BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zostawiając powidok wibrującej czerni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zostawiając powidok wibrującej czerni. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 marca 2017

Pusty obszar - wystawa Daniela Chmielewskiego















Zapraszam na wystawę!

Miejsce: Przystanek Kultura, pl Piłsudzkiego 9, Piaseczno

Otwarcie: niedziela 2 kwietnia 2017, godz. 18.00
Wystawa potrwa do 7 maja 2017
Koordynacja: Aleksander Ryszka

Pusta kartka naświetlona przez czas staje się zapełniona. Zarysowana kartka niszczeje. 

Wystawa plansz komiksowych z albumów Zapętlenie, Zostawiając powidok wibrującej czerni i krótszych form. Notatki z pracy, szkice, instalacje z lat 2006-2017.

Wernisaż odbywa się w ramach Festiwalu Przystanek Komiks. 

piątek, 24 października 2014

Oryginalne plansze z "Powidoku" na sprzedaż

Jako, że nie jestem już pracownikiem wielkiej korporacji i szukam czegoś nowego, trzeba przygotować się na chude tygodnie / miesiące / lata.

Będę w najbliższym czasie wystawiał plansze z mojego debiutu, Zostawiając powidok wibrującej czerni, a potem pewnie z krótkich form.

Poniżej plansze, które są na sprzedaż. 
Każda kosztuje 130 PLN + przesyłka 
(albo możemy umówić się na odbiór własny na terenie Warszawy).

Do każdej planszy dołączone będą dodatkowe materiały
(zależnie od planszy i tego, co znajdę w szafie - albo szkic pomysłu danej planszy, albo scenariusz na karteluszce).

Proszę napisać do mnie maila (zerodc [at] wp.pl) albo prywatną wiadomość na Facebooku (link do fanpejdża jest TUTAJ), podam numer konta i ustalimy szczegóły.

Kliknijcie na planszę, by zobaczyć większą wersję. Wszystkie są na kartkach A4, rysowane cienkopisem i markerem.






























Jeśli znacie mój debiut i interesuje Was inna plansza, niż te zaprezentowane, proszę o kontakt - zobaczę, co da się zrobić.

niedziela, 23 lutego 2014

Fanpejdż na Fejsie i aukcja powidocznej marynarki

W tym roku mają ukazać się dwa moje albumy (Zapętlenie i współtworzony z Marcinem Podolcem Podgląd), więc będę żądny lajków.

Dlatego założyłem fanpejdż, na który zapraszam. Będę tam wrzucał wszystko związane z moją publiczną personą, może jakiś konkurs zrobię od czasu do czasu, a żeby nie było martwo, będę didżejował, wrzucając linki do ulubionych piosenek i jakieś rysunki lub zdjęcia czasem zaprezentuję.

Więc LUBCIE.

Z tej okazji sprzedaję marynarkę, w której wystąpiłem w sesji promującej Powidok (zdjęcia wykonał Krzysztof Kasprzak).

Zapraszam więc i

na stronę Allegro. 

Marynarka plus przechowywany w szafie autografowany debiutancki album mogą być Wasze.


środa, 28 listopada 2012

01-015 - słowo wstępne

Próbuję od 8.00 między telefonami coś napisać. Dopiero teraz, o 12.28 mi się udaje.

Zatem w dwóch słowach. Nie mam czasu teraz na (telefon) swoje poboczne projekty komiksowe, czyli Pół prawdy / Pół fikcji i A Beautiful Shambles. Po tym jak wracam codziennie od poniedziałku do piątku z 10-godzinnego wygnania w celach zarobkowych (telefon) i zajmuję się córką do 21.00 (zajęcie cudowne, ale i męczące), te kilka minut, które zostaje w trakcie dnia spędzam na Zapętleniu albo zleceniach (jeszcze doszedł do tego komiks wierszem, którego deadline upływa 20. grudnia).

Nie myślcie, że tyle udało mi się napisać między telefonami, akurat klient wziął mnie na (telefon) hold.

Więc praca i praca i wciśnięcie w to czegoś (telefon) tak bądź co bądź czasochłonnego jak wspomniane dwie serie jest (telefon) nie do pogodzenia. A potrzebuję tworzyć coś tu i teraz, coś lekkiego i odprężającego, by nie paść pod ciężarem tego wszystkiego (a jak można się domyslać, (telefon) ciągnąca sie latami praca nad Zapętleniem do przyjemności nie należy) (telefon). Dlatego też ruszam w tym tygodniu z nowym projektem. Będę mógł go wykonywać między telefonami i na kolanie w tramwaju. Tytuł:

01-015

Będzie publikowany (telefon) tu na blogu i może na facebooku. Nic wielkiego, takie małe, nieregularnie publikowane, przyjemne (przynajmniej dla mnie) coś.

(telefon)

Przy okazji chciałbym się podzielić znaleziskiem, na jakie natrafiłem (telefon) (telefon) (telefon) podczas narcystycznych poszukiwań googlowskich.

Wydział Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego prowadzi projekt integrujący (telefon) środowisko doktorskie i... zresztą możecie o tym poczytać TU.

Istotne, że co roku wydawane zostaje kompendium z referatami z odbywających się w ramach projektu konferencji, (telefon) i w tym roku wśród referatów był jeden o moim debiucie. Kamila Tuszyńska (telefon), doktorantka z Zakładu Retoryki i Mediów UW (telefon) (telefon), zresztą TU można przeczytać więcej o tym, czym się zajmuje i jakie zajęcia prowadzi. (telefon) (telefon) (telefon) (telefon)

Już nie wyrabiam, więc wkleję tylko fragment zakończenia referatu:

Uświadamia on (ten album, przyp DC), że polscy artyści również mogą tworzyć metafikcyjne dzieła, w których stosuje się różnorakie strategie narracyjne (w komiksie w Epilogu narracja prowadzone jest nielinearnie, dopiero w toku opowiadania można zrekonstruować przeszłość Anny), a także nawiązanie intertekstualne. W tym ujęciu przez intertekstualność rozumiem za Gerardem Genettem „relację współobecności zachodzącą między dwoma lub wieloma tekstami, to znaczy eidetycznie, i najczęściej jako rzeczywistą obecność jednego tekstu w drugim”, czyli obecność jednego testu w drugim poprzez np. cytat, aluzję lub plagiat". 

Recenzje komiksów to miła sprawa, ale żeby zobaczyć, że ktos naprawdę się wgryzł, przeanalizował, potraktował poważnie, to jest więcej wart niż jakakolwiek ilość lajków na fejsie i poklepań po plecach na MFKiG. Czuję się doceniony i jestem pani Tuszyńskiej ogromnie wdzięczny.


Między Brueglem a Gombrowiczem - komiks Zostawiając powidok wibrującej czerni Daniel Chmielewskiego znajduje się na stronie 84. Miłej (telefon) lektury! (telefon) (jest godzina 14.34) (telefon)  (telefon)  (telefon)  (telefony w mojej głowie, bez przerwy trrrrrr...)...rrrrrrrrr....

niedziela, 15 maja 2011

Zaliczam zgon

Olga w tej chwili siedzi w Izraelu, przygotowując się do wygłoszenia referatu o genderze w polskim komiksie. Żeby mieć z nią kontakt, mam na te kilka dni przenośny internet w domu (dziękuję bardzo, siostro!). Internet w domu oznacza oczywiście, że zamiast robić coś pożyteczniejszego siedzę i gógluję się w różnych konfiguracjach. Trafiłem dzięki temu na nową

recenzję Powidoku.

Słusznie autorka mówi o antypatycznej postawie głównej bohaterki, Anny. Zresztą już po dłuższym czasie od wydania komiksu, patrząc na niego z dystansu, dostrzegłem że może być tak odebrany, że Anna jest słabą, niezdecydowaną i niezadowoloną z życia kobietą, która przeciwstawiona jest powiedzmy mentorowi, w tej roli Cynik, i jej cieszącemu się życiem mężowi. Dość to nieładnie z mojej strony. W tej chwili na pewno inaczej bym to wszystko rozpisał. Zresztą w ciągu ostatniego miesiąca pracowałem nad scenariuszem nowego albumu, gdzie role kobiety i mężczyzny są dojrzalej przedstawione. Ale o tym projekcie napiszę kiedy indziej.

Wracając do Powidoku, na swoją obronę mogę powiedzieć, że po pierwsze Cynik jest adwokatem diabła i właściwie wytworem wyobraźni samej Anny. Po drugie zaznaczone korelacje między nią, a mną, mężczyzną, mają sugerować, że charakteryzujący ją eskapizm jest niezależny od płci. Po trzecie, rozpisując jej postać, faktycznie myślałem o kilku konkretnych znajomych kobietach, które posłużyły mi za wzór w kwestii zachowań i oczekiwań, jakie stawiały światu.

Bardzo się jednak cieszę, że temat ten został wreszcie poruszony w jakiejś recenzji, bo jest bardzo istotny dla mojej twórczości (świadomie już eksponowany mizoginizm, jakim ocieka Zapętlenie, jest kolejnym na to dowodem). Zatem, Agato, dziękuję za poświęcenie czasu na lekturę i za podzielenie się opinią!

***

A propos mojej twórczości, przed chwilą skończyła się Komiksowa Warszawa, podczas której można było nabyć dwie produkcje, do których dorzuciłem swoje pięć groszy.

