BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO

wtorek, 20 stycznia 2009

Masa czyli My

Już za dwa dni koniec konkursu Blog Roku. Jako że nie mam wystarczającego fanbejsu, by wspiąć się na szczyty listy popularności, zresztą szczyty te niespecjalnie mnie nęcą, chciałbym w tym miejscu kilka słów podsumowania napisać. Uroczyście witam wszystkich nowych gości Pubu pod Picadorem i cieszę się, iż nadarzyła się okazja do poznania się. Gorąco zachęcam do dyskusji, jeśli jakiś temat Was zainteresuje. Jeśli z kolei sami gdzieś w blogosferze prowadzicie ciekawe dysputy, dajcie znać - z chęcią poczytam.

Dziękuję również wszystkim, którzy wysłali wiadomość tekstową, gdyż głównym tego celem było zebranie pieniędzy na turnusy rehabilitacyjne dla dzieci z porażeniem mózgowym. Na pewno przydało im się Wasze wsparcie. A jeśli jeszcze chcecie kilka złotych dorzucić, możecie to uczynić, głosując do czwartku na blogi cenionych przeze mnie znajomych: Gniazdo Światów, W poszukiwaniu straconego stracenia lub blog Marcina Podolca albo Agaty Dudek.

***

W sobotę odbyła się Bitwa Komiksowa w warszawskim klubie Punkt. Atmosfera była fantastyczna, publiczność interesowała się tym co się działo na scenie i uciąłem sobie kilka miłych pogawędek z innymi gośćmi (choć jakiś małomówny byłem. Mam nadzieję, że nikt nie poczuł się przez to niemiło). W finale zabrakło mi pomysłu i zająłem drugie miejsce, ale tu nie o miejsce chodzi, a o emocje i dobrą zabawę. Kto nie był, może obejrzeć filmik. Szkoda, że nie widać na nim prac. Za to większy wgląd jest w galerii zdjęć pana Adama M.

***

Pewnie w najbliższym czasie będzie tu dość cicho, bo narobiło się ogromnie dużo zaległości na Akademii, w projektach komiksowych i w publicystyce. Nim się skupię na pracy, chciałbym podzielić się dwoma ciekawymi cytatami z książki Jose Ortegi y Gasseta - Bunt mas. Esej tu zawarty warto przyrównać do pracy Pogarda mas Petera Sloterdijka, której fragment niedawno cytowałem.

Pozwolę sobie również odnieść się do ciągłego cytowania, jakie ma tu miejsce. Cytowania samego siebie, jak i innych twórców. W eseju Spacer po plaży zastanawiałem się jak opisywać świat:

"Poprzez przełamywanie linearności, jaka została nam narzucona przez druk. Możemy to nawet robić, korzystając z druku, ale pisząc mozaikowo".

Co to znaczy mozaikowo? Znaczy to: nie układać elementów w rzędzie, nie szukać początku i końca według ustalonych przez ludzi w ramach umowy społecznej kryteriów. Możemy zmarnować życie drążąc pytanie: Co było najpierw - kura czy jajko? Ale czy ma to sens? Kultura druku narzuciła nam linearność. Czytanie w jednej linii, od początku, poprzez rozwinięcie, do końca. Jest to twór sztuczny. Jeśli taki model uznajemy za podstawę do opisywania świata, musimy polec, bo wyłącznie tworzymy kolejne formy abstrakcyjne. Jaka jest alternatywa? Przed drukiem istniała kultura słuchowa. Dźwięki docierają do nas symultanicznie - wypowiedź wykładowcy, szum samochodów, telefon znajomej. Tak działa świat - wszystko dzieje się symultanicznie, na zasadzie sprzężeń. Jest ich tak dużo, że tworzą pozorny chaos, przed którym ludzie uciekają w proste, linearne formy. Uciekają tym samym w proste, nie mające nic wspólnego z rzeczywistością, kłamstwa. A rzeczywistość sama w sobie jest prostsza, niż nam się wydaje. Trzeba jedynie nauczyć się ją właściwie odbierać. Teraz, w XXI wieku powoli odwracamy się od linearności. Ten zasyp bodźców, z jakim się stykamy, jest analogiczny do doświadczenia audialnego. Tu film, tu reklama, to dziennikarz mówi reklamowy singiel Paryż Hilton zmarł tam po wybuchach samolot w wodzie i bohater znów przegrał trener ma ostatnia szansę. Starsze pokolenia, wychowane w tradycji linearnej, boją się, szukają sensu, którego nie ma. I gubią się.

Faszeruję Was tymi cytatami, bo nie ma sensu mówić innymi słowami czegoś, co zostało już trafnie powiedziane. Gdyby usunąć wszelkie powtórzenia, wszelkie nic nie znaczące wariacje, okazałoby się, że przez ostatnie dwa tysiące lat powstało tylko tyle literatury w Europie, że pojedynczy człowiek może ją pochłonąć w trakcie jednego życia. Nie jest to udowodnione. Jest to wyłącznie hipoteza, do której z każdą kolejną przeczytaną książką coraz bardziej się skłaniam.

Zwróćmy uwagę na niektóre z ważniejszych dzieł pisanych. Jaka jest cecha wspólna Księcia Machiavellego, Prób de Montaigne'a, Pasaży Waltera Benjamina, książki Kultura jest naszym biznesem McLuhana? Są zestawieniami. Pisarze ci w pełni rozumieją, że Ja nic nie znaczy. Oczywiście, świat powstaje, gdy my się rodzimy, i ginie wraz z nami i możemy egoistycznie przejść przez życie, nie zważając na cokolwiek co istnieje wokół i co było przed. Bo możemy. Proponuję jednak, by wszyscy bojący się upadku kultury, wyrzekli się swojego Ja, bo tylko myśląc ponadindywidualnie, biorąc odpowiedzialność za świat (proponuję w tym miejscu lekturę krótkiej książeczki Egzystencjalizm jest humanizmem Sartre'a), możemy rozszerzyć wpływy naszej Niszy i wciągnąć do niej nowych członków. Napisałem Niszę przez duże N, bo my, grupa wyedukowanych i kulturalnych, nie mamy jakiegokolwiek prawa, nie jesteśmy lepsi. Uważamy jedynie, że nasza droga jest słuszna.

Słuszność jednak nie weryfikuje się sama. Potwierdzamy ją poprzez wieczne uczestniczenie w konkursie na przeciąganie liny. Im więcej osób będziemy mieli po swojej stronie, tym większa szansa na wygraną w tej rundzie.

***

Po tych kilku słowach wstępu, dwa cytaty.

Jose Ortega y Gasset
Bunt mas (fragmenty)

Przetłumaczyli: Piotr Niklewicz i Henryk Woźniakowski
Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1982


Zilustrowane pracami Franciszka Starowieyskiego opublikowanymi w książce Rok 1699.





















Głębokie spojrzenie w duszę


Kiedy mówimy o życiu, zapominamy często o sprawie często według mnie najbardziej istotnej, a mianowicie o tym, że życie nasze to przede wszystkim świadomość tego, co dla nas możliwe. Gdybyśmy zawsze mieli przed sobą tylko jedną możliwość, to nie byłoby sensu tak jej nazywać. Byłaby to raczej czysta konieczność. Podstawowy warunek istnienia tego zdumiewającego zjawiska, które zwie się naszym życiem, polega na tym, iż zawsze napotyka przed sobą różne drogi, a że jest ich wiele, nabierają one cech możliwości, spośród których zdecydować się musimy na jedną. W najgorszym razie, kiedy świat wydaje się sprowadzony do jednej możliwości, jednej drogi, to i tak są zawsze dwie: ta oraz zejście z tego świata. Ale zejście ze świata jest także częścią świata, tak samo jak drzwi są częścia składową pokoju. Powiedzieć, że żyjemy, to tyle co powiedzieć, że należymy do środowiska określonych możliwości. Ten okalający nas obszar nazywamy zazwyczaj "okolicznościami". Życie to przebywanie w pewnych "okolicznościach", czyli w świecie. Takie jest bowiem pierwotne znaczenie pojęcia "świat". Świat jest zbiorem przed nami możliwości życiowych. Nie jest więc jakimś elementem obcym, stojącym poza naszym życiem, lecz stanowi jego autentyczną ramę. Przedstawia sobą to, czym możemy być, czyli to, co jest możliwością życiową. Ta ostatnia musi się skonkretyzować, aby się urzeczywistnić, albo innymi słowy, udaje nam sie być jedynie drobną cząstką tego, czym moglibyśmy być. Dlatego też świat wydaje się nam tak ogromny, a my w nim tacy malutcy. Świat lub nasze możliwe życie zawsze przerasta nasze przeznaczenie lub nasze życie faktyczne.

[...]

Die verlorene Evigheit (ucięty, błąd ortograficzny w oryginalnym tytule)

W diagram psychologiczny współczesnego człowieka masowego możemy (...) wpisać dwie podstawowe cechy: swobodną ekspansję życiowych żądań i potrzeb, szczególnie w odniesieniu do własnej osoby, oraz silnie zakorzeniony bark poczucia wdzięczności dla tych, którzy owo wygodne życie umożliwili. Obie te cechy są charakterystyczne dla psychiki rozpuszczonego dziecka. I rzeczywiście nie będzie pomyłką, jeśli na duszę współczesnych mas spojrzymy przez pryzmat tej psychiki. Nowy plebs, dziedzicząc dorobek długiej i znakomitej przeszłości - znakomitej ze względu na natchnienie i trud - jest przez współczesny świat po prostu rozpuszczony. Rozpuszczać to znaczy nie ograniczać żądań i potrzeb, to znaczy wpajać danemu osobnikowi przekonanie, że wszystko mu wolno i że do niczego nie jest zobowiązany. Dziecko tak wychowane nie ma okazji doświadczyć granicy własnych możliwości. Chronione przed jakimikolwiek ograniczeniami zewnętrznymi, przed każdym zderzeniem z innym, dochodzi do przekonania, że żyje samo na świecie, przyzwyczajając się zarazem do nieliczenia się z innymi, zwłaszcza do nieuwzględniania tego, że może być ktoś od niego ważniejszy, czy względem niego nadrzędny. Poczucia cudzej nadrzędności można doświadczyć jedynie na własnej skórze, kiedy ktoś silniejszy od nas zmusza do wyrzeczenia się jakiejś potrzeby, do powstrzymywania się od czegoś, do ograniczenia własnych żądań. W ten sposób uczymy się podstawowej zasady dyscypliny: "Tu kończę się ja, a zaczyna się ktoś drugi, komu wolno więcej niż mnie. Na tym świecie istnieje najwidoczniej alternatywa: ja i ktoś względem mnie nadrzędny". W innych epokach życie codzienne uczyło ludzi tej prostej mądrości, bo ówczesny świat był tak nieporadnie zorganizowany, że częste były wszelkiego rodzaju katastrofy i nie było w nim nic pewnego, bezpiecznego czy trwałego. Natomiast współczesne masy ludzkie otacza świat pełen możliwości, a na dodatek pewny i bezpieczny, zastają wszystko gotowe, będące do ich dyspozycji, ogólnie dostępne, jak słońce i powietrze, nie wymagające jakiegokolwiek uprzedniego wysiłku. Żaden człowiek nie jest wdzięczny drugiemu za powietrze, którym oddycha, ponieważ powietrza nikt nie wyprodukował i należy ono do całości tego, co "jest", o czym mówimy, że jest "naturalne", bo nie odczuwamy jego braku. Owe rozpuszczone masy są wystarczająco mało inteligentne, by wierzyć, że cała ta materialna i społeczna organizacja, będąca jak powietrze do ich dyspozycji, jest tego samego pochodzenia co i ono i chociaż czasem zawodzi, to jednak wydaje się prawie tak doskonała, jak gdyby była dziełem natury.

Moja teza jest zatem następująca: właśnie doskonałość, z jaką w XIX wieku zorganizowano pewne dziedziny życia, spowodowała to, że korzystające z owych dobrodziejstw masy nie uważają ich już za organizację, lecz za element przyrody. Tak tez można wyjaśnić demonstrowany przez masy, absurdalny stan ducha: nie interesuje ich nic poza własnym dobrobytem, a jednocześnie nie mają poczucia więzi z przyczynami ich dobrobytu. Zdobyczy cywilizacji nie odbierają jako cudownych, genialnych konstrukcji, których istnienie należy pieczołowicie podtrzymywać; wierzą tylko, że ich rola sprowadza się do wymagania istnienia tych ostatnich, jak gdyby chodziło o przyrodzone prawa. W zamieszkach wywołanych brakiem żywności masy ludowe domagają się zazwyczaj chleba i często zdobywają go niszcząc piekarnie. Może to posłużyć jako symbol stosunku, oczywiście, przy zachowaniu należytych proporcji, współczesnych mas do cywilizacji, która je żywi.





















Alle Menschen werden Bruder


***

Bunt mas Hiszpan napisał w 1930 roku. Na ile my, ludzie oczytani, uważających się za kulturalnych i za tych wyższych, możemy przypisać sobie wymienione wyżej cechy? Ja sobie odpowiedziałem w puencie umieszczonego tu ostatnio komiksu.

W świetle tego wszystkiego, pytanie do Was. Czy istnieje dziś klasa inteligencji? Jakie kryteria byście ustanowili, w celu jej określenia?

11 komentarzy:

maggot pisze...

Ja to rozumiem łopatologicznie, Danielu: zakladając, że kiedyś kasa równała się edukacji, nieważne, czy dany osobnik był predysponowany do celów wyzszych czy do całodobowego leżakowania we własnych pierdach, teraz mamy sytuację zgoła inną. Otóż dostęp do edukacji jest powszechny i polityka względem instytucji edukacyjnych, w zasadzie na wszystkich szczeblach, zasadza się na uznaniu wyszości intelektualnej jednych nad drugimi, czyli bardziej uzdolnieni idą do lepszego liceum i dostają się na studia dzienne, mniej zdolni natomiast zmuszeni są opłacać studia zaoczne . Ostatecznie jednak patrząc na całą sprawę z punktu widzenia statystyki wykształcenie wyższe ma zarówno student po studiach prywatnych, zaocznych czy dziennych. Różnica zasadza się na szczegółach. Inteligencja jako klasa spoleczna prowadzący pewien styl życia owszem istnieje, z tym że po pierwsze jest straszliwie rozproszona, po drugie nie prowadzi już salonowego trybu życia, zamiast tego miesza się z masą w knajpach (chciałoby sie rzec - z pospólstwem :). Nie ma już wyraźnych granic ani podziałów, ponieważ żyjemy w czasach, gdy polityka równości i egalitaryzmu każe nam być właśnie jednolitą masą i nie sprzyja istnieniu klas opartych na poczuciu wyższości. Dlatego tzw. inteligencja, czyl idiotycznie rozumujac ludzie oczytani, świadomi zjawisk kulturowych, z dystansem do siebie i tzw. czasów nowożytnych, czyli po prostu mniej lub bardziej oświeceni humanisci, grupuje się teraz głównie w internecie, łącząc się hipertekstowo poprzez linki. Może rozumiem pewne rzeczy banalnie, ale wydaje mi się, że w przestrzeni realnej zostały zatarte wszelkie ściezki uprzywilejowania, bo wiedza już nie jest źródłem podziałów. Jest nim natomiast pieniądz. banalna rzecz, z której zawsze sie śmiejemy z koleżanką Anną - podziały na lepszych i gorszych i poczucie wyzszości zaszczepione w szkole tylko dlatego, ze miało sie 6 z polskiego i jeździło się na olimpiady, nie przekłada się ani trochę na system studiów ani na życie zarobkowe wewnątrz systemu kapitalistycznego. W ten oto sposób większość inteligentów, którym brakuje jakiejś szczególnej zdolnosci dającej się sprzedać (jak twoje komiksy) zostaje postawiona w sytuacji bolesnego rozdwojenia jaźni i narastających kompleksów wzgledem swoich kolegów i koleżanek, którzy może z polskiego mieli 3, ale teraz trzepią grube tysiące. W dzisiejszych czasach bardziej niż kiedykolwiek trzeba mieć na siebie pomysł, zwłaszcza jeśli jest się w intelektualnej czy artystycznej mniejszości. ani sztuka ani tym bardziej bogate życie wewnętrzne z zasady nie są zbyt atrakcyjnym towarem rynkowym. niska półka raczej, obok nalewek.

maggot pisze...

ps. fajnie wyszła ta bitwa, szkoda że nie ma edycji wrocławskiej

Siegfried pisze...

ciezkie to pytanie zadales, oj ciezkie.
ja moze sprobuje powiedziec cos o czlowieku inteligentnym (nie o inteligencie - bo ostatnio juz nie wiadomomo czy jest to okreslenie pozytywne czy negatywne). Po pierwsze musi on zdawac sobie sprawe z istnienia masy i zjawisk w niej wystepujacych (szczegolnie w dzisiejszych czasach - mediow i manipulacji poprzez przeredagowywanie oraz wyciszanie faktow). Po drugie w kazdym konflikcie powininen przygladac sie argumentom obu stron (zdecydowanie - jezeli podczas dyskusji z kims zauwazam, ze absolutnie nie interesuje go moj punkt widzenia, automatycznie przestaje uwazac go za inteligentnego, mozliwe ze to swiadczy zle o mnie) i na tej podstawie wyrabiac swoje zdanie. Po trzecie powinien myslec dlugofalowo, tzn miec pewne cele i je realizowac, przygotowywac sie na pewne wydarzenia ktore moga dotknac jego, jego rodzine lub cywilizacje (to juz czyste post-apo ;D). Moze troche inaczej - jezeli nie przygotowywac sie, to przynajmniej miec swiadomosci takiej mozliwosci (co w pewnym sensie indukuje mysl: "co wtedy zrobie"). Kolejna sprawa to korzystanie ze slowa pisanego - jakos niedowierzam inteligentnym ludziom ktorzy nie czytaja - to oznacza ze brak im wyobrazni, najwyrazniej lubia miec cos podane na tacy. Wiem, ze przykladowo Tolkiena mozna sobie obejrzec na dvd, ale po jego obejrzeniu podczas czytania ksiazki widze caly czas gebe tego paskudnego Froda z filmu. Niefajnie.
Moralnosc i empatia... ciezka sprawa. teoretycznie czlowiek inteligentny moze byc niemoralny i malo empatyczny, jednak z drugiej strony swiadczy to o pewnym ograniczeniu, na ktore pozwolic moga sobie tylko "geniusze zla" posiadajacy duze zasoby. Juz tlumacze - otoz empatia to cecha zwiekszajaca szanse na sukces w znaczeniu spolecznym - ja komus pomoge, ktos mi pomoze (wbrew pozorom ludzie nie sa w 100% egoistami, nawet dzisiaj - trzeba im dac szanse na okazanie "wielkodusznosci" i zrobia to z wielka ochota, szczegolnie jezeli nie wymaga to duzego nakladu pracy). Ktos kto idzie "po trupach" do celu, marnie skonczy (i jezeli nie zdaje sobie z tgo sprawy to znaczy ze jest w pewnym sensie ograniczony). Ostatnia cecha czlowieka inteligentnego jest wszechstronnosc - i nie chodzi mi tutaj o umiejetnosc gotowania, naprawy samochodu i budowy domu, raczej o zainteresowania. Ciekawosc zycia i swiata. Podroze, poznawanie nowego. Nawet poprzez czytanie, ogladanie i rozmawianie. Chyba wlasnie ta cecha jest kluczowa. Plus umiejetnosc nauki od innych.

Czego wg mnie czlowiek inteligentny nie musi... Nie musi znac sie na wszystkim - w dzisiejszych czasach to dosc trudne. Jezeli na czyms sie nie zna to potrafi sluchac ludzi znajacych dany temat i uczyc sie poprzez dyskusje (jakkolwiek nieco kulawa, bo raczej jednostronna). Nie musi miec zdania na kazdy temat, ale powinien byc w stanie je sobie wyrobic (i miec checi ku temu, jezeli cos go zainteresuje).

Hmm... tak przeczytalem ten wywod i dochodze do wniosku, ze zdefiniowalem czlowieka inteligentnego spolecznie ;)
ciekawa rzecz - obecna polska emigracja wystawia swiadectwo naszej polskiej inteligencji spolecznej. Polacy bardzo dobrze radza sobie w, badz co badz, wrogim srodowisku (obcy jezyk, obca kultura, inne zwyczaje, inne rasy itp itd). Potrafimy sie integrowac i przelamywac stereotypy ktorych nauczylismy sie w kraju. Potrafimy oszczedzac i podgladac "technologie" i sposoby pracy uzywane w innym kraju (czyli w pewnym sensie planowac swoja przyszlosc)

to takie moje poranne przemyslenia, jakby co to zwale wine na to ze zaspany jestem ;)

maggot:
pozwolisz ze sie z Toba nie zgodze.
co ma rodzaj studiow do tego, czy jest sie bardziej uzdolnionym czy nie?
Ja na ten przyklad konczylem studia wieczorowe, poniewaz najzwyczajniej w swiecie nie bylo mnie STAC na dzienne - musialem pracowac. I z reka na sercu moge stwierdzic, ze programowo studia wieczorowe odstaja od dziennych (tzn sa do bani), jednakze w moim przypadku studiowalem dziedzine ktorej jestem pasjonatem i braki w materiale nadrabialem wlasna ciekawoscia i nauka poprzez praktyke. Tak wiec dla mnie rodzaj ukonczonych studiow nie jest w zaden sposob wyznacznikiem zdolnosci.

Nie probowalbym tez definicji klasy inteligencji jako humanistow.

Co do wiedzy jako zrodla podzialow - jak najbardziej. Sila rzeczy ludzie mniej wyksztalceni maja pewien niedosyt i czesto kompleks na tym punkcie. Ja wychowywalem sie na osiedlu, gdzie wiekszosc moich rowiesnikow bylo po zawodowkach i czesto pod moim adresem uzywano okreslen studenciak, inteligent itp itd. Niby zartobliwie, ale bylo to cos na ksztalt napomnienia - ty patrzysz na to z innej perspektywy, nie jestes jednym z nas. Wiec smialo moge stwierdzic ze podzial istnieje. I nawet nie chodzi tutaj o mozliwosci finansowe jakie teoretycznie daje lepsze wyksztalcenie - chlopaki w stoczni zarabialy 2x wiecej ode mnie. Moim zdaniem pies pogrzebany jest w sposobie w jaki zarabiasz - wyksztalcenie daje ci mozliwosc pracy umyslowej za lepsza stawke godzinowa (w przeliczeniu), podczas gdy jego brak zmusza wiekszosc ludzi do pracy fizycznej, gdzie nizsza stawke nadrabiaja iloscia godzin. Tutaj w Londynie widac to szczegolnie wyraznie - np u mojej dziewczyny w pracy kucharze trzepia szmalec, ale przepracowuja po 50 godzin tygodniowo i wiecej.

ale moge sie mylic, jak juz wspomnialem jestem lekko zakrecony dzisiaj ;)

Siegfried pisze...

kurna chata ale mi tasiemiec wyszedl, chyba dluzszy niz oryginalny post. sorka ;)

maggot pisze...

myslę Siegfriedzie, że po prostu patrzymy na problem z innych perspektyw. w moim srodowisku, które jakby nie patrzeć uwazam za inteligentne, humanizm definiuje się inaczej - humanizm jest dokladnie tym, o czym pisałeś, jakąs tam formą światłości kulturowej, obycia w świecie, empatii gatunkowej i inteligencji emocjonalnej - w tym sensie humanistą możebyć zarówno fizyk jak i architekt czy inzynier. nie chodziło mi też o pojechanie po studentach wieczorowych czy zaocznych, tylko o pokazanie sytuacji stereotypowej, ktora w prawdziwym życiu owszem, bywa bardzo często niesprawiedliwą perspektywą dla tych, którzy mieli trudniejszą sytuację życiową. Ale chodzi mi o to, ze żyjemy w kapitalizmie. patrząc z punktu widzenia rynku postawa humanistyczna jest g... warta. Liczy się spryt, żeby nie wyjść na zarobkowego frajera. wyłuszczone przez ciebie cechy człowieka inteligenego mogą pomóc, ale moga też pogrążyć w poczuciu nieprzystosowania. ponieważ sama jestem gdzies na granicy bardzą się z tą sytuacją identyfikuję. myślę też, że wbrew powszechnym opiniom bycie lekkim debilem wcale nie jest źle widziane. nawet trochę pomaga się wybić. Natomiast humanista w szponach systemu może być już tylko błaznem, bez wzgledu na to jak duzo/mało zarabia. i tutaj objawia się mądrość humanisty - przyjąć pałeczkę błazna z dumą i podzwaniać dzwoneczkami, zachowując dystans do siebie i swoich emocji, wynikających często z przewrażliwienia. innymi słowy: zakuć psa w kaganiec. może ja jestem zła i cyniczna, może zawężam kategorię do swoich kręgów, ale tak bym to widziała.

Siegfried pisze...

rozumiem. w mojej glowie wciaz pokutuje podzial ze szkoly podstawowej - humanisci i umysly scisle ;) podobnie z definicja humanizmu - raczej ta renesansowa. Ale faktem jest ze masz 100% racje.

Odnosnie wyksztalcenia i gorszej sytuacji zyciowej - zaczynam miec niejasne wrazenie, ze kwestia papieru jest u nas w Polsce przesadzona. Zauwazylem ze tutaj (tj uk) licza sie przede wszystkim umiejetnosci i entuzjazm. Oczywiscie sa firmy w ktorych wyksztalcenie wyzsze jest jednym z podstawowych kryteriow, jednak w mojej branzy (gry komputerowe) liczy sie przede wszystkim entuzjazm - wielkie firmy w swoich ogloszeniach pisza o wyksztalceniu wyzszym LUB dobrym portfolio (a najlepiej to i to).

czy ja wiem czy postawa humanistyczna jest g... warta z punktu widzenia rynkowego? to po prostu kwestia madrego wyboru zawodu. jezeli masz wysoka inteligencje emocjonalna, wiesz cos o swiecie, potrafisz nawiazywac z ludzmi kontakty i dyskusje to w firmie powinni wysylac cie na pierwszy ogien w kontaktach z klientami. I nawet nie chodzi tu o sprzedawanie im czegokolwiek, po prostu o PR. Podobniez z bezposrednia obsluga klienta i doradztwem. To, ze nasze glaby w zarzadach tego nie widza to juz zupelnie inna kwestia.

Daniel Chmielewski pisze...

Dziękuję bardzo, Agato i Siegfriedzie, za wnikliwe i zaangażowane odpowiedzi. Pozwolę sobie na odniesienie się do nich za kilka dni, jak czasu będę miał więcej.

Za to miałbym do Was prośbę. Postanowiłem na zakończenie semestru wydrukować co ważniejsze umieszczone w Pubie eseje w celu zaprezentowania ich wybranym profesorom. Chciałbym przy okazji tego eseju wydrukować również Wasze wypowiedzi (poprawię wszystkie błędy ortograficzne, by było cacy), bo pojawiają się w nich, według mnie, bardzo istotne i trafne obserwacje dotyczące współczesnego społeczeństwa. Czy mam na to Waszą zgodę? Jeśli tak, to czy mam posługiwać się Waszymi pseudonimami, czy nazwiskami? Jak nie chcecie ujawniać nazwisk wszem wobec, to możecie mi na mejla przesłać (zerodc@wp.pl). Oczywiście nie obrażę się, jeśli odmówicie. Dodam tylko, że Wasze wypowiedzi nie byłyby wstawiane w nowy kontekst ani manipulowane.

Siegfried pisze...

pewnie ze tak. ja poprosze pod pseudonimem ;)

maggot pisze...

śmiało Danielu, ja się nazywam Agata Kalinowska i w ogóle dzień dobry

qba pisze...

heh, ja ktrótko i nie tak treściwie- o bitwie zapomniałem trochę... a wybierałem się, może następnym razem będę pamiętał.

Bunt Mas to jedna z tych pozycji, które za mna kiedyś chodziły, ale ostatecznie chyba przegapiłem czas, który w moim rozwoju domagał się przeczytania tej pozycji. A może sie prxemogę jeszcze...

Iwona pisze...

Nie, no wszystko bardzo pięknie. Ale wracaj, bo nudą wieje ostatnio w necie:)