BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO

wtorek, 26 maja 2009

Maioclaro!

Jaśmina Wójcik ostatnio wyznała mi, że Pub pod Picadorem jest jej receptą na optymizm. Kiedy czuje się zbyt dobrze, to trafia tutaj. W ramach walki z zaszufladkowaniem postaram się dziś pisać jak najpozytywniej.

***

Och, Cyfro, ach, Cyfro!
Cóżesz Ty uczyniła z fotografią?
z Sonetów portugalskich Daniela Chmielewskiego


W dniach 7 - 13 maja byłem w Portugalii. Wszystko zaczęło się od tego, że Maciek Pietrasik poprosił mnie o zorganizowanie spotkania na Akademii z autorami komiksu Kobieta mego życia, kobieta moich snów. Za sam przyjazd Portugalczyków współodpowiedzialny był José Carlos Costa Dias z Instytutu Camões. Po udanym spotkaniu pan Costa Dias zapytał, czy nasza uczelnia nie chciałaby wejść we współpracę z uczelnią fotografii w Porto. Mielibyśmy wysłać grupę studentów i zbiór prac fotograficznych na festiwal organizowany przez ESAP, a w następnym roku odwdzięczyć się, zapraszając ich na Warszawski Festiwal Fotografii Artystycznej. Pomysł wydał się wyśmienity, przedstawiłem go władzom wydziału, dostaliśmy zielone światło, skontaktowano mnie z Angelą Ferreirą, wykładowczynią z ESAP i przygotowaliśmy wszystko na festiwal Maioclaro.

Do Porto wyruszyła siedmioosobowa reprezentacja - asystent pracowni fotografii Krzysztofa Jabłonowskiego - Marcin Mikołajczyk; autorka jednego z cyklów, jakie wysłaliśmy, Joanna Tumiłowicz; studenci wieczorówki drugiego roku i ja, koordynator.

Reprezentacja byłaby sześcioosobowa, bo muszę sabotować wszystko co robię tuż przed finałem. Tym razem, choć nie spałem całą noc, nie mogłem się jakoś wygrzebać wystarczająco wcześniej na dworzec. Oczywiście tak wyszedłem, że wszystkie autobusy do centrum przed chwilą odjechały. Byłem na Bemowie, z którego jedzie się pod Centralny jakieś 30 minut, a miałem już 25 do odjazdu pociągu, który zawieźć miał nas do Wrocławia, skąd lecieliśmy do hiszpańskiej Girony, a potem do Porto. Wsiadłem do pierwszego lepszego autobusu, wyjechałem gdzieś w zupełnie inną stronę miasta. Zostało 15 minut. Wyskoczyłem z autobusu, pobiegałem w tę i we wtę po ulicach, zastanawiając się, czy wziąć taksówkę, czy może jednak wyewoluować do wyższej formy ze skrzydłami, aż wreszcie skapitulowałem i wybrałem opcję pierwszą. Taksówkarz, mily i pomocny człowiek, przejechał przez kilka czerwonych świateł, i ja, przebiegłszy halę dworca, zbiegłszy w doł po ruchomych schodach prowadzących w górę, tratując skonsternowanych podróżnych, wbiegłem do wagonu 30 sekund przed odjazdem. Akapit ten jest przestrogą dla wszystkich, którym dane będzie kiedyś podróżować ze mną - w sensie - nie podróżujcie ze mną, jeśli chcecie oszczędzić sobie stresu.

Porto olśniło nas od razu swoim cudownym lotniskiem. Nowoczesne, bazujące na odkrytym betonie (jak najpiękniejsza stacja Metra na świecie) i zielonym szkle. Dużo tam mają takiej architektury. Wygląda to świetnie i dobrze komponuje się z innymi, tradycyjnymi budowlami. A tradycji tam mają wiele. Całe centrum to stare miasto, zwieńczone stojącą na wzgórzu średniowieczną katedrą (na tyłach której znajduje się dom, gdzie nasza Akademia miała swoją wystawę). Co najbardziej zachwyca, to fakt, że całe miasto jest strasznie górzyste. Ulice wznoszą się i opadają, odsłaniając o wiele większy obraz miasta, niż płaska Warszawa. Z ciekawych atrakcji turystycznych - jest most Eiffla i Casa de Musica, czyli odpowiednik naszej filharmonii. Budynek ten (znów nagi beton i zielone szkło) jest porażający. Wygląda jak obcy statek, który wylądował i zasymilował się z przestrzenią. Również piorunujące wrażenie robi muzeum sztuki współczesnej, znajdujące się na peryferiach miasta. Bardzo dobra powierzchnia wystawowa, dobrze rozwiązana kwestia oświetlenia i spora ilość wielkich okien, za którymi rozpościerają się ogrody. Z tymi oknami to była o tyle ciekawa sprawa, że wciąż odnosiłem wrażenie, że są ekranami. Zieleń za nimi wydawała się być żyjącą pocztówką. Szyby były tak czyste, że chciało się przez nie wyjść (czy wejść) w fantazyjną przestrzeń znajdującą za nimi.

