BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO

niedziela, 31 maja 2009

Finał Ligi Bitew Komiksowych w Hydrozagadce. Wrażenia po.

Po pierwsze, dzisiaj (niedziela) Jaśmina Wójcik robi pokaz wideoinstalacji w warszawskim Parku Skaryszewskim. Co prawda jaka pogoda jest, każdy widzi przez okno. Ale jeśli będziecie jednak wieczorem chcieli wyjść, to zapraszam na pokaz. Wstęp wolny. Start o 19.30. Są dwa duże namioty, więc nawet jak się rozpada, będzie można się skryć.

***

No i stało się. W piątek 29 maja odbył się pierwszy finał Ligi Bitew Komiksowych. Jakoś tak wyszło, że ja wygrałem. Wielkie trofeum bardzo ładnie prezentuje się obok mojej statuetki Władimira Iljicza i na tle memlingowskiego Sądu Ostatecznego.

(Wybaczcie kiepskiej jakości fotografię - pożyczyłem swój aparat i został mi tylko telefon komórkowy do robienia zdjęć)

Jeśli ktoś jest ciekaw, jak cała impreza przebiegała, to odsyłam do już napisanych relacji. Pierwsza - autorstwa Sebastiana Lucińskiego, skomplementowana filmem z bitwy. Druga - na szybko spisany, ale wnikliwy opis przebiegu zmagań uczestników autorstwa Dominiki Węcławek.

Co mogę dodać? Ze względu na umiejscowienie (Hydrozagadka mieści się w klubowym zagłębiu na warszawskiej Pradze, tyleż popularnym, co oddalonym od centrum miasta) frekwencja była o wiele niższa, niż w Punkcie, gdzie odbywały się poprzednie edycje. Z drugiej strony, ta kameralność bardzo mi odpowiadała. Paulina Gosk, organizatorka, powiedziała mi potem, że i tak połowę sali wypełniali stali bywalcy bitew.

Samo przedsięwzięcie było zrealizowane tip top. Didżeje grali, z rzutnika rzucane były na ekran prace z poprzednich imprez, na ścianach wisiały oryginalne prace z wcześniejszych walk. Lepsze oświetlenie i bardziej przestronna sala pozwalały całej publiczności dojrzeć co się dzieje przy sztalugach, co nie zawsze było możliwe w wąskim "tunelu", na końcu którego stała scena w Punkcie.

Przemek Pawełek jako wodzirej spisał się wyśmienicie. Pozostało nam tylko zastanowić się z Piotrkiem Nowackim, czy zapisana w gwiazdach kariera konferansjera telewizyjnego będzie dla Przemka powodem do dumy, czy wstydu ("A teraz przed państwem zespół Feel...!").

Ale dysputy natury etycznej zajmowały nam tylko ułamek wieczoru. Reszta to była fantastyczna zabawa, okraszona piwem, papierosami i gromkim kibicowaniem ze strony publiczności.

Miło jest mieć trofeum stojące na szafie, ale traktuję je raczej nie jako indywidualną nagrodę, a materialny znak zamknięcia pierwszego, bardzo udanego etapu wielkiego przedsięwzięcia, jakiego podjęła się Paulina i w jakie nas (rysowników, publiczność, dziennikarzy) wciągnęła. Ogromnie się cieszę, że mogłem w tym uczestniczyć, że mogłem poznać nowych ludzi, podbić sobie adrenalinę. Zresztą, jak widać pod koniec wideorelacji Sebastiana (kiedy ja i Mariusz Ciechoński ucinamy sobie pogawędkę przy sztalugach, gdy już nam leci czas podczas finału), atmosfera, mimo zacięcia i powagi, z jaką oddawaliśmy się samemu rysowaniu, była niesamowicie pozytywna.

W kuluarach rozmawialiśmy sobie jeszcze o samych motywach, jakie prezentowaliśmy na naszych rysunkach. Piotrek Nowacki, który świetny plastycznie rysunek Buki okrasił wielkim penisem i Tomek Pastuszka z antymoherowym przekazem odpadli w swoich rundach. Przed przystąpieniem do finału żartowaliśmy sobie, że tego dnia trzeba będzie wyciągnąć największe działa - dać tyle piersi, penisów i przekleństw, ile się zmieści na kartce. Strategia ta, sprawdzająca się we wcześniejszych edycjach, tym razem nie zadziałała. Czy publiczność byla inna? Czy mała liczba osób, inna cechy demograficzne, znudzenie pewnym typem humoru zaważyły na tym, które prace przechodziły dalej?

Prawdę mówiąc cieszę się z takiego obrotu spraw, bo to jest jedna rzecz, jaka mi zgrzytała we wcześniejszych bitwach. Z jednej strony chęć zainteresowania rysownikami i komiksem w ogóle. Z drugiej - zasypywanie widzów wulgarnymi dowcipami nie świadczącymi zbyt dobrze o tym, że "komiks ma coś do powiedzenia". Oczywiście, nie można stawiać znaku równości między jedno-obrazkowym żarcikiem (wciąż powtarzam, że "Bitwy cartoonowe" byłyby ściśliejszym terminem określającym charakter imprezy), a dojrzałymi albumami. Ale dla wielu widzów taka impreza moża mieć znaczenie, czy wciąż będą traktować komiks jako głupkowate rysuneczki i tekściki dla zabicia czasu, czy to co zobaczą na scenie na tyle ich zainteresuje, by zobaczyli co w trawie piszczy.

To są już oczywiście idealistyczne wynurzenia, które z rzeczywistością mają mało wspólnego - ludzie idą na imprezę się bawić, a nie edukować. Ale jakiś ułamek pozytywisty we mnie został i gdzie mogę, to staram się toczyć walkę ze stereotypami.

Zresztą jeśli chodzi o same rysunki, jakie robiliśmy, to wydaje mi się, że sprawa wygląda następująco. Ma się 5 minut na rysunek z puentą. Wcale nie łatwe zadanie. I można od razu narysować pierwsze skojarzenie, mając do dyspozycji pełne 5 minut lub zaryzykować, że drugie, trzecie lub czwate skojarzenie będą mniej oczywiste, bardziej intrygujące. Tylko że wtedy ma się o te 15-20 sekund mniej czasu. W tym leży całe napięcie takiego rysowania. Jak długo mogę myśleć nim zacznę rysować? Czasem z kolei zaczynało się rysować, mając nadzieję, że nim skończy się czas, wpadnie do głowy zabawna kwestia, którą może wypowiadać jedna z narysowanych postaci. Ale to już jest bardzo ryzykowna opcja.

Nie oszukujmy się też, że jest w tym aż tak dużo myślenia. Stykamy się przez całe życie z taką ilością humoru, że trzeba to sobie w głowie odpowiednio porozdzielać na szufladki pod względem pewnych cech danego dowcipu i potem, kiedy przychodzi czas na taką bitwę, odpowiednio dostosować jakiś szablon do kontekstu. Tak na przykład zrobiłem z jedną z prac podczas finału. Temat brzmiał "Co ma piernik do wiatraka". Narysowałem stojących naprzeciwko siebie piernika i wiatrak z twarzami. Wiatrak pyta - "Człowieniu, no powiedz wreszcie, co ty do mnie masz?" Na co piernik odpowiada - "Ok stary, ale nie przy ludziach". Choć sama sytuacja nie jest specjalnie śmieszna, to korzysta z tego, że widz nie może wejść w interakcję z filmem / komiksem. Nie może podejść. Jest bezradny. Ma świadomość, że nigdy nie będzie mógł mieć wglądu w pewną informację. Wykorzystanie tego w sposób komiczny najlepiej uwidaczna cykl You had to be there z serii komiksowej Sinfest, który przypomniał mi się po usłyszeniu tematu w Hydrozagadce i doprowadził do powstania rysunku o pierniku i wiatraku.

Tyle na ten temat. Teraz z finalistami będziemy omawiać sprawę antologii, którą ma wydać timof. Na jej łamach każdy z finalstów będzie mógł zaprezentować krótką formę komiksową. Wstępnie publikacja planowana jest na październik. Jak coś konkretniejszego będzie wiadomo, dam znać.

wtorek, 26 maja 2009

Maioclaro!

