BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO

piątek, 16 stycznia 2009

Don't panic, there's loads of good music

Wspomnę tylko na początek, że serwis Poltergeist zbiera razem opinie rysowników i scenarzystów dotyczących najciekawszych publikacji komiksowych ubiegłego roku. Również i mnie poproszono o dorzucenie swych trzech groszy. Polecam przejrzenie całego artykułu zwłaszcza ludziom niespecjalnie (lub w ogóle) nie czytającym komiksy. Z rzeczy dotychczas poleconych zdecydowana większość posiada wysoką wartość literacką i plastyczną, więc może czas wreszcie postawić obok swoich Kafek, Kunder, Steinbecków i Dantych jakąś historyjkę obrazkową?

***

O, w sobotę, 17 stycznia będę próbował swych sił jako rysownik w Bitwie Komiksowej w warszawskim klubie Punkt. Wstęp od 21, szczegóły na stronie Ligi Bitew Komiksowych.

***

Nie znam się na muzyce, co nie przeszkadza, bym mógł sobie o niej popisać. Heh, przypomina mi to pewien cytat z Milionerów bodajże - "No nie wiem kiedy była bitwa pod Grunwaldem, ale za to lubię chodzić na siłownię".

Niespecjalnie ten piernik (pierwsze zdanie) ma się do wiatraka (drugiego zdania). Nieważne, ja tu teraz o muzyce.

Po przeczytaniu książki Julio Cortazara, Gra w klasy, zapragnąłem być tam, w Paryżu, w małym, zadymionym mieszkanku i dyskutować przy winie ze znajomymi, słuchając przy tym muzyki z adaptera. Koniecznie z adaptera. Opowiadania z podobnymi motywami, jak Moja córeczka Różewicza, choć nie pamiętam, czy tam był adapter, coraz bardziej skłaniały mnie do zakupu własnego. Tak też kilka lat temu uczyniłem. Za śmieszne pieniądze na allegro kupiłem w zestawie używany adapter Fonica GS-461 i wzmacniacz.

W adapterze Chet Baker, żeby tak intelektualnie, dżezowo było, a w tle moja jednooka lalka Renata i fantastyczna drukarka HP LaserJet 4, też kupiona na allegro za bezcen.

Nic nie wiem o jakości, nie kupowałem nowych igieł, nie czytałem forów, ale mam taki zestaw stojący na szafeczce. Czy są jednak jakieś realny korzyści? Ano, są.

Zapach rozgrzanego winylu jest wręcz odurzający. Jestem jednym z tych ludzi, którzy po kupnie ksiażki zamiast otworzyć i spojrzeć na układ typograficzny, wertuję kartki przy nosie i wchłaniam zapach druku, bądź, jeśli kupiłem dany tom w antykwariacie, historii tegoż przedmiotu - szaf, szuflad, kaw, papierosów, zachwytów, łez, podróży pociągiem lub tramwajem. Jeśli postępujesz podobnie z książkami lub tankując samochód doznajesz ekstazy, czując w nozdrzach beznynę, każdorazowe podejście do adaptera w celu odwrócenia płyty na drugą stronę będzie wielką przygodą.

Jeszcze większą przygodą będzie zdobywanie płyt. Nowości, rzecz jasna, są dostępne w Empikach za trzycyfrowe sumy. Ale po co nowości?

Zacząłem słuchać zespołu Radiohead, kiedy wyszedł album Kid A i w Radiostacji puścili całość! Zanim zebralo się na oryginalny album, przez miesiące chodziło się z tą zgraną z Radiostacji wersją w łokmenie. Nie muszę chyba dodawać, iż byłem dziełem radioglowych zachwycony. Był to nowy wymiar muzyki! I wkładki w albumach, te niesamowite pejzaże! Toż to był ewenement na skalę światową.

A potem poznałem muzykę Richarda D. Jamesa. I już Kid A nie wydawało się tak oryginalne.

A potem okazało się, że wszyscy studenci bawiący się w multimedia wciskają w ramach ścieżki dźwiękowej kolejne dokonania Brytyjczyka. Jakby nie było innej muzyki na świecie. Chociaż faktycznie, Aphex Twin jest oryginalny i...