Pierwsza to drugi numer wytworu zinopodobnego - Biceps. Znajduje się tam czterostronicowy komiks właściwie autorstwa Olgi. Ja zająłem się kompozycją plansz i szkicem, Olga scenariuszem i tuszem.















Jestem bardzo zadowolony z owoców naszej współpracy. Powoli wkraczamy na drogę, gdzie wykorzystujemy nasze narzędzia z myślą o sposobie pracy drugiej osoby. Wciąż są zgrzyty, rozrysowałem na przykład jedną planszę złożoną z kilkunastu małych kadrów pokazujących jedną scenę pod różnymi kątami, co pasowałoby do moich komiksów, ale do Olgi niekoniecznie. Plansza poszła na przemiał. Jeszcze kilka takich produkcji i wypracujemy prawdziwie wspólny styl.

Druga produkcja, do której się przyczyniłem to zin Hurra, rozdawany na festiwalu przez Janka Mazura. Proszę się z nim kontaktować na fejsbóku lub np. przez bloga, gdybyście chcieli mieć własny egzemplarz. Poczyniłem dla zinu dziewięciostronicowy komiks z patyczakami o zombie.



Jest akcja, miłość i dramat. Zatytułowany jest Zaliczyć zgon. Prawdę mówiąc, jestem z niego wyjątkowo dumny. Bawiłem się wyśmienicie, mogłem jak przy komiksie Kwadrans Mesjanistyczny (dałem link do PDFu całego numeru Kolektywu) nie myśleć o drugich i piątych dnach i ambicjach. Za to musiałem naprawdę pogłówkować jak zaprezentować pewne sceny w najprostszej możliwie postaci graficznej. Papieros to kreska. Samochód widziany z przodu to prostokąt z dwoma kreskami u dołu robiącymi za koła i dwoma kółkami za lampy. Nie ma co wyjaśniać. Ale teraz narysuj scenę, w której jeden samochód cofa się przed drugim i uderza w kosz na śmieci, który składa się tylko z jednego trapezu. I w tym momencie zaczyna się główkowanie. Jak pokazać coś dynamicznie, żeby czytelnik nie zastanawiał się ani przez chwilę, a jdnocześnie nie uciekać się do pomocy słownej (dymek z napisem - "Uch, uderzyliśmy autem w kosz"), albo dodawania trzeciego wymiaru.

Gorąco polecam wszystkim komiksiarzom, by spróbowali sobie na kilka stron wymyślić jakąś skomplikowaną scenę lub całą historyjkę, używając wyłącznie dwóch wymiarów i najprostszych kształtów na określenie ludzi i przedmiotów.

A samo Hurra jest naprawdę zabawne (są tam też komiksy Janka Mazura, Roberta Sienickiego, Dema i Olgi)

***

Jutro wybieram się na koncert DJ Shadowa, dziś zatem kończę góglowanie Chmielewskiego i postaram się popisać kolejne dialogi do Zapętlenia. Po całym szaleństwie niedawnej przeprowadzki i ślubu, życie wraca do normy, więc też wkrótce opublikuję ostatnie rozdziały swojej pracy magisterskiej.

Do następnego!

wtorek, 21 lipca 2009

Who could this be? I do believe it's me

Przepraszam. Przepraszam, że nagromadziło się tyle mnie w sieci ostatnio, że aż źle się z tym czuję. Gdyby to jeszcze polegało na tym, że co chwilę pojawiają się plansze nowych komiksów, albo przynajmniej szkice, ale nie! Ja wciąż odcinam kupony od tego, co zrobiłem prawie półtora roku temu, gdy tymczasem najwięcej aktywności przejawiam w Mafia Wars na fejsbóku.

Zostałem przepytany przez Tomka Pstrągowskiego dla Wirtualnej Polski i przez Kubę Oleksaka dla Kolorowych Zeszytów. Pierwszy wywiad robiony był na żywo, z dyktafonem. Do tego Tomek jest jak Steve Albini - minimum ingerencji ze strony redaktora, z zachowaniem szorstkości języka mówionego. Podejście skrajnie różne od mojego, bo gdy przepytywałem Brito i Fazendę dla Ziniola, to właściwie napisałem wszystkie wypowiedzi od nowa, zostawiając tylko ich sens i pewne aspekty charakteru twórców, który oddaje język mówiony.

Wywiad przeprowadzony przez Kubę był dokładnie skonstruowaną ankietą, na którą odpowiedziałem mejlowo za jednym zamachem. Tak dobrze to zostało skonstruowane, że niektórzy czytelnicy dali się nabrać, że mój finałowy, pełen patosu bełkot został z zaskoku przycięty lekkim pytaniem Kuby o komiksach superbohaterskich.

Kiedy tak patrzę z boku, nie zważając na to, że to ja udzielałem odpowiedzi, to bardzo ciekawie prezentuje się zestawienie tych trzech podejść ("na żywo i surowo"; "na żywo z mocną postprodukcją"; "korespondencyjnie"). U Tomka jest kilka fragmentów naprawdę pięknych w szczerości dialogu, jaki miał między nami miejsce. Nie dałoby się tego uchwycić, gdybyśmy nie siedzieli twarzą w twarz, zbaczając od zapisanych na kartce pytań w różne, wywołane chwilą, rozważania.

Z drugiej strony, kiedy udzielali mi wywiadu Portugalczycy, to w pewnym momencie Brito otworzył komiks Kobieta mego życia, kobieta moich snów, wskazał rysunek i machając długopisem powiedział: "O, a tu zrobiłem tak, żeby był ruch w czasie, widzisz? Tik, tak". Doszedłem do wniosku, że czytelnik wywiadu nie musi mieć gruntownej wiedzy o komiksie autorów, ba, nie musi go nawet mieć przeczytanego! Czy wywiad ma być tylko dla tych kilku wtajemniczonych? Jak wydobyć uniwersalny sens formalnych działań twórców z tej niejasnej wypowiedzi? Na papierze brzmi ona: "Przykładowo, na początku komiksu Tomas siedzi nad rzeką ze swoją maszyną do pisania. Pali papierosa i rozmyśla. Narysowaliśmy jego głowę dwa razy. W jednej pozycji na czarno, w trochę innej pozycji na czerwono. Powstał w ten sposób rytm myślenia - tik tak - jego głowa jest jak metronom".

Dokumentalna wartość takiego zdania jest żadna - jest to sztuczny twór na podstawie wypowiedzi autora i zobrazowanie ruchu długopisu porównaniem do metronomu. Ma jednak wartość literacką i jest w pełni klarowna dla każdego czytelnika.

Nie uważam, by jakakolwiek z tych metod była jedyną słuszną. Dużo zależy od tego kto będzie czytał, gdzie to będzie umieszczone, ile z wypowiedzi zostanie wycięte, jak się wypowiada osoba przepytywana i jak pisze, czy dziennikarz lubi twórczość danej osoby lub przepytuje ją z obowiązku. Wszystkie te i inne czynniki są do rozważenia, gdy się wybiera formę wywiadu. Oczywiście duży wpływ ma też charakter pytającego - czy jest Albinim, czy Timbalandem.

Chciałem ze znajomym dziennikarzem przeprowadzić wywiad o robieniu wywiadów, bo jest to zagadnienie niesamowicie ciekawe (przynajmniej dla mnie), ale nie mam w tej chwili do tego głowy. Może kiedyś, jak będzie odpowiednia chwila i wolny dyktafon.

***

Skoro była mowa o Tomku, to należy się słowo o Komiksomanii, serwisie komiksowym działającym pod szyldem Wirtualnej Polski, a którym Tomek przewodzi. Inicjatywa zacna, kilka rozwiązań bardzo ciekawych, ale jak to bywa, gdy się pracuje dla wielkich molochów, opór materii jaki będzie musiał przebić Tomek jest niemały. Ciekawy artykuł o tym napisał Łukasz Babiel. Przykładowe plansze Powidoku w dwa dni miały 499 odsłon, z czego pewnie niemałą liczbę oględzin nabili mi ludzie po raz pierwszy stykający się z moją twórczością, więc zamierzam wspierać to źródło darmowej reklamy, jak tylko będę mógł. Komiksiarzu, jeśli jeszcze nie wrzuciłeś żadnych plansz na Komiksomanię, uczyń to teraz. Wesprzesz siebie i serwis, który potrzebuje jak największe zainteresowanie na starcie, by zainwestowali reklamodawcy. A jeśli, drogi Czytelniku lub Czytelniczko, nie macie nic wspólnego z komiksem, to i tak wejdźcie i nabijcie Komiksomanii statystyki - dla dobra nas wszystkich!

***

Kończąc już z wiadomościami dotyczącymi sieci, to jeszcze raz przeproszę za przesyt mnie, tym razem z winy Bartka Biedrzyckiego i Roberta Wyrzykowskiego, którzy postanowili podyskutować sobie o zeszłorocznym śniegu, czyli o Powidoku. Połechtali mi ego komplementami, ale i zwrócili też uwagę na kilka mielizn, w które znów zamierzam zabrnąć w najbliższych produkcjach. Dziękuję, Panowie*! Będę uważał jakimi szlakami przez to bagno megalomanii tym razem iść, by nie wejść dalej, niż po kolana.

* Słowa napisane bez ironii.

