BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teksty innych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teksty innych. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 maja 2017

Otwarte Laboratorium Prasy Szkolnej













Ruszam 12 maja z taką oto inicjatywą.

Jeśli znacie kogokolwiek na terenie Warszawy, kto wydaje lub chciałby wydawać cykliczne pismo na terenie szkoły albo instytucji (np. w domu kultury) - dzieci, opiekunów, nauczycieli, animatorów, to dajcie im proszę znać o spotkaniu 12 maja.

Myślałem, że raczej skupimy się na wieku gimnazjalnym i licealnym, ale dostaję sygnały, że dużo ciekawego dzieje się albo potencjalnie może się wydarzyć w szkołach podstawowych.

Nie robię jednorazowego projektu, narzuconego dzieciom ćwiczenia do wrzucenia do portfolio. Wyobrażam sobie stworzenie grupy wsparcia, która będzie dzieliła się swoim know-how, praktycznie pomagała w inicjatywach i tworzyła sieć kontaktów między twórczymi grupami młodzieży.

Szczegóły:

Mały Przegląd pod redakcją Janusza Korczaka wychodził w latach 1926-1939 i był demokratyczną platformą informacji i komunikacji dla dzieci i młodzieży. Jego współpracownicą była też Stefania Wilczyńska, bohaterka 5. edycja akcji Warszawa Czyta | 10-14 maja 2017. Gdy patrzymy na kolejne strony pisma w archiwach, widzimy nie narzucony przez dorosłych produkt, a oddolną inicjatywą dziecięcą. Jak obecnie wygląda papierowa (i cyfrowa) prasa adresowana do młodzieży, ale i przez nią tworzona? 

Podczas tegorocznej edycji Warszawa czyta chcemy stworzyć laboratorium, gdzie:
- redaktorzy gazetek szkolnych i innych cyklicznie wydawanych pism mogą pokazać innym co robią.
- potencjalni redaktorzy mogą nauczyć się jak ruszyć z własnym pismem.
- młodzież może spotkać się ze specjalistami z różnych dziedzin, którzy wspomogą ich swoją wiedzą.
- może uda się wytworzyć zaskakujące formy komunikacji? Efemeryczne artykuły rzucane z rzutnika na ściany kamienic? Czemu nie!

To nie jest jednorazowy warsztat, to nie jest projekt z narzuconym pomysłem. To będzie żywe forum wsparcia i wymiany doświadczeń.

Zapraszamy młodzież redagującą albo chcącą redagować gazetkę szkolną albo inny typ pisma cyklicznego. Jeśli macie przykłady swojej pracy, koniecznie przynieście! Opiekunów/opiekunki, nauczycielki/nauczycieli, animatorów/animatorki również zapraszamy.

Jeśli macie ochotę wcześniej przedstawić nam gazetę, którą współtworzycie, piszcie: zerodc@wp.pl

Koordynatorem Laboratorium jest Daniel Chmielewski, scenarzysta i rysownik komiksowy, autor Zapętlenia, scenarzysta narysowanego przez Marcina Podolca Podglądu i rysownik napisanego przez Katarzynę Szaulińską komiksu Czarne fale. Jak radzić sobie z depresją. Poradnik dla młodzieży.

-----------------------------------------------------------------------------------
Pierwsze spotkanie Otwartego Laboratorium Prasy Szkolnej
kiedy: Fundacja Zmiana, Czytelnia na Bazarze Różyckiego, Brzeska 23
gdzie: Czytelnia na Bazarze Różyckiego, Brzeska 23
organizacja: Warszawa Czyta i Fundacja Zmiana

-----------------------------------------------------------------------------------
To i inne wydarzenia akcji Warszawa Czyta odbywają się przede wszystkim dzięki waszemu wsparciu, które możecie przekazać tutaj: http://pomagam.pl/warszawaczyta2017 Liczy się każda kwota!

czwartek, 29 grudnia 2016

Żelazne Waginy

Już można zamawiać w sklepie Gildii 12-stronicowy zin, który napisaliśmy wspólnie z Michałem Walczakiem, a narysowałem ja.

Akcja opowiada o podziemnym zespole feministycznym, Żelazne Waginy, które walczą z nacjotechnologicznymi zapędami profesora Maxa Hardkora.

Komiks jest spinoffem teatralnego serialu Pożar w burdelu, a zespół Żelazne Waginy istnieje naprawdę i nagrał właśnie płytę pt. 500 zeta.

Komiks jak i płytę można kupić też stacjonarnie, w Dzikiej Stronie Wisły w Warszawie i podczas spektakli Szpital Nieświętej Rodziny.



Przy okazji składam wszystkim czytelniczkom i czytelnikom bloga życzenia noworoczne. Rozważnego i empatycznego całego roku Wam życzę! Dbajmy o siebie (a poprzez siebie, mówię o innych, bo egoizmu i krótkowzroczności i tak za dużo w naszym zasmogowanym powietrzu).



piątek, 8 stycznia 2016

Anna In - kilka słów o nowym albumie

Czas odsłonić kolejne karty. Przedstawiam książkę, na podstawie której powstaje nowy album. Choć tytuł pewnie będzie inny.



















Olga splotła wiele sumeryjskich mitów w jedną całość, w której najistotniejszy jest język, a nie sama akcja. Dlatego też nie było mowy o wiernej adaptacji, która byłaby niczym innym, niż podrzędnym gadżetem z nazwiskiem słynnej autorki.
Przestudiowałem książkę i stojące za nią mity i po roku rozpisywania kolejnych wersji scenariusza postanowiłem potraktować zebrane materiały jako system, w którym jednostki (postaci) mogą na zasadzie entropii zapożyczyć motywacje psychologiczne od innych postaci, byleby w ostatecznym rozrachunku wszystko się zgadzało (dziękuję Janowi Mazurowi, którego scenariusz dał mi ten pomysł). 
Więc pozornie odszedłem od książki i mitów dość znacząco, by wydobyć to, co zaangażuje współczesnego czytelnika, ale wierzę, że dzięki temu istota pierwowzorów nie straci nic ze swojej siły.

Zapraszam oczywiście na stronę na fejsbuku, gdzie publikuję zdjęcia i notatki z procesu powstawania albumu!

piątek, 20 listopada 2015

Światło Kamień Tygrys Byk - zaproszenie na wystawę Łukasza Dybalskiego

27 listopada na Kredytowej w Warszawie odbędzie się wernisaż mojego przyjaciela, Łukasza Dybalskiego. Koniecznie wpadnijcie, bo warto!

ul. Kredytowa 9, II piętro (wejście od pl. Dąbrowskiego 8).
Wernisaż: 27 listopada, 19.00
Wystawa trwa do 13 grudnia
Godziny otwarcia:
wt - pt: 15:00 - 19:00
sob - nie: 12:00 - 20:00

A już dziś możecie przeczytać moje obszerne omówienie poprzedniej wystawy Łukasza, Czerwień i Złoto - polecam nie tylko fanom malarstwa do porannej kawy. 

Do przeczytania TU.


Zdjęcie: Łukasz Dybalski

czwartek, 10 września 2015

Lewą ręką spisane: Strażnicy - Początek - guest-art

Już półtora roku temu wyszedł zin Lewą ręką spisane: Strażnicy - Początek Szymona Kaźmierczaka, do którego zrobiłem guest-art, a właściwie nigdy się nim nie pochwaliłem. Robię to dziś. Nawiązałem do stron wprowadzających w każdy komiks Strażników Moore'a i do gazet telewizyjnych, które są dla mnie symbolem największego chłamu i dziennikarskiej nierzetelności - wszystkie błędy na załączonym obrazku są zamierzone.