Jaśmina Wójcik ostatnio wyznała mi, że Pub pod Picadorem jest jej receptą na optymizm. Kiedy czuje się zbyt dobrze, to trafia tutaj. W ramach walki z zaszufladkowaniem postaram się dziś pisać jak najpozytywniej.

***

Och, Cyfro, ach, Cyfro!
Cóżesz Ty uczyniła z fotografią?
z Sonetów portugalskich Daniela Chmielewskiego


W dniach 7 - 13 maja byłem w Portugalii. Wszystko zaczęło się od tego, że Maciek Pietrasik poprosił mnie o zorganizowanie spotkania na Akademii z autorami komiksu Kobieta mego życia, kobieta moich snów. Za sam przyjazd Portugalczyków współodpowiedzialny był José Carlos Costa Dias z Instytutu Camões. Po udanym spotkaniu pan Costa Dias zapytał, czy nasza uczelnia nie chciałaby wejść we współpracę z uczelnią fotografii w Porto. Mielibyśmy wysłać grupę studentów i zbiór prac fotograficznych na festiwal organizowany przez ESAP, a w następnym roku odwdzięczyć się, zapraszając ich na Warszawski Festiwal Fotografii Artystycznej. Pomysł wydał się wyśmienity, przedstawiłem go władzom wydziału, dostaliśmy zielone światło, skontaktowano mnie z Angelą Ferreirą, wykładowczynią z ESAP i przygotowaliśmy wszystko na festiwal Maioclaro.

Do Porto wyruszyła siedmioosobowa reprezentacja - asystent pracowni fotografii Krzysztofa Jabłonowskiego - Marcin Mikołajczyk; autorka jednego z cyklów, jakie wysłaliśmy, Joanna Tumiłowicz; studenci wieczorówki drugiego roku i ja, koordynator.

Reprezentacja byłaby sześcioosobowa, bo muszę sabotować wszystko co robię tuż przed finałem. Tym razem, choć nie spałem całą noc, nie mogłem się jakoś wygrzebać wystarczająco wcześniej na dworzec. Oczywiście tak wyszedłem, że wszystkie autobusy do centrum przed chwilą odjechały. Byłem na Bemowie, z którego jedzie się pod Centralny jakieś 30 minut, a miałem już 25 do odjazdu pociągu, który zawieźć miał nas do Wrocławia, skąd lecieliśmy do hiszpańskiej Girony, a potem do Porto. Wsiadłem do pierwszego lepszego autobusu, wyjechałem gdzieś w zupełnie inną stronę miasta. Zostało 15 minut. Wyskoczyłem z autobusu, pobiegałem w tę i we wtę po ulicach, zastanawiając się, czy wziąć taksówkę, czy może jednak wyewoluować do wyższej formy ze skrzydłami, aż wreszcie skapitulowałem i wybrałem opcję pierwszą. Taksówkarz, mily i pomocny człowiek, przejechał przez kilka czerwonych świateł, i ja, przebiegłszy halę dworca, zbiegłszy w doł po ruchomych schodach prowadzących w górę, tratując skonsternowanych podróżnych, wbiegłem do wagonu 30 sekund przed odjazdem. Akapit ten jest przestrogą dla wszystkich, którym dane będzie kiedyś podróżować ze mną - w sensie - nie podróżujcie ze mną, jeśli chcecie oszczędzić sobie stresu.

Porto olśniło nas od razu swoim cudownym lotniskiem. Nowoczesne, bazujące na odkrytym betonie (jak najpiękniejsza stacja Metra na świecie) i zielonym szkle. Dużo tam mają takiej architektury. Wygląda to świetnie i dobrze komponuje się z innymi, tradycyjnymi budowlami. A tradycji tam mają wiele. Całe centrum to stare miasto, zwieńczone stojącą na wzgórzu średniowieczną katedrą (na tyłach której znajduje się dom, gdzie nasza Akademia miała swoją wystawę). Co najbardziej zachwyca, to fakt, że całe miasto jest strasznie górzyste. Ulice wznoszą się i opadają, odsłaniając o wiele większy obraz miasta, niż płaska Warszawa. Z ciekawych atrakcji turystycznych - jest most Eiffla i Casa de Musica, czyli odpowiednik naszej filharmonii. Budynek ten (znów nagi beton i zielone szkło) jest porażający. Wygląda jak obcy statek, który wylądował i zasymilował się z przestrzenią. Również piorunujące wrażenie robi muzeum sztuki współczesnej, znajdujące się na peryferiach miasta. Bardzo dobra powierzchnia wystawowa, dobrze rozwiązana kwestia oświetlenia i spora ilość wielkich okien, za którymi rozpościerają się ogrody. Z tymi oknami to była o tyle ciekawa sprawa, że wciąż odnosiłem wrażenie, że są ekranami. Zieleń za nimi wydawała się być żyjącą pocztówką. Szyby były tak czyste, że chciało się przez nie wyjść (czy wejść) w fantazyjną przestrzeń znajdującą za nimi.

Mam nadzieję w najbliższej przyszłości opowiedzieć coś więcej o wystawach, jakie widziałem, bo głównie to mnie interesowało, a nie atrakcje turystyczne. To, co bardzo mi zaimponowało, to inicjatywa, jaką wykazali studenci ESAP. W ramach Maioclaro, wiele studentów dogadało się z właścicielami najrozmaitszych placówek, żeby móc tam wystawić swoje prace. I tak, wchodziło się do antykwariatu, a na zapleczu wystawa. Odwiedzało się sklep z winylami - a tam wystawa. W klubach wystawy. W kawiarniach wystawy. Angela Ferreira swoją urządziła u luksusowego fryzjera, którego gabinet wyglądał bardziej jak mała galeria. Zresztą w gabinecie tym niechący mnie zamknęli na pół godziny, bo zaszyłem się w kącie, by filmować, a wszyscy wyszli na obiad. Nic straconego - mogłem przejrzeć bogate zbiory albumów z fotografią i pomarzyć o tym, żeby kiedyś też mieć tyle pieniędzy, by przyjść na strzyżenie do fryzjera, który ma komputery z internetem dla klientów wmontowane w siedzenia.

Tak jak sobie rok temu, jadąc do Hiszpanii, obiecywałem nie wiadomo co i wróciłem zrujnowany (psychicznie i finansowo), to tym razem, jadąc z niechęcią, dostałem taki zastrzyk pozytywnych emocji i bodźców do działania, tak mi się otworzyły oczy w wielu sprawach, że będę ten wyjazd wspominał jako kolejną ważną cezurę w życiu - tym razem w pełni budującą, a nie budującąna zgliszczach.

Po pierwsze, po rocznej przerwie w robieniu filmów (videoartów), zżyłem się ponownie z kamerą. Poczułem się jak Herzog - zacząłem nagrywać jak najwięcej rozmów, jeździć po całym mieście, by zrobić wywiad z jakimś twórcą. Czasem, odwiedzając jakieś piękne miejsce, wpierw widziałem je przez ekran włączonej i kręcącej kamery, nim podnosiłem wzrok już nie jako reżyser, a turysta.

Zebrało się tego osiem godzin materiału, z czego chcę skomponować jeden krótki film o samej uczelni ESAP i naszej wystawie fotografii, i drugą dłuższą formę, skupioną na wywiadach, dotyczącą procesu powstawania fotografii, videoartów i instalacji.

Kilka luźnych myśli, jakie mam w głowie po tym wyjeździe.

Poczułem różnicę między analogiem i cyfrą. Dwie wystawy, które mnie zupełnie zwaliły z nóg, dwie najważniejsze wystawy, jakie widziałem od miesięcy, to były ekspozycje analogowych zdjęć. O jednej z nich, wystawie Aino Kannisto, piszę w swoim Atelier:

"Pochodząca z Finlandii fotograf tworzy wielkie analogowe obrazy w estetyce Edwarda Hoppera. Przedstawia pojedyncze kobiety w zaaranżowanej scenerii, zaznaczając przy tym jakąś tajemniczą anegdotę dotyczącą danej bohaterki. Z jawnie wyreżyserowaną kompozycją kontrastuje naturalizm samych kobiet. Mają brudne paznokcie lub popękane od zimna naczynka na twarzy".