Co do rozważań nad finałowym przesłaniem w dyskusji Bartka i Roberta - przesłanie jest niejednoznaczne i właściwie ma wynikać z nastroju i charakteru konkretnego czytelnika. Zresztą, jak zdążyłem już zauważyć, niektórzy odkładają ten komiks zdołowani - inni, podbudowani. Chciałbym, by moje zakończenia pisał czytelnik, ale żeby same komiksy uwidaczniały mu jakim jest pisarzem (nie w kategoriach "dobry/zły", a raczej - "autor tragedii lub komedii").

***

Ale żeby nie było, że przez kolejne półtora roku wciąż tu będę pisał o jednym i tym samym - mam nadzieję, że te wywiady i dyskusje to podsumowanie i uporządkowanie kilku niejasności i oczyszczenie terenu przed nowym.

Bo nadchodzi nowe. Chcę tego, czy nie.

W zeszły czwartek podpisałem na siebie wyrok, a profesor Stanisław Wieczorek przypieczętował mój los słowem "Zgoda".

Zapętlenie, mój następny album, będzie jednocześnie moją pracą dyplomową. Oczywiście nie ma szans, bym w rok skończył tak ogromne przedsięwzięcie, więc pewnie wykonam z połowę komiksu na dyplom, a drugą połowę zakończę, jeśli wszystko dobrze pójdzie, w połowie 2011 roku. Po czym uwolniony od zobowiązań Akademii i pracy komiksowej, zatrudnię się w jakimś stołecznym Kebabie i spędzę spokojny, nudny żywot, o którym tak marzę, mimo że rzeczywistość wciąż te marzenia mi zabiera.

Na przykład dziś. Pojechałem do takiego Kebabu, bo mieli karteczkę, że zatrudnią człowieka. Wpierw była kartka, że zatrudnią kobietę, ale gdy zmienili napis z "kobiety" na "człowieka", to rzuciłem się na szansę. A właściciel powiedział mi, że jednak kobietę chce. I gdy dopytywałem się, czy chodzi o atrakcyjność, czy uczciwość, czy inne względy, uciął - mówiąc, że to jest jego wybór i on chce kobietę.

Tym samym zgłaszam się do Was z apelem. Jeśli w Kebabie obok Was będę poszukiwali do pracy człowieka, a nie kobietę, dajcie mi cynk.

I nie zawracajcie mi głowy zleceniami reklamowymi, bo są mi tylko źródłem rozterek, wewnętrznych batalii na tle moralnym i kolejną przyczyną wiecznej chandry.

No, więc Zapętlenie. Zapraszam Was teraz już na uroczystą prapremierę, która odbędzie się koło czerwca lub września 2010 roku. Jako, że będzie to powstawało pod czujnym okiem profesora Wieczorka, to może nawet i rysunkowo się postaram.

***

Oczywiście innych projektów nie porzucam. Olga Wróbel zabrała mnie ostatnio na Requiem Mozarta do Kościoła Seminaryjnego na Krakowskim Przedmieściu. Chór i Orkiestra Warszawskiej Opery Kameralnej pod przewodnictwem dyrygenta Rubena Silvy zrobiła takie wrażenie na widowni, że ta wymogła bis w postaci Lacrimosy.

Scena już po bisie.

Requiem było jedyną kompozycją muzyki klasycznej, którą w liceum nosiłem w łokmenie. Ostatnio porażający film, Idź i patrz, przypomniał mi ten utwór. Jestem muzycznym laikiem, może to jest oklepane i proste, a może nie, ale uwielbiam Requiem.

Podczas samego koncertu objawiła mi się nowa wersja enigmatycznego projektu, nad którą sobie cicho, ale coraz głośniej dyskutujemy z pewnym rysownikiem. Stara wersja komiksu, napisana kilka lat temu i dopieszczana co kilka miesięcy, runęła pod siłą głosów i muzyki, a to co zostało, odsłoniło przede mną zupełnie nową panoramę.

Takie to proste. Niecała godzina koncertu rozwala dwa lata pracy i konstruuje Ci przed oczami w mig dzieło o wiele doskonalsze, niż pierwowzór.

Dziękuję, Olgo!

***

Olga również popełniła relację z Kabackiego Pikniku Komiksowego, jaki się odbył zeszłej niedzieli. Niech Was jednak nie zmyli to hermetyczne słówko na Ka (bynajmniej nie "Kabacki"). Każdy jest zaproszony na nasze wyjścia, które z komiksami mają akurat nie dużo wspólnego. Za to ze świetną zabawą i rozwojem intelektualnym i fizycznym - tak.

Zapraszam tym samym w imieniu nas wszystkich, a zwłaszcza w imieniu pomysłodawcy, Jacka Jastrzębskiego, na Kampinoski Rajd Komiksowy, jaki odbędzie się w najbliższą niedzielę, 26 lipca. Potrzebny będzie rower i dobry nastrój. Jeszcze nie wiem, gdzie się spotkamy i o której, ale dopiszę, jak zostanie uzgodnione.

Na deser dla tych, co dobrnęli do końca - powrót do domu z KPK. Już po północy, więc karoca wróciła do pierwotnej postaci - może nie tak wytwornej, ale wciąż funkcjonalnej.


sobota, 2 maja 2009

Poznanie przez proces

"(...) Krytyka burzy pozór autonomicznej egzystencji Boga i umożliwia tym samym dotarcie do zawartego w treści ideowej momentu prawdy.

Z powyższego wynika, co następuje: 1. Skonstruowana według wzoru Marksowskiej krytyki religii krytyka ideologii nie niszczy dawnej struktury duchowej, lecz wydobywa na światło dzienne jej historyczną prawdę. 2. Dalej, utrzymujemy, że zawartość ideowa (dzieło literackie), nie jest po prostu odbiciem, tzn. podwojeniem rzeczywistości społecznej, lecz jej produktem. Jest ona rezultatem działalności, która odpowiada na rzeczywistość, odbieraną w doświadczeniu jako niewystarczającą".

Peter Burger (u z umlautem), autor powyższych słów, fragmentu pracy Teoria awangardy, jest idiotą.

Świat, drodzy Państwo, jest prosty.

Jest kurewsko prosty.

A człowiek jest zwierzęciem z defektem genetycznym, jakim jest świadomość. I myśli, że skoro skodyfikował swoje szczekanie, skoro zbudował koparki, by wykopywały za niego kości z ziemi, to w tym wszystkim jest sens. Że jest tajemnica. Że dzięki odpowiedniej konfiguracji szczeknięć, jęknięć i zawodzeń, otworzy portal i ujrzy zamiast DOG jego podobieństwo, czyli GOD.

Świat jest kurewsko, ale to kurewsko prosty.

Postanowiłem, w przeddzień egzaminów, zamiast doczytać teksty pana Burgera, zauto-analizować fragment własnej twórczości. Gruntownie, bez ogródek, od podszewki, by zobaczyć, czy może jednak kryje się tam gdzieś jakaś transcendencja, jakaś sztuka, jakieś piękno, coś nie dające się pojąć umysłem, co można odbierać tylko swoimi dwoma komorami i przedsionkami.

Biorę w tym celu na warsztat jeden ze swoich łanszotów opublikowanych w Powidoku. Traktuje o tym magicznym, niemającym definicji zjawisku, jakim jest miłość. A nawet o samym akcie wyznawania miłości!

Wybrałem też ten konkretny przykład, bo pewnie w odbiorze wielu czytelników jest jednym ze słabszych punktów programu i zapewne też o nim myślał Karol Konwerski pisząc "Są w tym albumiku komiksy, które najzwyczajniej w świecie odstają jakością. Wydawca powinien wychwycić, wypieprzyć, kazać zrobić nowe, albo i nie, bo to co słabe osłabia ten debiut…".

Upiekę zatem dwie pieczenie na jednym ogniu. Spróbuję wykazać empirycznie dlaczego ludzie piszący takie rzeczy jak pan Burger są idiotami i jednocześnie wytłumaczę dlaczego w dość dobrze przyjętym komiksie są mielizny i grafomaństwo, które w oczach wielu czytelników osłabiają całość.

Wyznaj miłość jesienią, pośród żółtych liści.

Pomysł na ten łanszot zrodził się w 2005 roku. W pierwszej połowie 2005 roku jeszcze pracowałem w biurze. Poznałem tam K., która od razu mnie zafascynowała. Choć wkrótce po naszym pierwszym spotkaniu odeszła z pracy, udało mi się wyszperać w firmowych papierach jej telefon (a może spytałem ją osobiście) i tak rozpoczęła się nasza znajomość. Już dzwoniąc do niej po raz pierwszy miałem w głowie jasną wizję kierunku, w jakim chcę, by ta znajomość poszła. Niestety, tuż przed rozpoczęciem pracy w biurze rozpadł się mój wcześniejszy związek / relacja (nie będę się kłócił o nazewnictwo), po czym byłem zupełnym psychicznym i emocjonalnym wrakiem. Epizody tego wcześniejszego etapu są podwaliną wielu łanszotów w Powidoku, ale nie o nich tu będzie mowa.

Tak czy siak, najlepiej moją sytuację psychiczną, połączoną z fascynacją K. i zazdrością, którą żywiłem do jej witalności i siły stawiania się przeciwnościom, uwidacznia łanszot interpretujący piosenkę Southpaw Morrisseya. Ostatni kadr prezentuję poniżej.