I potem poznałem muzykę zmarłego dwa lata temu Karlheinza Stockhausena, który to co pan Ryszard robi na albumie drukqs uprawiał już w latach 50.

Czy warto wspominać o szoku, jakiego doznałem, poznając malarstwo Basquiata i jak to wpłynęło na mój zachwyt oryginalnością prac Stanleya Donwooda?

Nie potrzebujemy nowości, proszę Państwa. Naprawdę podróże w przeszłość mogą przed nami odkryć dzieła, o którym nam się nie śniło, nawet jeśli skończyliśmy filozofię. (taki żarcik lingwistyczny popełniłem)

Swoją kolekcję płyt winilowych powiększam, odwiedzając stoisko przy warszawskiej ASP, antykwariat przy Kubusia Puchatka, sklep na Smolnej, bazar na Kole. Pomocna okazała się również ciocia, która wygrzebała z pod sterty butów stertę płyt.

Za 5-10 złotych za sztukę zakupiłem takie perełki jak:

Nieustanne Tango Republiki, z porażającym Obcym astronomem

Pierwszy album istniejącego wciąż do dziś Ziyo

Blues? również wciąż aktywnego zespołu One million Bulgarians

(choć najnowsza twórczość powyższych dwóch kapel już nie trafia do mnie)

Low life New Order z piękną Elegią

Muzyka do filmu Bogusława Lindy, Szeszele, wykonana przez Voo Voo

Phaedra krautrockowego zespołu Tangerine Dream

i wielkie odkrycie - zespół Reportaż, który wykonywał muzykę w magicznym filmie braci Quay, Institute Benjamenta. Zresztą w późniejszym dziele braci, In Absentia usłyszeć można wspomnianego pana Stockhausena.

Uwielbiam te chwile, gdy jadę do domu z nową płytą nieznanego zespołu, odkurzam ją, czasem zeskrobuję zdechłą muchę, albo jedzenie, kładę na tarczę adaptera, nastawiam igłę i... wielkie oczekiwanie. Czy okaże się chłamem, czy mnie porwie? Za 5 złotych można pozwalać sobie na takie eksperymenty i daje to ogromna satysfakcję, gdy się trafi w dziesiątkę.

I ostatnia zaleta płyt winilowych. Billy Corgan, reagując na słabą sprzedaż ostatniego albumu Smashing Pumpkins, stwierdził że Dynie wydawać będą juz jedynie single. Że teraz mamy rynek, gdzie nie ma miejsca na albumy. Coś w tym jest. Od kiedy mamy łinampy, empetrzy plejery, ajfołny i yoyo plejery, przesłuchujemy album raz, wybieramy 2, 3 ulubione utwory, i je maglujemy. Rozczłonkowujemy całości, nie przywiązujemy już do nich tyle wagi. Ma być to co mi się podoba, w takiej dawce jaką chce. Znudzi mi się, daję nowe. A że jeden utwór trwa ogólnie 3-4 minuty, to przyspieszamy, skaczemy, coraz szybciej i szybciej. Jak coś się nie mieści w jutubowym formacie 10 minut, to nie mam na to czasu. Utwór trwa 22 minuty?! No chyba żartujecie, że będę tego słuchał?!

Wszelkie ułatwienia, pozwalające nam zmieniac kanały bez ruszania się z kanapy, wybrać dowolną piosenkę na albumie za jednym kliknięciem, odbywają się ze szkodą dla kultury (tak dla samych prac, jak i dla kultury naszej, osobistej). Bo mogę przecież przewinąc kasetę do ulubionego utworu, mogę nastawiać igłę adaptera na tę jedną jedyną piosenkę, ale strasznie dużo jest w tym zachodu. Istnieje duża szansa, że przesłuchamy całość. Teraz np. słucham stronę A Cheta Bakera in Milan już trzeci, czy czwarty raz. Wspaniałe przeżycie. Obcuję z tą muzyką. Ktoś stworzył muzykę, a ja z nią obcuję. Nie tnę na swoją modłę, nie mieszam w singlowym tyglu.

