BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO

czwartek, 21 lutego 2008

Sartre starający się zrobić dobrze artystom cz4

Uf, co za tydzień! Świat oszalał na punkcie "Powidoku". Czuję się jak w pamiętnym teledysku pana Gondry. Zmęczony tabunami fanek rozszarpującymi moje koszule od Armaniego, na które mnie wreszcie stać, postanowiłem uciąć sobie urlop. Ucina to sie drzemkę. A urlop się co? Nieważne.

Wyjeżdżam na tydzień na plener Kowalni, (koniecznie zagłębcie się w tego linka, by poczytać o jednym z najciekawszych zjawisk twórczych w Polsce) z profesorem Grzegorzem Kowalskim i jego byłym studentem, a teraz wykładowcą w Niemczech, Arturem Żmijewskim. Będziemy się bawić w różne gry, i jeśli nie pozabijamy się w trakcie, to pewnie kiedyś pokażemy owoce tego in a gallery next to you!
Aby mój blog nie zesechł, niczym niepodlewany kwiat (w przeciwieństwie do mojego grafomaństwa, które kwitnie i ma się dobrze, zwłaszcza o trzeciej nad ranem), zostawiam ku Waszej uciesze resztę mojego eseju o Sartrze.

***

Chciałbym też zaprosić Cię, Czytelniku drogi, na spotkanie autorskie ze mną w niedzielę, drugiego marca, o 16.00, w Kawangardzie. I tym bardziej zapraszam w czwartek, szóstego, o 19.00, kiedy to odbędzie się wernisaż "Powidocznej wystawy", gdzie zaprezentowane zostaną prace bliskich mi osób, które mnie inspirują sobą i swoją twórczością. Mam nadzieję, że i Ciebie zainspirują!




















***

A komu się nie uda wpaść w tych datach, to na WSK będę wygłaszał swoje farmazony pseudofilozoficzne, a może nawet coś o komiksach poopowiadam.

Tyle ode mnie. Teraz oddajemy głos mi. Do przeczytania za tydzień.

***

c.d. tego i tego i tego

W tekście "Dzieło sztuki" Sartre, na podstawie obrazu namalowanego, gry aktorskiej i symfonii muzycznej testuje koncepcję analogonów odsyłających do nierzeczywistości. Zaczyna od przykładu portretu Karola VIII. Król jako postać historyczna jaką znamy, a nie jako człowiek, jest przedmiotem, pewnym fikcyjnym tworem. Obraz przedstawiający go również jest przedmiotem. Ale to co widzimy to blejtram, płótno i farba tak nałożona, by wizualnie przedstawiała postać. Albo widzimy obraz jako przedmiot, albo wyłączymy się - świadomość urzeczywistniająca (która może odbierać tylko fenomeny) przejdzie w stan świadomości wyobrażającej, która neantyzuje świat - nicościowuje go - i zobaczy nierzeczywisty obraz kryjący się za tym rzeczywistym. Nie możemy na raz zobaczyć jednego i drugiego, jak nie zobaczymy na raz 6 i 7 kostek w poniższej rycinie, choć obydwa warianty tam są.
Francuski filozof uważa, że intencjonalny charakter świadomości wyobrażającej wywołuje Karola VIII - nierzeczywistego, istniejącego w niebycie - ergo: przedmiot estetyczny w obrazie jest nierzeczywisty. Nie przekonuje mnie ta argumentacja, gdyż taki akt nie musi zawsze być intencjonalny, zwłaszcza przy muzyce, która do nas dociera nawet gdy nie kierujemy w jej stronę oczu czy uszu. Tak samo sposób w jaki opisuje istnienie Karola VIII, jak później VII symfonii Beethovena w niebycie, choć zarzeka iż nie idealistycznie, jest znów zbyt mętne i potoczne. Nie ma przecież żadnego uniwersalnego wzorca symfonii albo danej postaci, ale o tym później.
Mówi się, że malarz przetransponował wyobrażenie w rzeczywistość dzięki swojemu obrazowi, ale Sartre zaznacza, że jest to błędne rozumienie. Malarz stworzył materialny analogon wyobrażenia, które będzie "odwiedzało" ten obraz. Analogon jest potrzebny tylko po to, by móc wyłonić w konkretnym miejscu i czasie, przy odpowiednim nastawieniu świadomości, wyobrażenie z niebytu. Wszelkie mechaniczne procesy, czy to nakładanie farby, czy to gra aktorska, czy pociągniecie za strunę nie są dla samych siebie, ale po to, by przejawiała się nierzeczywistość. Ciekawie pisze Sartre o poszczególnych elementach obrazu. Sama czerwień nie dostarcza przeżyć estetycznych. Ale wełnista czerwień tak. Wytwarza nastrój, przywołuje pewne skojarzenia - dlatego malarz może namalować czerwony dywan. Nie dywan jest najważniejszy. Najpierw pojawia się barwa i nastrój, a potem znajduje się analogon w postaci dywanu. Do tego namaluje się zieloną ścianę. Znów - zieleń to barwa. Ale ściana to już faktura, to chłód, to twarda masa. Zestawione ze sobą zielona ściana i czerwony dywan tworzą już konkretny zespół i ten zespół, jako analogon konkretnych stanów, sprzecznych - wytwarza pewne przeżycie.

Kolejny błąd w potocznym rozumieniu dotyczącym relacji rzeczywistości i wyobrażeniowości to myślenie o obrazie abstrakcyjnym jako rzeczywistym samym w sobie. Sam obraz jest również analogonem. Tam, gdzie wcześniej posłużyliśmy się ścianą i dywanem dla potrzeb wywołania emocji, tutaj posłużymy się innymi elementami, nie naśladującymi naturę, ale również ewokującymi pewne skojarzenia.

Zgadzam się z Sartrem co do koncepcji analogonów. Dzięki nim możemy zobaczyć Karola VIII niezależnie, czy będzie namalowany fotorealistycznie, czy naszkicowany kilkoma kreskami, ale z atrybutami wskazującymi na to kim jest dana postać, czy będzie ukrywał się za zapisem słownym - Karol VIII. Koncepcja ta też uwidacznia zbieżność pomiędzy malarstwem abstrakcyjnym i figuratywnym, które też często dalekie jest od studium rzeczywistości, a traktuje ją jako pretekst do zestawiania płaszczyzn koloru. Problem w tym, że każdy obraz i tak wywołuje skrajnie różne emocje u odbiorców. Złudne jest poczucie, że można wyodrębnić jakiś konkretny zespół emocjonalny - ułuda ta jest głównie zasługą werbalnej analizy - malarza opowiadającego o swojej pracy, krytyków, dyskusji między widzami i ekspozycji (bo inaczej będzie działał wielki obraz w pustej sali galerii, która też wywołuje cały zespół emocjonalny samą sobą, a inaczej będzie działał ten obraz jako zbiór pikseli na komputerze). Wciąż mowa o obrazach, ale dlaczego tak się upieramy przy twórczości ludzkiej? Czy naprawdę na innych zasadach działa odbiór natury? Czyż fotografia nie wzięła się z tego, że natura jest tak estetyczna w całości czy w części, że trzeba było zacząć tworzyć analogony pozwalające przeżywać w syntetycznej formie zetknięcie z naturą? A zasada mimezis? Czy komik występujący na scenie i opowiadający dowcipy, ale odpowiednio ubrany, przy odpowiednim naświetleniu, czasem dzieląc się spostrzeżeniami refleksyjnymi, nie jest na równi z aktorem grającym w monodramie? Koncepcja analogonów jest słuszna, ale na niej opiera się cała nasza egzystencja - wszystko odsyła do czegoś innego, co jest wyobrażone, albo było rzeczywiste, ale już minęło, wiec teraz też jest już w sferze wyobraźni. Sartre nie powinien rozdrabniać się. Rozumiem, że ten rozdział jego książki jest raczej ukłonem w stronę czytelników, którym bliska jest fałszywa świadomość, "Inkwizytor" sztuki, z którą Sartre przecież walczył. I znów wracamy do punktu wyjścia, że podwaliny tego, o czym pisze w "Egzystencjalizm jest humanizmem" jest utopijnym, magicznym hasełkiem.

Wróćmy jednak do "Dzieła sztuki", by przyjrzeć się reszcie spostrzeżeń filozofa. Sartre przechodzi do omawiania aktorstwa, na przykładzie Hamleta. Aktor grający księcia wykorzystuje swoją wiedzę, doświadczenie i ciało, by odrzeczywistnić się, a nie by urzeczywistnić Hamleta. Ale skoro człowiek jest projektem, a nie czymś stałym, czy jest z czego się odrzeczywistniać? Sartre zastanawia się nad sporem, czy aktor powinien wejść w postać, czy mieć do niej dystans. Niezależnie co zrobi, odbiorcy będą widzieć postać. Nie Hamleta. Ale też nie aktora. Będą widzieć postać aktora jako Hamleta. A sam aktor? Tak jak w sztućce optycznej z kostkami, nie może być sobą i jednocześnie Hamletem, staje się amalgamatem, staje się, wciąż się staje, po sztuce zejdzie ze sceny, ale nie będzie już mógł wrócić do swej czystej postaci, to znaczy do postaci z przed przedstawienia. Każda akcja na świecie "kontaminuje nas", i dalej się stajemy - nie ma miejsca stałego, od którego mogą być odchyły.

O muzyce Sartre pisze zgodnie z tym co deklaruje powyżej. VII Symfonia Beethovena grana przez orkiestrę jest analogonem VII Symfonii istniejącej w niebycie. Ta nierealna symfonia jest całością. Jeśli konduktor zemdleje podczas danego odgrywania symfonii nie poczujemy, że jest przerwana. Ależ panie Sartre, ileż to razy ludzie klaszczą podczas pauzy w trakcie koncertu, błędnie biorąc tę pauzę za koniec? Nie robią przecież tego nieszczerze, tylko czując nasycenie, radość z zamkniętej całości. Każdemu to się chyba zdarzyło, albo odwrotnie - śpiewamy sobie przy akompaniamencie piosenki lecącej w radiu, zaczynamy refren po raz wtóry, a tu się okazuje, że refren został już zaśpiewany dwa razy, a my zawstydzeni sami przed sobą wymruczymy jeszcze dwa słowa i przerwiemy. Czyż odbiór dzieła muzycznego jako zamkniętej całości nie jest spowodowany kauzalistyczną wiarą w to, że jak raz tak odebrałem, to drugi raz też tak będzie? Mamy zapis nutowy, ale to nie jest żaden analogon symfonii istniejącej w niebycie, to jest propozycja - tak samo jak obraz, który nie jest nigdy skończony przez malarza według jasno określonych zasad. Zawsze można przecież dodać Monie Lizie wąsy.

Dalej, Sartre bada zależności etyki i estetyki. To co rzeczywiste nie może być piękne. Piękno jest wartością, którą możemy przykładać tylko do wyobrażeniowości. Zgadzam się, że to co rzeczywiste nie może być piękne, bo jakiekolwiek wartości są tworem ludzkim i tylko w obrębie świadomości ludzkiej możemy mówić o pięknie - ale znów nie w ramach absolutów, ale wyłącznie w wymiarze psychologicznym i społecznym. Ale dobrze, że przypomina o tym, gdyż takich upomnień nigdy za wiele - szkoda tylko, że nie trafi to już do uszu udobruchanych estetów, przed którymi kłaniał się Francuz wcześniej. Kolejne przypomnienie - Nie można mieszać moralności z estetyką, bo wartości dobra zakładają bycie w świecie - działanie. Znów - zgadzam się. Czasem intencją twórcy jest czynienie dobra i jego akt wytwarza obraz, film, itd. nakłaniające do pewnego postępowania. Sam obraz nie może być dobry - może się co najwyżej okazać, że motywuje wielu ludzi do konkretnego działania. Ale tak samo może motywować obraz obrzydliwy, namalowany przez złoczyńcę. Będzie straszył przed pewnymi postępkami, ale negatywnie motywował do innych, uznanych za dobre.

Sartre podsumowuje rozdział mową o postawie estetycznej wobec świata. Nie będę się nad tym tu rozwodził, bo opisywałem to zjawisko przez całą powyższą pracę. W ostatnich zdaniach filozof przypomina o tym, że nie możemy jednocześnie przeżywać świadomością urzeczywistniającą i wyobrażającą. Podaje przykład pięknej kobiety, która staje się analogonem wyobrażeniowej pięknej kobiety. Tym samym nie możemy pożądać tej rzeczywistej kobiety. Coś jest na rzeczy - czy czujemy erotyczną przyjemność z oglądania czarnobiałego aktu? Raczej nie, ale mimo to czujemy przyjemność. Uważam jednak, że to jest już uzasadnianie nielogiczne, zabieg retoryczny. Pożądanie i tak bardzo często, jeśli nie zawsze, czujemy traktując, raczej nieświadomie, drugą osobę jako analogon - swoich pragnień wyobrażonych (między innymi tyczących się miejsca i czasu styczności z daną osobą), tej osoby w konkretnej przeszłej sytuacji, czyli już jako pewien symbol, itd. Czarnobiały akt z kolei nie jest szlachetniejszy od zdjęcia kolorowego, każe nam jedynie skupić się na innych cechach na zasadzie dominanty pewnych elementów nad drugimi.

Żałuję ustępstw Sartre'a w niektórych partiach analizowanego tekstu, ale nie przyćmiewają one ważnych, wartych propagowania pomysłów. Szkoda też że Inkwizytor nie pozwoli tym pomysłom trafić do szerszej publiczności, a nawet jeśli by pozwolił, to czy ludzie wyraziliby wolę wolności "do" zamiast wolności "od"?

poniedziałek, 18 lutego 2008

Czym jest Powidok?

Ciąg dalszy polemiki z Karolem Konwerskim:

"Autor zapytuje o pretensjonalne jazdy i mielizny artystyczne: ot prosze: w początkowych jednoplanszówkach pojawiają sie tematy które są albo naiwne i pretensjonalne albo są w ten sposób ujmowane nie dziwi mnie to bo....

to naturalna kolej rzeczy - wynikającą z doświadczenia, najpierw walimy pretensją potem uczymy sie jak jej unikać a potem potem uczymy sie jak ta pretensję wykorzystywać że staje sie non-żenadą."

Karol Konwerski

***

Bardzo się cieszę z tych słów. Bo pomijając oczywistość, że z wiekiem lepiej będzie i z każdym kolejnym komiksem będę się doskonalił (albo takie jest przynajmniej założenie), to dostrzeżony został jeden z najważniejszych moich zamysłów.

Lubię gatunek bildungsroman i od lat pracowałem właśnie nad taką koncepcją komiksu. Zresztą genialnie oddaje tę koncepcję Blankets Thompsona. W latach 1998-2003 pracowałem nad (wtedy myślałem) swoim debiutem, p.t. "Atrophia."

"Atrophia" w założeniu było trzytomowym komiksem o bezdomnym chłopaku imieniem Szczur. W skłocie w którym mieszkał, miał przyjaciela - Michała. Ten wciąż obiecywał jak to wydrze sie z tej rzeczywistości, ale zawsze ulegał swoim słabościom. Szczur pewnej nocy ratuje pewną dziewczynę od gwałtu, zabijając napastnika i samemu prawię z rąk tegoż ginie. Gdy zostaje odratowany przez Michała, postanawia odnaleźć dziewczynę.

Cudowne, nieprawdaż? Cały pierwszy tom utrzymany był (był - bo naszkicowałem całe 60 stron) w tonacji takiego naiwno-romantycznego podejścia. Jak była symbolika, to ta najbanalniejsza. Dopiero drugi tom miał zająć się introspektywnym przebadaniem głównego bohatera i motywów jego postępowania. Trzeci tom miał być o etyce.

Mówi się, że pewne zespoły dorastają wraz z widzami. Albo niektóre seriale. To samo chciałem uczynić w obrębie jednego komiksu. Wyszedłem z takiego założenia - Mam np. 19 lat. Słucham piosenki napisanej przez 40-latka. Jeśli odpowiednio się w nią wgłębię, spróbuję spojrzeć na świat przez pryzmat człowieka w zupełnie innej sytuacji niż ja, to skoczę te kilka lat do przodu. Po co mam odkrywać to, co odkryłbym za 20 lat, gdy mogę to zrobić teraz. Czy nie po to obcuję z kulturą?

Gdy porzuciłem Atrophię i już napisałem kilka łanszotów, to postanowiłem ten cel wdrożyć w życie. Nie chciałem nigdzie publikować moich komiksów, by były chwilą wytchnienia podczas lektury Aktivista. Pierwsza połowa "Powidoku" nie jest zatem antologią. Komiksy zawarte tu nie są ułożone chronologicznie, lecz według kilku struktur.

Jedną z nich jest wzrastający poziom trudności. Zacząłem od tych łanszotów, które zawsze bawiły ludzi nie czytających ani literatury ani tym bardziej komiksu. Ale nie posądzajcie mnie też od razu o marketingowy cynizm.

Niektóre komiksy są tutaj nie dlatego, że są wartościowe same w sobie. Bo rozpoczynający cały tom "Evviva l'arte" jest sam w sobie wtórny. Przestaje nim być dopiero, gdy zestawimy go z początkiem Epilogu, w którym pokazany jest już zupełnie inny zestaw bodźców motywujących do tworzenia. Ale przede wszystkim przestaje nim być, gdy przyznam się tutaj, że "Evviva l'arte" nie jest atakiem na innych twórców. Jest w pełni dokumentalnym sprawozdaniem z pierwszej iskry, która ostatecznie doprowadziła do "Powidoku". Od pół roku miałem blokadę twórczą i pewnego dnia, pod koniec grudnia 2003, dokładnie w takich warunkach wpadłem na pomysł, by zrobić komiks o tym pomyśle. I potem poleciały kolejne. Tama pękła.

Denerwuje mnie ten antagonizm między tak zwanymi artystami i komiksiarzami. Hipokryzją by było, gdybym śmiał się z malarzy i rysował komiks jak to ludzie zachwycają się obrazem na podstawie kupy, jeśli daję ludziom komiks, który by nie powstał, gdyby nie parcie pewnego grudniowego dnia 2003.

Tak samo wtórnie może być odczytany komiks pod znamiennym tytułem "Nie rozumiem sztuki". Że niby jestem frustrat, bo nauczyciel nie lubi moich wypocin, a lubi wypociny innych, więc im dowalę. Ale wystarczy pobieżna znajomość z historii malarstwa, by wiedzieć, że wspomniany w puencie Picasso nie malował abstrakcji. Hasło "nie rozumiem sztuki" nie jest wołaniem frustrata, który nie rozumie, dlaczego inni nie doceniają jego twórczości, lecz jest ubolewaniem nad tym, że w dzisiejszych czasach panuje na Akademiach antyintelektualny pęd ku formalizmowi i ekspresji, i to tak arbitralny pęd, że jeśli chce się robić coś inaczej, to jest się uznanym za gorszego.

A jeśli ktoś powie, że tego wszystkiego, o czym tu piszę, nie da się odczytać z komiksu, to powtórzę po raz trzeci i ostatni (na tym blogu) - nie wierzę w skończoność "dzieła". Ja nie chcę słuchać, czy komuś się podoba, czy nie, bo to mnie interesuje tak bardzo, jak Ciebie, czy moim ulubionym kolorem jest zielony, czy niebieski.

Ja pragnę dyskusji. Rzuciłem tylko kilka haseł w formie komiksowej, by ją rozpocząć.

niedziela, 17 lutego 2008

O "Powidoku" Konwerski i Chmielewski

We interrupt this broadcast to bring you a news-flash:

Po pierwszych nieśmiałych wzmiankach tu i ówdzie, Powidok doczekał się pierwszej notki recenzenckiej na blogu Karola Konwerskiego. Z tego co czytałem w innym miejscu na wspomnianym blogu, różnimy się w swoich upodobaniach recenzenckich - ja lubię długo i z niuansami, pan Konwerski dosadnie i na temat.

Zatem dosadnie i na temat o "Powidoku":

"I przeczytałem nowości Timofa, co prawda w pedefach a nie na papierze co z deka męczy ale przeczytałem.

Zostawiając powidok wibrującej czerni. Czyli najbardziej nieoczekiwany debiut roku. I jest dobrze. Jak na debiut. Ogólnie czytało mi się to przyjemnie. Daniel Chmielewski to młody człowiek czym wiele rzeczy sobie tłumacze, min. skoki od refleksji przez dowcip do lekkiej treściowej pretensjonalności i czasami dziecinady utkanej w klimat jakiejś tam artystycznej akcji. Ale! Brzmi to tak jakbym miał w rękach skrzywdzone komiksem dzieci B. Kurca, a to wręcz przeciwnie jest. Bo, i tu uwaga Daniel CH. człowiek młody, może nie wiedzieć, nie poczuć, nie dostrzec, wydawca powinien jako redaktor, selekcji lekkiej dokonać. Są w tym albumiku komiksy, które najzwyczajniej w świecie odstają jakością. Wydawca powinien wychwycić, wypieprzyć, kazać zrobić nowe, albo i nie, bo to co słabe osłabia ten debiut… Mimo tych kilku mielizn i cienia jakiejś takiej naiwności komiksy Chmielewskiego czyta się przyjemnie. Co jeszcze? Autor widać rysując myśli, co nie jest wcale takie powszechne. Konkluzja jest taka, że kupie sobie papierową wersje…"

Karol Konwerski

***

Cieszą mnie takie opinie, bo dają do myślenia - co poprawić w swoim podejściu i w warsztacie. Szkoda, że nie sprecyzowano gdzie te mielizny i naiwności i "artystyczne akcje". Ale zgadzam się, że jest tu sporo do poprawy. Prawdę mówiąc jeszcze kilka dni przed oddaniem do drukarni chciałem odwołać wszystko, zacząć od nowa. Ale pomijając fakt, że z praktycznego punktu widzenia byłoby to niemożliwe, to czasem trzeba powiedzieć - już nie ingeruję, nawet jeśli sie chce.

Komiksy piszę i rysuję od czwartej klasy podstawówki (choć pierwszy narysowałem i napisałem przy pomocy cioci już w wieku 5 czy 6 lat. Był o jelonku Bambi, który wykluwa się z jajka, bo jeszcze nie wiedziałem, że u ssaków to trochę inaczej sie odbywa.) Od 2001 wziąłem się za komiks biograficzno-światopoglądowy. Pierwsze próby, choć miały potencjał treściowy, zupełnie nie działały formalnie, napaćkane obrazki, za dużo gadania, właściwie same minusy.

Mam pół szafy zapchanej scenariuszami i szkicami, nad którymi pracowałem czasem po 5 lat i które porzucałem, bo nowsze projekty lepiej ujmowały dane kwestie. Większość łanszotów z "Powidoku" też powstawała całymi tygodniami lub miesiącami, nim wreszcie postanowiłem daną myśl przelać na papier. Zacząłem w 2003. Wiele się od tamtego czasu zmieniło, a kiedy próbuje się zrobić komiks o pewnym światopoglądzie, gdzie takie elementy jak fabuła i forma są spychane na drugi plan, to kilka lat w najważniejszej dekadzie życia (wg Havla między 20 a 30 rokiem życia twórca konkretyzuje swój światopogląd), to całe wieki. Sama próba ujmowania czasem skomplikowanych myśli na jednej stronie też okazała sie karkołomna. Nie da się opisać problemu formy wg Gombrowicza na jednej stronie. Tym bardziej 80 stronicowego eseju pt. "Pogarda mas "Petera Sloterdijka. Mogłem jedynie zasygnalizować pewną myśl i zachęcić do dalszej lektury.

Tak samo jednostronicowy format wymuszał na mnie wielkie ustępstwa. Pomijając wspomniany fakt ewolucji światopoglądowej, to żeby opisać dlaczego neguję pojęcie "sztuki" potrzebny jest pięciostronicowy esej (który zamieszczam na tym blogu). Wolałem więc zostawić znane pojęcia i starać się innymi sposobami ukazać o co mi chodzi. Np. poprzez łanszoty zapreczajace sobie nawzajem. Jeśli się przyjrzycie niektórym komiksom, to w jednym pochwalam pewne zjawisko, w drugim je neguję. Dzięki temu mogę powiedzieć coś o relatiwizmie etycznym czy estetycznym bez wchodzenia w długie wywody.

Tych jest trochę w Epilogu, choć znów - czasem musiałem coś tylko zasugerować, albo spłycić. Wychodzę z założenia, że mniej wymagającemu czytelnikowi taki populizm wystarczy. Bardziej wymagający ma wystarczająco tropów pochowanych w tekście jak i w rysunkach, by mógł odnaleźć głębszą myśl.

W ramach przeprosin za wszelkie mielizny i spłycenia wpakowałem dość dużą dozę autoironii i mrugnięć okiem, poczynając od zupełnie grafomańskiego i patetycznego tytułu, którego i tak nikt nie będzie używał. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie na ten komiks mówił inaczej niż "Powidok", ale dopiero taki tytuł na okładce sugerowałby jakąś nietykalną powagę, a tej nie chcę, dziękuję bardzo.

Powtarzam raz jeszcze - nie wierzę w skończoność "dzieła". "Powidok" nie jest mój. Jest zbiorem cytatów i zlepkiem myśli (chociaż ostatecznie tworzy spójną całość światopoglądową). Nie odłożyłem cienkopisu po ostatniej stronie, myśląc - już niczego nie da się dodać.

Monie Lizie zawsze można domalować wąsy.

Do czego zachęcam. Do rozmowy o "Powidoku" też.

czwartek, 14 lutego 2008

Sartre starający się zrobić dobrze artystom cz3

W tym odcinku kilka słów o podwalinach sartrowskiej filozofii. Jak się na razie bawicie? Świetnie? No to dobrze.

Lecimy dalej.

Gdy mieliśmy w ramach zajęć na Akademii przeczytać tekst o estetyce, do czego podszedłem niechętnie z powodów wyżej wymienionych (a propos, zauważyłem w przedmowie "Zmierzchu estetyki" pod redakcją Stefana Morawskiego, że najtrzeźwiej i najrzetelniej o tych sprawach wypowiadali się wymienieni tam socjologowie, których prac jednak w samej antologii już nie było), zaryzykowałem ponownym sięgnięciem po Sartre'a, a dokładniej po ostatni rozdział z książki "Wyobrażenie - fenomenologiczna psychologia wyobraźni", znajdujący się w "Antologii współczesnej estetyki francuskiej" pod redakcją Ireny Wojnar. I znów, wiele ciekawych pomysłów, ale również duża doza krytyki.

Zanim jednak przejdę do omówienia samego tekstu o tytule "Dzieło sztuki", muszę skupić się na słowie pojawiającym się tam nader często - neantyzacja, tłumaczone na polski jako "nicościowanie". Udało mi się znaleźć o tym pojęciu informacje w tekście związanego z Uniwersytetem Jagiellońskim Jana Hartmana - "Sartre i filozofia". To, czego właściwie nie było w "Egzystencjalizm jest humanizmem", a co stanowi właściwą podstawę Sartre'owskiego poglądu, można znaleźć w książce "Byt i nicość" - chodzi o metafizykę ateistycznego egzystencjalizmu.

Sartre uznaje, że filozofia jest dziełem konkretnego człowieka i każda teoria tworzona jest po to, by służyć swemu twórcy w zrozumieniu własnej kondycji. Filozofia, jak i wszystkie inne próby zrozumienia siebie, kończy się tym, że zauważamy swoją zupełną izolację od świata i od innych. Ten immanentny charakter wszystkich naszych myśli i przeżyć kazały francuskiemu filozofowi zwrócić się do fenomenologii, czyli badania tylko "tego, co dane i w tych granicach, w jakich jest dane", innymi słowy - badania tego, co jest dane naszej jaźni (fenomeny), choć jest poza nią (noumeny). Próbując znaleźć most między jaźniami (odchodząc od solipsyzmu zakładającego tylko jeden podmiot poznania), stworzył koncepcję nicości.

Wszystko jest bytem. Byt nie jest zróżnicowany. Boga nie ma, bo musiałby być czymś więcej niż tylko świadomością - musiałby być i tylko być, a jednocześnie być samoświadomy. Ta część jest dość mętna, przynajmniej w sprawozdaniu Hartmana, bo przy analizie "Dzieła sztuki" pokażę przykład z kostkami, których jest i 6 i 7 naraz, choć odbiorca może zobaczyć tylko 6 albo 7. Czy z Bogiem nie mogłoby być tak samo, że wbrew konstrukcji umysłowej człowieka nie pojmującej istnienia w dwóch stanach jednocześnie, mógłby tak istnieć? Ale na potrzeby spójności, załóżmy, że tak jest. Skoro byt to całość, nie pozwala na podział - nie ma "takie" i "inne", czyli jest pozytywny. Skoro byt jest, i nic więcej poza byciem nie dzieje się w nim, nie ma żadnego punktu oparcia dla świadomości, która jest poza nim, jest niczym. Nie może być innym bytem, gdyż nie ma podzielności bytu - jest tylko byt i niebyt. My musimy urzeczywistnić nasze życie, musimy wprowadzić go w byt. Dopiero ta metafizyczna podstawa pozwala zrozumieć w pełni dlaczego człowiek jest projektem, jak to opisane jest w "Egzystencjalizm jest humanizmem". Dalej już wszystko jak w wykładzie - mamy wolność, ale nie uciekniemy od egzystencjalnej trwogi uciekając w fałszywą świadomość (czyli pod panowanie "Inkwizytora"). Tyle teorii.

środa, 13 lutego 2008

Sartre starający się zrobić dobrze artystom cz2

Ciąg dalszy pracy o Sartrze.

Przeczytałem w zeszłym roku "Egzystencjalizm jest humanizmem" Sartre'a i mimo wielu zastrzeżeń, uznałem myśli tam zawarte za ciekawe, a nawet istotne. To, co było nie do zaakceptowania, to oczywiście podstawa, na której opiera swoją tytułową tezę francuski filozof. Mówię „oczywiście”, gdyż, jak to bywa praktycznie zawsze przy tworzeniu teorii, trzeba zmotywować je jakąś magiczną lub utopijną myślą. Nie mówię tu nawet o odbiorcy, ale o samym twórcy, by dalej chciał swoją tezę rozwijać. Lubię się powoływać w takiej sytuacji na Księgę Mormona. Święci dni ostatnich (potocznie zwani Mormonami), dzięki dość małym rozmiarom kościoła, trudnemu procesowi inicjacji i późnemu chrztu, umożliwiającym bardziej świadome przyjęcie wiary, niż jest to w kościele katolickim, są mocno zaangażowani w życie kościelne, a skoro kościół mocno wspiera wszelkie utylitarne aktywności, są również zaangażowani w życie społeczne. Sprawdzają się idealnie jako wolontariusze, jako uczciwi pracownicy, itd. Ale zabrać im bajkę o tym, że w XIX wieku księga została objawiona amerykańskiemu pastorowi przez ducha starej, upadłej już, amerykańskiej cywilizacji, która rozwinęła się na tamtym kontynencie dzięki grupce zbiegów z Jerozolimy, którzy krzewili prawdziwy kościół Chrystusa – zabrać tę bajkę, a większość, jeśli nie wszyscy Mormoni, stracą wiarę w to co robią. I już nie byliby tak cudownymi pracownikami, już nie odczuwaliby potrzeby wolontariatu!
Tak samo Sartre przypomina Jezusa z "Wielkiego Inkwizytora" Dostojewskiego, któremu Inkwizytor wytyka luki w teorii wolnej woli. Jak pamiętamy z "Braci Karamazow", pogląd o potrzebie wolnej woli powoduje podział społeczeństwa na dwie grupy - malutkiej, ledwo widocznej elity o silnej woli, i wielkiego plebsu, który widząc, że nie podoła, od razu się poddaje. Zwłaszcza, że wysiłek jakiego żądają od nas Jezus Dostojewskiego i Sartre graniczy czasem z próbą Abrahama opisaną w "Bojaźni i Drżeniu" Kierkegaarda. Oczywiście ktoś powie, że Inkwizytor przemawia za interesami wąskiej grupy trzymającej władzę i tak broni swej zdobyczy, ale czy tak naprawdę nie symbolizuje on wszelkich sił, sterujących i bezwładnych, trzymających społeczeństwo w ryzach, w spokoju wewnętrznym. Czy malarz uznający swą twórczość albo przynajmniej twórczość ze swojej dziedziny za sztukę, nie wykaże paradoksu swojego położenia, ganiąc Inkwizytora, a obstając przy Jezusie? Bo dla malarza sztuka jest jego Inkwizytorem. Ilu malarzy mogłoby tworzyć, gdyby zniknęły podwaliny ich wiary?

Mimo tej krytyki, byłem pod wrażeniem trafnych spostrzeżeń Sartre'a, od człowieka jako projektu, nigdy nieokreślonego stawania się, po "pseudoateizm", czyli oderwanie w laickim świecie wartości od Boga, ale obstawanie przy nich. Samo hasło odpowiedzialności za wszystkich, życie tak, by Twoje postępowanie odzwierciedlało system wyznawanych przez Ciebie wartości i było czynnym ich propagowaniem, też powinno być krzewione, zwłaszcza w szkołach, wśród młodych, zamiast szkodliwych poglądów opartych na odpowiedzialności innych.

wtorek, 12 lutego 2008

J. P. Sartre starający się zrobić dobrze artystom

Jak dziecko jestem. Założyłem bloga i co 15 minut włączam go, by zobaczyć jak wygląda, czy coś się zmieniło, potem oczywiście rundka po forach i innych blogach, a potem próba robienia czegoś innego. W ramach walki z nowym nałogiem odcinam się (tak troszkę) od wszystkiego związanego z komiksami, a tym bardziej z moim, na kilka dni.

Dzięki temu mogę podzielić się z Państwem innym moim tworem, esejem światopoglądowym. Jako że studiuję na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, mamy przedmiot o nazwie estetyka. W ramach tego przedmiotu trzeba było napisać wypracowanie semestralne na podstawie lektury z listy. Dało to mi idealny pretekst do spisania przynajmniej zarysu światopoglądowego. Zresztą "Powidok" też jest takim zarysem.

Komiks jednak powstawał w przeciągu ostatnich czterech lat, gdzie wiele myśli dopiero sie klarowało, zresztą chciałem te myśli wyrazić jak najprzystępniej, co oczywiście zaowocowało pewnym populistycznym tonem "Powidoku". Używam tam pojęć, np. "Sztuka", które nie powinny istnieć w rozumianym przez nas współcześnie znaczeniu. Dlatego wspomniałem we wczorajszym wpisie blogowym o tym, że mój debiut to tylko początek dyskusji. Wiele koncepcji, które tworzą szkielet światopoglądowy zwłaszcza drugiej połowy komiksu są raczej nie do odczytania bez dodatkowego komentarza. Dlatego prezentuję w odcinkach pierwszy z takich dodatkowych komentarzy, pracę p.t.

DZIEŁO SZTUKI czyli JEAN PAUL SARTRE STARAJĄCY SIĘ ZROBIĆ DOBRZE ARTYSTOM
Wszelka nauka opiera się na umowności, zaczynając od samej umowności języka, poprzez własny metajęzyk, zależny od dziedziny, kończąc na próbie sprowadzenia czegoś pozaludzkiego, czyli czegoś istniejącego niezależnie od świadomości ludzkiej, do zrozumiałego i podporządkowanego prawom systemu. Nauki ścisłe dają nam pozór wiedzy, gdyż pozwalają nam na swój użytek ujarzmiać naturę. Nie wdawajmy się w rozmowę o postępie, ale faktem jest, że człowiek w tej chwili potrafi zbudować dzidę, jak i rakietę, ale już człowiek pierwotny nie mógłby zbudować tego drugiego. Z innej strony, czy psycholog współczesny miałby aż taką trudność w porozumieniu się z Eurypidesem, psychologicznie trafnym i uniwersalnym dramaturgiem greckim? Czy współczesny esteta i Platon nie mogliby zasiąść do wspólnej biesiady? Oczywiście istniałyby pewne bariery nomenklaturowe, ale czy takie też nie istnieją pomiędzy dzisiejszym estetą a człowiekiem z ulicy, który wtajemniczony już, a posiadający pewną inteligencję, może dość swobodnie z tym pierwszym konwersować?

Psychologia w swej naukowej formie jest niby utylitarna, ale skutki leczenia często są niewymierne, leczenie jest zindywidualizowane, zależne od tak wielu czynników, że praktycznie nie do ogarnięcia. To co mamy mówić o estetyce? Kiedy nie można nawet zdefiniować czym się właściwie zajmuje. Nawet starające się ująć to zjawisko w jak największej swej pełni definicje, takie jak Władysława Tatarkiewicza (mowa o definicji sztuki, bez której nie możemy zacząć mówić o estetyce w rozumieniu dzisiejszym), są ulotne i starczają co najwyżej na kilka lat. Psychologia bada procesy psychiczne człowieka. Jak zauważyliśmy, mimo zmian technologicznych i ewolucji, człowiek specjalnie nie różni się od tego, którego znamy choćby ze sztuk Eurypidesa, nie potrzebujemy didaskaliów, by tamtego zrozumieć.

Estetyka, z kolei, uzależniona jest od postępów technologicznych, od biegu historii i od zmiennych mód. Przyjrzyjmy się wspomnianej definicji Tatarkiewicza:

Dzieło sztuki jest odtworzeniem rzeczy bądź konstrukcją form, bądź wyrażaniem przeżyć, jednakże tylko takim odtworzeniem, taką konstrukcją, takim wyrazem, jakie są zdolne zachwycać bądź wzruszać, bądź wstrząsać.

A teraz pomyślmy o współczesnej grze komputerowej. Odtwarza znane nam rzeczy, dzięki czemu możemy rozeznać się w świecie gry, ale i tworzy nowe formy. Postacie w grze wyrażają przeżycia, czy to podczas samej akcji, czy w filmowych przerywnikach, a jednocześnie gra wyzwala w graczu przeżycia i pozwala je wyrażać. Zachwyca pejzażami nieznanej planety, wzrusza śmiercią bohaterki, którą ratowaliśmy od hord obcych przez dwie godziny, wstrząsa odkrytą tajemnicą, skrywaną przed nami od początku naszej misji. Niezależnie od naszego nastawienia do gier komputerowych, zostajemy poddani powyższym procesom psychicznym, jeśli tylko zasiądziemy do gry, nawet wbrew naszej woli – czy będzie to dziecko, czy starsza pani, która ledwo rozróżnia przyciski, ale już podekscytowana woła do wnuczka.

Czy mimowolne, albo nawet często z własnej woli ustawienie się przed "Czarnym kwadratem na białym tle" Malewicza, wyzwoli te same reakcje? Może pierwsza połowa definicji się sprawdzi, ale czy druga też? Czy obraz spełni kryteria? Nie liczę głosu grupki wtajemniczonych, którzy i tak nie zachwycą się samym obrazem, a raczej faktem, że dane im było zobaczyć ten legendarny relikt na żywo?

c.d.n

poniedziałek, 11 lutego 2008

Słów kilka o "Powidoku" i słów więcej o "Szanownym"

No i stało się. "Powidok" ujrzał światło dzienne. Już jest w Kawangardzie (bardzo miłym, cichym miejscu na Wilczej, gdzie teraz wiszą cudowne prace plastyczne), w Centrum Komiksu (wysiada się na stacji metra Pola Mokotowskie i idzie od centrum po stronie wschodniej ulicy z 5 minut aż się trafi do sutereny po swojej lewej), i w Gildii. Od jutra będzie w księgarni CSW, a w ciągu dwóch tygodni w Empikach.

Nie uznaję skończoności "dzieła" jakiegokolwiek. "Powidok" jest tylko iskrą rozpalającą dyskusję - nie o samym "Powidoku" (choć i takie też pewnie się odbędą), ale o tym, co w nim zawarte lub zasugerowane, a o czym można mówić w oderwaniu od komiksu.

O sprawach światopoglądowych będzie już niedługo. Dziś chciałbym zachęcić do lektury wydanego w styczniu komiksu p.t:

Szanowny
autorstwa Bartka Sztybora i Wojtka Stefańca. Wydany przez timofa. Zaraz będzie, że robię propagandę, bo to też i mój wydawca. Prawdę mówiąc wolałbym zacząć od jakiegoś nietimofowego komiksu, by nie być posądzanym o kumoterstwo, ale "Szanowny" domaga się recenzji, więc nie mam wyboru.

Komiks Sztybora i Stefańca to krótki, bo liczący zaledwie 24 strony zeszyt, ładnie wydany, na błyszczącym papierze, z nasyconymi barwami. Tekstu jest na 5 minut czytania i to przy pobieżnym oglądaniu. Tak mogłoby się wydawać, jeśli się podniesie "Szanownego" w Empiku. Radzę jednak bez przeglądania po prostu kupić, uciec w zaciszne miejsce i spędzić przynajmniej 2 kwadranse z tym dziełkiem.

Forma. "Szanowny" jest tradycyjnie malowany farbami, w sposób realistyczny. Choć otoczenie jest tylko zasugerowane, jak sceneria teatralna. Jak musi być pokazany stół, to jest, jak nie musi, to mamy pełne barw przestrzenie przypominające obrazy Turnera. Nie brak tu też kolażu i w pewnym momencie mrocznej ekspresji. W przeciwieństwie do wielu malowanych albumów, ruch jest płynny z kadru na kadr. I choć zdarzają się pewne niefortunne kiksy montażowe (np. na str. 2 barman zorientowany tak samo jak gość sugeruje, że to ta sama postać*, albo plansze 11/12, które wydają się rozkładówką, choć powinno się czytać każdą planszę od góry do dołu), to ogólnie jest nie dość, że bez zarzutu, to często bardzo efektywnie i -townie (str. 3, gdy z planu średniego przechodzi do psychologicznego planu bliskiego, a potem znów do średniego, przy czym postać wykonuje z lewego kadru do prawego widoczny obrót 180 stopni).

*autorzy mogliby powiedzieć, że mój zarzut jest bezpodstawny w świetle całej lektury i może w świetle całej lektury tutaj akurat nie ma błędu, ale wydaje mi się, że symbolika nie powinna szarpać gładko idącego toku akcji.

Plansze 8/9. Dla samej tej rozkładówki powinno się kupić ten komiks, a jeśli nie lubi się komiksów, to przykleić go do ściany i oprawić w ramki. Zapiera mi dech w piersiach, za każdym razem, gdy na to patrzę.

Treść. Zawarta jest tak w słowach, jak i w obrazie. Nie jestem fanem polskiej przypadłości abstrakcyjnych światów i oniryczności, które zbyt często są przykrywką na nieumiejętność napisania ciekawie o rzeczywistości. I znów powód, by nie czytać "Szanownego" w Empiku, by nie pozostać na takim wrażeniu. Tutaj formuła zeszytowa przysłużyła się historii. Dzięki niej można było uciec przed powierzchownością szortów i nie wplątywać się w poboczne wątki wymuszane przez format albumowy. Okazuje się, że pod powłoką onirycznego teatru mamy bardzo klarownie zarysowany motyw rozdarcia i spychania odpowiedzialności w zakamarki swojej psyche, co świetnie podsumowuje ostatnie zdanie komiksu, jak i pewne tropy ze sfery obrazowej, mianowicie rysunki na wnętrzu okładek. Dlatego pisałem o niebezpieczeństwach innych formatów, bo w dłuższym Bartek Sztybor mógłby ulec pokusie dorabiania motywacji konkretnego bohatera, tracąc na uniwersalności przekazu. A tutaj powstało coś unikatowego.

Konkluzja. "Szanowny" okazuje się jednym wielkim obrazem, tylko zamiast ganiać wzrokiem po płótnie, przewracamy kartki do przodu i do tyłu, by zobaczyć, że esencja tego komiksu nie leży w jego sekwencyjności. Raczej ta sekwencyjność jest jak spacer po spiralnej klatce schodowej aż do światła latarni.

Oryginalne podejście do medium ze strony obydwu autorów, uniwersalna treść, piękna forma i przystępna cena (15 zł) spokojnie pozwalają, a nawet nakazują mi polecić ten komiks właściwie każdemu, kto lubi nie tylko odbierać, ale i angażować sie w to, co odbiera.

sobota, 9 lutego 2008

Poniedziałek - ja? Wtorek - ja? A w sobotę?

Każdy grafoman zaczyna bloga od Gombrowicza. Mogłem się tego domyślić. Na szczęście mało tu będzie o mnie. Może będzie dużo ode mnie, ale własnych słów pewnie wcisnę tylko kilka.

Powyższe słowa mogą brzmieć trochę mętnie, ale staną się zrozumiałe po lekturze komiksu mojego autorstwa, a wydania timofowego. Komiks wychodzi już na dniach, a nazywa się Zostawiając powidok wibrującej czerni.

O czym jest możecie się dowiedzieć klikając na powyższego linka. Poniżej z kolei zamieszczonych jest kilka plansz z "Powidoku", pierwsze trzy to jednostronicowe zamknięte całości (przynajmniej pozornie), zwane przeze mnie łanszotami. Czwarta plansza jest już fragmentem większej całości. Jak się mają łanszoty do tej całości? Tego już dowiecie się z lektury, do której serdecznie zapraszam.