"And you ran back to ma" - "I uciekłeś z powrotem do mamy". Łanszot ten uważałem w chwili skończenia go za swoje najważniejsze dotychczasowe osiągnięcie i wciąż jestem z niego zadowolony. Są w nim trzy płaszczyzny znaczeniowe. Pierwsza - widoczny tekst piosenki. Druga - scenka przedstawiona w obrazkach, nie ilustrująca tekstu piosenki. I trzecia - fragmenty tekstu piosenki, których nie zamieściłem. Każda z nich jest istotna i dopiero przeanalizowanie związków między nimi daje pełny odbiór komiksu. Przynajmniej treściowy.

Z ciekawostek - skoro już piszę o Morriseyowym łanszocie: widoczne w kadrze biuro mieści się w budynku przy placu Starynkiewiecza w Warszawie. Przez okno widać przystanek tramwajowy. W okolicach tego przystanku, siedząc w tramwaju, wymyśliłem cały wierszyk, którego fragment posłużył jako tytuł albumu. Ze względów kompozycyjnych kilka rzeczy w biurze zmieniłem. Przy moim biurku powinno być drugie, jak przy oknie. Ale byłoby za tłoczno, więc nie ma. Monitory, jakie stoją na biurkach to tak naprawdę mój domowy monitor, w którym uwielbiam te koliste głóśniki po bokach. Chciałem mój monitor uwiecznić w komiksie (choć znów uproszczenie - głośniki mają koliste dziurki, a nie poziome wycięcia). Tablica korkowa i zegar wisiały na przeciwległej ścianie, ale a) tablicę korkową umieściłem, by nadać bardziej biurowy charakter tej przestrzeni; b) zegar wskazuje późną godzinę, co przy pustym biurze i widocznej apatii postaci na krześle, która nie kwapi się, by gdziekolwiek biec, ma spotęgować uczucie pustki. Tak naprawdę często wracałem do domu o pierwszej, czy drugiej. Lubiłem samotność w biurze. Mogłem puszczać sobie głośno muzykę i spokojnie pracować.

Ten opis z kolei uwidacznia, że łanszot Niewidzialny Paweł, napisany o innym pracowniku w naszym biurze, jest jednocześnie bardzo autoironiczny, bo wbrew ekstrewertyczności, o jaką mnie posądzają dalsi znajomi, wcale się od Pawła tak bardzo nie różnię.

Wracając do opisu pomieszczenia - widoczna po lewej stronie szafa stała tak naprawdę tam, gdzie umieściłem tablicę korkową. "Przestawiłem ją", by linia prowadząca od rogu kadru, przez róg szafy, przez róg monitora, prowadził wzrok do mnie - bo to ja mam być dominantą formalną w tym rysunku. Widoczne za oknem budynki są zmyślone dla efektu. Tam nic nie ma, bo lecą tory kolejowe.

Zatem mamy rok 2005, fascynację K, apatię i wywołany poprzednim związkiem strach przed jasnym wyznaniem uczuć. Och, oczywiście, robiłem to swoimi pokrętnymi, ironicznymi sposobami, ale na tyle asekuracyjnie, by zawsze móc powiedzieć - Nie, nie, oczywiście, to nic nie znaczyło. Takie postępowanie oczywiście prowadziło do tego, że K. odbierała mnie jako serdecznego, troskliwego przyjaciela.

Jakiś pewnie rok wcześniej, podczas trwania poprzedniej relacji, przeczytałem Grę w klasy Cortazara. Oczywiście czułem się zdruzgotany po niej, jako że narkotyki i książki bardzo silnie na mnie działają. Wszelkie analogie do mojej sytuacji wtedy były nazbyt ewidentne. Książka ta miała niebagatelny wpływ na moje późniejsze życie, ale to zostawmy na później. Już wspominałem w liście lektur uzupełniających do mojego komiksu, że Gra w klasy była inspiracją do łanszotu Co Cię zabije, nie wzmocni.

Lecz mniejsza o te dywagacje. Istotne jest, że w tej książce są dwa wspaniałe opisy "miłości". Czyli Cortazar opisuje pewne stany emocjonalne, nazywając je "miłością" i obrazuje te stany różnymi metaforami, fizjologią, poezją, etc. Pożyczyłem swój egzemplarz książki innej pracownicy biura. M. jest mormonką. Mieszka chyba teraz w Londynie. Do M. również żywiłem fascynację. Miała zdecydowane poglądy, piękne ciało i nie potrafiła wymówić litery "S", co mnie strasznie podniecało. Rzecz jasna, jej zdecydowane poglądy i moje były na dwóch różnych biegunach, więc poza wieczornymi masażami pleców i flirtowaniem werbalnym (nie oralnym), do niczego więcej nie doszło. Za to prowadziliśmy fascynujące dyskusje, z których jedną uwieczniłem w łanszocie Gdy wiara przysłania wolę.


Powyżej jest M., w pierwszym kadrze wspomnianego komiksu. Ale znów zbaczam. Pożyczyłem jej Grę w klasy, a ona wyjechała do Londynu i nie oddała. A ja nie mam siły wypożyczać książek lub specjalnie po nie jechać do skelpu. Muszą wpaść mi w ręce przypadkowo. Tak więc do dziś nie mam Gry w klasy na półce. Wyłącznie bardzo mgliste wspomnienia.

Po tym wszystkim, co napisałem, czas już zająć się łanszotem o "miłości".

Czwarty października dwa tysiące pięć.

Taką oto wiadomość tekstową adresowaną do K. znalazłem przed chwilą w archiwum. Napisana tuż przed położeniem się do łóżka (już po północy):

To cieszę się niezmiernie. O 10tej BHP, o 12tej spotkanie z dziekanem (grupowe), więc zgaduję, że o 14tej będę wolny. Od tej godziny wzwyż jestem do Twojej dyspozycji, więc tylko rzeknij gdzie i o której ustawka i pomyślimy co potem. Słyszałaś kiedyś o Boards of Canada? Brytyjski duet tworzący super ambient. Warto! Słodkich snów życzę i do dzisiaj!

Widać w powyższym tekście moje pierwsze literackie próby używania ironii. W jednym zdaniu słowa "rzeknij" i "ustawka". W moim zamierzeniu miało być ciut romantycznie, ale też żartobliwie. K. zapewne odbierała to żartobliwie, ale ciut ekscentrycznie.

Nie pamiętam jak wyglądał ten dzień. Czy się wreszcie zobaczyliśmy. Bardzo możliwe, że tak. Bardzo możliwe, że jak przed każdym spotkaniem, mówiłem sobie - Człowieku, jeśli nie powiesz jej dziś, to jutro się okaże, że sobie znalazła kogoś innego! Mówiłem sobie też - Skoro to trwa tak długo i nie ma chemii, to nie mów jej, bo wyjdziesz na błazna i się wszystko rozwali. Znajdziesz wkrótce właściwą, a teraz skup się na byciu dobrym kumplem.

Wiem tylko, że jej nic nie powiedziałem o swoich uczuciach i zawędrowałem do na plac zabaw przy Łazienkach. Usiadłem na ławce i wpatrywałem się w dzieci, wierząc, że ich nieskalane zbyt wielką ilością bodźców, brykające po placu ciałka, swoją choreografią zainspirują mnie do czegoś spontanicznego. Wyciągnąłem papier i ołówek automatyczny Staedler Triplus Micro - moje ulubione narzędzie pracy od pewnie prawie dekady (w Epilogu widać, jak rozpisuję nim układ łanszotów w albumie - choć ma odłamaną końcówkę z gumką, zgodnie z historyczną prawdą).

Dzieci. Bieganie. K. Uczucia. Spontaniczność. Wyznanie. Wyznanie miłości. Nie ma przecież. A może? Zdefiniować. Obrazowo. Jak Cortazar. Symbolami i obrazami. Bieganie. Ucieczka. Ucieczka przed samotnością. Samotność. Więzienie. Ucieczka z więzienia. We dwoje. Jeden łańcuch. Jak w tej reklamie dżinsów! Tak!

I spisałem pierwsze słowa:

Miłość jest jak kajdan

po czym je szybko skreśliłem (skreślam tak, by móc kiedyś w przyszłości - jak teraz - odczytać brudnopis i widzieć jak wyglądał proces. Pamiętajcie - nie wstydźcie się przed Sobą-Z-Przyszłości, nie ukrywajcie przez Sobą-Z-Przyszłości swoich zapisków pod dziesiątkami kresek, pod korektorem, nie wyrzucajcie ich do kosza. Bo Wy-Z-Przyszłości i tak Was namierzą, kiedy opuścicie gardę!).

Trzeba inaczej - pomyślałem - po pierwszej porażce. Wpierw zdefiniować obrazami. I zrobić z tego jednoplanszowy komiks. A potem na drugiej, osobnej, planszy - ukazać zastosowanie. Teoretyczna (symboliczna) podbudowa i jak te symbole wykorzystać realnie.

Ten podział na dwa komiksy, to rozłożenie ciężaru, ułatwiło mi pracę.

Niejasnym może się wydawać, dlaczego w ogóle szukałem symbolicznej definicji miłości. Czegoś, co według mnie, nie istniało. Znów, by to stało się jasne, muszę się cofnąć w przeszłość.