Aino Kannisto prezentowana była w ramach festiwalu Encontros da Imagem, który odbywał się 50 kilometrów od Porto, w pięknym, starym miasteczku, Bradze. Na drugą wystawę trafiłem dość przypadkowo. Na jednej z uliczek Porto mieści się kilkanaście małych, prywatnych galeryjek. W jednej z nich trafiłem na dwa czarnobiałe, analogowe zdjęcia. Zaskoczyło mnie, że na jednym był polski napis. Grupka starszych osób stoi u wejścia do jakiegoś budynku, gromadzą się na schodach, tworząc trójkątna kompozycję na tle ściany i czarnego otworu drzwi. Wszyscy patrzą w różne strony, ich twarze są raczej bez emocji - ot, zwykłe stanie u wejścia do budynku. Nad drzwiami wisi napis - "Blok śmierci". Kurator wytłumaczył mi, że to zdjęcie z Oświęcimia, autorstwa Paulo Nozolino, jednego z ważniejszych przedstawicieli nowego humanizmu (tak to się chyba nazywało). Dał mi do przejrzenia ogromny album pt. Far Cry. I znów, jak w wypadku Kannisto, jest to mariaż naturalizmu i przemyślanej stylizacji, ale tam, gdzie fotograf z Finlandii delikatnie i subtelnie odkrywa rąbek tajemnicy swoich bohaterek, tam Portugalczyk z pełną brutalnością przedstawia nam "apokalipsę teraz". Niewątpliwie moja fascynacja jego fotografia miała związek z tym, że przypomina mi tematycznie i technicznie filmy Beli Tarra.

Oczywiście daleko mi do konserwatywnych poglądów, że fotografia cyfrowa jest gorsza od analogowej. Sam przecież kręciłem swoje filmy na kamerze cyfrowej. Tak samo - ziarno nie jest gwarantem dobrego zdjęcia. Ale jest coś w jakości tych zdjęć i filmów, coś związanego z tym jak dany obraz współgra z realnością i jak ją odzwierciedla. Pamiętam, jak kiedyś, będąc w sklepie RTV zobaczyłem Gladiatora na jakimś supermega Haj Defynyszyn ekranie. To nie był już film, a dokument, to wyglądało jak jakieś "Making of". Cała magia znikła. W dużej mierze wszystko zależy od tego co przedstawiamy i jak przedstawiamy. Von Trier używa cyfry w ostatnich filmach, ale z drugiej strony on jawnie zrywa ze światem przedstawionym jako czymś realnym. Jego świat przedstawiony to teatr z aktorami. Jest to pełna fikcja. Jedynie emocje są prawdziwe - zważajac na to, co Von Trier robi, żeby wyzwalać w swoich aktorach emocje. Znów mamy połączenie stylizacji i naturalizmu, które tak oddziaływuje u Nozolino, nawet jeśli na pierwszy rzut oka formalnie są to dwa inne światy. W przypadku Nozolino ziarno, a w przypadku Von Triera samo działanie światem przedstawionym wprowadzają pewien dystans, pozwalając nam skupić się na tym, co istotne. Oczywiście to wszystko istotne jest tylko w przypadku obcowania z oryginalnymi przedmiotami. Ekran monitora powoduje, że to wszystko staje się czymś zupełnie innym.

To, co mnie w tym interesuje to jak właściwie zagrać tematem, techniką, kompozycją, i przedmiotem, by wytworzyć w odbiorcy właściwy znak mentalny. Przedmiot nie jest produktem końcowym. Jest mostem. Jeśli już można mówić o produkcie końcowym, to jest nim właśnie zaistniały znak mentalny, który nie jest równoznaczny z powidokiem zobaczonego przedmiotu. Jest jego przetworzeniem.

To taki zarodek myśli, bez konkretnej logiki, dopiero w fazie szkicowej. Dlatego więcej napiszę kiedyś w przyszłości, jak poczytam o tym więcej, jak pewne sprawy przemyślę i skrystalizuję.

Inna rzecz, która już drąży moją głowę od dawna jest kwestia strukturalizowania czasu (o czym wspominam tu co i rusz) i dominanta tej kwestii nad jakąkolwiek dyskusją dotyczącą estetyki. Widząc taki ogrom prac w Porto i Bradze, rozmawiając z tyloma ludźmi o ich pracach, doszedłem do wniosku, że nie chcę wypowiadać estetycznych sądów. Że nie powinienem. Co najwyżej mogę dzielić wszystko na to, co mną poruszyło, i na to, co nie poruszyło. Często moimi ulubionymi utworami są te, które najgorzej sobie poradziły na listach przebojów, ulubionymi albumami są te, które przez większość fanów są uznawane za najgorsze, ulubionymi komiksami i filmami te, gdzie wszystko jest wbrew wszelkim zasadom gramatyki filmowej lub komiksowej. I naprawdę przestaje mnie to obchodzić. Same opowieści o procesie, jakie słyszałem podczas wywiadów z twórcami, były tak fascynujące, że zupełnie mnie nie obchodziło jak oni wykonali to, co chcieli wykonać. Może nie do końca. Ale kwestia estetyczna (według jakichś przyjętych norm np. akademickich) jest strasznie wtórna. Oczywiście, gdy nie ma autora, gdy zostaje tylko obraz, to większość nadaje się tylko do kosza. Dlatego nie oddzielać autora od pracy! Zresztą zgodnie z tą myślą piszę i rysuję większość swoich prac. Nie dlatego przy omówieniu komiksów Tomka Obelskiego tyle pisałem o sobie, bo jestem takim egocentrykiem. I nie dlatego, że ja jako osoba jestem w tym ważny. Tylko dlatego, że to ile ja wiem o autorze i jak bardzo moje przeszłe doświadczenia są związane z odbiorem danej pracy są głównymi filarami, na których opiera się mój wkład w dyskusji - moje dopowiedzenie do tego co autor zrobił lub moja rozmowa z samym autorem lub jedno i drugie.

Nienawidzę prób zobiektywizowania, usunięcia autora poza nawias. Ja chcę wiedzieć, czy ktoś piszący o seksie ma udane życie seksualne. Czy ktoś rysujący krew i flaki zabił kiedyś małe zwierzątko. Nie dlatego, że obchodzi mnie konkretne jednostkowe życie. Obchodzi mnie jak najszerszy kontekst komunikatu.

***

Jak już wspomniałem powyżej, wróciłem do uaktualniania mojego blogowego Atelier. Postaram się co tydzien, dwa coś nowego dodawać.

***

Chciałbym też zaznaczyć, że chociaż nie odpisuję na komentarze od razu, to staram się na wszystkie odpisywać przy kolejnych uaktualnieniach. Dziękuję wszystkim za dyskusję i za wiele ciekawych myśli, jakie są tu werbalizowane i przepraszam, że sam nie przykładam się do tej dyskusji jak powinienem, czyli na bieżąco.

***

W najbliższy Piątek, czyli 29 maja odbędzie się Finał Ligi Bitew Komiksowych.

Jak podaje organizatorka, Paulina Gosk:

"Finał odbędzie się 29 maja w klubie Hydrozagadka (ul. 11 listopada 22). Bitwę rozpoczniemy ok. 22:00 - 22:30 (jak zwykle). Poza tym prezentowana będzie wystawa najlepszych prac z
dotychczasowych bitew. Natomiast na dużym ekranie zaprezentujemy wszystkie prace z
bitew i zdjęcia z ich przebiegu."

Wstęp 10 złotych (lub 7, jeśli wejdziecie na stronę Ligi Bitew Komiksowych i zarezerwujecie bilet).

Gorąco zapraszam!

***

Zapraszam również wszystkich piszących recenzje komiksowe (czy to w rozbudowanej formie na serwisach komiksowych, czy w formie luźnych notek na blogu) do zamieszczania linków do tych recenzji w Powszechnej Bazie Recenzji, którą stworzył Bartek Biedrzycki. Jest to świetna inicjatywa, bo pozwala mieć wgląd w to, ile właściwie mamy / mieliśmy na rynku tytułów komiksowych*, jak i łatwo dotrzeć do wszelkich recenzji.

*Niestety jest ogromna liczba komiksów, które nigdy nie doczekały się recenzji i są one na razie nieobecne w bazie.

***

No, to chyba udało się bez większego smęcenia. Jeśli jednak zepsułem komuś dobry nastrój, mam nadzieję, że go poprawię utworem, jaki odkryłem na blogu swojej bratniej/siostrzanej duszy w kwestii upodobań muzycznych - Agaty Kalinowskiej.

wtorek, 5 maja 2009

Got a lot of spare time. Some of my youth and all of my senses on overdrive.

Jadę do Portugalii.

W plecaku kamera. Na empetrzyplejarze Ewa Braun, Loscil, Trans Am, Radiohead, U2 i Elbow.

Wracam 14. Wtedy napiszę po co tam pojechałem i co tam robiłem.

Teraz muszę nauczyć się obsługiwać kamerę i empetrójkę. A za kilka godzin pociąg, a potem samolot.

Telefonów nie będę odbierał. Może gdzieś internet dorwę. Ale ogólnie, jeśli ktoś ma do mnie jakąś pilną sprawę, to może z nią poczekać do 14.

I nie chcę czytać komentarzy o miłym wypoczynku, po wypoczywać tam czasu nie będę miał, jadę niechętnie, w ogóle nie wiem po co. Jakoś to podróżowanie po świecie mnie nie kręci. W Hiszpanii też siedziałem całymi dniami w mieszkaniu i czytałem książki. A tu nawet książki nie mogę zabrać, bo miejsca w plecaku nie ma.

Cytat w temacie wpisu tylko w dwóch trzecich oddaje rzeczywistą sytuację, bo akurat zmysły mam wyłączone. Chce mi się spać, a nie mogę. Bo muszę się pakować.

Miłego tygodnia wszystkim życzę i do przeczytania.

sobota, 2 maja 2009

Poznanie przez proces

"(...) Krytyka burzy pozór autonomicznej egzystencji Boga i umożliwia tym samym dotarcie do zawartego w treści ideowej momentu prawdy.

Z powyższego wynika, co następuje: 1. Skonstruowana według wzoru Marksowskiej krytyki religii krytyka ideologii nie niszczy dawnej struktury duchowej, lecz wydobywa na światło dzienne jej historyczną prawdę. 2. Dalej, utrzymujemy, że zawartość ideowa (dzieło literackie), nie jest po prostu odbiciem, tzn. podwojeniem rzeczywistości społecznej, lecz jej produktem. Jest ona rezultatem działalności, która odpowiada na rzeczywistość, odbieraną w doświadczeniu jako niewystarczającą".

Peter Burger (u z umlautem), autor powyższych słów, fragmentu pracy Teoria awangardy, jest idiotą.

Świat, drodzy Państwo, jest prosty.

Jest kurewsko prosty.

A człowiek jest zwierzęciem z defektem genetycznym, jakim jest świadomość. I myśli, że skoro skodyfikował swoje szczekanie, skoro zbudował koparki, by wykopywały za niego kości z ziemi, to w tym wszystkim jest sens. Że jest tajemnica. Że dzięki odpowiedniej konfiguracji szczeknięć, jęknięć i zawodzeń, otworzy portal i ujrzy zamiast DOG jego podobieństwo, czyli GOD.

Świat jest kurewsko, ale to kurewsko prosty.

Postanowiłem, w przeddzień egzaminów, zamiast doczytać teksty pana Burgera, zauto-analizować fragment własnej twórczości. Gruntownie, bez ogródek, od podszewki, by zobaczyć, czy może jednak kryje się tam gdzieś jakaś transcendencja, jakaś sztuka, jakieś piękno, coś nie dające się pojąć umysłem, co można odbierać tylko swoimi dwoma komorami i przedsionkami.

Biorę w tym celu na warsztat jeden ze swoich łanszotów opublikowanych w Powidoku. Traktuje o tym magicznym, niemającym definicji zjawisku, jakim jest miłość. A nawet o samym akcie wyznawania miłości!

Wybrałem też ten konkretny przykład, bo pewnie w odbiorze wielu czytelników jest jednym ze słabszych punktów programu i zapewne też o nim myślał Karol Konwerski pisząc "Są w tym albumiku komiksy, które najzwyczajniej w świecie odstają jakością. Wydawca powinien wychwycić, wypieprzyć, kazać zrobić nowe, albo i nie, bo to co słabe osłabia ten debiut…".

Upiekę zatem dwie pieczenie na jednym ogniu. Spróbuję wykazać empirycznie dlaczego ludzie piszący takie rzeczy jak pan Burger są idiotami i jednocześnie wytłumaczę dlaczego w dość dobrze przyjętym komiksie są mielizny i grafomaństwo, które w oczach wielu czytelników osłabiają całość.

Wyznaj miłość jesienią, pośród żółtych liści.

Pomysł na ten łanszot zrodził się w 2005 roku. W pierwszej połowie 2005 roku jeszcze pracowałem w biurze. Poznałem tam K., która od razu mnie zafascynowała. Choć wkrótce po naszym pierwszym spotkaniu odeszła z pracy, udało mi się wyszperać w firmowych papierach jej telefon (a może spytałem ją osobiście) i tak rozpoczęła się nasza znajomość. Już dzwoniąc do niej po raz pierwszy miałem w głowie jasną wizję kierunku, w jakim chcę, by ta znajomość poszła. Niestety, tuż przed rozpoczęciem pracy w biurze rozpadł się mój wcześniejszy związek / relacja (nie będę się kłócił o nazewnictwo), po czym byłem zupełnym psychicznym i emocjonalnym wrakiem. Epizody tego wcześniejszego etapu są podwaliną wielu łanszotów w Powidoku, ale nie o nich tu będzie mowa.

Tak czy siak, najlepiej moją sytuację psychiczną, połączoną z fascynacją K. i zazdrością, którą żywiłem do jej witalności i siły stawiania się przeciwnościom, uwidacznia łanszot interpretujący piosenkę Southpaw Morrisseya. Ostatni kadr prezentuję poniżej.

"And you ran back to ma" - "I uciekłeś z powrotem do mamy". Łanszot ten uważałem w chwili skończenia go za swoje najważniejsze dotychczasowe osiągnięcie i wciąż jestem z niego zadowolony. Są w nim trzy płaszczyzny znaczeniowe. Pierwsza - widoczny tekst piosenki. Druga - scenka przedstawiona w obrazkach, nie ilustrująca tekstu piosenki. I trzecia - fragmenty tekstu piosenki, których nie zamieściłem. Każda z nich jest istotna i dopiero przeanalizowanie związków między nimi daje pełny odbiór komiksu. Przynajmniej treściowy.

Z ciekawostek - skoro już piszę o Morriseyowym łanszocie: widoczne w kadrze biuro mieści się w budynku przy placu Starynkiewiecza w Warszawie. Przez okno widać przystanek tramwajowy. W okolicach tego przystanku, siedząc w tramwaju, wymyśliłem cały wierszyk, którego fragment posłużył jako tytuł albumu. Ze względów kompozycyjnych kilka rzeczy w biurze zmieniłem. Przy moim biurku powinno być drugie, jak przy oknie. Ale byłoby za tłoczno, więc nie ma. Monitory, jakie stoją na biurkach to tak naprawdę mój domowy monitor, w którym uwielbiam te koliste głóśniki po bokach. Chciałem mój monitor uwiecznić w komiksie (choć znów uproszczenie - głośniki mają koliste dziurki, a nie poziome wycięcia). Tablica korkowa i zegar wisiały na przeciwległej ścianie, ale a) tablicę korkową umieściłem, by nadać bardziej biurowy charakter tej przestrzeni; b) zegar wskazuje późną godzinę, co przy pustym biurze i widocznej apatii postaci na krześle, która nie kwapi się, by gdziekolwiek biec, ma spotęgować uczucie pustki. Tak naprawdę często wracałem do domu o pierwszej, czy drugiej. Lubiłem samotność w biurze. Mogłem puszczać sobie głośno muzykę i spokojnie pracować.