[Kliknij na obrazek, by powiększyć]


czwartek, 16 lipca 2015

Topografia uwagi - komiks dla małej kultury współczesnej

Gdy tylko pojawił się nowy call for papers na małej kulturze współczesnej pod tytułem RUCH od razu pomyślałem o związanej z New York University Zuzannie Kłyszejko i jej eksperymentach z eye-trackerem (urządzeniem do rejestracji ruchu gałek ocznych), o których opowiada mi od lat. Problem w tym, że nic z tego nie rozumiałem, bo na neurologii się nie znam, a specjalistyczne słownictwo wypowiadane nad latte w kawiarni bez oparcia w materiałach poglądowych było jakąś abstrakcją. 

Ale tym bardziej wiedziałem, że muszę z Zuzą zrobić komiks, chociażby żeby wreszcie zrozumieć czym się zajmuje. Moja skrzynka pocztowa została zalana artykułami naukowymi z zakresu ostatnich dwudziestu pięciu lat badań nad korelacją uwagi i wzroku i przez dwa tygodnie uczyłem się od podstaw o co w tym wszystkim chodzi.

Uwielbiam współpracować nad projektami komiksowymi. Ja wysyłałem Zuzie swoje szkice i notatki, Zuza odsyłała mi z Nowego Jorku swoje uwagi i poprawki, potem na czacie to wszystko omawialiśmy na żywo i tak, kroczek po kroczku, stworzyliśmy Topografię uwagi, którą możecie przeczytać 


Dla mnie to, czego się dowiedziałem, jest niesamowitym olśnieniem. Mam nadzieję, że i Was komiks zachęci do sięgnięcia po kolejne artykuły polecane przez Zuzę w bibliografii.



poniedziałek, 3 listopada 2014

Dochodząc do siebie - komiks dla małej kultury współczesnej

Zanim przejdę do sedna, chciałbym się podzielić pierwszą recenzją, jaką dostał wspólny album Marcina Podolca i mój, Podgląd. Na razie dość cicho o tym komiksie, ale kroją się ciekawe rzeczy, o których wkrótce. 

A wspomniana recenzja, autorstwa Natalii Kaniak, jest TU, czyli na portalu ArtPapier.

***

W zeszłym roku Olga namówiła mnie do spróbowania sił w komiksie dla małej kultury współczesnej - projekcie naukowym będącym młodszą siostrą pisma Kultura Współczesna.

Esej Austalgia okazał się dużym sukcesem i jednocześnie pchnął mnie na nowe ścieżki myślenia o narracji wizualnej. Po bardzo wizualnych albumach, jakim są Podgląd i Zapętleniu, potrzebuję czegoś świeżego - poligonu, na którym mogę od nowa odkrywać medium i ograniczenia albo możliwości, z których nie zdawałem sobie wcześniej sprawy.

Dzisiaj pojawiła się nowa odsłona mkw - poświęcona selfie. Jako, że CFP zbiegł się z moimi poszukiwaniami w dziedzinie teorii fotografii, wykorzystałem nagromadzoną przez ostatni rok wiedzę, by stworzyć nowy, trzynastostronicowy esej. Już teraz widzę, że dwie strony więcej dobrze by mu zrobiły, ale na tym polega radość odkrywania nowych lądów. Sprawia mi ogromną frajdę komponowanie nie filmowymi sekwencjami narracyjnymi, a tekstem - dzielenie go na cząstki, odpowiednie ich rozmieszczanie, by tworzyć współgrające albo rozdzielne wątki, uzupełnianie treści tylko najbardziej potrzebną informacją obrazową. 

Wychodzę obecnie z założenia (już od dłuższego czasu), że samo obcowanie z tekstem, filmem komiksem, autor może tak spreparować, by po jakimś czasie czytelnik lub widz miał w głowie coś zupełnie innego - uzupełnionego. Miałem tak z Melancholią von Triera - która wydawała mi się niesamowicie wyrafinowaną wizualnie epopeją. Jednak gdy obejrzałem ją po raz drugi - okazało się, że reżyser wpierw dał wspaniałe wizualia na początku, które w pamięci nakładają się na resztę filmu, który krecony jest z ręki i rozgrywa się dosłownie w dwóch lokacjach (ogród / dom). Wierzę, że można zbudować taki szkielet komiksu, który jak te herbaty rozwijające się w piękne kwietne kształty w dzbanku, rozwija się w głowie do pełnowymiarowej doświadczenia literackiego albo naukowego.

Dochodząc do siebie jest kolejnym krokiem w tym kierunku.

Komiks można w całości przeczytać 


sobota, 13 września 2014

Drobny hołd



A rzeczone 
są oczywiście do oglądania na fejsie.





niedziela, 17 sierpnia 2014

Donikąd Michała Misztala - wydanie zbiorcze

Michał Misztal od dwóch lat publikuje codziennie aktualizowany autobiograficzny komiks. Bardzo podoba mi się to jako inicjatywa i jako ćwiczenie (w narracji komiksowej, w chwytaniu na bieżąco mijającego czasu, etc). Jeśli jeszcze nie czytaliście, możecie albo odwiedzić 


albo można ściągnąć wydanie zbiorcze z lat 2012-2013


albo obejrzeć na ISSUU w dwóch częściach TUTAJ (część 1) i TUTAJ (część 2).

Do wydania zbiorczego zostali zaproszeni goście, w tym ja. Poniżej kadr z cztero-kadrowego komiksu, którego całość znajdziecie na stronie 580 PDFu zbiorczego.


środa, 2 lipca 2014

Zapętlenie - wielkie odliczanie. 5.

Dostałem wczoraj plik z korektą albumu. Bałem się, że będzie miał kilkanaście stron, bo prawda jest taka, że nigdy nie opanowałem ani języka angielskiego, ani polskiego, bo jestem baaaardzo kiepski w językach. W Australii uczyłem się włoskiego przez całą podstawówkę i w najbardziej szczytowej formie umiałem policzyć do ośmiu i to po kolei. Teraz nawet nie wiem jak jest JEDEN po włosku. Uno? Uno, due, tre, quattro, cingue, se, siette, otto, novo, dieci? No, to jest sześć lat nauki włoskiego wyciągnięte z zakamarków pamięci (specjalnie nie gógluję i nie poprawiam błędów). 

Z polskim i angielskim mam tak, że czytam rzeczy pisane trudnym językiem i to adoptuję, ale ogólnie nie wiem jak się odmienia wyrazy i mylę przypadki, czy jak to się zwie, kilka razy w trakcie jednego zdania. Olga najchętniej kazałaby mi milczeć przy naszej córce do czasu, aż mój zły wpływ w posługiwaniu się językiem nie będzie tak niebezpieczny (czyli pewnie z trzydzieści lat).

Ale dostałem korektę albumu i na szczęście okazuje się, że gdy się skupię i piszę (pisanie na blogu nie liczy się jako pisanie w skupieniu, przynajmniej nie gdy ma się rodzinę i pracę), to jedynie, interpunkcja. Leży mi, na; całego. Więc wstawię dwieście przecinków, sto przestawię i możemy słać do drukarni.

***

W ramach wielkiego odliczania przedstawiam dziś kadr inspirowany wszelkiego rodzaju instrukcjami - od IKEA do Lego, które są nieodłącznym elementem naszego życia na przełomie wieków. Dobrze wykonana instrukcja Lego np. jest wspaniałym aktem narracji, gdzie nie pokazuje się każdego klocka dodawanego z osobna, ale też nie każe się człowiekowi domyślić co zrobić z czterema klockami, które zostały, bo przecież nie było nic o nich w instrukcji. 

Niemałą zatem częścią albumu jest mój hołd dla IKEA i Lego. Przy okazji gorąco polecam bardzo dobry artykuł Moniki Rosińskiej o szwedzkim funkcjonalizmie na małej kulturze współczesnej (po którym zrozumiecie, dlaczego nawet najambitniejsze pomysły zmiany mentalności estetycznej i urbanistycznej w Polsce się nie powiodą. Bo po pierwsze: jest za późno - zasyfiliśmy się developerskimi przedmieściami sypialniami; a po drugie: bo wszystkie te nasze inicjatywy są malutkie i oddolne - co dobrze też widać, gdy się czyta Wannę z kolumnadą Filipa Springera - co obecnie robię w tramwaju do pracy).


poniedziałek, 23 czerwca 2014

Warsztaty komiksowe na Szwedzkiej, przestrzeń do oglądania na Gagarina

Warsztaty

Zacznę od siebie, a właściwie Olgi i siebie. Zostaliśmy poproszeni przez znajomego z dawnych lat, kiedy to się miało siłę o ochotę "bywać", Tomasza Stabińskiego, o poprowadzenie warsztatów komiksowych na Pradze. Jako, że duch społecznikowski jest we mnie silny (gdy ktoś mi wskaże palcem coś społecznie użytecznego, w czym mogę się udzielić), od razu krzyknąłem: Tak!

Zapraszamy zatem z Olgą w TEN czwartek (26 czerwca) na adres:

Praska Światoteka, ul. Szwedzka 6/82

o godzinie 18.00.

Nie trzeba umieć rysować. Nie trzeba mieć ciekawych rzeczy do opowiedzenia o sobie. A my damy ćwiczenia, a potem indywidualnie z każdym zależnie od potrzeb i chęci, będziemy na bieżąco rozmawiać.

TUTAJ strona wydarzenia na fejsie.
TUTAJ oficjalna strona Stowarzyszenia Serduszko dla Dzieci - a dokładnie podstrona o praskiej Światotece.


Czerwień i złoto

Druga rzecz, którą chciałbym zareklamować, to site-specific wystawa Łukasza Dybalskiego, mojego najbliższego w kwestiach twórczych towarzysza od prawie dekady. W mieszkaniu na Gagarina w Warszawie można zobaczyć jego malarstwo, choć nie chodzi tylko o obrazy, ale i intelektualny ładunek (teoria optyki, badania nad pierwiastkami) i wykorzystanie przestrzeni (tej fizycznej, w której ogląda się obrazy) i tej abstrakcyjnej, istniejącej tylko w głowie.

TUTAJ strona projektu Pracownie.
TUTAJ strona Łukasza z danymi kontaktowymi, by się umówić na zwiedzanie. Do końca lipca!


czwartek, 13 marca 2014

Słowem obraz

W zeszłym tygodniu brałem udział w zakładzie, że uda mi się narysować 7 pasków komiksowych w 7 dni.

W tym tygodniu wyzwanie podjęła Magda Rucińska,

Nie dość, że możecie śledzić jej komiks, to możecie mieć na niego realny wpływ. Polecam czytać i komentować!

Pierwszy pasek.

Drugi pasek.

Trzeci pasek.

Czwarty pasek. 

Piąty pasek.

Szósty pasek.


czwartek, 6 marca 2014

Mentalne peregrynacje Józefa Cha - akt czwarty

Michał Misztal wyzwał Leszka Wicherka, by ten zrobił 7 pasków komiksowych w 7 dni.

Leszek Wicherek wyzwał mnie, bym zrobił to samo.

Tu jest PIERWSZY PASEK

Tu jest DRUGI PASEK.

Tu jest TRZECI PASEK.

Poniżej jest CZWARTY. Dziś pracowałem w domu (bo będąc nieogarniętym, nie przepisałem córki do nowej przychodni i nie odebrałem hologramu Karty Warszawiaka, gdy byłem na wychowawczym, więc wziąłem sobie dzień urlopu, by naprostować sytuację).



Tu jest PIĄTY PASEK.

środa, 5 marca 2014

Mentalne peregrynacje Józefa Cha - oś symetrii

Michał Misztal wyzwał Leszka Wicherka, by ten zrobił 7 pasków komiksowych w 7 dni.

Leszek Wicherek wyzwał mnie, bym zrobił to samo.

Tu jest PIERWSZY PASEK

Tu jest DRUGI PASEK.

Poniżej jest TRZECI. Ze względu na jego długość musiałem rysować go nie tylko w tramwajach, ale w przerwach w biurze.



Tu jest CZWARTY PASEK.

wtorek, 4 marca 2014

Kolejne mentalne peregrynacje Józefa Cha

Michał Misztal wyzwał Leszka Wicherka, by ten zrobił 7 pasków komiksowych w 7 dni.

Leszek Wicherek wyzwał mnie, bym zrobił to samo.

Tu jest PIERWSZY PASEK

Poniżej DRUGI.




Tu jest TRZECI PASEK.

poniedziałek, 3 marca 2014

Mentalne peregrynacje Józefa Cha

Michał Misztal wyzwał Leszka Wicherka, by ten zrobił 7 pasków komiksowych w 7 dni.

Leszek Wicherek wyzwał mnie, bym zrobił to samo.

Nałożone na siebie ograniczenia:
Praca ołówkiem, ewentualnie kredką.
Myślenie (z premedytacją) nad scenariuszem tylko podczas spacerów z psem.
Rysowanie musi zamknąć się w 40 minutach dziennie, w miarę możliwości musi odbywać się w tramwaju (jazda do i z pracy to 20 minut w jedną stronę).

Poniżej pierwszy z siedmiu pasków:



Tu jest DRUGI PASEK.

wtorek, 3 marca 2009

Pochwała prasy

Chciałbym swój dziennikarski tryptyk zakończyć we właściwy sobie sposób, czyli samemu sobie zaprzeczając. Jako moralny abnegat i relatywista totalny uważam za zgodne z tą postawą przedstawienie wszelkich stron medalu (przednią, tylną, i brzeg - na którym raz mi moneta, wierzcie lub nie, wylądowała, gdy ją rzuciłem).

Karel Capek jest znany Wam wszystkim. To dzięki niemu mamy słowo ROBOT. A dokładniej - dzięki jego bratu, ale to Karel Capek wykorzystał to słowo w swoim dramacie science fiction w 1921 r.

Czeski pisarz nie tylko robotami się zajmował. Polecam wszystkim biednym partnerkom i matkom tak zwanych artystów Osiem twarzy mistrza Foltyna, biografię zmyślonego "wielkiego kompozytora". Dlatego określiłem partnerki i matki takich ludzi jako biedne, bo jeśli nie uważają się za biedne, to tak naprawdę nie są z tak zwanymi artystami, a z ludźmi, którzy traktują twórczość jako hobby i potrafią oddzielić ją od życia. A oczywiście tak się nie da.

Oczywiste jest też, że jak tak sobie polecam tytułami, to i tak nikt nie sięgnie (wyjątki potwierdzają regułę). Dlatego też nie polecam Wam eseju pod tytułem Pochwała prasy, a przytaczam całość, by mogli sobie Państwo czytać po fragmencie przy śniadaniu (chyba że w przeciwieństwie do mnie jecie śniadanie w kuchni, a nie podczas porannego przeglądania blogów).

Capek posługuje się gawędziarskim stylem jak może bardziej Wam znany Hrabal, co może niektórym lubiącym zwięzłość nie przypaść do gustu. Rekompensuje to moim zdaniem bystrym i swobodnym poczuciem humoru.

Jeśli zastanawialiście się kiedyś

Czy prasa musi tak epatować sensacją?

Jaka jest właściwie różnica między literaturą a prasą?

Czy prasa może kłamać?

O czym najchętniej czytamy?

Jak starym zawodem jest dziennikarstwo?

i nie znacie odpowiedzi na te pytania, zachęcam do lektury.

A już niedługo wyjawię czym się ostatnio zajmuję. A zajmuję się m. in. zajęciami wręcz mistycznymi!

Karel Capek
Pochwała prasy

ze zbioru Marsjasz, czyli na marginesie literatury

Przetłumaczyła: Halina Janaszek-IvanickovaWydawnictwo Literackie, Kraków 1981
Wszelkie czeskie znaki diakrytyczne muszą sobie Państwo dorysować na monitorach, bo blogspot mówi mi "Keine czeskie znaki diakrytyczne".
Zilustrowane pracami George'a Grosza.
Tak bardzo przyzwyczailiśmy się do jej obecności, że nie widzimy w niej powtarzającego się co dzień cudu. Cudem jest już to, że co ranka wychodzi, chociaż poprzedniego dnia nie zaszło nic godnego uwagi, ale ów dziw pozostanie tajemnicą redakcyjną, ja natomiast zamierzam pisać o prasie z punktu widzenia czytelnika.

Czasem nawet czytelnik w nagłym olśnieniu odkryje niezwykłość prasy; mnie się to na przykład zdarzyło w Ballinluig, chociaż może nie w Ballinluig, raczej w Crainlarich albo w Tyndrum, ale chyba nie w Tyndrum; najprawdopodobniej w Mallaig, bo było to nad morzem, a ja kupiłem sobie do pociągu, nie wiem już jaką, gazetę. I kiedy energicznie ją rozpostarłem, wzrok mój padł na wiadomość:

W Czeskich Budziejowicach wytępiono pięć tysięcy kotów.

No, bo przyznacie sami: kiedy człowiek siedzi w pociągu w Mallaig, jest przygotowany na wszystko, tylko nie na Czeskie Budziejowice czy fantastyczny zgoła obraz pięciu tysięcy kotów. Musiałem zamknąć oczy, żeby strawić ten natłok wydarzeń. Gdybym zamiast gazety wziął do ręki jakąś powieść, już po chwili domyśliłbym się, o co chodzi i co może być dalej, ale żaden powieściopisarz nie wpadłby na fantastyczne wyobrażenie pięciu tysięcy kotów i żadnemu nie przyszłyby do głowy w tym kontekście Czeskie Budziejowice. Natknąć się w Mallaig na Czeskie Budziejowice to dziw nad dziwy: znaleźć na jednej stronie pana Mac Donalda i pięć tysięcy kotów to coś bardziej fantastycznego niż Ali Baba i czterdziestu rozbójników, a jeśli człowiek przy tym patrzy na Ocean Atlantycki, zostaje porażony tą dziką koegzystencją wszystkiego, co istnieje, a więc polityki, kotów, morza, socjalizmu i Czeskich Budziejowic. Dzięki temu, jak w krótkim i niezwykłym rozbłysku, objawia mu się ogrom świata i niezwykłość prasy.

Proszę wybaczyć, że zatrzymam się jeszcze przy tych kotach. Jestem w pewnym sensie znawcą kotów i mógłbym długo jeszcze opowiadać o kotach w Nottinghill i Geniu, i o kotach weneckich i paryskich, o hodowli kotów, o tym jak pozyskać zaufanie kota i innych jeszcze sprawach. Otóż w prasie nigdy nie pojawia się wiadomość, że kot złapał kosa albo kotka okociła się i ma troje kociąt; zawsze ujrzycie ją tam w jakimś szczególnym, a często nawet przerażającym świetle, dowiecie się na przykład, że wściekły kot pogryzł listonosza, że jakiś uczony odkrył kocie serum, że w Plymouth, czy gdzieś tam, przyszedł na świat kot o dziewięciu ogonach albo coś w tym guście. Tak samo w żadnej gazecie nie znajdziecie wiadomości, że kelner podał komuś kufel piwa, tylko że zabił swą kochankę albo że wybuchł strajk kelnerów. Czeskie Budziejowice nie wejdą na łamy prasy w swej spokojnej egzystencji: musi tam być masowy mord kotów albo przynajmniej wybory, aby to szacowne miasto przedstawiło się światu w jakimś pełnym tragizmu kolorycie. A jeśli dowiem się z gazety, że jakiś poseł wygłosił przemówienie, wiem z góry, że jest w tym coś równie dramatycznego i niezwykłego, jak w pogryzieniu przez wściekłego kota listonosza lub w zabójstwie kochanki kelnera.

Chcę więc powiedzieć to, co zaniepokoiło już Chestertona, a mianowicie, że świat prasy jest skonstruowany z samych wyjątkowych wydarzeń, niezwykłych przypadków, a często nawet dziwów i cudów. Jeśli w gazecie jest mowa o domu, to nigdy się tam nie opowiada o tym, że dom stoi, tylko że się pali albo że się zawalił, albo przynajmniej, że jest największy na świecie, albo że się w jakiś specjalny sposób wyróżnił między wszystkimi domami, ile ich by nie było. Kelner jest intrygującą postacią, która zabija swą ukochaną, kasjer zwiewa z powierzonymi mu pieniędzmi, miłość w sposób fatalny wiedzie ku temu, że się z Mostu Legionów skacze do Wełtawy, auto jest środkiem służącym do bicia rekordów, wypadków i przejeżdżania dziatek lub staruszek. Wszystko, co jest, zjawia się w aspekcie dramatycznym i poniekąd alarmującym. W każdym porannym wydaniu prasy codziennej świat przekształca się w dżunglę, w której czyhają na nas niezliczone niespodzianki, niebezpieczeństwa i wydarzenia epickie.

*
Ale gazety nie informują tłustym drukiem o tym, że spłonęła Troja albo że Herod ze względów sanitarnych kazał wymordować pięć tysięcy niemowląt. Wyczytacie tam o krwawej bójce dwóch ślusarzy na ulicy Szczepańskiej, ale nie dowiecie się niczego o krwawej walce Cezara z Gallami. Nie dość, że coś krwawi lub płonie, musi być jeszcze nowe. Nie wystarcza, że przemawia do wyobraźni, musi być przede wszystkim w stu procentach aktualne. Prasa może donieść, że dzisiaj, dnia 14 listopada 1924 roku, upływa dokładnie trzy tysiące lat od pożaru Troi; jeśli nie jest tak co do minuty, wiadomość taka nie ma czego szukać na łamach prasy. Świat prasy, podobnie jak świat dzikich zwierząt, istnieje tylko w teraźniejszości; świadomość prasy (jeśli w ogóle można mówić o świadomości) jest ograniczona wyłącznie do teraźniejszości, sięgającej od wydania porannego do wieczornego albo na odwrót. Jeśli człowiek czyta gazetę sprzed tygodnia, czuje się tak, jakby wertował kronikę Dalimila; to już nie gazeta, ale zabytek. Gnoseologicznym systemem prasy jest teraz; extra praesentiam non est existentia: ergo bibamus.

Wyobraźcie sobie, jak by wami wstrząsnęło, gdyby prasa przyniosła, dajmy na to, przemówienie posła Petrovickiego sprzed roku. Może je zamieścić z adnotacją, że "dzisiaj upływa właśnie rok", albo że "dzisiaj są na wagę złota", ale jakieś "dzisiaj" tam musi być, bo inaczej wydawałoby się się wam, że wszechświat się wali na głowę, albo że kategoria czasu oszalała; tego z pewnością nie można byłoby przeżyć. Pewien moralista (był to, jak sądzę, pan Gamma) napisał, że gazety zamiast podawać actualia, winny zamieszczać aeternalia i perpetualia, dając pierwszeństwo sprawom wiecznym przed sprawami doczesnymi. Tak więc zamiast mów Cziczerina powinny wydrukować mowę Cycerona do Placjusza, która bezsprzecznie nie jest aktualna. Zamiast wdawać się w pełne konfuzji opisy sytuacji w parlamencie, mogłyby zamieścić wyjątki z Konfucjusza, a zamiast ostatniego morderstwa, dajmy na to, rozdziałek z Sieci wiary Chelcickiego. Przyznam, że takich gazet (jakie z pewnością wydawane są w niebie) nie chciałbym redagować; nie wiedziałbym z jakiej racji właśnie dzisiaj drukować mowę do Plaucjusza zamiast trzeciej mowy przeciw Verrusowi i dlaczego, z punktu widzenia wieczności, winienem właśnie dzisiaj dać pierwszeństwo Konfucjuszowi przed Fedonem Platona. Jeśli prasa drukuje exposé ministra, to nie znalazło się ono tam dlatego, że jest lepsze i ważniejsze, klnę się na swą duszę, od Kazania na Górze Oliwnej, ale dlatego, że w odróżnieniu od Kazania na Górze Oliwnej zostało wygłoszone wczoraj. Kradzież futra w kawiarni z pewnością nie jest bardziej sensacyjna od abdykacji Napoleona, ale zdarzyła się wczoraj. Nic nie można na to poradzić, współczesność jest dla ludzi w sposób szczególny i zagadkowy pociągająca; ludzie tłumnie biegną popatrzeć na dom, w którym krawiec pozabijał cegłą swą siedmioosobową rodzinę, ale nie biegną tłumem patrzeć na Sterbohole, gdzie w czasie wojny siedmioletniej poległo nie wiem ile tysięcy ludzi wraz z generałem Schwerinem. Fanatyczne zainteresowanie teraźniejszością jest jedną z tajemnic życia; jest to także jedna z tajemnic prasy.

*
Wszystko powinno być nowe, ale nie może być surowe i nieznane. Dżungla wydarzeń, która wyłania się co rano w prasie codziennej, winna być przetarta wydeptanymi i utartymi ścieżkami, jak np.: Rannego odwieziono na pogotowie ratunkowe. - Wstrząsająca wiadomość lotem błyskawicy (to jest z szybkością 3,133 m/sek.) rozniosła się po mieście. - Nic nie zakłóciło podniosłego przebiegu zebrania. - Odnotowano znaczne szkody. - Caveant consules!

Każdy taki ustalony zwrot posiada swoją wartość estetyczną. Jest jakąś chwilą wytchnienia w nawale nowości, jest jak refren, który czytelnik może sam powtórzyć. Są to ramy, w które można bez trudu oprawić nowe wydarzenie i w ten sposób zadowalająco je załatwić. Zalediwe sie wyłoni, przestaje być czymś niezwykłym.

Niedawno jechałem tramwajem. W pewnym momencie coś zakotłowało się na szynach, motorniczy strasznie klnie i wściekle dzwoni, wóz nagle się zatrzymuje, wszyscy walimy się na plecy motorniczego, nie wiadomo skąd bierze się na szynach tłum ludzi, jakby wyrósł spod ziemi, dwóch strażników dźwiga jakiś ciężki pakunek do bramy, śmiertelnie blady motorniczy obciera zimny pot z czoła i szuka policjanta; jest to jakiś dziwny, surowy chaos, w którym się wszystko powoli i jakby gorączkowo rozpada; przez cały dzień nie mogłem się pozbierać. Aż tu nazajutrz czytam w gazecie: "Wczoraj o godzinie pierwszej na ul. Narodni trida tramwaj potrącił Frantiska S., księgowego zamieszkałego w Pradze. Lekko rannego odwieziono na pogotowie ratunkowe, gdzie udzielono mu pierwszej pomocy". Tak, to wszystko, a ja zostałem wyzwolony z męczącego chaosu, którego doświadczyłem; w pewnym momencie uświadomiłem sobie, że przypadek jest, chwała Bogu, zwyczajny. Nie pozostało w nim ani szczypty gorączkowego chaosu. Otzrymał pierwszą pomoc - to jest normalizacja. Jeśli przed stworzeniem świata istniał chaos, to jedynie dlatego, że nie było prasy, która by sprawę wystylizowała mniej więcej tak: "Także w dniu wczorajszym nic nie zakłóciło podniosłego biegu wieczności. Pod wieczór lotem błyskawicy rozniosła się wiadomość, że na Maninach został stworzony Wszechświat. Na szczęście wiadomość ta przed oddaniem do druku pisma nie została potwierdzona. Zwracamy jednak uwagę odpowiednich kół na niepowołane elementy, które zagrażają poważnie dotychczasowemu chaosowi". Caveant consules!

Reasumując, można zatem powiedzieć, że literatura piękna jest wyrażaniem starych kwestii w nowy sposób, podczas gdy gazeta to wyrażanie stale nowej rzeczywistości w sposób ustalony i niezmienny.

*
Prasa, jeśli nie miesza się do polityki, mówi o sprawach niepowtarzalnych i konkretnych. poeta powiada, że "każdy kto kocha, zabija". Gazeta natomiast twierdzi, że pod numerem posesji 891 kelner Vaclav Zajicek zabił swoją kochankę, 27 letnią Terezię Veselą. Poeta może opiewać przebiśniegi w ogóle, ale prasa może podać tylko określoną, asertoryczną informację, że wczoraj o godzinie trzeciej minut piętnaście otworzył się u podnóża Podbaby pierwszy przebiśnieg i że wiadomość ta lotem błyskawicy rozniosła się po Pradze. Naturalnie i w gazetach znajdzie się czasem kawałek literatury lub poezji, ale to nie dlatego że literatura w jakiś sposób należy do prasy, ale dlatego że w prasie jest wszystko.

Mimo to gazety mają coś wspólnego z literaturą piękną, na przykład okoliczność, że w odróżnieniu od poznania naukowego są całkowicie niezależne od rzeczywistości.

Pewnego razu angielski dziennikarz, nie wiem już, jaką ciekawością wiedziony, przeprowadził ze mną wywiad na temat miejsca mego urodzenia i innych równie dawnych spraw. W dzień później z dziecięcym zdziwieniem wyczytałem w gazecie, że przyszedłem na świat na dzikim pustkowiu Gór Olbrzymich w ubogiej rodzinie surowych i pobożnych górali... Nieśmiało zaprotestowałem wobec innego przedstawiciela prasy, że nie jest to zgodne z prawdą. - Czy jest pan tego pewien? - spytał ów człowiek. - Pewnie ma pan rację, ale tak jest to bardziej interesujące. - Od tego czasu czytam gazety z głębszym zrozumieniem i pożytkiem; gdy znajduję w nich pasjonujące informacje, np. expose ministra spraw zagranicznych, wiadomość o otwarciu wystawy drucianych sieci w Rozmitalu albo sensacyjną wiadomość, iż w Teatrze Narodowym wystawiono nową sztukę czeską, i myślę oczarowany: z pewnością było to zupełnie inaczej, ale tak to jest bardziej interesujące. Należy jednak przyznać, że chociaż gazety (z powodów zasadniczych - wolności prasy) są niezależne od rzeczywistości, korzystają ze swojego prawa do fikcji w sposób bardzo umiarkowany; np. ów angielski dziennikarz mógł równie dobrze napisać, że przyszedłem na świat w postaci skrzydlatego nasionka, które wypadło z sosnowej szyszki, albo że wyrzucił mnie na brzeg w koszyczku wodospad Łaby, niemniej ograniczył się on do jedynie umiarkowanego retuszu rzeczywistości w stopniu, jaki w ogóle zagraża zdolności zwykłego czytelnika do zachowania wiary w słowo pisane. W gazetach można pisać, co się chce, pod warunkiem, że jest to dość codzienne i zwykłe, aby czytelnik w to bez trudu uwierzył. Można dopuszczać się pewnego odchylenia od rzeczywistości, ale trzeba to robić w sposób delikatny, aby czytelnik nie krzyknął, że to bzdura i że prasa chce go zrobić w konia. Ze względu na wygodę umysłową i skromną fantazję czytelnika odchylenie od rzeczywistości prasy jest daleko mniejsze, niż można byłoby teoretycznie tego oczekiwać, ba, co więcej, nawet rzeczywistości tej - pobieżnie i nie dość dokładnie - prasa się trzyma, ponieważ łatwiej jest reprodukować rzeczywiste rzeczy, niż wymyślać rzeczy prawdopodobne.

*
Często wytyka się prasie anonimowość; sądzę, że niesłusznie. Należy wziąć pod uwagę, że prasy w większości wypadków nie tworzą dziennikarze, ale sama prasa. Ustalone zwroty, które przytaczałem, nie są własnością jednostki, ale całego cechu. Jeśli gdzieś wisi tabliczka "Zanieczyszczanie wzbronione pod karą grzywny", pod ta myślą ogólna nie jest podpisany jej autor; a ponieważ prasa w większości wypadków składa się ze zdań ogólnych, ogólnych poglądów i ogólnych frazesów, jest równie anonimowa, jak tablice ostrzegawcze albo formularze urzędowe. Gdybyście próbowali przymusić autora artykułu wstępnego, aby się pod nim podpisał, oświadczyłby, że w takim razie by go nie napisał w ogóle albo postarałby się napisać lepiej. Anonim w prasie to nie mężczyzna w masce, ponieważ jest to mężczyzna bez twarzy. Jedynie anonim może napisać "Zebranie miało charakter podniosły". Człowiek podpisany , w obawie przed utratą twarzy, musiałby stwierdzić "Zebranie było śmiertelnie nudne; jeśli chodzi o mnie, chętniej pomaszerowałbym piechotą choćby do Vysocan; dziwi mnie, że kogokolwiek może bawić gadanie o rzeczach wszystkim dobrze znanych". Jak widzicie, ten podpisany człowiek byłby złym dziennikarzem; a istnieje zbyt wiele spraw, o których nie można pisać inaczej jak tylko pod warunkiem zaparcia się własnej osobowości.

*
Są w prasie wiadomości, których nikt nie czyta, jak np. artykuł wstępny, dalej wiadomości, które czytają tylko niektórzy, jak np. rubryka ekonomiczna, oraz wiadomości, które czytają wszyscy, jak np. "Z sali sądowej". Jednakże byłoby błędem proste usunięcie z gazet wiadomości, których nikt nie czyta. Masy chcą mieć w gazecie rzeczy, których nie czytają, podobnie jak chcą, aby w mieście były budynki, do których nikt nie chodzi, jak np. muzea. W gazecie musi być, krótko mówiąc, wszystko, nawet wiersze i statystka handlu łotewskiego; ale nie jest to przeznaczone dla kilku niewiarygodnych jednostek, które może i to przeczytają, ale dla tych dziesiątków tysięcy przeciętnych i gwarantowanych czytelników, którzy z pewnością to pominą, zadowalając się po prostu faktem, że to tam jest. Jeśli chodzi o mnie, nie mam odwagi zdecydować się nawet na kupno pół tuzina chusteczek do nosa w obawie, że mógłby być to zakup nieudany; mimo to jednak szukam każdego ranka wiadomości o tym, jaka passa jest w Liverpoolu na bawełnę opartą na bazie Fully Middling albo Sakellaridis i czy Strongsheets ma w Londynie dwa zera; nie wiem wprawdzie, co to jest Strongsheets, ale daje mi to miłe poczucie światowości. Nie interesuję się nazbyt wydarzeniami w Hiszpanii, ale jestem usatysfakcjonowany tym, że gdybym chciał, mógłbym wiedzieć o nich więcej niż o wydarzeniach w Kardasowej Recicy. Nie jestem fanatykiem Meksyku, ale dzięki gazetom Meksyk jest dla mnie mniej zagadkowy i odległy niż mój sąsiad z drugiej strony drzwi. Znane mi są przyczyny rewolucji w Meksyku, ale nie wiem nic o kłótni u swego najbliższego sąsiada. ten stan dzisiejszego człowieka nazywa się światowością i jest rezultatem czytelnictwa prasy.

Szczególnych rozkoszy dostarcza czytelnikowi odnajdywanie w gazecie wiadomości nie o tych sprawach, o których nie wie, ale o których wie albo przy których nawet był obecny. Nigdy nie czytam z tak namiętnym zainteresowaniem o pożarze, którego nie widziałem na własne oczy, jak o pożarze, który przypadkiem obserwowałem od początku do końca, i muszę przyznać, że gdybym o nim nie znalazł wzmianki w prasie, poczułbym się dotknięty i jakoś osobiście obrażony, uznałbym za przejaw braku szacunku to, że wydarzenie, które tak bardzo przykuło mą uwagę czarem swej piromanii, niegodne jest ani krzty zainteresowania prasy. Czytelnik prasy uważa po prostu sam siebie za publiczność i jeśli czyta, że "pożar przyciągnął wielu widzów", ma satysfakcję, że nie został pominięty.

Z obojętnością czytam o tym, że w Krumlovie ogłoszono kwarantannę psów; po prostu nic mnie to nie obchodzi, ponieważ nigdy w życiu nie byłem w Krumlovie. Jednakże czytam o tym z przyjemnością i pełnym zrozumieniem, jeśli kwarantannę psów ogłoszono w Horicy albo Glasgow, ponieważ w obu tych miejscowościach byłem, wskutek czego mam do tych wydarzeń w pewnej mierze osobisty i empiryczny stosunek. Nie wiem, czy najbardziej zwodniczym urokiem prasy w odróżnieniu od literatury nie jest to, że udziela tak szerokiej platformy stosunkom osobistym. Przyjemnie ekscytuje mnie fakt, gdy znajdę w prasie przemówienie posła Lukavskiego, ponieważ go gdzieś, zaraz, gdzie to było, no, wszystko jedno, widziałem na własne oczy. Interesuje mnie nagła śmierć starego emeryta na Malej Stranie, ponieważ mieszkam na Malej Stranie. Ciekawi mnie deficyt w budżecie Jindrichovego Hradca, ponieważ byłem w Jindrichowym Hradcu. Ze zrozumieniem przeczytam wiadomość o niewypłacalności Jana Holzbacha ze Znojma, ponieważ znam osobiście jakiegoś innego Holzbacha, i tak dalej. Prasa apeluje do osobistych uczuć czytelnika w daleko większej mierze niż na przykład wiersze miłosne; mówiąc stylem wierszy miłosnych, gra głęboko na strunach duszy.

*
Niezwykle pouczające byłoby rozważenie różnic zachodzących między prasą różnych narodów, różnych partii politycznych i tak dalej, ale do takiej przynajmniej trzytomowej rozprawy in folio brak mi zdolności i papieru. Pisząc o prasie w ogóle, myślę równocześnie o "Timesie" i "Pośle z Cerchova", ale i to zadanie jest niezwykle złożone, tak że rezygnuję z niego, zaledwie je napocząwszy. Trzeba by dokładnie przeanalizować wszystko, z czego składa się gazeta; na przykład artykuł wstępny nie wypływa z pewnością z żywej ludzkiej ciekawości, ale z upodobania do przemawiania z ambony i szczególnej zdolności do słuchania regularnych kazań. Natomiast rubryka z sali sądowej jest jakąś rekompensatą za to, że kiedyś całe plemię siedziało obrzędowo wokół ognia, gdzie ogłaszano wyroki. Wiadomości codzienne do pewnego stopnia zastępują ranne pogaduszki sąsiadek o tym, co nowego wydarzyło się od wieczornej rozmowy itp. Każda rubryka w gazecie ma inne pochodzenie i z pewnością jest to pochodzenie prastare; podziwem musi napełniać nas fakt, że jak dotąd żaden socjolog nie zajął się analizą tego labiryntu, prawiecznych motywów poznawczych, rytualnych, jurystycznych, społecznych i innych, które zlały się potem, dajmy na to, w dzienniki "Polityka Narodowa" albo "Reforma".

Myślę naprawdę, że prasa jest tak stara jak ludzkość. Herodot był dziennikarzem, a Szeherezada nie jest niczym innym jak orientalnym symbolem wieczornego wydania gazet. W czasach pierwotnych ludzie uwieczniali godne uwagi wydarzenia wznoszeniem budowli megalitycznych, było to pismo monumentalne, ale wymagające więcej wysiłku. Egipcjanie wyciosywali swe dzienniki na obeliskach i ścianach świątyń. Wyobraźcie sobie, że codziennie rano rozwożono by po placu Wacława sześćdziesiąt tysięcy obelisków i że każdy egzemplarz musiałoby ciągnąć sześćdziesiąt wołów. To jest zapewne przyczyna, z powodu której dziennikarstwo w starożytnym Egipcie nie nabrało większego rozmachu.

Również za swojego rodzaju dziennikarzy należy uważać różnych rapsodów, aojdów, skaldów i bardów. Iliada była do pewnego stopnia nowością, gdy ją recytował sam Homer, a później była już tylko powtarzaniem wytartych spraw; w obu wypadkach była podobna do dzisiejszej prasy. Ponieważ połową prawdy jest twierdzenie, że prasa służy do przekazywania nowości, taka samą prawdą jest, że służy do przekazywania starych, dobrze znanych rzeczy. jest na pewno jakąś nowością to, że wczoraj wygłosił przemówienie pan Herriot, ale fakt, że premier rządu zwykł przemawiać, to nienowina. Nowością jest to, że wczoraj ktoś komuś ukradł futro w kawiarni "Union", ale fakt, że kradnie się futra, jest stary i znany już w epoce jaskiniowej. Prasa codzienna zwraca nam uwagę na to, że na świecie dzieją się one stale i regularnie. Prasa odkrywa przed nami wieczną kontynuację życia, ponieważ, posługując się terminem Gammy, prawie wszystkie aktualia są właściwie "perpetualiami".

Gdyby w prasie pojawiła się jutro przerażająca wiadomość, że armia chińska obległa Zurych, pojawiłaby się tam także drobna notatka o tym, że na ulicy Ovocnej nastąpiło zderzenie ręcznego wózka z tramwajem; a więc, chwała Bogu, świat się nie zmienił. Gdyby wieczorne wydanie przyniosło depeszę, że właśnie nastąpił koniec świata, przyniosłoby także rzeczową informację o tym, że Mala Strana cierpi na brak szaletów publicznych i że konieczna jest niezwłoczna poprawa. A gdyby prasa oznajmiła, że z loży Teatru Narodowego rozległ się właśnie głos trąby wzywającej na Sąd Ostateczny, nie zapomniano by oznajmić, że do kwestii tej powróci się w szczegółowym omówieniu korespondenta muzycznego i sprawozdawcy sądowego. Świat prasy jest stale nowy, ale niezmienny.

Koniec końców, dla umysłu filozoficznego czytanie gazet jest czynnością równie kontemplacyjną jak oglądanie zachodu słońca albo biegu płynącej rzeki. Gazety odznaczają się periodycznością i niezmiennością właściwą zjawiskom przyrody: zamiast stać się szóstym mocarstwem, są raczej czwartym królestwem natury. Przestudiowanie ich praw i ustalenie ich gatunków, rodzajów i podrodzajów nie może być zadaniem tego artykułu, który chciał być pochwałą prasy; dlatego nie może być wyczerpujący, ponieważ chwały nie powinno się nigdy wyczerpać do ostatniej kropli.

(1925)

wtorek, 20 stycznia 2009

Masa czyli My

Już za dwa dni koniec konkursu Blog Roku. Jako że nie mam wystarczającego fanbejsu, by wspiąć się na szczyty listy popularności, zresztą szczyty te niespecjalnie mnie nęcą, chciałbym w tym miejscu kilka słów podsumowania napisać. Uroczyście witam wszystkich nowych gości Pubu pod Picadorem i cieszę się, iż nadarzyła się okazja do poznania się. Gorąco zachęcam do dyskusji, jeśli jakiś temat Was zainteresuje. Jeśli z kolei sami gdzieś w blogosferze prowadzicie ciekawe dysputy, dajcie znać - z chęcią poczytam.

Dziękuję również wszystkim, którzy wysłali wiadomość tekstową, gdyż głównym tego celem było zebranie pieniędzy na turnusy rehabilitacyjne dla dzieci z porażeniem mózgowym. Na pewno przydało im się Wasze wsparcie. A jeśli jeszcze chcecie kilka złotych dorzucić, możecie to uczynić, głosując do czwartku na blogi cenionych przeze mnie znajomych: Gniazdo Światów, W poszukiwaniu straconego stracenia lub blog Marcina Podolca albo Agaty Dudek.

***

W sobotę odbyła się Bitwa Komiksowa w warszawskim klubie Punkt. Atmosfera była fantastyczna, publiczność interesowała się tym co się działo na scenie i uciąłem sobie kilka miłych pogawędek z innymi gośćmi (choć jakiś małomówny byłem. Mam nadzieję, że nikt nie poczuł się przez to niemiło). W finale zabrakło mi pomysłu i zająłem drugie miejsce, ale tu nie o miejsce chodzi, a o emocje i dobrą zabawę. Kto nie był, może obejrzeć filmik. Szkoda, że nie widać na nim prac. Za to większy wgląd jest w galerii zdjęć pana Adama M.

***

Pewnie w najbliższym czasie będzie tu dość cicho, bo narobiło się ogromnie dużo zaległości na Akademii, w projektach komiksowych i w publicystyce. Nim się skupię na pracy, chciałbym podzielić się dwoma ciekawymi cytatami z książki Jose Ortegi y Gasseta - Bunt mas. Esej tu zawarty warto przyrównać do pracy Pogarda mas Petera Sloterdijka, której fragment niedawno cytowałem.

Pozwolę sobie również odnieść się do ciągłego cytowania, jakie ma tu miejsce. Cytowania samego siebie, jak i innych twórców. W eseju Spacer po plaży zastanawiałem się jak opisywać świat:

"Poprzez przełamywanie linearności, jaka została nam narzucona przez druk. Możemy to nawet robić, korzystając z druku, ale pisząc mozaikowo".

Co to znaczy mozaikowo? Znaczy to: nie układać elementów w rzędzie, nie szukać początku i końca według ustalonych przez ludzi w ramach umowy społecznej kryteriów. Możemy zmarnować życie drążąc pytanie: Co było najpierw - kura czy jajko? Ale czy ma to sens? Kultura druku narzuciła nam linearność. Czytanie w jednej linii, od początku, poprzez rozwinięcie, do końca. Jest to twór sztuczny. Jeśli taki model uznajemy za podstawę do opisywania świata, musimy polec, bo wyłącznie tworzymy kolejne formy abstrakcyjne. Jaka jest alternatywa? Przed drukiem istniała kultura słuchowa. Dźwięki docierają do nas symultanicznie - wypowiedź wykładowcy, szum samochodów, telefon znajomej. Tak działa świat - wszystko dzieje się symultanicznie, na zasadzie sprzężeń. Jest ich tak dużo, że tworzą pozorny chaos, przed którym ludzie uciekają w proste, linearne formy. Uciekają tym samym w proste, nie mające nic wspólnego z rzeczywistością, kłamstwa. A rzeczywistość sama w sobie jest prostsza, niż nam się wydaje. Trzeba jedynie nauczyć się ją właściwie odbierać. Teraz, w XXI wieku powoli odwracamy się od linearności. Ten zasyp bodźców, z jakim się stykamy, jest analogiczny do doświadczenia audialnego. Tu film, tu reklama, to dziennikarz mówi reklamowy singiel Paryż Hilton zmarł tam po wybuchach samolot w wodzie i bohater znów przegrał trener ma ostatnia szansę. Starsze pokolenia, wychowane w tradycji linearnej, boją się, szukają sensu, którego nie ma. I gubią się.

Faszeruję Was tymi cytatami, bo nie ma sensu mówić innymi słowami czegoś, co zostało już trafnie powiedziane. Gdyby usunąć wszelkie powtórzenia, wszelkie nic nie znaczące wariacje, okazałoby się, że przez ostatnie dwa tysiące lat powstało tylko tyle literatury w Europie, że pojedynczy człowiek może ją pochłonąć w trakcie jednego życia. Nie jest to udowodnione. Jest to wyłącznie hipoteza, do której z każdą kolejną przeczytaną książką coraz bardziej się skłaniam.