Mój pierwszy związek, trwający w ostatnich dwóch latach liceum, był właściwie idealny. Nigdy potem nie odnalazłem takiego porozumienia fizycznego. A i poczucie humoru nas łączyło i upodobania muzyczne, i wiele innych rzeczy. Problem w tym, że już tak mam, że wszystko mnie po jakimś czasie nudzi. Potrzebuję nowych bodźców. Ludzie mnie nudzą, bo po jakimś czasie wiem o nich wystarczająco dużo, by ruszać dalej. Szybko zrozumiałem, że ten związek musi się skończyć, bo nie mam porównania. Za wcześnie się poznaliśmy. Powinniśmy się rozstać, popróbowac innych związków. A potem się zobaczy gdzie będziemy. Im bardziej się oddalałem, tym więcej było seksu. Bo skoro lepiej było o trudnych sprawach nie mówić, to szukało się innych form bliskości.

I wtedy pewnego wieczoru znajomy przesłał mi przez gadu gadu wiersz i napisał, bym przeczytał.

I przeczytałem.

Było to Piekło Herberta.

W jednym momencie zrozumiałem, że miłośc nie istnieje. Mój świat miłości, budowany przez model małżeński moich rodziców (będących w trakcie rozwodu obecnie), budowany przez Titanica i filmy fantasy i bajki i animacje - że to wszystko to wielka ułuda.

Mimo to, jakoś nie upadłem na deski. Upadłem kilka dni później, gdy obejrzeliśmy we trójkę (ja, dziewczyna i znajomy, co przesłał wiersz) Krótki film o miłości Kieślowskiego. Wstałem po seansie i niemal krzycząc zapytałem swoją "drugą połowę" co myśli o tym filmie. Ona powiedziała "No, fajny". I wiedziałem wtedy już definitywnie, że nie ma nic.

Że nie ma żadnego magicznego porozumienia, drugich połówek, psów które odwiesiły tyłki i zapomniały numerków do szatni i szukają po calym świecie swojego tyłka.

Jest dwoje przypadkowych ludzi. I podobne zainteresowania. Albo i nie. I chemiczne związki. Głównie chemiczne związki. Oddziaływujące.

Utwierdzały mnie w tym kolejne lektury z dziedziny psychologii i filozofii. Utwierdziło mnie w tym rozstanie rodziców. I wszystkie przyczyny rozpadów związków, jakie zaobserwowałem w swoim życiu i u znajomych.

Więc jest czwarty października, 2005. Siedzę na ławce i myślę, że muszę wpierw wymyśleć jakąś definicję miłości, czegoś ponad biologię i chemię, bym mógł pójść do K. i wyznać jej uczucie. Żebym mógł patrzeć w oczy K. zakochany. Żebym nie widział w niej kupy mięcha i chemii i uwarunkowań społecznych.

Po pierwszej, nieudanej, próbie - spisuję kolejne słowa:

Zamknięty w samotności, karmiony samotnością,
[samotność i egozim jako motyw - powielać to słowo - słowo klucz]
jesteś wolny do czegokolwiek, bylebyś był samotny.
[strzałka i słowa - "in cell" - nakreślenie wizualnego symbolu, celi]

Miłość jest kajdanem, w którym uciekasz z samotności
[skreślam "z", zmienjąc "samotność" z miejsca w postać - "uciekasz Samotności"]
[strzałka - "from roadworks" - reminescencja z filmów więziennych i reklam, gdzie więźniowie uciekają podczas prac w jakimś rowie przy polnej drodze].
wraz z innym
[skreślone "innym", "z" zmienione na "ze" - więc jest "wraz ze"]
współwięźniem.

Miłość jest biegiem was obojga przed wciąż goniącą samotnością.

Miłość to obopólna wiara
[całe to zdanie skreślone - kończymy na "...samotnością".]

Wielki autograf, data, i margines. Zająłem jedną trzecią kartki. Jest strasznie, ale to już jest coś. To jest materiał wyjściowy.

Teraz czas na wprowadznie tego w życie. Na drugi komiks, praktyczny. Jest październik. Jest jesień.

Już nie pamiętam procesu myślowego, jaki mi wtedy towarzyszył, ale zapewne miało to dużo wspólnego z filmami i literaturą. Ale też z czymś o wiele bardziej prozaicznym. Każdy z moich związków zaczynał się jesienią. I teraz ten z K. też mógł się zacząć jesienią!

Co ciekawe, rok po tym wszystkim, tej scenie na placu zabaw, poznałem Oposową i zbliżyliśmy się właśnie jesienią. I to z jej inicjatywy - żadne moje machinacje nie wchodziły w grę. Przynajmniej świadome.

Zaczynam pisać:

Jesień jest jedynym sezonem do wyznania miłości.

Uczyń to na cmentarzu lub przy spróchniałym pniu.
[po słowach "Uczyń to" rysuję strzałkę i dodaję słowa "pośród żółtych liści"]

Gdy uszłyszysz echo, oddaj się tej miłości z całych sił, bo zima tuż tuż. Gdy odpowie ci milczenie, połóż się i rozkoszuj pięknem, na którym leżysz, stań się tym pięknem, wsiąknij w ziemię i przeczekaj śniegi do wiosny.

Zapewne wizja zimy i odrodzenia na wiosnę były podyktowane moimi wszelkimi niepowodzeniami przy wyznawaniu uczuć zimą, jak i też najgorszymi napadami depresji, jakie mnie nawiedzały właśnie zimą (to z kolei sprzęgnięte z faktem, iż dziesiątego grudnia 1995 r. przyleciałem po raz pierwszy do Polski - co okazało się z wielu przyczyn przeżyciem traumatycznym).

Zadowolony, schowałem kartkę i ołówek i opuściłem plac zabaw.

Powidok powstawał przez 5 lat. Pierwszy łanszot (który jest też pierwszym łanszotem w gotowym albumie), wymyśliłem, siedząc na sedesie, mając najgorszy blok twórczy w swoim dotychczasowym życiu, pod koniec grudnia 2003 r. Więc jak już kiedyś wspominałem w Pubie pod Picadorem, Evviva l'arte, choć z pozoru naiwne, jest bardzo ironicznym i bardzo celowym zabiegiem. Bo tam, na tej planszy, siedzę ja. A ci ludzie w galerii to czytelnicy Powidoku.

Ale nie o tym chciałem. Te pięć lat to nie była systematyczna praca. To było mozolne męczenie się z materią. Łanszoty powstawały równolegle. Czasem od pomysłu do wykonania mijało zaledwie kilka godzin. Czasem, jak w przypadku omawianego komiksu o "miłości", od pierwszego naszkicowanego scenariusza do skończonego produktu, mijał rok.

Osiemnasty kwietnia 2006.

Wiadomość tekstowa z archiwum:


Dzień dobry, K...! Już w warszawie? Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się posłuchać jak święta minęły. Ja jestem w pełni ze swoich zadowolony, bo choć nie ruszałem się praktycznie z mieszkania, to przeczytałem "Wyznania" świętego Augustyna, napisałem do końca scenariusz dla A... i pracuję nad kolejnymi łanszotami. A jeszcze tyle czasu, by zrobić tyle rzeczy! Kawka i zasiadać do biurka! Pełnego pozytywnej energii całusa ślę. D.

Oczywiście ten hura-optymizm był zmyślony. Było mi źle. Kilka dni wcześniej K. wyznała, że się zakochała w pewnym chłopaku, który obecnie jest jej mężem. Więc dobrze trafiła. Wtedy nie byłem zadowolony. Tym bardziej, że przed jej wyznaniem zaprosiłem ją na fuksówkę - coroczną imprezę organizowaną przez studentów pierwszego roku ASP. Z fuksówki miał ją odebrać jej obiekt westchnień. Z kolei po tym, kiedy ona już poszła, miałem spędzić resztę wieczoru z moją poprzednią partnerką / bliską znajomą (nie kłóćmy się o nazewnictwo), z którą udało mi się przez te pół roku pogodzić, a nawet zeswatać z kumplem z biura.

W takiej to atmosferze powróciłem do swojego łanszotu o "miłości". Trzeba było się z tą "miłością" rozprawić właściwie. Przejrzałem wcześniejsze scenariusze.

Tak naprawdę do ostatniej chwili, dwa lata później, gdy oddawałem Powidok do druku, wahałem się, czy dać ten komiks. Ale skoro używam słowa "sztuka", którego nie uznaję, dlaczego mam nie użyć słowa "miłośc"?

Każdy komiks po skończeniu zawsze pokazywałem matce. Ona czytała, odbierała autobiograficznie, lamentowała, że podaję siebie na tacy w taki sposób, czasem dała trochę konstruktywnej krytyki, ale zazwyczaj mówiła, że nikt tego komiksu nie zrozumie. Znajomi z biura i ze studiów (studiowałem reklamę przez pewien czas), albo śmiali się z prostych komiksów, bo wykorzystywałem w nich słowa typu "zajebisty", co budziło powszechną wesołość niezaleźnie od pozostałych treści, albo odkładali komiks, mówiąc: Ach, Daniel - ty i twój świat.