Nie piszę tego z perspektywy załamanego upadkiem kultury starca, bo sam śmigam po jutubie i codziennie do śniadania poznaję dwadzieścia nowych piosenek, słuchając po 2 minuty z każdej. Sugeruję jedynie wyważenie. Znalezienie czasu i na kontemplację i na polowanie na nowości. Takie harmonijne zestawienie oparte na kontraście dostarcza wiele radości.

Na koniec chciałbym zareklamować wspanialą stronę internetową, inicjatywą wartą uwagi. Blog


promuje nowe zjawiska w polskiej muzyce alternatywnej. Dzieje się, oj, dzieje na naszym ryneczku. Tylko wiadomo, to wszystko poukrywane w jakichś zagłębiach, zakamarkach, majspejsach i klubach otworzonych w starych fabrykach. Don't panic zbiera to wszystko w jednym miejscu, dając nam jednocześnie szansę ściągnięcia przeglądowych kompilacji. Wpadajcie tam, słuchajcie. Na pewno coś ciekawego dla siebie znajdziecie.

Ja ostatnio, będąc w hedonistycznym nastroju, upodobałem sobie takie coś, Skinny Patrini się zwą:



9 komentarzy:

Siegfried pisze...

hmmm... ciezka sprawa z ta wartoscia literacka i plastyczna, szczegolnie jezeli jest sie zwyklym czytaczem. lubie komiksy, jednak dla mnie glownym kryterium jest: "czy podoba mi sie kreska? Tak... no to zobaczymy czy interesujace". I nawet jezeli wartosc literacka i plastyczna tego komiksu nie bedzie wysoka, ja jestem szczesliwy ;)
z drugiej strony jezeli forma graficzna nie przypadnie mi do gustu, to nie ma bata zebym przeczytal. przykladowo "Watchmen" - ja wiem ze super i w ogole, ale niestety nie dam rady. moze kiedys ;)

dud pisze...

Jeśli chcesz to mam więcej Skinny Patrini :)

Ziniol pisze...

a czy Billy Corgan aby przypadkiem nie zamierza w najbliższym czasie wydac dwupłytowego mega koncept albumu, pokroju "Mellon Collie and the Infinite Sadness"? To tak a propos tych singli...

kiamil pisze...

na winylu polecam zwłaszcza "Sno-powiązałkę" VooVoo - jak dla mnie najlepszy oniryczny album ever

Mark Gruber pisze...

hej! nigdzie nie mogę znaleźć adresu mailowego do Ciebie, więc pozwalam sobie napisać tutaj. być może zainteresuje Cię to:

http://podrozpowiesc.blogspot.com/2008/10/zilustruj-podr.html

pozdrawiam i proszę o kontakt jakby co (mail na blogu). m.g.

johniss pisze...

co do recenzowanych komiksow z poltergeista...

po przeczytaniu tychze, skierowalem sie w strone "prosto z piekla", ale... no ludu moj kochany, ponad stowe za tomik?:) rozumiem wszelkie argumenty, ze arcydzielo, ze cud, miod, orzeszki, pozlacane strony i objetosc, ze krowe mozna nim zabic. ale czy znalazloby sie cos wybitnego (lub ocierajacego sie o wybitnosc) z ostatniego roku, koniecznie na studencka kieszen?:)

pozdrawiam

Daniel Chmielewski pisze...

Do Siegfrieda: Ja akurat zawsze podchodziłem do komiksu jako do nośnika, a nie do czegoś samego w sobie i takie podejście propaguję wśród znajomych bliższych i dalszych, a których większość z komiksami ma tyle wspólnego co z mercedesami, czyli nic. Medium, gdzie jest może być miejsce na zabawę, ale i na wyszukane rozwiązania plastyczne pasujące do galerii, jak również na skomplikowane analizy naukowe, jak np. w dodatkach do "From Hell". Zbyt często apologeci komiksowi powołują się na jakieś emocjonalne kwestie i od razu przepraszają za to, czego komiks nie potrafi, a zbyt rzadko pojawia się słowo "medium", bez którego jakakolwiek sensowna rozmowa o komiksie odbyć się nie może. Niby to banalne, ale w numerze pisma [fo:pa] poświęconym komiksowi, gdzie piszą sami znawcy, większość tekstów powyższych uwag nie uwzględnia.