Ten opis z kolei uwidacznia, że łanszot Niewidzialny Paweł, napisany o innym pracowniku w naszym biurze, jest jednocześnie bardzo autoironiczny, bo wbrew ekstrewertyczności, o jaką mnie posądzają dalsi znajomi, wcale się od Pawła tak bardzo nie różnię.

Wracając do opisu pomieszczenia - widoczna po lewej stronie szafa stała tak naprawdę tam, gdzie umieściłem tablicę korkową. "Przestawiłem ją", by linia prowadząca od rogu kadru, przez róg szafy, przez róg monitora, prowadził wzrok do mnie - bo to ja mam być dominantą formalną w tym rysunku. Widoczne za oknem budynki są zmyślone dla efektu. Tam nic nie ma, bo lecą tory kolejowe.

Zatem mamy rok 2005, fascynację K, apatię i wywołany poprzednim związkiem strach przed jasnym wyznaniem uczuć. Och, oczywiście, robiłem to swoimi pokrętnymi, ironicznymi sposobami, ale na tyle asekuracyjnie, by zawsze móc powiedzieć - Nie, nie, oczywiście, to nic nie znaczyło. Takie postępowanie oczywiście prowadziło do tego, że K. odbierała mnie jako serdecznego, troskliwego przyjaciela.

Jakiś pewnie rok wcześniej, podczas trwania poprzedniej relacji, przeczytałem Grę w klasy Cortazara. Oczywiście czułem się zdruzgotany po niej, jako że narkotyki i książki bardzo silnie na mnie działają. Wszelkie analogie do mojej sytuacji wtedy były nazbyt ewidentne. Książka ta miała niebagatelny wpływ na moje późniejsze życie, ale to zostawmy na później. Już wspominałem w liście lektur uzupełniających do mojego komiksu, że Gra w klasy była inspiracją do łanszotu Co Cię zabije, nie wzmocni.

Lecz mniejsza o te dywagacje. Istotne jest, że w tej książce są dwa wspaniałe opisy "miłości". Czyli Cortazar opisuje pewne stany emocjonalne, nazywając je "miłością" i obrazuje te stany różnymi metaforami, fizjologią, poezją, etc. Pożyczyłem swój egzemplarz książki innej pracownicy biura. M. jest mormonką. Mieszka chyba teraz w Londynie. Do M. również żywiłem fascynację. Miała zdecydowane poglądy, piękne ciało i nie potrafiła wymówić litery "S", co mnie strasznie podniecało. Rzecz jasna, jej zdecydowane poglądy i moje były na dwóch różnych biegunach, więc poza wieczornymi masażami pleców i flirtowaniem werbalnym (nie oralnym), do niczego więcej nie doszło. Za to prowadziliśmy fascynujące dyskusje, z których jedną uwieczniłem w łanszocie Gdy wiara przysłania wolę.


Powyżej jest M., w pierwszym kadrze wspomnianego komiksu. Ale znów zbaczam. Pożyczyłem jej Grę w klasy, a ona wyjechała do Londynu i nie oddała. A ja nie mam siły wypożyczać książek lub specjalnie po nie jechać do skelpu. Muszą wpaść mi w ręce przypadkowo. Tak więc do dziś nie mam Gry w klasy na półce. Wyłącznie bardzo mgliste wspomnienia.

Po tym wszystkim, co napisałem, czas już zająć się łanszotem o "miłości".

Czwarty października dwa tysiące pięć.

Taką oto wiadomość tekstową adresowaną do K. znalazłem przed chwilą w archiwum. Napisana tuż przed położeniem się do łóżka (już po północy):

To cieszę się niezmiernie. O 10tej BHP, o 12tej spotkanie z dziekanem (grupowe), więc zgaduję, że o 14tej będę wolny. Od tej godziny wzwyż jestem do Twojej dyspozycji, więc tylko rzeknij gdzie i o której ustawka i pomyślimy co potem. Słyszałaś kiedyś o Boards of Canada? Brytyjski duet tworzący super ambient. Warto! Słodkich snów życzę i do dzisiaj!

Widać w powyższym tekście moje pierwsze literackie próby używania ironii. W jednym zdaniu słowa "rzeknij" i "ustawka". W moim zamierzeniu miało być ciut romantycznie, ale też żartobliwie. K. zapewne odbierała to żartobliwie, ale ciut ekscentrycznie.

Nie pamiętam jak wyglądał ten dzień. Czy się wreszcie zobaczyliśmy. Bardzo możliwe, że tak. Bardzo możliwe, że jak przed każdym spotkaniem, mówiłem sobie - Człowieku, jeśli nie powiesz jej dziś, to jutro się okaże, że sobie znalazła kogoś innego! Mówiłem sobie też - Skoro to trwa tak długo i nie ma chemii, to nie mów jej, bo wyjdziesz na błazna i się wszystko rozwali. Znajdziesz wkrótce właściwą, a teraz skup się na byciu dobrym kumplem.

Wiem tylko, że jej nic nie powiedziałem o swoich uczuciach i zawędrowałem do na plac zabaw przy Łazienkach. Usiadłem na ławce i wpatrywałem się w dzieci, wierząc, że ich nieskalane zbyt wielką ilością bodźców, brykające po placu ciałka, swoją choreografią zainspirują mnie do czegoś spontanicznego. Wyciągnąłem papier i ołówek automatyczny Staedler Triplus Micro - moje ulubione narzędzie pracy od pewnie prawie dekady (w Epilogu widać, jak rozpisuję nim układ łanszotów w albumie - choć ma odłamaną końcówkę z gumką, zgodnie z historyczną prawdą).

Dzieci. Bieganie. K. Uczucia. Spontaniczność. Wyznanie. Wyznanie miłości. Nie ma przecież. A może? Zdefiniować. Obrazowo. Jak Cortazar. Symbolami i obrazami. Bieganie. Ucieczka. Ucieczka przed samotnością. Samotność. Więzienie. Ucieczka z więzienia. We dwoje. Jeden łańcuch. Jak w tej reklamie dżinsów! Tak!

I spisałem pierwsze słowa:

Miłość jest jak kajdan

po czym je szybko skreśliłem (skreślam tak, by móc kiedyś w przyszłości - jak teraz - odczytać brudnopis i widzieć jak wyglądał proces. Pamiętajcie - nie wstydźcie się przed Sobą-Z-Przyszłości, nie ukrywajcie przez Sobą-Z-Przyszłości swoich zapisków pod dziesiątkami kresek, pod korektorem, nie wyrzucajcie ich do kosza. Bo Wy-Z-Przyszłości i tak Was namierzą, kiedy opuścicie gardę!).

Trzeba inaczej - pomyślałem - po pierwszej porażce. Wpierw zdefiniować obrazami. I zrobić z tego jednoplanszowy komiks. A potem na drugiej, osobnej, planszy - ukazać zastosowanie. Teoretyczna (symboliczna) podbudowa i jak te symbole wykorzystać realnie.

Ten podział na dwa komiksy, to rozłożenie ciężaru, ułatwiło mi pracę.

Niejasnym może się wydawać, dlaczego w ogóle szukałem symbolicznej definicji miłości. Czegoś, co według mnie, nie istniało. Znów, by to stało się jasne, muszę się cofnąć w przeszłość.

Mój pierwszy związek, trwający w ostatnich dwóch latach liceum, był właściwie idealny. Nigdy potem nie odnalazłem takiego porozumienia fizycznego. A i poczucie humoru nas łączyło i upodobania muzyczne, i wiele innych rzeczy. Problem w tym, że już tak mam, że wszystko mnie po jakimś czasie nudzi. Potrzebuję nowych bodźców. Ludzie mnie nudzą, bo po jakimś czasie wiem o nich wystarczająco dużo, by ruszać dalej. Szybko zrozumiałem, że ten związek musi się skończyć, bo nie mam porównania. Za wcześnie się poznaliśmy. Powinniśmy się rozstać, popróbowac innych związków. A potem się zobaczy gdzie będziemy. Im bardziej się oddalałem, tym więcej było seksu. Bo skoro lepiej było o trudnych sprawach nie mówić, to szukało się innych form bliskości.

I wtedy pewnego wieczoru znajomy przesłał mi przez gadu gadu wiersz i napisał, bym przeczytał.

I przeczytałem.

Było to Piekło Herberta.