W takich okolicznościach trudno mi było wyczuć co jest do zaakceptowania, a co nie. Czułem, że wchodzenie w bezpośredni dialog z poezją, literaturą, filmem i filozofią będzie niemożliwe. Trzeba sypnąć żartem, trzeba czasem coś przyjemnego i zabawnego dać, by ktokolwiek po to sięgnął. Innymi słowy - musiałem uznać, że większość czytelników będzie nieoczytana i niewyedukowana tak, jak tego chcę. Zostawiłem więc "sztukę" i "miłość", żeby była mniejsza ilość ludzi mówiąca - Daniel, ty i twój świat. Warto zaznaczyć, że moja edukacja komiksowa była przynajmniej tragiczna. Z "ważnych" komiksów miałem tylko Mausa, Niebieskie Pigułki, Exit, Ghost World, co ambitniejsze Batmany, kupiony kiedyś zbiór komiksów Grendel. Gdzieś tam przeczytałem komiksy Satrapi, niektóre komiksy Millera. A, no i Blankets, co było dla mnie najwybitniejszym osiągnięciem medium - poprzeczką już nie do przeskoczenia. To wszystko. Nie wiedziałem, że w komiksie można pisać tak jak Moore. Że można ukrywać subtelnie symbole, jak Sfar. Że można grać fizjologią i podświadomością, jak Blutch.

Już pogodzony z tym, że pisząc ten łanszot przeklęty wyjdę na Paulo Coelho, postanowiłem rozprawić się z demonami przed fuksówką i zamknąć tę skrzynkę Pandory. Przez poprzednie pół roku co jakiś czas analizowałem każde słowo, dopasowywałem obrazy. W wyniku tego zrezygnowałem z definicji. Bo była niepotrzebna. Skoro pojęcie "miłości" jest tak bezsensowne, to nie ma sensu go nawet symbolicznie definować. Zostańmy przy samym akcie wyznania. Zostawmy tę podstawową potrzebę stadnego zwierza, potrzebę kopulacji, potrzebę kogoś, to usłucha, kto utuli. I przykryjmy to lubianym przez wszystkich hasłem "miłość".

Rozrysowałem mały szkic komiksu o wyznawaniu. I przepisałem mechanicznie stary tekst, by go przyporządkować do każdego kadru.


Jak widać, między szkicem a gotowym komiksem właściwie nie ma różnicy. Zniosłem tylko poprzeczkę dzielącą poziomy kadr na dwa. Zresztą już po postawieniu tej poprzeczki wiedziałem, że nie ma prawa tam być.

Nie wiem, dlaczego wtedy tego komiksu nie skończyłem. Jak już miałem naszkicowany obraz, to tekst wydał się zły. A może nie miałem siły, wymęczony psychicznie opisaną wcześniej sytuacją. Nie pamiętam. Istotne, że komiks znów odłożyłem.

Przez wakacje pracowałem na placu Hoovera, na krytym placu zabaw, opiekując się dziećmi. Tam poznałem A., z którą flirtowaliśmy i która się do mnie zalecała. Co było wielkim szokiem. Niestety, mimo różnych wspólnych przedsięwzięć, nie potrafiliśmy się zgrać. A właściwie wyglądało to tak, że coś wspólnie robiliśmy, (np. przedstawienie dla dzieci), ja nie byłem zadowolony z jej wkładu pracy, więc, traktując wszystko z pełnym profesjonalizmem, znęcałem się nad nią psychicznie, doprowadzając do płaczu. Co z kolei mnie jeszcze bardziej nakręcało.

I wtedy zgubiłem łanszoty. Przyniosłem je do pracy i gdy zwijaliśmy namiot, okazało się, że ich nie ma. I kiedy wszystkie inne dziewczynki płakały i lamentowały nad tym, że cudowna praca się kończy, jedna jedyna koleżanka zaoferoała pomoc. Tą koleżanką była Ola, czyli znana z Powidoku Oposowa.

Bez wdawania się w szczegóły - ku wielkiemu zaskoczeniu wszystkich z namiotu, w kilka tygodni później Ola i ja byliśmy parą. A. z kolei rozstała się z dotychczasowym chłopakiem, zwątpiła w ludzi i wyjechała do Stanów.

Znów na emocjonalnym haju, pełen optymizmu, poganiany przez Olę do pracy,


postanowiłem wrócić do łanszotu o miłości. Spełniło się. Jesień. Dwie osoby. Radość i motywacja. A co mi tam, że naiwność! Niech ją odbierają jak chcą!

Przez te pół roku mój warsztat uległ zmianom. Zafascynowany prostotą i siłą tekstów piosenek takich zespołów jak Slint, Ewa Braun, czy Negatyw, szukałem ujścia w jak najmniejszej ilości słów.

Tak więc linijki
Jesień jest jedynym sezonem do wyznania miłości.
Uczyń to pośród żółtych liści - przy spróchniałym pniu lub na cmentarzu.
zamieniłem na
Wyznaj miłość jesienią, pośród żółtych liści.
Bez kategorycznych stwierdzeń. Zamiast tego - propozycja. Można ją przyjąć, ale nie trzeba.
Nie epatować. Żółte liście są wystarczająco opisowe. Po co jakieś pnie i cmentarze. Pomijając fakt, że bliskie sąsiedztwo słów "pniu" i "cmentarzu" zalatuje Częstochową.

Gdy usłyszesz echo, oddaj się tej miłości z całych sił, bo zima tuż tuż.
Zostało. Ten wers wydaje mi się kluczowy. To co pożądane, to co motywuje nas, o wiele szybciej mija. W apatii można trwać latami, byleby było jedzenie. Stąd, przyjmując, że jest jesień, radość, niczym kwiaty, nie przetrwa zimy, która już nadchodzi. Może to brzmi naiwnie, ale czas jest isotą tego łanszotu. Jak już coś masz, to korzystaj, korzystaj ile wlezie, nim to się skończy. Bo się skończy.

Gdy odpowie ci milczenie, półóż się na otaczającym cię pięknie, stań się tym pięknem.

z wariantami końcówek

- Pozwól ziemi zaopiekować się tobą i schroń się w jej cieple do wiosny.

- Zatop się w otaczającym cię pięknie, schroń się w cieple ziemi...

- Połóż się na liściach i wraz z nimi wniknij w ziemię, wraz z nimi przeczekaj do ciepłej wiosny

ostatecznie uprościłem do

Gdy odpowie ci milcenie, połóż się na liściach
i wraz z nimi
wniknij w ziemię
by przeczekać
do ciepłej
wiosny.

Bez wartościowania tych liści. Czy piękne, czy nie. Chodzi wyłącznie o czas. Nie przejmować się czasem. Rozproszyć się. Skupić. I znów działać. Nie na oślep. Nie w panice. Nie płacząc nad rozlanym mlekiem. Rozproszyć. Skupić.

Teraz wystarczyło narysować komiks.

Łanszoty powstawały na zwykłym papierze do drukarki A4, prawie najtańszym, jaki w Carrefourze był (zawsze wybieram produkt droższy, niż najtańszy).

Szkicowałem swoim ołówkiem automatycznym ramy, luźne sylwetki, ustalając proporcje.

Nie używałem linijki (poza kilkoma newralgicznymi scenami). Pierwsze łanszoty , w 2003 r. były pomyślane jako szybkie, rysowane w 10-15 minut, zebrane myśli z puentą (dlatego łanszot - jedna strona, jeden strzał). Potem coraz bardziej je cyzelowałem. Po zgubieniu oryginałów, przy ponownym rysowaniu chciałem zachować dość niedbałą, spontaniczną kreskę, z przemyślanymi kompozycjami plansz i kadrów. Czasem cyzelowanie odbierało rysunkom spontaniczności. Nie jestem do końca zadowolony z efektu. Zbytnia dbałość o detale, połączona z krzywymi oknami i nienajlepszą anatomią wygląda dość groteskowo.

Po naszkicowaniu, obrysowywałem ramki markerem, carnym, okrągłym, marki Granit.

24 października 2006 poprosiłem znajomą o wykonanie zdjęcia, kiedy ja i inna znajoma trzymamy się za dłonie. Był to zabieg konieczny, by dłonie, które są jednym z najważniejszych elementów w omawianym łanszocie, wyszły naturalnie. Oczywiście do tej sesji, dotyczącej komiksu o "miłości" wybrałem dziewczynę, którą się od dawna fascynuję - bezpiecznie i cicho. Ola do zdjęć pozować nie chciała.

Górny poziomy kadr jest cytatem. Doszedłem do wniosku, że skoro poruszam temat mijającego czasu i odrzucenia przez drugą osobę, idealnie byłoby wpleść w to atmosferę Klimta. Tak więc, wziąłęm obraz Brzezina I, który jest kwadratowy. Powieliłem go i tym sposobem zapełniłem cały prostokąt. Sam cytat jest zapewne nieczytelny. Mimo wszystko, jestem zadowolony z efektu, z wytworzonej atmosfery - drzewa te są chude i kruche, nie ma jak się na nie wspiąć, schować za którymś. Można albo iść, by wyjść z lasu. Albo położyć się na liściach.

Kiedy dłonie i drzewa były narysowane, narysowałem resztę i przytuszowałem wstępnie cienkopisami Unipin (używam tylko .01 i .05). Wstępnie - to znaczy obrysowałem kontury (w tym liternictwo). Potem wygumkowałem ołówek. I wreszcie dotuszowałem do końca. Komiks skończyłem u Oli.

Uwagi dotyczące kompozycji.

Używam grubej czarnej linii do dzielenia kadrów. Kreska, biała linia, kreska, jakie są najczęstszymi elementami dzielącymi kadry w komiksie, to dla mnie zbyt wiele. Zwłaszcza, gdy rysownik nie myśli o grubości linii, o grubości "rynny", czyli przestrzeni między kadrami. Oczopląsu można dostać. Taki tradycyjny model kadrów również często powoduje, że autorzy myślą o kadrze, jako jednostce podstawowej.

