BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO

czwartek, 14 lutego 2008

Sartre starający się zrobić dobrze artystom cz3

W tym odcinku kilka słów o podwalinach sartrowskiej filozofii. Jak się na razie bawicie? Świetnie? No to dobrze.

Lecimy dalej.

Gdy mieliśmy w ramach zajęć na Akademii przeczytać tekst o estetyce, do czego podszedłem niechętnie z powodów wyżej wymienionych (a propos, zauważyłem w przedmowie "Zmierzchu estetyki" pod redakcją Stefana Morawskiego, że najtrzeźwiej i najrzetelniej o tych sprawach wypowiadali się wymienieni tam socjologowie, których prac jednak w samej antologii już nie było), zaryzykowałem ponownym sięgnięciem po Sartre'a, a dokładniej po ostatni rozdział z książki "Wyobrażenie - fenomenologiczna psychologia wyobraźni", znajdujący się w "Antologii współczesnej estetyki francuskiej" pod redakcją Ireny Wojnar. I znów, wiele ciekawych pomysłów, ale również duża doza krytyki.

Zanim jednak przejdę do omówienia samego tekstu o tytule "Dzieło sztuki", muszę skupić się na słowie pojawiającym się tam nader często - neantyzacja, tłumaczone na polski jako "nicościowanie". Udało mi się znaleźć o tym pojęciu informacje w tekście związanego z Uniwersytetem Jagiellońskim Jana Hartmana - "Sartre i filozofia". To, czego właściwie nie było w "Egzystencjalizm jest humanizmem", a co stanowi właściwą podstawę Sartre'owskiego poglądu, można znaleźć w książce "Byt i nicość" - chodzi o metafizykę ateistycznego egzystencjalizmu.

Sartre uznaje, że filozofia jest dziełem konkretnego człowieka i każda teoria tworzona jest po to, by służyć swemu twórcy w zrozumieniu własnej kondycji. Filozofia, jak i wszystkie inne próby zrozumienia siebie, kończy się tym, że zauważamy swoją zupełną izolację od świata i od innych. Ten immanentny charakter wszystkich naszych myśli i przeżyć kazały francuskiemu filozofowi zwrócić się do fenomenologii, czyli badania tylko "tego, co dane i w tych granicach, w jakich jest dane", innymi słowy - badania tego, co jest dane naszej jaźni (fenomeny), choć jest poza nią (noumeny). Próbując znaleźć most między jaźniami (odchodząc od solipsyzmu zakładającego tylko jeden podmiot poznania), stworzył koncepcję nicości.

Wszystko jest bytem. Byt nie jest zróżnicowany. Boga nie ma, bo musiałby być czymś więcej niż tylko świadomością - musiałby być i tylko być, a jednocześnie być samoświadomy. Ta część jest dość mętna, przynajmniej w sprawozdaniu Hartmana, bo przy analizie "Dzieła sztuki" pokażę przykład z kostkami, których jest i 6 i 7 naraz, choć odbiorca może zobaczyć tylko 6 albo 7. Czy z Bogiem nie mogłoby być tak samo, że wbrew konstrukcji umysłowej człowieka nie pojmującej istnienia w dwóch stanach jednocześnie, mógłby tak istnieć? Ale na potrzeby spójności, załóżmy, że tak jest. Skoro byt to całość, nie pozwala na podział - nie ma "takie" i "inne", czyli jest pozytywny. Skoro byt jest, i nic więcej poza byciem nie dzieje się w nim, nie ma żadnego punktu oparcia dla świadomości, która jest poza nim, jest niczym. Nie może być innym bytem, gdyż nie ma podzielności bytu - jest tylko byt i niebyt. My musimy urzeczywistnić nasze życie, musimy wprowadzić go w byt. Dopiero ta metafizyczna podstawa pozwala zrozumieć w pełni dlaczego człowiek jest projektem, jak to opisane jest w "Egzystencjalizm jest humanizmem". Dalej już wszystko jak w wykładzie - mamy wolność, ale nie uciekniemy od egzystencjalnej trwogi uciekając w fałszywą świadomość (czyli pod panowanie "Inkwizytora"). Tyle teorii.

Brak komentarzy: