BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO

poniedziałek, 9 lutego 2009

Hikikomori w powidokach

Nie piszę, bo żyję.

Z jakiś tydzień temu obudziłem się i zauważywszy kilkunastometrowe tsunami dedlajnów szalejące przez osiedla w stronę mojego okna, zrozumiałem że to już koniec. Nie zdążę zabić okien dechami. Nawet desek nie kupiłem, bo leżałem na łóżku i wpatrywałem się w sufit. Pozostało jedno. Zmierzyć się z żywiołem.

I mierzę się jak cholera. Kilka spraw zawaliłem, jak to zawsze bywa, ale są na mojej "to do (better late then never) list".

Bo sprawa jest taka, że jestem nieprzystosowanym do życia, emocjonalnie niestabilnym, nie potrafiącym odnaleźć się w ustanowionych w naszym społeczeństwie zasadach małym człowieczkiem. Jednak, jak to cudownie określił pan Nowakowski w notce swojego Dziennika Równowagoisty:

Żyj tak, by dobrze brzmiało to na blogu.

Święte słowa.

Co z tego, że gdy miałem From Hell do wyliterowania uciekłem do Hiszpanii, gdzie czytałem Kraksę Ballarda zamiast szukać pracy wakacyjnej? A gdy przeczytałem Ballarda i odkryłem, że jestem pisarzem, wróciłem do Polski, gdzie mnie timof odnalazł, przykuł do kaloryfera i kazał literować komiks. Brzmi to okrutnie, ale inaczej polscy czytelnicy by czekali na dzieło Moore'a i Campbella do dziś.

Jedyny komiks, jaki zrobiłem od Powidoku, a który ukazał się w drugim Ziniolu, został wykonany zbyt pospiesznie, przez co puenta jest niezrozumiała. Do tego wywaliłem tytuł, przez co dałem czytelnikom zbiór obrazków zamiast ilustracji pewnego mechanizmu psychologicznego. Jak ktos mi za 50 lat anatologię prac będzie chciał złożyć, to poprawię.

Więc ogólnie leżałem i śmierdziałem od miesięcy. Ale! To są pozory, że marnowałem czas. Bo właściwie czas odkryłem. Zresztą odkryłem bardzo dużo rzeczy, leżąc i śmierdząc. I odkryłem też, że wielu rzeczy, które nam się wydają, że są, tak naprawdę właśnie nie ma.

"Od dwóch lat pracował pan nad tym cyklem? To damy pięć z minusem na semestr". Ostatni przegląd z rysunku u pana Sławomira Marca. Zdjęcie robił Łukasz Dybalski.

I napisałem traktat. A właściwie go kończę. Ale ostatnie kilka stron z sześćdziesięciu to już drobnostka. Traktat o teorii nisz. We mnie połączyli się Sartre i Kononowicz i dokonali przeze mnie obalenia zupełnego.

Nie ma nic.

Ale tak totalnie.

Nie. Żartuję sobie. Ale faktycznie nie ma większości rzeczy, które nam się wydają, że są. Nie będę tutaj ich wymieniał, bo musiałbym po prostu przytoczyć cały, niedokończony jeszcze traktat. Inaczej takie rzucone hasła miałyby tylko efekt taniego szoku służącego mniejszej lub większej kłótni z niektórymi czytelnikami. Kłócić się będziemy za jakiś czas, gdy ten traktat wydam.

Warto przyjrzeć się może pewnemu procesowi, jaki zachodzi. Gdyby ktoś zapytał mnie od kiedy piszę ten traktat - mógłbym powiedzieć, że od 4 stycznia tego roku. Tylko że na początku był powieścią. A dokładniej - powieścią pornograficzną. A ta powieść tak naprawdę nie przyszła mi do głowy tego czwartego stycznia, tylko kilka lat wcześniej, gdy na początku studiów postanowiłem założyć pismo Pornokultura - łączące najbardziej hardkorową pornografię, zamkniętą jednak w pewne estetyczne ramy, z esejami naukowymi z różnych dziedzin. Taki pomysł, by "wykształciuchy" nie musiały się wstydzić, że nocami gadają na seks-czatach. A może nawet jakiś niewykształciuch by się do takiej formuły przekonał.

Ale z roku na rok idzie mi coraz trudniej praca w zespole, więc z pisma nic nie wyszło. Zawsze zakładanie przeze mnie periodyków kończy się tym, że uzurpuję stanowisko szarej eminencji, potem i tak wszystko robię według swojej wizji, a na koniec kłócę się ze wszystkimi, że są idiotami i niczego nie potrafią. Taka formuła nawet działa, ale potem gdy chcę np. oddać pismo młodszym adeptom, okazuje się, że nie ma nikogo adekwatnego. Gombrowicz zauważył, że Witkacy otaczał się gorszymi od siebie, by błyszczeć. Na szczęście znajomi, którymi się otaczam nie są gorsi. Po prostu lubię się nad nimi znęcać.