Kadr nie jest jednostką podstawową.

Rozkładówka jest.

Rozkładówka dzieli się na dwie plansze, które powinny współgrać kompozycyjnie.

Plansza dzieli sie na kadry, które powinny współgrać kompozycyjnie.

Kadr powinien dzielić się na elementy, które powinny współgrać kompozycyjnie.

Dzielenie kadrów grubą czarną linią jasno określa granice między nimi, pozwalając jednakowoż na ich ścisłe powiązanie.

Komiks czyta się od lewej do prawej. W omawianym komiksie w górnym kadrze nasz wzrok sunie po lesie, aż dochodzi do dwojga postaci.

Kadr drugi wybija się, jest oknem do innego kontynuum czasowego, gdzie czas płynie szybko, acz radośnie.

Kadr trzeci, choć następuje po drugim, jest zespolony z pierwszym. Korzysta z pierwszego, choć zaznaczył zmianę w konfiguracji postaci względem siebie.

Jedność między kadrem pierwszym i trzecim tym bardziej wybija kadr drugi. Bo on jest czymś obcym naklejonym na duży prostokąt (jakim by były kadry pierwszy i trzeci, gdyby trzeci miał taką samą długość, jak pierwszy). Czarna linia pozwala pierwszemu i trzeciemu kadrowi być zespolonymi i optycznie wybić kadr drugi (istotna w tym też jest rola rysunków, natężenia czerni i pustego lub zapełnionego tła).

Kadry czwarty i piąty działają jak klatki filmowe. Pokazują zmiany w obrębie jednego kadru. Postać w kadrze trzecim, zorientowana w stronę kadru czwartego, wskazuje na niego, prowadzi do niego wzrok. Powielenie tej postaci w kadrze czwartym, przybliżenie i przyciemnienie jej przy granicy kadru, wypycha kadr drugi tym razem od dołu. Wypycha też róg kadru szóstego, który należy do "nowego rozdziału", kiedy bohater wypoczął i zaczyna od nowa.

Wnikanie w ziemię zainspirowane jest Rosińskim. Jestem pełen podziwu dla jego zabiegów przestrzennych. Jako młody czytelnik Thorgala uwielbiałem, gdy ktoś wnikał w skałę. Wyglądało to niesamowicie naturalnie. Sam wciąż nie potrafię tak narysować wnikania, ale chciałem spróbować.

W kadrze szóstym drzewo jest zupełnie inne od tych w pierwszym. Jest duże i silne. Wyrastają liście, symbolizujące, że ten człowiek rozproszył się, i skonsolidował w nowej formie. Nie jest tym samym, co wcześniej, jak te liście nie są tymi samymi, które zgniły jesienią.

Zależało mi na jak najciemniejszych postaciach, by jak najmniej wskazywać płeć. Zależało mi na zjawisku wyznawania uczuć, a nie na modelach hetero-, czy homoseksualnych. To jest nieistotne. Jednocześnie nie chciałem dać w pełni czarnych postaci, bo chciałem zbudować bryłę kreskami - stworzyć nimi przestrzeń.

Tytuł, wbrew konwencji panującej w Powidoku, jest na górze, a nie na dole planszy. Poruszana tematyka jest tak grząska, że żadne jedno hasło, całe nawet zdanie, nie mogłoby być puentą. Wolałem zdjąć nacisk z puenty. Skupić uwagę na pierwszym zdaniu komiksu, które pełni rolę i zaproszenia i tytułu.

Bez silenia się na ironię lub żart, podpisałem łanszot lapidarnym "Proponuje Daniel". Bez nazwiska. Bo to nie jest zaproszenie oficjalne, lecz coś szeptanego do ucha lub przynajmniej mówionego na osobności. Jako autor niweluję tu dystans między sobą i czytelnikiem. Jestem tylko Danielem, a nie jakimś Chmielewskim.

Ze względu na różnice w stylu pisma z jednego łanszotu do drugiego, poszedłem za radą wydawcy, Pawła Timofiejuka, i użyłem fontu w zastępstwie. Od wydania Powidoku minął rok, który spędziłem, edukując się w literowaniu. Chociaż może był to dobry pomysł wtedy, w obecnej chwili nie pozwoliłbym na elektroniczny font. Najwyżej napisałbym liternictwo od nowa, ujednolicając je. Na użycie fontu wpłynął również fakt, iż niektórzy odbiorcu, zmyleni różnymi stylami rysowania, myśleli że Powidok jest zbiorem prac róznych twórców. Jednolity elektroniczny font był jednym ze sposobów, by temu zaradzić.

Umiejscowienie w albumie (str. 46) podyktowane jest rozładowaniem atmosfery po najcięższych i najbardziej przytłaczających łanszotach, zebranych pod koniec części głównej, a dotyczących władzy i przemocy. Zrównoważone są bardziej optymistycznymi komiksami, jak ten omawiany lub Stan trzeci.

Sąsiadujący z nim na rozkładówce komiks został dobrany ze względu na podobne natężenie czerni i bieli, ze względu na podobnie abstrakcyjny charakter i ze względu na zrównoważenie naiwności większą rzeczowością.

Komiks źle przygotowałem do druku. W 600 dpi, w skali szarości. Linie przez to są poszarpane, co wpływa negatywnie na czytelność. Jest to ledwo dostrzegalne, lecz oka się nie oszuka. Obecnie nie popełniłbym tego błędu.

Tyle.

Bardziej szczegółowe dywagacje mogłyby tylko odciągnąć uwagę od właściwego komiksu.

Proszę, Panie Burger. Proszę, Plastycy, Krytycy, Natchnieni Pisarze.

Wydaje mi się, że to, co powyżej napisałem, choć nudne, jest zrozumiałe.

Jest proste.

Jest kurewsko proste.

Jest tego po prostu bardzo, bardzo dużo.

I teraz proszę sobie wyobrazić, że taki esej piszę na temat każdej z pozostałych 87 stron Powidoku.

A 18 stronicowy Zakład opublikowany w czwartym Ziniolu jest o wiele bardziej skomplikowany pod względem treściowym (wbrew pozorom) i technicznym (który warunkuje skomplikowany element treści).

A każdy dzień naszego życia? Tu by było pisania. Co nie znaczy, że jedyną alternatywą jest wymyślanie bajek i magicznych haseł.

Kto nie potrafi wytłumaczyć swojej pracy czy swojego działania w prosty, zgodny z rzeczywistością sposób, jest albo idiotą, albo kłamcą.

sobota, 1 listopada 2008

Podwójna śmierć Iwy. Podwójne życie Anny

Tylko kilka książek w życiu kupiłem, idąc z konkretnym zamysłem do księgarni. Moje życie literackie jest tak losowe, jak życie po prostu.

Wraz z bratem pomagałem wczoraj ojcu w przeprowadzce do mieszkania wynajmowanego przez pewnego starszego pana. Na półce regału sterta starych książek. Gdy w pewnym momencie zostałem sam w nowym mieszkaniu, pierwsze co zrobiłem, to zacząłem tam szperać. Uwagę przykuła prosta okładka z jakże ciekawym tytułem.


Wydany przez Iskry w 1977 r. zbiór. Opowiadań? Nie ma żadnej notki, więc trzeba przeczytać kilka stron. Pierwsza niezidentyfikowana forma literacka ma tytuł: Śmierć wam się kłania i zaczyna się tak:

Chodzi o sposób umierania. O moment oderwania od życia, ten moment,. kiedy śmierć jest obecna, spełnia się: właśnie przyszła i właśnie odchodzi. Wtedy powinna mieć własną twarz, różną w różnych czasach. Jak ją rozpoznać?

No i pan Lovell złapał mnie na haczyk. Okazało się, iż trzymam w rękach zbiór esejów zmarłego w 1991 r. dziennikarza. Jako, że czyta się to szybko, ale nie tylko dlatego, chciałbym się z Wami podzielić dwoma obszernymi fragmentami.

Pierwszy pochodzi z eseju List ostatni z Koncertu na viola d'amore. Dotyczy pewnej sprawy, którą Lovell opisał w Kulturze w 1968 r. a która wróciła do niego dekadę później. W nowym tekście przeprowadza wpierw śledztwo, by dotrzeć do rodziców bohaterki swego reportażu, ale gdy rozmowa z nimi nie wnosi nic nowego, postanawia sam napisać list, jaki ona powinna była napisać przed swą samobójczą śmiercią.

Nie miejsce tu na przytaczanie listu, skupmy się na innym, nurtującym mnie problemie, czyli wtórności, albo - jeśli ktoś odczuwa pejoratywność takiego określenia, bardziej literacko, choć mniej ściśle - cykliczności.

Autor wraca właśnie z cmentarza w Zaduszki i dzieli przedział w pociągu z grupką młodzieży. Wszyscy są rozgadani prócz jednej, siedzącej w kącie młodej osóbki...