W jednym momencie zrozumiałem, że miłośc nie istnieje. Mój świat miłości, budowany przez model małżeński moich rodziców (będących w trakcie rozwodu obecnie), budowany przez Titanica i filmy fantasy i bajki i animacje - że to wszystko to wielka ułuda.

Mimo to, jakoś nie upadłem na deski. Upadłem kilka dni później, gdy obejrzeliśmy we trójkę (ja, dziewczyna i znajomy, co przesłał wiersz) Krótki film o miłości Kieślowskiego. Wstałem po seansie i niemal krzycząc zapytałem swoją "drugą połowę" co myśli o tym filmie. Ona powiedziała "No, fajny". I wiedziałem wtedy już definitywnie, że nie ma nic.

Że nie ma żadnego magicznego porozumienia, drugich połówek, psów które odwiesiły tyłki i zapomniały numerków do szatni i szukają po calym świecie swojego tyłka.

Jest dwoje przypadkowych ludzi. I podobne zainteresowania. Albo i nie. I chemiczne związki. Głównie chemiczne związki. Oddziaływujące.

Utwierdzały mnie w tym kolejne lektury z dziedziny psychologii i filozofii. Utwierdziło mnie w tym rozstanie rodziców. I wszystkie przyczyny rozpadów związków, jakie zaobserwowałem w swoim życiu i u znajomych.

Więc jest czwarty października, 2005. Siedzę na ławce i myślę, że muszę wpierw wymyśleć jakąś definicję miłości, czegoś ponad biologię i chemię, bym mógł pójść do K. i wyznać jej uczucie. Żebym mógł patrzeć w oczy K. zakochany. Żebym nie widział w niej kupy mięcha i chemii i uwarunkowań społecznych.

Po pierwszej, nieudanej, próbie - spisuję kolejne słowa:

Zamknięty w samotności, karmiony samotnością,
[samotność i egozim jako motyw - powielać to słowo - słowo klucz]
jesteś wolny do czegokolwiek, bylebyś był samotny.
[strzałka i słowa - "in cell" - nakreślenie wizualnego symbolu, celi]

Miłość jest kajdanem, w którym uciekasz z samotności
[skreślam "z", zmienjąc "samotność" z miejsca w postać - "uciekasz Samotności"]
[strzałka - "from roadworks" - reminescencja z filmów więziennych i reklam, gdzie więźniowie uciekają podczas prac w jakimś rowie przy polnej drodze].
wraz z innym
[skreślone "innym", "z" zmienione na "ze" - więc jest "wraz ze"]
współwięźniem.

Miłość jest biegiem was obojga przed wciąż goniącą samotnością.

Miłość to obopólna wiara
[całe to zdanie skreślone - kończymy na "...samotnością".]

Wielki autograf, data, i margines. Zająłem jedną trzecią kartki. Jest strasznie, ale to już jest coś. To jest materiał wyjściowy.

Teraz czas na wprowadznie tego w życie. Na drugi komiks, praktyczny. Jest październik. Jest jesień.

Już nie pamiętam procesu myślowego, jaki mi wtedy towarzyszył, ale zapewne miało to dużo wspólnego z filmami i literaturą. Ale też z czymś o wiele bardziej prozaicznym. Każdy z moich związków zaczynał się jesienią. I teraz ten z K. też mógł się zacząć jesienią!

Co ciekawe, rok po tym wszystkim, tej scenie na placu zabaw, poznałem Oposową i zbliżyliśmy się właśnie jesienią. I to z jej inicjatywy - żadne moje machinacje nie wchodziły w grę. Przynajmniej świadome.

Zaczynam pisać:

Jesień jest jedynym sezonem do wyznania miłości.

Uczyń to na cmentarzu lub przy spróchniałym pniu.
[po słowach "Uczyń to" rysuję strzałkę i dodaję słowa "pośród żółtych liści"]

Gdy uszłyszysz echo, oddaj się tej miłości z całych sił, bo zima tuż tuż. Gdy odpowie ci milczenie, połóż się i rozkoszuj pięknem, na którym leżysz, stań się tym pięknem, wsiąknij w ziemię i przeczekaj śniegi do wiosny.

Zapewne wizja zimy i odrodzenia na wiosnę były podyktowane moimi wszelkimi niepowodzeniami przy wyznawaniu uczuć zimą, jak i też najgorszymi napadami depresji, jakie mnie nawiedzały właśnie zimą (to z kolei sprzęgnięte z faktem, iż dziesiątego grudnia 1995 r. przyleciałem po raz pierwszy do Polski - co okazało się z wielu przyczyn przeżyciem traumatycznym).

Zadowolony, schowałem kartkę i ołówek i opuściłem plac zabaw.

Powidok powstawał przez 5 lat. Pierwszy łanszot (który jest też pierwszym łanszotem w gotowym albumie), wymyśliłem, siedząc na sedesie, mając najgorszy blok twórczy w swoim dotychczasowym życiu, pod koniec grudnia 2003 r. Więc jak już kiedyś wspominałem w Pubie pod Picadorem, Evviva l'arte, choć z pozoru naiwne, jest bardzo ironicznym i bardzo celowym zabiegiem. Bo tam, na tej planszy, siedzę ja. A ci ludzie w galerii to czytelnicy Powidoku.

Ale nie o tym chciałem. Te pięć lat to nie była systematyczna praca. To było mozolne męczenie się z materią. Łanszoty powstawały równolegle. Czasem od pomysłu do wykonania mijało zaledwie kilka godzin. Czasem, jak w przypadku omawianego komiksu o "miłości", od pierwszego naszkicowanego scenariusza do skończonego produktu, mijał rok.

Osiemnasty kwietnia 2006.

Wiadomość tekstowa z archiwum:


Dzień dobry, K...! Już w warszawie? Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się posłuchać jak święta minęły. Ja jestem w pełni ze swoich zadowolony, bo choć nie ruszałem się praktycznie z mieszkania, to przeczytałem "Wyznania" świętego Augustyna, napisałem do końca scenariusz dla A... i pracuję nad kolejnymi łanszotami. A jeszcze tyle czasu, by zrobić tyle rzeczy! Kawka i zasiadać do biurka! Pełnego pozytywnej energii całusa ślę. D.

Oczywiście ten hura-optymizm był zmyślony. Było mi źle. Kilka dni wcześniej K. wyznała, że się zakochała w pewnym chłopaku, który obecnie jest jej mężem. Więc dobrze trafiła. Wtedy nie byłem zadowolony. Tym bardziej, że przed jej wyznaniem zaprosiłem ją na fuksówkę - coroczną imprezę organizowaną przez studentów pierwszego roku ASP. Z fuksówki miał ją odebrać jej obiekt westchnień. Z kolei po tym, kiedy ona już poszła, miałem spędzić resztę wieczoru z moją poprzednią partnerką / bliską znajomą (nie kłóćmy się o nazewnictwo), z którą udało mi się przez te pół roku pogodzić, a nawet zeswatać z kumplem z biura.

W takiej to atmosferze powróciłem do swojego łanszotu o "miłości". Trzeba było się z tą "miłością" rozprawić właściwie. Przejrzałem wcześniejsze scenariusze.

Tak naprawdę do ostatniej chwili, dwa lata później, gdy oddawałem Powidok do druku, wahałem się, czy dać ten komiks. Ale skoro używam słowa "sztuka", którego nie uznaję, dlaczego mam nie użyć słowa "miłośc"?

Każdy komiks po skończeniu zawsze pokazywałem matce. Ona czytała, odbierała autobiograficznie, lamentowała, że podaję siebie na tacy w taki sposób, czasem dała trochę konstruktywnej krytyki, ale zazwyczaj mówiła, że nikt tego komiksu nie zrozumie. Znajomi z biura i ze studiów (studiowałem reklamę przez pewien czas), albo śmiali się z prostych komiksów, bo wykorzystywałem w nich słowa typu "zajebisty", co budziło powszechną wesołość niezaleźnie od pozostałych treści, albo odkładali komiks, mówiąc: Ach, Daniel - ty i twój świat.

W takich okolicznościach trudno mi było wyczuć co jest do zaakceptowania, a co nie. Czułem, że wchodzenie w bezpośredni dialog z poezją, literaturą, filmem i filozofią będzie niemożliwe. Trzeba sypnąć żartem, trzeba czasem coś przyjemnego i zabawnego dać, by ktokolwiek po to sięgnął. Innymi słowy - musiałem uznać, że większość czytelników będzie nieoczytana i niewyedukowana tak, jak tego chcę. Zostawiłem więc "sztukę" i "miłość", żeby była mniejsza ilość ludzi mówiąca - Daniel, ty i twój świat. Warto zaznaczyć, że moja edukacja komiksowa była przynajmniej tragiczna. Z "ważnych" komiksów miałem tylko Mausa, Niebieskie Pigułki, Exit, Ghost World, co ambitniejsze Batmany, kupiony kiedyś zbiór komiksów Grendel. Gdzieś tam przeczytałem komiksy Satrapi, niektóre komiksy Millera. A, no i Blankets, co było dla mnie najwybitniejszym osiągnięciem medium - poprzeczką już nie do przeskoczenia. To wszystko. Nie wiedziałem, że w komiksie można pisać tak jak Moore. Że można ukrywać subtelnie symbole, jak Sfar. Że można grać fizjologią i podświadomością, jak Blutch.

Już pogodzony z tym, że pisząc ten łanszot przeklęty wyjdę na Paulo Coelho, postanowiłem rozprawić się z demonami przed fuksówką i zamknąć tę skrzynkę Pandory. Przez poprzednie pół roku co jakiś czas analizowałem każde słowo, dopasowywałem obrazy. W wyniku tego zrezygnowałem z definicji. Bo była niepotrzebna. Skoro pojęcie "miłości" jest tak bezsensowne, to nie ma sensu go nawet symbolicznie definować. Zostańmy przy samym akcie wyznania. Zostawmy tę podstawową potrzebę stadnego zwierza, potrzebę kopulacji, potrzebę kogoś, to usłucha, kto utuli. I przykryjmy to lubianym przez wszystkich hasłem "miłość".

Rozrysowałem mały szkic komiksu o wyznawaniu. I przepisałem mechanicznie stary tekst, by go przyporządkować do każdego kadru.


Jak widać, między szkicem a gotowym komiksem właściwie nie ma różnicy. Zniosłem tylko poprzeczkę dzielącą poziomy kadr na dwa. Zresztą już po postawieniu tej poprzeczki wiedziałem, że nie ma prawa tam być.

Nie wiem, dlaczego wtedy tego komiksu nie skończyłem. Jak już miałem naszkicowany obraz, to tekst wydał się zły. A może nie miałem siły, wymęczony psychicznie opisaną wcześniej sytuacją. Nie pamiętam. Istotne, że komiks znów odłożyłem.

Przez wakacje pracowałem na placu Hoovera, na krytym placu zabaw, opiekując się dziećmi. Tam poznałem A., z którą flirtowaliśmy i która się do mnie zalecała. Co było wielkim szokiem. Niestety, mimo różnych wspólnych przedsięwzięć, nie potrafiliśmy się zgrać. A właściwie wyglądało to tak, że coś wspólnie robiliśmy, (np. przedstawienie dla dzieci), ja nie byłem zadowolony z jej wkładu pracy, więc, traktując wszystko z pełnym profesjonalizmem, znęcałem się nad nią psychicznie, doprowadzając do płaczu. Co z kolei mnie jeszcze bardziej nakręcało.

I wtedy zgubiłem łanszoty. Przyniosłem je do pracy i gdy zwijaliśmy namiot, okazało się, że ich nie ma. I kiedy wszystkie inne dziewczynki płakały i lamentowały nad tym, że cudowna praca się kończy, jedna jedyna koleżanka zaoferoała pomoc. Tą koleżanką była Ola, czyli znana z Powidoku Oposowa.

Bez wdawania się w szczegóły - ku wielkiemu zaskoczeniu wszystkich z namiotu, w kilka tygodni później Ola i ja byliśmy parą. A. z kolei rozstała się z dotychczasowym chłopakiem, zwątpiła w ludzi i wyjechała do Stanów.

Znów na emocjonalnym haju, pełen optymizmu, poganiany przez Olę do pracy,


postanowiłem wrócić do łanszotu o miłości. Spełniło się. Jesień. Dwie osoby. Radość i motywacja. A co mi tam, że naiwność! Niech ją odbierają jak chcą!

Przez te pół roku mój warsztat uległ zmianom. Zafascynowany prostotą i siłą tekstów piosenek takich zespołów jak Slint, Ewa Braun, czy Negatyw, szukałem ujścia w jak najmniejszej ilości słów.

Tak więc linijki
Jesień jest jedynym sezonem do wyznania miłości.
Uczyń to pośród żółtych liści - przy spróchniałym pniu lub na cmentarzu.
zamieniłem na
Wyznaj miłość jesienią, pośród żółtych liści.
Bez kategorycznych stwierdzeń. Zamiast tego - propozycja. Można ją przyjąć, ale nie trzeba.
Nie epatować. Żółte liście są wystarczająco opisowe. Po co jakieś pnie i cmentarze. Pomijając fakt, że bliskie sąsiedztwo słów "pniu" i "cmentarzu" zalatuje Częstochową.

Gdy usłyszesz echo, oddaj się tej miłości z całych sił, bo zima tuż tuż.
Zostało. Ten wers wydaje mi się kluczowy. To co pożądane, to co motywuje nas, o wiele szybciej mija. W apatii można trwać latami, byleby było jedzenie. Stąd, przyjmując, że jest jesień, radość, niczym kwiaty, nie przetrwa zimy, która już nadchodzi. Może to brzmi naiwnie, ale czas jest isotą tego łanszotu. Jak już coś masz, to korzystaj, korzystaj ile wlezie, nim to się skończy. Bo się skończy.

Gdy odpowie ci milczenie, półóż się na otaczającym cię pięknie, stań się tym pięknem.

z wariantami końcówek

- Pozwól ziemi zaopiekować się tobą i schroń się w jej cieple do wiosny.

- Zatop się w otaczającym cię pięknie, schroń się w cieple ziemi...

- Połóż się na liściach i wraz z nimi wniknij w ziemię, wraz z nimi przeczekaj do ciepłej wiosny

ostatecznie uprościłem do

Gdy odpowie ci milcenie, połóż się na liściach
i wraz z nimi
wniknij w ziemię
by przeczekać
do ciepłej
wiosny.

Bez wartościowania tych liści. Czy piękne, czy nie. Chodzi wyłącznie o czas. Nie przejmować się czasem. Rozproszyć się. Skupić. I znów działać. Nie na oślep. Nie w panice. Nie płacząc nad rozlanym mlekiem. Rozproszyć. Skupić.

Teraz wystarczyło narysować komiks.

Łanszoty powstawały na zwykłym papierze do drukarki A4, prawie najtańszym, jaki w Carrefourze był (zawsze wybieram produkt droższy, niż najtańszy).

Szkicowałem swoim ołówkiem automatycznym ramy, luźne sylwetki, ustalając proporcje.

Nie używałem linijki (poza kilkoma newralgicznymi scenami). Pierwsze łanszoty , w 2003 r. były pomyślane jako szybkie, rysowane w 10-15 minut, zebrane myśli z puentą (dlatego łanszot - jedna strona, jeden strzał). Potem coraz bardziej je cyzelowałem. Po zgubieniu oryginałów, przy ponownym rysowaniu chciałem zachować dość niedbałą, spontaniczną kreskę, z przemyślanymi kompozycjami plansz i kadrów. Czasem cyzelowanie odbierało rysunkom spontaniczności. Nie jestem do końca zadowolony z efektu. Zbytnia dbałość o detale, połączona z krzywymi oknami i nienajlepszą anatomią wygląda dość groteskowo.

Po naszkicowaniu, obrysowywałem ramki markerem, carnym, okrągłym, marki Granit.

24 października 2006 poprosiłem znajomą o wykonanie zdjęcia, kiedy ja i inna znajoma trzymamy się za dłonie. Był to zabieg konieczny, by dłonie, które są jednym z najważniejszych elementów w omawianym łanszocie, wyszły naturalnie. Oczywiście do tej sesji, dotyczącej komiksu o "miłości" wybrałem dziewczynę, którą się od dawna fascynuję - bezpiecznie i cicho. Ola do zdjęć pozować nie chciała.