Mam nadzieję w najbliższej przyszłości opowiedzieć coś więcej o wystawach, jakie widziałem, bo głównie to mnie interesowało, a nie atrakcje turystyczne. To, co bardzo mi zaimponowało, to inicjatywa, jaką wykazali studenci ESAP. W ramach Maioclaro, wiele studentów dogadało się z właścicielami najrozmaitszych placówek, żeby móc tam wystawić swoje prace. I tak, wchodziło się do antykwariatu, a na zapleczu wystawa. Odwiedzało się sklep z winylami - a tam wystawa. W klubach wystawy. W kawiarniach wystawy. Angela Ferreira swoją urządziła u luksusowego fryzjera, którego gabinet wyglądał bardziej jak mała galeria. Zresztą w gabinecie tym niechący mnie zamknęli na pół godziny, bo zaszyłem się w kącie, by filmować, a wszyscy wyszli na obiad. Nic straconego - mogłem przejrzeć bogate zbiory albumów z fotografią i pomarzyć o tym, żeby kiedyś też mieć tyle pieniędzy, by przyjść na strzyżenie do fryzjera, który ma komputery z internetem dla klientów wmontowane w siedzenia.

Tak jak sobie rok temu, jadąc do Hiszpanii, obiecywałem nie wiadomo co i wróciłem zrujnowany (psychicznie i finansowo), to tym razem, jadąc z niechęcią, dostałem taki zastrzyk pozytywnych emocji i bodźców do działania, tak mi się otworzyły oczy w wielu sprawach, że będę ten wyjazd wspominał jako kolejną ważną cezurę w życiu - tym razem w pełni budującą, a nie budującąna zgliszczach.

Po pierwsze, po rocznej przerwie w robieniu filmów (videoartów), zżyłem się ponownie z kamerą. Poczułem się jak Herzog - zacząłem nagrywać jak najwięcej rozmów, jeździć po całym mieście, by zrobić wywiad z jakimś twórcą. Czasem, odwiedzając jakieś piękne miejsce, wpierw widziałem je przez ekran włączonej i kręcącej kamery, nim podnosiłem wzrok już nie jako reżyser, a turysta.

Zebrało się tego osiem godzin materiału, z czego chcę skomponować jeden krótki film o samej uczelni ESAP i naszej wystawie fotografii, i drugą dłuższą formę, skupioną na wywiadach, dotyczącą procesu powstawania fotografii, videoartów i instalacji.

Kilka luźnych myśli, jakie mam w głowie po tym wyjeździe.

Poczułem różnicę między analogiem i cyfrą. Dwie wystawy, które mnie zupełnie zwaliły z nóg, dwie najważniejsze wystawy, jakie widziałem od miesięcy, to były ekspozycje analogowych zdjęć. O jednej z nich, wystawie Aino Kannisto, piszę w swoim Atelier:

"Pochodząca z Finlandii fotograf tworzy wielkie analogowe obrazy w estetyce Edwarda Hoppera. Przedstawia pojedyncze kobiety w zaaranżowanej scenerii, zaznaczając przy tym jakąś tajemniczą anegdotę dotyczącą danej bohaterki. Z jawnie wyreżyserowaną kompozycją kontrastuje naturalizm samych kobiet. Mają brudne paznokcie lub popękane od zimna naczynka na twarzy".

