BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

Wielkie odkrycie

Trzeba wprost: Nie chciałem być kelnerem w Hiszpanii.

Brzmi jak usprawiedliwienie się człowieka, któremu się nie powiodło. Jest raczej przyznaniem się do nieczystych intencji. Jak się pisze, że się jedzie kelnerzyć, to powinno się tak uczynić.

Trzeba wprost: Nie miałem już na siebie siły. Pozwoliłem znajomym zabrać mnie za rączkę do Hiszpanii, do mieszkania, do komisariatu, gdzie załatwia się pozwolenie o pracę. Z niechęcią rozniosłem z siedemdziesiąt CV i wziąłem się za czytanie i pisanie, czekając na Godota. Bynajmniej nie na pracę, ale na epifanię, na jeszcze jedną dłoń, która wyłoniłaby się z chmur i wyciągnęła mnie do życia. Nic z tego. Ateistom Bóg nie przysługuje.

Po powrocie z przygodami, tydzień bezczynności, następnie dwa czynności względnej, mechanicznej, przeto bezpiecznej. Czynność ta, mianowicie literowanie komiksu, wymaga obcowania ze słowami. Tak jak czytanie. Tak jak pisanie.

Studiuję na Akademii Sztuk Pięknych od trzech lat. Jakiś imperatyw pchał mnie w jej objęcia od kiedy po raz pierwszy usłyszałem skrót ASP, choć nie wiedziałem co oznaczał. Wiedziałem, że muszę tam studiować, bo rysuję i rysować pragnę do końca swych dni.

Wykonajmy jeszcze jeden krok do tyłu. Jako dziecko miałem niewiele komiksów, za to od kiedy nauczyłem sie czytać sprowadzałem do domu co tydzień z sześć książek. Moje pierwsze próby napisania w wieku ośmiu lat powieści o dinozaurach z kosmosu, mimo wielu starań, spełzły na niczym. Gdy raz podczas lekcji nauczycielka oznajmiła nam, że jakiś dziewięciolatek napisał bestseller o sprawach trochę poważniejszych niż dinozaury z kosmosu, wiedziałem, że bitwa przegrana. Ale przecież są następne! Opowiadanie o rekinie ludojadzie napisane następnego roku na konkurs literacki dla młodzieży nie przyniosło żadnej nagrody. Ale tego roku natrafiłem podczas festynu szkolnego na książeczkę Micheala Leuniga - Ramming the shears - zbiór pasków komiksowych i rysunków z podpisami. Chwilę później światło dzienne ujrzał pierwszy numer Eternity Heroes, serialu o superbohaterach nieudacznikach, czerpiący ze wszystkich moich młodzieńczych fascynacji.













Plansze z Eternity Heroes 10, narysowane w '97. już w Polsce, gdy łudziłem się, że wrócę do Australii.

Nie pamiętam na ile prawdziwe, chociażby chronologicznie, jest skorelowanie odkrycie Leuniga z własnymi początkami komiksowymi. Istotne jest to, iż odkryłem jakie możliwości daje dołączenie do tekstu obrazu (jak też odciąganie nim uwagi od niektórych mankamentów w warsztacie pisarskim) i że Leunig nauczył mnie kryć powagę za żartem, ujmować poważne treści w przyswajalny i wizualnie przyjemny sposób.

Studiuję na Akademii Sztuk Pięknych od trzech lat. I coś mnie od początku tam mierziło. Może to, że o akwaforcie przedstawiającego jednego z bohaterów Blaszanego Bębenka na tle nutowego zapisu Sunday Bloody Sunday, słyszałem tylko, że jest zbyt literackie. Albo to, że założenia instalacji dotyczącej Kosmosu Gombrowicza, są za mało plastyczne.

Tak, skończę Akademię, bo chyba na żadnej innej uczelni nie można robić przez cały rok nic i na koniec powiedzieć, że się myślało, i się wymyśliło, że... nic nie warto robić. I dostać za to piątkę (Oczywiście, że upraszczam). Ale to czekanie na Godota w Hiszpanii, a potem tu, przed własnym monitorem, choć nie przyniosło pożądanych (i nieziszczalnych) skutków, uświadomiło mi coś o wiele ważniejszego.

Nie jestem grafikiem. I nie chcę nim być. Rysowanie nie daje mi przyjemności, a projektowanie jest zbędnym estetyzmem. Oczywiście inni sądzą inaczej. I innych to pasjonuje. I owoc ich pracy nawet moje anty-estetyczne oczy czasem ucieszy. Bardzo dobrze.

O ikonach mówi się, że są pisane, a nie malowane. Nawet, gdy rysuję komiks, to go piszę.

Pojechałem do Hiszpanii zakopać na marbellskiej plaży Grafika i przypomnieć sobie, że jestem pisarzem. Jak się jest skłóconym z samym sobą, to cały świat będzie ogniskiem zapalnym kłótni, po której trzaśnie się drzwiami i wyjdzie, by po chwili zauważyć, że wciąż się jest po tej samej stronie drzwi.

A zatem, do przeczytania.

5 komentarzy:

Maciej pisze...

Fajnie, że wróciłeś
emo-boyu :)

godai pisze...

Hm, brzmi jak nieuświadomiony i przedłużony blok pisarski :D Gdybym się uważał za pisarza, to chyba powiedziałbym, że też taki mam.

Teraz można powiedzieć tylko jedno: naprzód. Szczególnie, że w czasach totalnego zeszmacenia kultury powieść o Dinozaurach z Kosmosu prawie na pewno okaże się bestsellerem, więc będzie mógł oddać się pisaniu jeszcze fajniejszych rzeczy.

A przeciwnicy szyszki w dupie odetchną z ulgą ;)

Daniel Chmielewski pisze...

No właśnie, Bartku, ojcu dziecka swego!

Ja mam taką wizję, że jeszcze kilka lat posmęcę i popiszę o śmierci i nihilizmie, i kiedy wreszcie pojawi się dziecko, to zmienię się w polskiego Wattersona.

Czy Zuza takowego olśnienia na Ciebie nie sprowadziła?

godai pisze...

Zuza sprowadziła na mnie różne rzeczy, w tym nawrót chęci napisania powieści, bo na razie nic, co spłodziłem w którymkolwiek języku na to miano nie zasługuje (aczkolwiek jest coś, co by się nadawało na mikropowieść ale nie nadaje się do publikacji).

Ale, niestety, prócz chęci nic na mnie nie spłynęło, ani natchnienie, ani nowe pomysły.

Być może senność w okresach, gdy dziecięciu się zęby wyżynają :D

A przejrzenie starych rzeczy przekonało mnie, że nie tamtędy droga. Więc nie licz za bardzo na potomstwo w charakterze muzy.

kolec pisze...

Uderzo nie powie o sobie, że jest pisarzem. Ale Lutes, Sakai czy Miller już pewnie tak. Więc do Ciebie to pewnie też pasuje.

Podcywilizacja wita!