Do Agaty: Z wielką chęcią!

Do Dominika: Ja się powołuję tylko na nieomylną Wikipedię, która czerpie z tego bezkompromisowego wywiadu z samym mistrzem.

Do Kamila: Dziękuję za polecenie. Będę on the look out!

Do Marka Grubera: Jak znajdę dłuższą chwilę, to się zagłębię, ale inicjatywa wydaje się ciekawa!

Do Johnissa: No niestety, takie są koszty. Ale jak chcę kupić album z reprodukcjami malarskimi, to tez muszę wydać od 5 dych do 2 stów. A nawet książki - antologia wierszy Herberta, na którą ostrzę kły, kosztuje chyba z 8 dych. A nowe krytyczne opracowania Gombrowicza to minimum 5 dych.

Choć i wśród poleconych na Polterze komiksów znajdą się pozycje w granicach 4 dych. Psychoanalityczna "Rozkosz" - 4 dychy, dostający świetne recenzje "Wędrowiec z Tundry" (którego niestety nie czytałem) - 3 dychy, obyczajowa "Kobieta moich snów", 3 dychy. Zawsze można ponadrabiać zaległości, znajdując po różnych przecenach i aukcjach. Polecam zestawienia co ciekawszych pozycji z ostatnich lat na Kolorowych Zeszytach.

Siegfried pisze...

Daniel:
masz w 100% racje, chociaz ja mam do komiksu podejscie jak do gier komputerowych (obie formy uwazam za pokrewne) - jezeli podoba sie odbiorcy to ok, autorzy wykonali swoje zadanie (nawet jezeli odbiorca jest banda amerykanskich bachorow). I nie wazne jest ze nie jest odkrywczy, ze cos powiela, ze skierowany jest do bezmyslnej masy. Dokladnie taka jest teraz strategia Nintendo i ich Wii - to konsola dla casual gamers - mojej mamy, wujka czy cioci. Niekoniecznie jest to konsola dla mnie, chociaz ciesze sie ogromnie ze "normalni" ludzie zaczynaja grac i przelamywana jest bariera mentalna ze gry to niby dla dzieci. Byc moze wujek siegnie pozniej po Gears of War czy symulator lodzi podwodnej.

Odnosnie plyt winylowych:
tez uwazam ze CD i mp3 popsuly troche sposob w jaki odbieramy plyty. Kiedys mialem Walkmana i gdy kupowalem nowa "plyte", to sluchalem od deski do deski (tj nie chcialo mi sie przewijac) - po kilku(nasto)krotnym przesluchaniu odkrywalem nowe interesujace brzmienia w kawalkach, ktore na poczatku mi sie nie podobaly i ktore obecnie byl opuscil.

jak tam bitwa komiksowa?

Daniel Chmielewski pisze...

A bitwa bardzo udana, dziękuję. W ostatnim wpisie jest kilka słów.

Nie liczyłbym na nawracaniu dziadków na Gears of War poprzez Wii albo historyków sztuki na Lobo poprzez Watchmenów. Za to pozytywnym aspektem takiego trafiania do nowych nisz jest ujednolicenie technologicznych podstaw komunikacyjnych. Kiedyś kilka osób czytało, a reszta to był plebs. Teraz wszyscy czytamy, przez co wzrosły możliwości komunikacyjne, nastąpiła demokratyzacja społeczeństwa. Podobne skutki przewiduję w tym, że zdecydowana większość będzie korzystała z konsol, gdzie za jakiś czas będą powstawały odpowiedniki Ulysessa w literaturze i dzieł Moore'a w komiksie.

Co do płyt - no właśnie. Kiedyś to był rytuał. Kupowało się kasetę na jakiś czas i do zdarcia puszczało w łokmenie. A teraz całymi dyskografiami człowiek szafuje i wydaje po kilku chwilach styczności z muzyką arbitralne sądy. No cóż, ciekaw jestem do czego do doprowadzi. W kinie doprowadza do montażu jaki znamy z początkowego pościgu w ostatnim Bondzie. A w muzyce? Pożyjemy, zobaczymy.