Aino Kannisto prezentowana była w ramach festiwalu Encontros da Imagem, który odbywał się 50 kilometrów od Porto, w pięknym, starym miasteczku, Bradze. Na drugą wystawę trafiłem dość przypadkowo. Na jednej z uliczek Porto mieści się kilkanaście małych, prywatnych galeryjek. W jednej z nich trafiłem na dwa czarnobiałe, analogowe zdjęcia. Zaskoczyło mnie, że na jednym był polski napis. Grupka starszych osób stoi u wejścia do jakiegoś budynku, gromadzą się na schodach, tworząc trójkątna kompozycję na tle ściany i czarnego otworu drzwi. Wszyscy patrzą w różne strony, ich twarze są raczej bez emocji - ot, zwykłe stanie u wejścia do budynku. Nad drzwiami wisi napis - "Blok śmierci". Kurator wytłumaczył mi, że to zdjęcie z Oświęcimia, autorstwa Paulo Nozolino, jednego z ważniejszych przedstawicieli nowego humanizmu (tak to się chyba nazywało). Dał mi do przejrzenia ogromny album pt. Far Cry. I znów, jak w wypadku Kannisto, jest to mariaż naturalizmu i przemyślanej stylizacji, ale tam, gdzie fotograf z Finlandii delikatnie i subtelnie odkrywa rąbek tajemnicy swoich bohaterek, tam Portugalczyk z pełną brutalnością przedstawia nam "apokalipsę teraz". Niewątpliwie moja fascynacja jego fotografia miała związek z tym, że przypomina mi tematycznie i technicznie filmy Beli Tarra.

Oczywiście daleko mi do konserwatywnych poglądów, że fotografia cyfrowa jest gorsza od analogowej. Sam przecież kręciłem swoje filmy na kamerze cyfrowej. Tak samo - ziarno nie jest gwarantem dobrego zdjęcia. Ale jest coś w jakości tych zdjęć i filmów, coś związanego z tym jak dany obraz współgra z realnością i jak ją odzwierciedla. Pamiętam, jak kiedyś, będąc w sklepie RTV zobaczyłem Gladiatora na jakimś supermega Haj Defynyszyn ekranie. To nie był już film, a dokument, to wyglądało jak jakieś "Making of". Cała magia znikła. W dużej mierze wszystko zależy od tego co przedstawiamy i jak przedstawiamy. Von Trier używa cyfry w ostatnich filmach, ale z drugiej strony on jawnie zrywa ze światem przedstawionym jako czymś realnym. Jego świat przedstawiony to teatr z aktorami. Jest to pełna fikcja. Jedynie emocje są prawdziwe - zważajac na to, co Von Trier robi, żeby wyzwalać w swoich aktorach emocje. Znów mamy połączenie stylizacji i naturalizmu, które tak oddziaływuje u Nozolino, nawet jeśli na pierwszy rzut oka formalnie są to dwa inne światy. W przypadku Nozolino ziarno, a w przypadku Von Triera samo działanie światem przedstawionym wprowadzają pewien dystans, pozwalając nam skupić się na tym, co istotne. Oczywiście to wszystko istotne jest tylko w przypadku obcowania z oryginalnymi przedmiotami. Ekran monitora powoduje, że to wszystko staje się czymś zupełnie innym.

To, co mnie w tym interesuje to jak właściwie zagrać tematem, techniką, kompozycją, i przedmiotem, by wytworzyć w odbiorcy właściwy znak mentalny. Przedmiot nie jest produktem końcowym. Jest mostem. Jeśli już można mówić o produkcie końcowym, to jest nim właśnie zaistniały znak mentalny, który nie jest równoznaczny z powidokiem zobaczonego przedmiotu. Jest jego przetworzeniem.

To taki zarodek myśli, bez konkretnej logiki, dopiero w fazie szkicowej. Dlatego więcej napiszę kiedyś w przyszłości, jak poczytam o tym więcej, jak pewne sprawy przemyślę i skrystalizuję.