Zwróćmy uwagę na niektóre z ważniejszych dzieł pisanych. Jaka jest cecha wspólna Księcia Machiavellego, Prób de Montaigne'a, Pasaży Waltera Benjamina, książki Kultura jest naszym biznesem McLuhana? Są zestawieniami. Pisarze ci w pełni rozumieją, że Ja nic nie znaczy. Oczywiście, świat powstaje, gdy my się rodzimy, i ginie wraz z nami i możemy egoistycznie przejść przez życie, nie zważając na cokolwiek co istnieje wokół i co było przed. Bo możemy. Proponuję jednak, by wszyscy bojący się upadku kultury, wyrzekli się swojego Ja, bo tylko myśląc ponadindywidualnie, biorąc odpowiedzialność za świat (proponuję w tym miejscu lekturę krótkiej książeczki Egzystencjalizm jest humanizmem Sartre'a), możemy rozszerzyć wpływy naszej Niszy i wciągnąć do niej nowych członków. Napisałem Niszę przez duże N, bo my, grupa wyedukowanych i kulturalnych, nie mamy jakiegokolwiek prawa, nie jesteśmy lepsi. Uważamy jedynie, że nasza droga jest słuszna.

Słuszność jednak nie weryfikuje się sama. Potwierdzamy ją poprzez wieczne uczestniczenie w konkursie na przeciąganie liny. Im więcej osób będziemy mieli po swojej stronie, tym większa szansa na wygraną w tej rundzie.

***

Po tych kilku słowach wstępu, dwa cytaty.

Jose Ortega y Gasset
Bunt mas (fragmenty)

Przetłumaczyli: Piotr Niklewicz i Henryk Woźniakowski
Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1982


Zilustrowane pracami Franciszka Starowieyskiego opublikowanymi w książce Rok 1699.





















Głębokie spojrzenie w duszę


Kiedy mówimy o życiu, zapominamy często o sprawie często według mnie najbardziej istotnej, a mianowicie o tym, że życie nasze to przede wszystkim świadomość tego, co dla nas możliwe. Gdybyśmy zawsze mieli przed sobą tylko jedną możliwość, to nie byłoby sensu tak jej nazywać. Byłaby to raczej czysta konieczność. Podstawowy warunek istnienia tego zdumiewającego zjawiska, które zwie się naszym życiem, polega na tym, iż zawsze napotyka przed sobą różne drogi, a że jest ich wiele, nabierają one cech możliwości, spośród których zdecydować się musimy na jedną. W najgorszym razie, kiedy świat wydaje się sprowadzony do jednej możliwości, jednej drogi, to i tak są zawsze dwie: ta oraz zejście z tego świata. Ale zejście ze świata jest także częścią świata, tak samo jak drzwi są częścia składową pokoju. Powiedzieć, że żyjemy, to tyle co powiedzieć, że należymy do środowiska określonych możliwości. Ten okalający nas obszar nazywamy zazwyczaj "okolicznościami". Życie to przebywanie w pewnych "okolicznościach", czyli w świecie. Takie jest bowiem pierwotne znaczenie pojęcia "świat". Świat jest zbiorem przed nami możliwości życiowych. Nie jest więc jakimś elementem obcym, stojącym poza naszym życiem, lecz stanowi jego autentyczną ramę. Przedstawia sobą to, czym możemy być, czyli to, co jest możliwością życiową. Ta ostatnia musi się skonkretyzować, aby się urzeczywistnić, albo innymi słowy, udaje nam sie być jedynie drobną cząstką tego, czym moglibyśmy być. Dlatego też świat wydaje się nam tak ogromny, a my w nim tacy malutcy. Świat lub nasze możliwe życie zawsze przerasta nasze przeznaczenie lub nasze życie faktyczne.

[...]

Die verlorene Evigheit (ucięty, błąd ortograficzny w oryginalnym tytule)

W diagram psychologiczny współczesnego człowieka masowego możemy (...) wpisać dwie podstawowe cechy: swobodną ekspansję życiowych żądań i potrzeb, szczególnie w odniesieniu do własnej osoby, oraz silnie zakorzeniony bark poczucia wdzięczności dla tych, którzy owo wygodne życie umożliwili. Obie te cechy są charakterystyczne dla psychiki rozpuszczonego dziecka. I rzeczywiście nie będzie pomyłką, jeśli na duszę współczesnych mas spojrzymy przez pryzmat tej psychiki. Nowy plebs, dziedzicząc dorobek długiej i znakomitej przeszłości - znakomitej ze względu na natchnienie i trud - jest przez współczesny świat po prostu rozpuszczony. Rozpuszczać to znaczy nie ograniczać żądań i potrzeb, to znaczy wpajać danemu osobnikowi przekonanie, że wszystko mu wolno i że do niczego nie jest zobowiązany. Dziecko tak wychowane nie ma okazji doświadczyć granicy własnych możliwości. Chronione przed jakimikolwiek ograniczeniami zewnętrznymi, przed każdym zderzeniem z innym, dochodzi do przekonania, że żyje samo na świecie, przyzwyczajając się zarazem do nieliczenia się z innymi, zwłaszcza do nieuwzględniania tego, że może być ktoś od niego ważniejszy, czy względem niego nadrzędny. Poczucia cudzej nadrzędności można doświadczyć jedynie na własnej skórze, kiedy ktoś silniejszy od nas zmusza do wyrzeczenia się jakiejś potrzeby, do powstrzymywania się od czegoś, do ograniczenia własnych żądań. W ten sposób uczymy się podstawowej zasady dyscypliny: "Tu kończę się ja, a zaczyna się ktoś drugi, komu wolno więcej niż mnie. Na tym świecie istnieje najwidoczniej alternatywa: ja i ktoś względem mnie nadrzędny". W innych epokach życie codzienne uczyło ludzi tej prostej mądrości, bo ówczesny świat był tak nieporadnie zorganizowany, że częste były wszelkiego rodzaju katastrofy i nie było w nim nic pewnego, bezpiecznego czy trwałego. Natomiast współczesne masy ludzkie otacza świat pełen możliwości, a na dodatek pewny i bezpieczny, zastają wszystko gotowe, będące do ich dyspozycji, ogólnie dostępne, jak słońce i powietrze, nie wymagające jakiegokolwiek uprzedniego wysiłku. Żaden człowiek nie jest wdzięczny drugiemu za powietrze, którym oddycha, ponieważ powietrza nikt nie wyprodukował i należy ono do całości tego, co "jest", o czym mówimy, że jest "naturalne", bo nie odczuwamy jego braku. Owe rozpuszczone masy są wystarczająco mało inteligentne, by wierzyć, że cała ta materialna i społeczna organizacja, będąca jak powietrze do ich dyspozycji, jest tego samego pochodzenia co i ono i chociaż czasem zawodzi, to jednak wydaje się prawie tak doskonała, jak gdyby była dziełem natury.

Moja teza jest zatem następująca: właśnie doskonałość, z jaką w XIX wieku zorganizowano pewne dziedziny życia, spowodowała to, że korzystające z owych dobrodziejstw masy nie uważają ich już za organizację, lecz za element przyrody. Tak tez można wyjaśnić demonstrowany przez masy, absurdalny stan ducha: nie interesuje ich nic poza własnym dobrobytem, a jednocześnie nie mają poczucia więzi z przyczynami ich dobrobytu. Zdobyczy cywilizacji nie odbierają jako cudownych, genialnych konstrukcji, których istnienie należy pieczołowicie podtrzymywać; wierzą tylko, że ich rola sprowadza się do wymagania istnienia tych ostatnich, jak gdyby chodziło o przyrodzone prawa. W zamieszkach wywołanych brakiem żywności masy ludowe domagają się zazwyczaj chleba i często zdobywają go niszcząc piekarnie. Może to posłużyć jako symbol stosunku, oczywiście, przy zachowaniu należytych proporcji, współczesnych mas do cywilizacji, która je żywi.





















Alle Menschen werden Bruder


***

Bunt mas Hiszpan napisał w 1930 roku. Na ile my, ludzie oczytani, uważających się za kulturalnych i za tych wyższych, możemy przypisać sobie wymienione wyżej cechy? Ja sobie odpowiedziałem w puencie umieszczonego tu ostatnio komiksu.

W świetle tego wszystkiego, pytanie do Was. Czy istnieje dziś klasa inteligencji? Jakie kryteria byście ustanowili, w celu jej określenia?