Górny poziomy kadr jest cytatem. Doszedłem do wniosku, że skoro poruszam temat mijającego czasu i odrzucenia przez drugą osobę, idealnie byłoby wpleść w to atmosferę Klimta. Tak więc, wziąłęm obraz Brzezina I, który jest kwadratowy. Powieliłem go i tym sposobem zapełniłem cały prostokąt. Sam cytat jest zapewne nieczytelny. Mimo wszystko, jestem zadowolony z efektu, z wytworzonej atmosfery - drzewa te są chude i kruche, nie ma jak się na nie wspiąć, schować za którymś. Można albo iść, by wyjść z lasu. Albo położyć się na liściach.

Kiedy dłonie i drzewa były narysowane, narysowałem resztę i przytuszowałem wstępnie cienkopisami Unipin (używam tylko .01 i .05). Wstępnie - to znaczy obrysowałem kontury (w tym liternictwo). Potem wygumkowałem ołówek. I wreszcie dotuszowałem do końca. Komiks skończyłem u Oli.

Uwagi dotyczące kompozycji.

Używam grubej czarnej linii do dzielenia kadrów. Kreska, biała linia, kreska, jakie są najczęstszymi elementami dzielącymi kadry w komiksie, to dla mnie zbyt wiele. Zwłaszcza, gdy rysownik nie myśli o grubości linii, o grubości "rynny", czyli przestrzeni między kadrami. Oczopląsu można dostać. Taki tradycyjny model kadrów również często powoduje, że autorzy myślą o kadrze, jako jednostce podstawowej.

Kadr nie jest jednostką podstawową.

Rozkładówka jest.

Rozkładówka dzieli się na dwie plansze, które powinny współgrać kompozycyjnie.

Plansza dzieli sie na kadry, które powinny współgrać kompozycyjnie.

Kadr powinien dzielić się na elementy, które powinny współgrać kompozycyjnie.

Dzielenie kadrów grubą czarną linią jasno określa granice między nimi, pozwalając jednakowoż na ich ścisłe powiązanie.

Komiks czyta się od lewej do prawej. W omawianym komiksie w górnym kadrze nasz wzrok sunie po lesie, aż dochodzi do dwojga postaci.

Kadr drugi wybija się, jest oknem do innego kontynuum czasowego, gdzie czas płynie szybko, acz radośnie.

Kadr trzeci, choć następuje po drugim, jest zespolony z pierwszym. Korzysta z pierwszego, choć zaznaczył zmianę w konfiguracji postaci względem siebie.

Jedność między kadrem pierwszym i trzecim tym bardziej wybija kadr drugi. Bo on jest czymś obcym naklejonym na duży prostokąt (jakim by były kadry pierwszy i trzeci, gdyby trzeci miał taką samą długość, jak pierwszy). Czarna linia pozwala pierwszemu i trzeciemu kadrowi być zespolonymi i optycznie wybić kadr drugi (istotna w tym też jest rola rysunków, natężenia czerni i pustego lub zapełnionego tła).

Kadry czwarty i piąty działają jak klatki filmowe. Pokazują zmiany w obrębie jednego kadru. Postać w kadrze trzecim, zorientowana w stronę kadru czwartego, wskazuje na niego, prowadzi do niego wzrok. Powielenie tej postaci w kadrze czwartym, przybliżenie i przyciemnienie jej przy granicy kadru, wypycha kadr drugi tym razem od dołu. Wypycha też róg kadru szóstego, który należy do "nowego rozdziału", kiedy bohater wypoczął i zaczyna od nowa.

Wnikanie w ziemię zainspirowane jest Rosińskim. Jestem pełen podziwu dla jego zabiegów przestrzennych. Jako młody czytelnik Thorgala uwielbiałem, gdy ktoś wnikał w skałę. Wyglądało to niesamowicie naturalnie. Sam wciąż nie potrafię tak narysować wnikania, ale chciałem spróbować.

W kadrze szóstym drzewo jest zupełnie inne od tych w pierwszym. Jest duże i silne. Wyrastają liście, symbolizujące, że ten człowiek rozproszył się, i skonsolidował w nowej formie. Nie jest tym samym, co wcześniej, jak te liście nie są tymi samymi, które zgniły jesienią.

Zależało mi na jak najciemniejszych postaciach, by jak najmniej wskazywać płeć. Zależało mi na zjawisku wyznawania uczuć, a nie na modelach hetero-, czy homoseksualnych. To jest nieistotne. Jednocześnie nie chciałem dać w pełni czarnych postaci, bo chciałem zbudować bryłę kreskami - stworzyć nimi przestrzeń.

Tytuł, wbrew konwencji panującej w Powidoku, jest na górze, a nie na dole planszy. Poruszana tematyka jest tak grząska, że żadne jedno hasło, całe nawet zdanie, nie mogłoby być puentą. Wolałem zdjąć nacisk z puenty. Skupić uwagę na pierwszym zdaniu komiksu, które pełni rolę i zaproszenia i tytułu.

Bez silenia się na ironię lub żart, podpisałem łanszot lapidarnym "Proponuje Daniel". Bez nazwiska. Bo to nie jest zaproszenie oficjalne, lecz coś szeptanego do ucha lub przynajmniej mówionego na osobności. Jako autor niweluję tu dystans między sobą i czytelnikiem. Jestem tylko Danielem, a nie jakimś Chmielewskim.

Ze względu na różnice w stylu pisma z jednego łanszotu do drugiego, poszedłem za radą wydawcy, Pawła Timofiejuka, i użyłem fontu w zastępstwie. Od wydania Powidoku minął rok, który spędziłem, edukując się w literowaniu. Chociaż może był to dobry pomysł wtedy, w obecnej chwili nie pozwoliłbym na elektroniczny font. Najwyżej napisałbym liternictwo od nowa, ujednolicając je. Na użycie fontu wpłynął również fakt, iż niektórzy odbiorcu, zmyleni różnymi stylami rysowania, myśleli że Powidok jest zbiorem prac róznych twórców. Jednolity elektroniczny font był jednym ze sposobów, by temu zaradzić.

Umiejscowienie w albumie (str. 46) podyktowane jest rozładowaniem atmosfery po najcięższych i najbardziej przytłaczających łanszotach, zebranych pod koniec części głównej, a dotyczących władzy i przemocy. Zrównoważone są bardziej optymistycznymi komiksami, jak ten omawiany lub Stan trzeci.

Sąsiadujący z nim na rozkładówce komiks został dobrany ze względu na podobne natężenie czerni i bieli, ze względu na podobnie abstrakcyjny charakter i ze względu na zrównoważenie naiwności większą rzeczowością.

Komiks źle przygotowałem do druku. W 600 dpi, w skali szarości. Linie przez to są poszarpane, co wpływa negatywnie na czytelność. Jest to ledwo dostrzegalne, lecz oka się nie oszuka. Obecnie nie popełniłbym tego błędu.

Tyle.

Bardziej szczegółowe dywagacje mogłyby tylko odciągnąć uwagę od właściwego komiksu.

Proszę, Panie Burger. Proszę, Plastycy, Krytycy, Natchnieni Pisarze.

Wydaje mi się, że to, co powyżej napisałem, choć nudne, jest zrozumiałe.

Jest proste.

Jest kurewsko proste.

Jest tego po prostu bardzo, bardzo dużo.

I teraz proszę sobie wyobrazić, że taki esej piszę na temat każdej z pozostałych 87 stron Powidoku.

A 18 stronicowy Zakład opublikowany w czwartym Ziniolu jest o wiele bardziej skomplikowany pod względem treściowym (wbrew pozorom) i technicznym (który warunkuje skomplikowany element treści).

A każdy dzień naszego życia? Tu by było pisania. Co nie znaczy, że jedyną alternatywą jest wymyślanie bajek i magicznych haseł.

Kto nie potrafi wytłumaczyć swojej pracy czy swojego działania w prosty, zgodny z rzeczywistością sposób, jest albo idiotą, albo kłamcą.