Ale dygresje dygresjami. Więc kiedy był początek traktatu? Nie było początku. Jest pewnym wypryskiem na żywym organizmie. Tak jak Powidok był pewnym nagromadzeniem, które pękło i wypłynęło.

I tak samo to leżenie i śmierdzenie było gromadzeniem, było serią niedostrzegalnych ruchów tektonicznych. I teraz następuje wyprysk. Wstałem i robię. Oprócz traktatu powstał w ciągu ostatniego tygodnia (do scenariusza, nad którym pracowałem od początku stycznia) komiks do najnowszego Kolektywu, który wyjdzie w połowie marca. Nie wiem jak zostanie odebrany, bo to pastisz. Pastisz Dziadów Mickiewicza, serii komiksowej Słynni Polscy Olimpijczycy i grafik Brunona Schulza. A pastisz nie jest parodią. Jest jedną z dziwniejszych form, jakie funkcjonują i nie do końca wiemy jak się do nich ustosunkować. Dorzuciłem dla smaku kilka cytatów i parafraz. No właśnie, ale dla czyjego smaku - mojego, czy odbiorców?

Z tymi parafrazami, zwłaszcza plastycznymi, to obawiam się, że przedobrzam. Że są tak hermetyczne i tak ukryte, że nikt ich nie zauważa. Nie zwraca się już specjalnie uwagi na kompozycję. Nie wstawiamy figur ze starych obrazów w nowe, jak to robili dawniejsi mistrzowie, tworząc niezliczone wariacje na temat. Ciekaw jestem ile czytelników odnalazło cytat z Klimta w Powidoku? Albo z Moneta. Z Wieży Babel Bruegla zrobiłem centralny element Epilogu właśnie w obawie przed tym, iż ten cytat przejdzie niezauważony. Chyba zaczynam już obrażać swoich czytelników. Nie, nie o to mi chodzi. Ciekaw tylko jestem, czy to da się wypatrzeć. O, dajmy chociażby przykładową planszę z Kwadransu Mesjanistycznego, który zrobiłem dla Kolektywu. Jest tu cytat z pewnego bardzo znanego obrazu. Widać to?



***

Wracam do życia. W sensie nie, że nie żyłem, i że teraz żyję, tylko kończę opowiadać i wracam do życia. Nie chcę pisać o rozpoczynaniu i kończeniu jakichś życiowych etapów, bo już robiłem to tu chyba dwukrotnie, a teraz z perspektywy widzę, że to wciąż był jeden stan, w którym istniałem od chyba 2006 roku. To dzielenie na epizody jest wygodne, bo pozwala nam istnieć. Po to mamy lata podzielone na tygodnie podzielone na dni podzielone na godziny... Po to mamy święta i urlopy. Po to mamy seksualną inicjację jako podział na przed i po. Maturę a potem dyplom uczelni jako podział na przed i po. Jeśli nie mamy papierka to czujemy, że coś jest nie skończone.

nie ma początków
i końców
jest pulsowanie

Zanim ktoś powie, że to jest nihilistyczne i bezsensowne, chcę zwrócić uwagę na to, że czasem trzeba dobić do dna, by się od niego odbić. Ani Sartre nie jest pesymistą mówiąc, że trzeba żyć beznadzieją, ani Nietzsche mówiąc, że trzeba kochać przez pogardę, ani Różewicz, rozbijający poezję na drobny mak. Trzeba tylko wejść trochę głębiej i zastanowić się, a nie powierzchownie wyodrębniać z powyższych myśli słowa "beznadzieja" i "pogarda". Dlatego jestem wielkim przeciwnikiem takiej prozakowej propagandy jak ten film.

Chaotyczniej pisałem niż zazwyczaj, ale od kilku dni czuję się jak 20 minut po zjedzeniu grzybów halucynogennych i zapalaniu skręta. W świetnym towarzystwie. Przy fantastycznej muzyce. Po prostu mnie rozpiera i zanim znów popadnę w letarg i zacznę regularnie pisać na blogu, to muszę skorzystać z tego naturalnego haju, by ponadrabiać zaległości i może za coś nowego się wziąć.

Wracam do życia. A for your listening pleasure zostawiam dwie piosenki Johna Frusciante, które katuję w kółko od czterech dób. Nie wiem, jak mogłem odkryć jego muzykę dopiero teraz. Wstyd. Ale jest wspaniała. I choć Going Inside kiedyś w telewizji widziałem, to dopiero teraz rozumiem słowa

You don't throw your time away
sitting still





7 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Żeby odnaleźć ukryte cytaty w dziele, trzeba najpierw owe cytaty znać. Ja nie znałem, ale może dlatego, że i tak większość czasu spędzam w patofizjologii :D

Twój traktat o "niczymnniebyciu" przypomina mi "Tractatus logico-philosophicus" Wittgensteina. Zapoznaj się w wolnej chwili, jeśli jeszcze go nie znasz. Dla smaku - gość w okopach wojskowych, niczym opętany spisywał swoje matematyczne wywody, ignorując wybuchy granatów i świst kul naokoło. Jak to ujęto, miał poczucie, że to, co pisze, jest ważniejsze od konfliktów międzynarodowych.
W skrócie - facet dowiódł matematycznie, że człowiek nigdy nie pozna prawdy. Niektórzy twierdzą, że zabił tym samym filozofię :D

Nie wiem, co istnieje, a co nie. Ale codziennie udaje mi się oszukiwać mnie samego na nowo :D

Pozdrawiam wegetującego.

Protazy

Daniel Chmielewski pisze...

Witam Szanownego Pana! Jestem prawie pewien, że razem podczas wycieczki szkolnej widzieliśmy cytowany obraz na żywo. Heh, przypomniał mi się komentarz Pawła Iwaszko o pewnej ikonie - "Zezus Chrystus". Zawsze mnie to bawi.

Co do pana Wittgensteina, to od niego traktat zaczynam. Znasz go z filmu Jarmana, czy na patofizjologii wykładali?

Pozdrowienia dla Pana Szanownego i pańskiej Szwajcareczki.

Anonimowy pisze...

"Zezus Chrystus" rozbawił i mnie. Ale ja nawet nie pamiętam, GDZIE byliśmy... :D

Iwaszko miał jednak fajne teksty. Jak się go zapytałem, a mieliśmy lat wtedy chyba po 15, więc treść pytania jest jak najbardziej pojmowalna, "W jakim katalogu trzymasz pornosy?", ten mi odpowiedział prosto, szybko i bez namysłu: "C:"

Z "Traktatem logiczno-filozoficznym" zetknąłem się po raz pierwszy w filmie "Oxford murders" z Elijah Wood'em. Polecam, swoją drogą. Film zaczyna się wspomnieniem owego traktatu, a że mnie zaciekawił, to poszperałem trochę.

Jego treść nie zostanie chyba przyjęta na patologii... Trochę głupio i niepoważnie to wyglądałoby,gdyby najpierw kazali Ci zakuć 50 stron objawów i przyczyn, a potem mieliby to ukoronować zdaniem: "Dużo tekstu? A wiecie, że według Wittgensteina to i tak możemy się schować..."

Szwajcareczkę pozdrowię.

A Ty Oposową :D

kolec pisze...

Coraz lepiej mi się Cię czyta, Danielu. Gratuluję zaciągnięcia się do Kolektywu, też chciałem do tego numeru coś podrzucić, ale u mnie mało bloków na osiedlu i deadlineowe tsunami zalało mnie zanim w ogóle je zauważyłem.

Cholerajasnaświętapanienka.

Może kiedyś jeszcze się razem gdzieś opublikujemy :)

Daniel Chmielewski pisze...

Do Protazego: Ach, to było ziółko, ten nasz Paweł! Ciekaw jestem , co z nim teraz. Czy wciąż ma tę chłopięcą fizjonomię i poczucie humoru.

Filmu nie znam. Jak natrafię, to obejrzę, bo wymieniłeś dwa powody, dla których warto.

Do Marcina: Przecież my smarkacze jesteśmy, stawiający pierwsze kroki! Za 20 lat będziemy po czerwonych dywanach kroczyli i mieli niejeden wspólny występ zaliczony w różnych antologiach i zinach! Cierpliwości i powodzenia z wyrabianiem się ze wszystkim! Rzucam wirtualne koło ratunkowe, byś się utrzymał na powierzchni! Mi koło rzuciły przepływające nieopodal szczury.

mist-eR Be pisze...

Czy to aby nie książę Witold? :)

Daniel Chmielewski pisze...

Miałem cichą nadzieję, że pozwolisz mi zachować wiarę w to co robię, Rafale. Zwłaszcza gdy ostatnio zobaczyłem Witolda pląsającego bosko nad paniami z Polinezji w Pustym Niebie. Dziękuję, że mogę spać spokojnie.