Inna rzecz, która już drąży moją głowę od dawna jest kwestia strukturalizowania czasu (o czym wspominam tu co i rusz) i dominanta tej kwestii nad jakąkolwiek dyskusją dotyczącą estetyki. Widząc taki ogrom prac w Porto i Bradze, rozmawiając z tyloma ludźmi o ich pracach, doszedłem do wniosku, że nie chcę wypowiadać estetycznych sądów. Że nie powinienem. Co najwyżej mogę dzielić wszystko na to, co mną poruszyło, i na to, co nie poruszyło. Często moimi ulubionymi utworami są te, które najgorzej sobie poradziły na listach przebojów, ulubionymi albumami są te, które przez większość fanów są uznawane za najgorsze, ulubionymi komiksami i filmami te, gdzie wszystko jest wbrew wszelkim zasadom gramatyki filmowej lub komiksowej. I naprawdę przestaje mnie to obchodzić. Same opowieści o procesie, jakie słyszałem podczas wywiadów z twórcami, były tak fascynujące, że zupełnie mnie nie obchodziło jak oni wykonali to, co chcieli wykonać. Może nie do końca. Ale kwestia estetyczna (według jakichś przyjętych norm np. akademickich) jest strasznie wtórna. Oczywiście, gdy nie ma autora, gdy zostaje tylko obraz, to większość nadaje się tylko do kosza. Dlatego nie oddzielać autora od pracy! Zresztą zgodnie z tą myślą piszę i rysuję większość swoich prac. Nie dlatego przy omówieniu komiksów Tomka Obelskiego tyle pisałem o sobie, bo jestem takim egocentrykiem. I nie dlatego, że ja jako osoba jestem w tym ważny. Tylko dlatego, że to ile ja wiem o autorze i jak bardzo moje przeszłe doświadczenia są związane z odbiorem danej pracy są głównymi filarami, na których opiera się mój wkład w dyskusji - moje dopowiedzenie do tego co autor zrobił lub moja rozmowa z samym autorem lub jedno i drugie.

Nienawidzę prób zobiektywizowania, usunięcia autora poza nawias. Ja chcę wiedzieć, czy ktoś piszący o seksie ma udane życie seksualne. Czy ktoś rysujący krew i flaki zabił kiedyś małe zwierzątko. Nie dlatego, że obchodzi mnie konkretne jednostkowe życie. Obchodzi mnie jak najszerszy kontekst komunikatu.

***

Jak już wspomniałem powyżej, wróciłem do uaktualniania mojego blogowego Atelier. Postaram się co tydzien, dwa coś nowego dodawać.

***

Chciałbym też zaznaczyć, że chociaż nie odpisuję na komentarze od razu, to staram się na wszystkie odpisywać przy kolejnych uaktualnieniach. Dziękuję wszystkim za dyskusję i za wiele ciekawych myśli, jakie są tu werbalizowane i przepraszam, że sam nie przykładam się do tej dyskusji jak powinienem, czyli na bieżąco.

***

W najbliższy Piątek, czyli 29 maja odbędzie się Finał Ligi Bitew Komiksowych.

Jak podaje organizatorka, Paulina Gosk:

"Finał odbędzie się 29 maja w klubie Hydrozagadka (ul. 11 listopada 22). Bitwę rozpoczniemy ok. 22:00 - 22:30 (jak zwykle). Poza tym prezentowana będzie wystawa najlepszych prac z
dotychczasowych bitew. Natomiast na dużym ekranie zaprezentujemy wszystkie prace z
bitew i zdjęcia z ich przebiegu."

Wstęp 10 złotych (lub 7, jeśli wejdziecie na stronę Ligi Bitew Komiksowych i zarezerwujecie bilet).

Gorąco zapraszam!

***

Zapraszam również wszystkich piszących recenzje komiksowe (czy to w rozbudowanej formie na serwisach komiksowych, czy w formie luźnych notek na blogu) do zamieszczania linków do tych recenzji w Powszechnej Bazie Recenzji, którą stworzył Bartek Biedrzycki. Jest to świetna inicjatywa, bo pozwala mieć wgląd w to, ile właściwie mamy / mieliśmy na rynku tytułów komiksowych*, jak i łatwo dotrzeć do wszelkich recenzji.

*Niestety jest ogromna liczba komiksów, które nigdy nie doczekały się recenzji i są one na razie nieobecne w bazie.

***

No, to chyba udało się bez większego smęcenia. Jeśli jednak zepsułem komuś dobry nastrój, mam nadzieję, że go poprawię utworem, jaki odkryłem na blogu swojej bratniej/siostrzanej duszy w kwestii upodobań muzycznych - Agaty Kalinowskiej.

7 komentarzy:

pjp pisze...

Tym komentem sprawdzam tylko jakie masz przesunięcie godziny na serwerze blogspotowym. Później skomentuje na poważnie. U mnie jest 5:15.

skarża pisze...

Też lubię mieć pojęcie o tym, co dany twórca przeżył i czego doświadczył, sądzę, że dzięki temu mogę interpretować daną twórczość konkretniej. Z kolei, gdy wiem za dużo, przeszkadza mi to trochę w tym dziewiczym, sensualnym odbiorze, porównywalnym ze słuchaniem nowej płyty po raz pierwszy i mającego niewiele wspólnego z logiką (o ile dzieło przyciąga uwagę, rzecz jasna). Wydaje mi się że są tacy artyści, którzy wolą bawić się emocjami odbiorcy przy pomocy jednego obrazu, niż całej serii porozrzucanej po świecie.

Ostatnio zapoznawałem się z twórczością Tadeusza Kantora i dotarło do mnie, że artysta wydaje mi się tym większy i ciekawszy, im bardziej różnorodne wybiera formy przekazu. Nie musi to być sztuka sensu stricte, ale wszelkiego rodzaju dzieła literackie czy nawet notatki, szkice myślowe, dają odbiorcy bardzo szeroki pole rozumienia pozostałych prac. Jak duża jest różnica w odbiorze surrealistycznych pejzaży Witkiewicza i Beksińskiego; pierwszy, którego twórczość mogłaby posłużyć do napisania paru grubych psychoanalitycznych książek; drugi, tak małomówny, że nawet nie tytułujący swoich obrazów.

To jak artysta żyje, z całą pewnością należy potraktować jako jeden z nośników, na którym tworzy, ale gdyby wykładowcy ASP podczas oglądu prac mieli w ręku CV każdego ucznia, byłoby to chyba zabawne i miałoby niewiele wspólnego z kształceniem warsztatu. Chyba dlatego w biografiach wielkich malarzy mówi się najwyżej o tym, że zaczęli pięknie bazgrać w wieku 2 lat, a konkretne studia skończyli 25 lat później i nie wiem czy w jakimkolwiek albumie, czy wystawie dane mi było ujrzeć czyjeś prace z tego okresu. Studia i to co przed nimi to masowe tworzenie mniej lub bardziej wartościowych gniotów (o ile gniot może mieć wartość), stopniowe doskonalenie się i poznawanie zasad, takie ciemne wieki w życiu artysty.

Pisz Danielu o sobie jak najwięcej, bo wg mnie odbiorca otrzymuje w ten sposób świadectwo autentyczności Twoich pozostałych prac. Chyba, że sztuka to jeden wielki fałsz, ale może w jakimś mailu o tym kiedyś.

Pozdrawiam serdecznie

mtz&qba pisze...

wow! kapitalny klip- działają na mnie takie rzeczy- połączenie flegmatycvznego zawodzenia (sorka za to ze wszechmiar niemerytoryczne podsumowanie "dźwięku") z bardzo dynamicznym obrazem. To spowolnienie deskorolkowców, wybuchy w zwolnionym tempie- świetnie wydobyty dynamizm.

Porto to pierwsze miasto portugalskie, które poznałem. 6 lat temu, miesięczny kurs językowy, mieszkałem przez 30 dni na polu namiotowym ;-) zazdroszczę, szczerze zazdroszczę, bo to miasto ma klimat jak żadne inne portugalskie miasto- i nie chodzi o turystykę, o zwiedzanie- cokolwiek tam będziesz robił, to poczujesz jego wyjątkowość. chocby w nogach :-) wracałem tam potem jeszcze dwa razy i z pewnością na tym sie nie skończy.

A Serralves robi wrażenie- akurat ogrodów nie zwiedziłem, bo lało niemożliwie kiedy w zeszłym roku byłem.

fajnie, że wróciłes taki naładowany. Oby się z tego komiksy posypały :-)

pozdr

maggot pisze...

Kannisto mnie tak zachwyciła, ze aż nie wiem co napisać. Ale faktycznie, malarski efekt na zdjęciu można osiągnać chyba tylko wraz ziarnem.
good to have u back

godai pisze...

Łukasz, wolałem twój poprzedni awatar.

repek pisze...

@Daniel

"Dlatego nie oddzielać autora od pracy!"

Autor ożył?

Fajny wpis, ale dla mnie ten fragment to zawracanie Wisły kijem. I tak nie masz wstępu do psychiki i uczuć autora [tylko jakiejś maski], więc po co na to tracić czas?

