BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO

czwartek, 30 kwietnia 2009

His three Rothkos had just been singled out in an article in Artforum entitled "The three most insignificant paintings of Mark Rothko"

Cicho siedzę ostatnio. Mam dość. Mam szczerze dość. Cytując fragment jednej z piosenek King Missile:

I've had it with puns, alliteration, Russian literature, Italian neorealism, meaningless cross references and laundry lists of nonsense. I shall drive without a license, without clothing, without direction.

Choć i ten tekst nie oddaje do końca rzeczywistej sytuacji, bo jeździć się boję, nie mam prawa jazdy i mieć nie chcę. Jestem tak rozkojarzonym człowiekiem, że wysiadając z autobusu muszę nadepnąć trzem osobom na stopy i kogoś złokciować, bo zamyśliłem się, albo już patrzę w innym kierunku i zapominam o ostrożności. W samochodzie byłbym maszyną do zabijania (pozwolę sobie nie linkować do ostatniego incydentu z Holandii, choć kusi).

Tak naprawdę ten tekst w ogóle nie oddaje rzeczywistej sytuacji. Bo wcale nie mam dość. Wziąłem się po kilkumiesięcznej przerwie do pisania swojego traktatu o kulturze. I wydrukowałem sobie w ramach przypomnienia Czekając na Godota, żeby lepiej przygotować się do napisania pewnego scenariusza komiksowego. I za kilka minut zacznę przygodę z tekstami zebranymi Beuysa, bo egzamin z historii sztuki się zbliża.

Bo problem tkwi w tym, że nie pozostaje mi nic innego, niż ten cały high art, pretensjonalne manifesty i ledwo zrozumiałe dramaty. Mówię sobie: Zostaw to, odmóżdż się. I oglądam How to lose friends and alienate people albo pierwszy Halloween. I o ile to drugie dobrze znać ze względów popkulturowych, to oba te filmy są po prostu głupie.

Aż z tego wszystkiego nawet łapię się na docenianiu malarstwa, tego truchła, co to jakoś umiera, umiera, a nie może umrzeć. Szczerze zachwyciłem się obrazami Antoniego Starowieyskiego w warszawskiej galerii aTAK dziś. Może przy tej okazji opowiem o tym jak oglądam obrazy. Ja wiem, że to, co napiszę poniżej będzie brzmiało śmiesznie, że to takie artystowskie, ale jak widzę kogoś, kto przechodzi obok obrazu i bez zatrzymywania się zerka przez sekundę lub mniej, to zastanawiam się po co taka osoba idzie do galerii. Żeby zaliczyć i się pochwalić znajomym? By zastanowić się co ładnie by złamało pustą przestrzeń ściany w salonie?

Gdzieś przeczytałem taki żart (może już się dzieliłem, ale warto go ponownie przytoczyć - i parafrazuję, bo nie wiem skąd to i czyje to):

Co jest największym wrogiem malarstwa?

Brak krzesła.

Dla tych, co nie zrozumieli - Brak krzesła = zmęczone nogi = chcę szybko wyjść z galerii = nie chce mi się poświęcać kilku minut, by obejrzeć obraz, mogę go co najwyżej zobaczyć.

Polecam ten prosty przepis na odbiór malarstwa:

1. Wyłączyć telefon komórkowy, oddać torbę/plecak do szatni.

2. Jeśli się zupełnie nic nie wie o wystawie, na którą się idzie - przeczytać opis wystawy. Można to też zrobić dopiero po pobieżnym obejrzeniu prac, co jest wskazane dla cierpliwych.

3. Wejść do sali, rozejrzeć się pobieżnie, ustalić gdzie się zaczyna każdy cykl obrazów, gdzie kończy, wybrać niezatłoczone miejsce, podejść na odlegość 1-1,5 metra od upatrzonego obrazu.

4. Patrząc na obraz, wykonać kilka drobnych kroków w lewo, prawo, do przodu, do tyłu, aż ma się najbardziej optymalny punkt widzenia (odbijające się od werniksu lub szkła światło nie przysłania białą plamą najbardziej newralgicznych punktów obrazu / jakiś obcy obiekt lub człowiek nie rzuca cienia).

