. Jakoś nigdy nie zbierze się grupa dyktatorów i nie powie: A my się buntujemy, my dajemy wam wolność, chcecie tego, czy nie!

A ten ostatni punkt - to tak populistycznie zaszalałem i faktycznie nisko. Więc gotów jestem na wszelkie baty za to.

Dziękuję, Szemrany, za te kilka strzałów i czekam na wyciągnięcie drugiego colta.

Pozdrawiam.

lena pisze...

Panie Szemrany, zgadzam się z Pańskim postem, dziękuję, że tak dobrze ujął Pan coś istotnego.

Żadna rewolucja się nie dokona, jeśli ustalimy jej ramki. Anarchia, głoszona w celu podkreślenia odrzucenia zasad jest niczym więcej, jak zbiorem kolejnych zasad.
Mury tworzy się murach w końcu...

Piszą Panowie o symbolach....
a czym one są???
Przyjemnością czy przypominaczem???
Czy na prawdę mamy tak mało zaufania w stosunku do siebie, żeby tworzyć coś, jak WTC???

Daniel Chmielewski pisze...

Symbole są symbolami - są wieloznaczne w przeciwieństwie do alegorii. I takie WTC, niezależnie od motywów stojących za atakiem, bo one są najmniej istotne, i zresztą pewnie ich nigdy nie poznamy do końca, stało się czymś w rodzaju żelaznej kurtyny, jasno określającej dla pewnych grup społecznych ten dobry, biały świat, i zły, czarny świat. Dla tych przy władzy określenie jednoznacznego wroga jest idealnym stanem, pozwalającym na podporządkowanie i manipulację. Widać to w "1984" Orwella, widać to w "Strażnikach" Moore'a. Zaufanie do samych siebie nie ma z tym nic wspólnego. Chodzi o odpowiednie wykorzystanie wielkich zdarzeń lub ich zaaranżowanie.

Paweł Łyczkowski pisze...

"I takie WTC, niezależnie od motywów stojących za atakiem, bo one są najmniej istotne, i zresztą pewnie ich nigdy nie poznamy do końca, stało się czymś w rodzaju żelaznej kurtyny, jasno określającej dla pewnych grup społecznych ten dobry, biały świat, i zły, czarny świat."

Motywy stojące za atakiem są akurat dla mnie najbardziej istotne, natomiast czy to wydarzenie stało się później symbolem czy nie, już mniej. Uważam że wiele osób ignoruje pewną ewentualność. Taką mianowicie, że zamachowcy byli całkowicie pewni tego, że zaraz po swojej śmierci pójdą prosto do raju. I że to był ich główny, jeżeli nie jedyny, motyw. I że był też głównym, jeżeli nie jedynym, motywem ich przełożonych.

scattering pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
scattering pisze...

W zasadzie (szybko czytając) generalnie z większością wypowiedzi autora się zgadzam - mam tylko jedno odmienne zdanie - nie uważam, że świadomość jest defektem genetycznym. Wg mnie świadomość jest efektem ewolucji. Pozdrawiam