Zabicie autora to nie próba obiektywizacji. To przesunięcie subiektywizacji na odbiorcę. Czyli: nie co autor chciał powiedzieć, ale: co ja jako odbiorca potrafię odczytać [czyli de facto powiedzieć o sobie].

To, co piszesz o kreacji swoich komiksów, więcej mi mówi o Tobie, niż o samym komiksie. Oczywiście, moja jego recepcja się teraz zmieni, ale to będzie tylko kolejny poziom kreacji autorskiej. Żadnej prawdy obiektywnej w tym nie odkryję.

Pozdrówka

Daniel Chmielewski pisze...

Do Łukasza: A to coś poważnego - przesunięcie godziny? Bo nigdy się tym nie przejmowałem. Dobrze jest mieć właściwą ustaloną, czy to tak, żeby ładnie było?

Do Janka: Dobry przykład podałeś, z Witkiewiczem i Beksińskim. Choć o obydwu czytałem i wywiady z Beksińskim czytałem, to jednak jego obrazy traktuję bardzo autonimicznie. Nie staram się bawić w psychoanalizę. Zresztą większość już wyrobionych twórców daje nam bardzo klarowne sygnały do tego jak odbierać ich prace. Taki Beksiński poprzez doskonały warsztat, który pochłania uwagę widza, przez nie podawanie nazw, przez dystans do swojej twórczości i lapidarne wypowiedzi na temat malarstwa usuwa się jak najbardziej poza nawias. Z drugiej strony tacy twórcy jak Witkacy, Beuys, Matthew Barney, ze swoimi skomplikowanymi tytułami, zakorzenioną w biografii symboliką, wstawianiem siebie w swoje prace, związują się z nimi.

Co do Akademii - to jednak w Akademii plastycznej chodzi o kształcenie warsztatu plastycznego. I na tym trzeba się skupić. Zresztą widzę po swoich rówieśnikach z ASP, którzy próbują wypowiedzieć się na tematy społeczne lub polityczne - w 99% przypadków jest to mizerne, oderwane od rzeczywistości, bazujące na przeczuciach ględzenie. Jeśli ktoś chce korzystać z plastycznych narzędzi, by wykorzystać je podrzędnie do opowiadania o sprawach społecznych, proszę bardzo. Ale na pewno nie wymuszałbym tego na tych, którzy nie potrafią. Lepiej, by zostali w sferze plastyczno-estetycznej.

Do Kuby:
Widocznie zawsze musi być deszcz, jak się zwiedza Muzeum. Na szczęście przez chwilę poprawiła się pogoda i mogliśmy szybki spacer po ogrodach sobie zrobić. Choć znów nie zmieściliśmy się w czasie i musieli nas wypuszczać jakimś tylnym wyjściem, bo zamknęli obiekt.

Ja z kolei Tobie zazdroszczę. Bo mój tydzień tam to nic. A na takie 30 dni to bym się pisał od razu.

Do Agaty: Hm... "Malarski efekt". No właśnie może o to chodzi? Nie masz może jakichś ciekawych tekstów o ziarnie kontra pikselu? Sontag ma jakiś zbiór esejów o fotografii, ale czytałem, że tendencyjne i oderwane od praktyki.

Do Bartka: No mnie też przeraża ten maniakalny wzrok.

Do Maćka:
W takim ujęciu zgadzam się. Ale dla mnie autor jako człowiek, jako konkretna jednostka nie jest zupełnie ważna. Nie zajmuję się tym, czy coś jest w pełni biograficzne, czy zmyślone, czy na wpoły tak, a na wpoły tak.

To tak jakby traktować mój komiks jako część uniwersum Gwiezdnych Wojen. A blog to książki dopisane, a moje videoarty to gry o Imperium. Chodzi o to, że rozbudowuje się pewna sieć, logicznie powiązana i spójna. Można rozważać co było pierwsze, co jest już dodatkiem, ale mnie to całe uniwersum interesuje.

A jeśli okazałoby się, że jestem 50 letnią kobietą, a na występy publiczne wysyłam swojego wnuka, to to jest kolejna cegiełka, a nie przekreślenie wszystkiego wcześniej. Autentyczność to dla mnie wewnętrzna spójność, niezależna od tego, co nam udowodnią nagrania wideo, czy ukrytych dyktafonów (które z kolei byłyby kolejnymi cegiełkami - zwrotem fabularnym, a nie weryfikatorem).