5. Obejrzeć obraz. Ustalić co na nim jest (przedmiot / abstrakcja); ustalić kompozycję (jak każda plama koloru ma się do innej / jak każdy kształt ma się do innego / jak ma podążać wzrok / jak faktycznie podąża wzrok / czy kompozycja jest zamknięta, czy otwarta / jak się mają układy pionowe i poziome do rozmiaru płótna i do długości jego boków, etc.; ustalić przestrzeń (czy kolory są płaskie / czy któryś się wybija / czy wybijają się jasne, czy ciemne / czy na przestrzeń ma wpływ kształt plam - jeśli tak, to co z kolorem robi kształt i co z kształtem kolor).

6. Podejść do plakietki przy obrazie, odczytać tytuł, technikę, rok produkcji (ten krok może zostać wykonany później, nie polecam go ignorować zupełnie, chyba że chce się wiedzieć jak najmniej o kontekście).

7. Stojąc kilkadziesiąt centymetrów od plakietki, wykonać kilka kroków w bok, aż się jest przy obrazie w odległości kilkunastu, kilkudziesięciu centymetrów od powierzchni (nigdy nie dotykamy obrazu).

8. Wykonywać ruchy całym ciałem, w celu zbliżenia się twarzą do pewnych partii płótna; można stać na palcach, skłonić się w kształt odwróconej litery L, nawet obrócić się i skłonić tak, by widzieć obraz do góry nogami. Zweryfikować jakimi metodami farba była kładziona, w jakiej kolejności, czy sposób nałożenia farby wpływa na wybicie jednego koloru przed drugi.

9. Wrócić do pierwotnej pozycji, z metr, czy półtora od obrazu, cofając się - nie obracając, nie tracąc obrazu z pola widzenia. Można cofać się zygzakiem, by upewnić się, że żadne elementy obrazu nie zmieniają się optycznie zależnie od punktu widzenia odbiorcy.

10. Stojąc w pierwotnej pozycji, raz jeszcze obejrzeć obraz, porównać odbiór z pierwszym wrażeniem.

11. W zależności od powierzchni galerii, panującego w niej tłoku, eksponatów stojących na środku sali, etc., cofać się do przeciwległej ściany, by odebrać obraz z daleka, lub, ujmując to inaczej, w miniaturze (czyli w takim rozmiarze, jak byśmy zobaczyli obraz na reprodukcji w książce). Jeśli obraz nam się zdecydowanie nie podoba, możemy ominąć ten krok. Wariacją jest pozostawienie obrazu, skupienie się na innych, i dopiero po czasie, gdy się obeszło sale do przeciwległej ściany, odwrócić się i spojrzeć ponownie na dany obraz. Jest to wariacja ryzykowna, człowiek może pogubić się od nadmiaru bodźców. Sugeruję ostrożność (najlepiej wypróbować na wystawie prawie jednakowych kolorystycznie i gabarytowo obrazów).

12. Nigdy nie oglądamy obrazów podczas wernisażu. Można na nie spojrzeć i potem szybko udać się do stołu z przekąskami i alkoholem.*

* W przypadku, gdy jesteśmy jedynymi gośćmi na wernisażu, wskazane jest jednak wykonanie pierwszych jedenastu punktów.

***

Inna rzecz, która mnie trapi ostatnio. Wyglądam wczoraj przez kuchenne okno i dotarło do mnie, że nie pamiętam kiedy ostatnio widziałem zdemolowany przystanek autobusowy. Naprzeciwko mnie kończą budować blok z balkonami otoczonymi szkłem. Szkłem! Ludzie!

Za moich czasów, gdy wracało się nocą, to co chwila banda wesołych chłopaczków biegała wokół jakiegoś przystanku autobusowego, rzucając w niego cegłami lub butelkami. Ja sam dewastowałem co dopiero odrestaurowane szkoły pierwszymi próbami graficiarskimi. A kiedy byłem jeszcze młodszy, to każda podróż do centrum z kumplami była misją, gdzie najważniejsze było przetrwanie. Bo prawie za każdym razem podchodziło dwóch drabów, przyciskało do muru i żądało pieniędzy. I trzeba było uciekać, albo pertraktować, albo dostać z bani i zmywać brylantynę z czoła i włosów przez resztę dnia.

Gdzie są te draby dziś?! Zagłębiam się non stop w różne małe uliczki w różnych dziwnych miejscach Warszawy, wierząc że będę mógł wyratować jakiegoś malca z opresji (lub pośmiać się z jego bezradności, jeśli jest grubym okularnikiem trzymanym pod kloszem przez rodziców), a tu nic! Patrzę na tagi na kamienicach, na wiersze kiboli, i daty są tak stare, że ho ho. No jest trzecia fala, która ratuje graficiarstwo przed zupełnym zanikiem (jeden ich szablon otworzył mi oczy i przestałem mówić o generacjach, a właśnie o falach) - choć mało to chuligańskie, niby na nielegalu, ale pełno w tym ideałów i pozytywizmu. Przyznaję, że windy dla inwalidów cieszą się niesłabnącym powodzeniem wśród chuliganerii, choć też to już takie ugrzecznione, bez kupy na środku i wybitych szyb.

Ja się pytam - co młodzież robi dzisiejszymi czasy?! Czy te telefony komórkowe z niebieskimi zębami, sześcioma milionami pikseli i grami dżawa tak im poprzewracały w głowach? Czy brak muzyki na kanałach muzycznych, wypartej przez programy randkowe, jest jedną z przyczyn? Z tym całym peace and love i wolnością i dążeniem do indywidualności (która z indywidualnością z kiedyś ma niewiele wspólnego), już nawet prostytucja wśród młodych jest wyłącznie zabawą i kolejnym akcentem w ich konsumpcyjnym życiu.

Jeśli czyta to jakiś uczeń lub uczennica gimnazjum - proszę, wybij jutro jakąś szybę, napisz HWDP na komisariacie, strać dziewictwo z obleśnym chłopakiem, który rzuci Ci kasę na podłogę i splunie na Ciebie (albo najlepiej oddaj się za sześciopak taniego piwa).

Chcę wierzyć, że świat nie zmienia się aż tak szybko.

***

Zacząłem od wspomnienia o zespole King Missile. Na tym projekcie też skończę. Znam ich już od dawna, a dokładnie od bodajże dziesiątego roku życia.

Matka odwoziła mnie wtedy do szkoły, a brata do przedszkola. Włączyła Double T FM, odpowiednik naszego Radia Zet - radio familijne, dobrze nastrajające na początek dnia. Typowe piosenki, M People, John Farhnam. Był za kwadrans dziewiąta rano.

Matka nie wsłuchuje się nigdy w piosenki i skupiona na jeździe, nie zauważyła, że życie jej synów zostaje sprowadzone na inne tory. Moje poczucie wyobcowania, fascynacja śmiercią, powracająca cyklicznie nienawiść do ludzi, problemy z seksualnością - mają jedną przyczynę. Tą przyczyną jest puszczona pewnego ciepłego dnia w roku 1993, widocznie w ramach jakiegoś chorego żartu, poniższa piosenka.

9 komentarzy:

Łukasz Okólski pisze...

"By zastanowić się co ładnie by złamało pustą przestrzeń ściany w salonie?"
zdziwiłbyś się jak bardzo to jest prawdziwe...

Chcesz wpierdol z kradzieżą przechadzając się zaułkami? Albo chodzisz po złym mieście, albo po złych zaułkach. (jestem pewien ze to to drugie) Wpadnij na Hute do Krakowa albo KSM do Kielc, bedziesz miał zabawe...

Daniel Chmielewski pisze...

No, niestety nie dziwię się takiemu odbiorowi, choć ubolewam. Widzę znajomych plastyków, którzy wpadają na wystawy i już pędzą do wyjścia, bo im się siku zachciało albo zgłodnieli. Ale zaliczyli.

Co do miejscówek, będę pamiętał, by sobie zaznaczyć na mapce turystycznej. Będzie co napisać na blogu.

Kato pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Kato pisze...

Hahaha, oj Danielu...

Rozumiem, że ta instrukcja była pół-żartem? Albo nawet więcej niż pół... Dla mnie w zupełności wystarczy:

1. Podejdź do obrazu w odległości 1.5 - 2 razy większej niż jego przekątna.
2. Jeżeli na pierwszy rzut oka ci się choć trochę spodobał to podejdź do niego na 10cm.

Reszta to bullcrap. Chyba, że kogoś to autentycznie interesuje, ale jakoś nie widzę sensu ewangelizować w ten sposób czytelników bloga.

templer pisze...

Wychowałem się na KSMie. Przesadzasz, nie jest to najbardziej niebezpieczne osiedle w Kielcach. Wiadomo, w Kielcach to nigdy nie możesz być zbyt ostrożny bo noże zewsząd lecą ale aby dostać wpierdol to polecam raczej Czarnów. Chociaż to miasto też się jakieś spokojne ostatnimi czasy zrobiło.

Daniel Chmielewski pisze...

Do Tomka: Ja zawsze pół żartem, pół serio, niczym Lemmon i Monroe.

Ale na tym opiera się edukacja, że pokazuje się człowiekowi opcje. Człowiek nie wie, że można i tak, i tak odbierać malarstwo. Więc jak nie wie, to odbiera wulgarnie. Jak już wie, że można i analitycznie, to może zdecydować, że nie chce, ale to już jego wybór. Jak ja faszerowałem mojego brata ambitnymi filmami, to mnie nie obchodzi, czy teraz spędzi życie oglądając głupie komedie. Ale wie, że istnieją filmy takie i takie. Że w Stanach jest Holiłód, ale jest cała masa ambitnych niszowych twórców, żeby nie mówił idiotyzmów typu "Amerykańskie kino to syf".

A że teksty typu "Sztuka współczesna to syf" są w 99,9% wynikiem ignorancji i zupełnego nieprzygotowania merytorycznego, to moją rolą jest stawianie pewnych zjawisk w odpowiedni kontekst i objaśnianie ich.

Do Bartka: A no no! Hasło klucz - "spokojnie się zrobiło". Czy to czuć? Czy to widać? A może po prostu jesteśmy za starzy, by zauważać syf w takich ilościach, jak byliśmy wrażliwymi dzieciaczkami, a może za starzy, by ktoś nas zaczepiał tak często, jak to było kiedyś. A może polepszyły się struktury policyjne? Albo odrestaurowane bloki, ostyropianowane i pomalowane pastelowo, kojąco wpływają na młodzież, albo przyczyny, jakie podałem w poście.

Tomek, psychologu pieprzony, wracaj tu i nam to objaśnij, bo to Twoja działka.

Kato pisze...

A to dobrze, że pół-żartem, bo już miałem w zanadrzu wypunktowanie Ci krok po kroku jak słuchać muzyki: na jakim fotelu, w jakich warunkach, na jakich słuchawkach ew. kolumnach, zwracając uwagę na jakie części składowe no i oczywiście odsłuchiwania tylko całego albumu (wysokiej jakości winyl lub od biedy SACD) od początku do końca, żadnych filmików z youtube, emeptrójek z pirackiej zatoki!

Co do poczucia bezpieczeństwa no to raczej odpowiedzi w kontekście konkretnego miejsca raczej mógłby udzielić socjolog. Odpowiem jak psycholog: każdy z tych przyczyn które wymieniłeś ma zapewne swój wkład w poprawę poczucia bezpieczeństwa.

Najczęściej odpowiedź jest prosta - im człowiek bogatszy tym mniejsze prawdopodobieństwo, że włoży ci nóż pod żebro.

Daniel Chmielewski pisze...

Czyli wniosek nasuwa się jeden. Żyjemy w czasach coraz większego dobrobytu, Towarzysze!

Tomaszu, wcale się nie obrażę, jeśli dasz mi instruktaż muzyczny. Może przestanę traktować jazz jako "elevator music". Napisz to na swoim blogu może, wystartuj z kopyta.

godai pisze...

Daniel, a nie wydaje ci się, że jesteś, kurwa, za stary, żeby dostać po ryju od jakichś pryszczatych gimnazjalistów? Bo tyle pewnie wtedy miały te twoje całe draby, które teraz, zdziczałe czy nie, ie podejdą do frajera, który pewnie i tak ma nokie sprzed 3 lat i nawet go nie warto okraść. A obić nie zabawne, bo chudy i w okularach.

Ech. Marzyciel :D