I nagle: ta dziewczyna w przeciwległym kącie, milcząca, nadąsana, nie biorąca udziału w rozhoworach. Kiedy wydaje sie jej, że nikt nie zwracana nią uwagi (a ja tymczasem obserwuję kątem oka, pilnie podpatruję) - szybkim gestem uchyla kołnierza kurtki i wyciąga z zanadrza małego zajączka, śmiesznego, puchatego, zrobionego z futerka króliczego (sprzedają takie w krakowskich Sukiennicach, dla dzieci lub jako maskotki do aut). Gładzi go z wielką czułością, ciągnie za uszy, całuje w czubek nosa. Pochwyciła mój wzrok i uśmiech: speszyła się, spąsowiała, ukryła zajączka z powrotem z zanadrzu i gniewnie odwróciła twarz w przeciwną stronę. Przetrwała tak aż do samego Krakowa.

Poczułem się dziwnie poruszony, przejęty. Ta atmosfera zaduszkowo-cmentarna, to sztubackie towarzystwo, ta smutna dziewczyna z futrzanym zającz
kiem... Coś w tym było niepokojąco znajomego, coś przebijało się przez warstwy pamięci, domagało się nawiązania i kontynuacji. Co takiego, u licha? Nie przylegała do tej sytuacji żadna z przygód życiowych, osobistych. Musiało się to dziać w innym wymiarze, na innej płaszczyźnie - ale jakiej, na miły Bóg? I z nagła olśnienie: ależ tak, Iwa. "Koncert na viola d'amore". Ileż lat temu go napisałem? Osiem? Dziesięć? Przeżyłem go wtedy mocno, sam proces zbierania materiałów i pisania reportażu wciągał i angażował, tak że nie wiedzieć kiedy stałem się niejako współuczestnikiem tego dramatu, wielkiej tragedii: samobójczej śmierci młodej, siedemnastoletniej dziewczyny. Pamiętam nawet początek reportażu, zaczynał się jakoś tak:

"...Od roku już wpatruję się w fotografię, wertuję gruby zeszyt własnych zapisków, pakiet korespondencji. Od roku próbuję rozwiązać zagadkę: dlaczego zabiła się, dlaczego targnęła na swoje życie dziewczyna urodziwa, błyskotliwie inteligentna, dzielna, mająca wdzięk i powodzenie towarzyskie, przyjaźń profesorów, podziw koleżanek, miłość rodziców..."

Zaraz, w jaką to ja fotografię się wpatrywałem? I znowu pamięć podpowiada tekst:

"...Spomiędzy listów wyciągam fotografię Iwy, kładę przed sob
ą, przyglądam się uważnie; to fotografia z okresu rozbudzającego się buntu, na dobry rok przed śmiercią: jeszcze jest na niej wiotko-dziewczęca, rozmarzona, z ledwo uchwytnym polotem zmysłowości; obejmuje dużego pluszowego misia, lecz nie po dziecięcemu, ufnie, ale jakoś kurczowo, nieomal namiętnie; patrzy sponad pluszowej głowy niedźwiadka oczami smutnymi i rozumnymi; na szerokich ustach błąka się uśmieszek taki do wewnątrz, nie na pokaz, leciutko nadąsany. Jakże jest piękna, a przy tym niepokojąca - jak gdyby czegoś oczekująca, coś przyzywająca, czegoś szukająca..."

...W
ięc ta dziewczyna tam w kącie przedziału, teraz gniewnie odwrócona, przypomina mi Iwę: ten sam wiek, podobna uroda i ten zajączek zamiast misia, i nawet to samo nadąsanie... Dobrze - myślę - ale przecież pokolenie inne. Gdybym o tym nie wiedział skądinąd - wystarczyłoby posłuchać jej współtowarzyszy, zwłaszcza tego długowłosego. Auta. Książki. Podróże. Konkret i stabilność. Cele bliskie i nieosiągalne. Otwarte perspektywy. A pokolenie Iwy, to sprzed dziesięciu lat, stało przed ślepym murem. Dreptanie w miejscu. Obcość w niezrozumiałym świecie dorosłych. Kariery załatwiane przez ojców lub nie załatwiane. Brak woli, brak wiary w szanse i sens. Więc bunt: ucieczka w własne mikroświaty i mikrofilozofie. Zgrywa, szyderstwo, rozpacz, niepokój. Iwa wymyśliła sobie taką półreligię rodem ze science fiction. Potem zakochała się i zawiodła na tej miłości: była zbyt serio, była zbyt poważna w tym swoim niepoważnym świecie. Dlatego sięgnęła po kurek od gazu, zabiła się. Czy tylko dlatego? Czy ja wtedy, w tym reportażu, wszystko wyjaśniłem, wszystko do końca? Nie.

***

Związek Literatów zaaranżował w czynie społecznym spotkania pisarzy z młodzieżą szkół krakowskich. Mnie przypadło w udziale V Liceum Ogólnokształcące im. Witkowskiego, przy ulicy Świerczewskiego. Poszedłem - z obowiązku.

Aula nabita była młodzieżą ze starszych klas. Nie mam dobrego wzroku, widziałem dokł
adnie tylko najbliższe rzędy. Tam pod ścianą, po prawej stronie - znowu smutne dziewczęce oczy, twarzyczka trochę nadąsana, na wargach uśmieszek gorzki, ironiczny. Cóż to się ze mną dzieje? Obsesja?

Miałem mówić o czymś zupełnie innym - a mówiłem o Iwie, o "Koncercie na viola d'amore". Nie, nie tylko dla tamtych smutnych oczu, choć może one wyzwoliły pierwszy
impuls. Już w trakcie mówienia zorientowałem się o co mi chodzi: o konfrontację pokoleń. I nawet tak właśnie zakończyłem, nieco prowokująco:

- To prehistoria, która zapewne was nie dotyczy. Ot, była kiedyś taka dziewcz
yna w waszym wieku, która nie potrafiła dać sobie rady z życiem: może nadwrażliwa, może naiwna, może chcąca zbyt wiele, zbyt wiele wymagająca... Jeśli znudziłem was tą opowieścią - wybaczcie. Dziękuję za uwagę. Słuchaliście pilnie.

Cisza - przedłużająca sie, nieznośna. A kiedy chciałem już ją przerwać, zakończyć spotkanie zdawkowym banałem, wyrwał się
chłopak ze środka sali. Blondynek w okularach.

- Nie - powiedział z determinacją. - Pan mówił także o nas. To i nas dotyczy, przynajmniej niektórych. Dlatego słuchaliśmy pilnie.

Usiadł - zaczerwieniony i speszony. Czek
ałem na głosy sprzeciwu. Wreszcie wstała ta smutnooka, nadąsana.

- Rozumiem przywiązanie Iwy do pluszowego misia - mówiła. - Rzeczy są dobre, dają się oswoić. Są z nami i dla nas. Można im zaufać. Rzeczy - symbole. Rzeczy - uczucia. One nie krzywdzą.
Są wyrozumiałe...

Mówili jeszcze inni, ale wyszedłem pod wrażeniem tylko tych dwojga, chłopaka w okularach i smutnookiej dziewczyny. Długo myślałem nad tym, co powiedzieli. Zrozumiałem, że zamiast kon
frontacji dokonała się kontynuacja.

***

Czy gdyby dziennikarz wygłosił swą mowę o Iwie dziś, równo 30 lat później, trafiłby na mniej podatny grunt? Nie. Większość by jego słowa zbyła, zajmując w tym czasie myśli rzeczami typu: Auta. Książki (Internet). Podróże. Czyli konkretem i stabilnością. Celami bliskimi i nieosiągalnymi. Ale znalazłaby się niejedna Iwa lub dziewczynka z pluszowym królikiem.

Przejdźmy teraz do innego eseju, od którego cały zbiór bierze nazwę, czyli Piekło mężczyzn.

Tu posłużę się wielkimi skrótami, ale znów dotykając kwestii wtórności. Tym razem nie wewnątrz jednego tekstu i w oczach jednego autora, a na podstawie dwóch utworów i dwóch bohaterek. A może jednej. Ta w tekście Lovella ma ponad 40 lat. Druga jest około dekadę młodsza. Różnią się też lekko kolejami losu. Pierwsza ma dwoje dzieci. Druga pewnie pozostanie bez. Pierwsza opisuje swoje życie w połowie lat 70. Druga 30 lat później. Dwie bohaterki, czy jedna? Sami oceńcie...

W konfliktach małżeńskich stroną coraz bardziej buntowniczą, agresywną zaczynają być kobiety. Same te konflikty nie łagodnieją, lecz przeciwnie - nabierają ostrości. I wreszcie, następuje jak gdyby wymiana cech płci... Ale i to jeszcze daleko nie wszystko. Kiedy sie zna takie i inne, mniej kuriozalne, za to głębsze i bardziej powszechne dramaty kobiet; kiedy zapuści się sondy w różne środowiska i pokolenia; kiedy zwierzenia i obserwacje skonfrontuje się z wiedzą i doświadczeniem fachowców - to jest psychologów, psychiatrów, seksuologów - narastają groźne pytania o ich przyczyny, o zasięg procesu unieszczęśliwiania miłości, małżeństwa, rodziny...

Myślę, że uprzedzając wszystko, co jeszcze w tej materii zostanie tu powiedziane, raz wreszcie trzeba stwierdzić dobitnie i otwarcie: dotychczas często i słusznie mówiło się (i pisało) o piekle kobiet, lecz teraz równie słusznie należałoby mówić o
piekle mężczyzn, skazanych na swoje kobiety. Może zasłużyliśmy na to piekło, niemniej pozostaje faktem, że siedzimy w nim po uszy. I drugi jeszcze pewnik: kobiety nie dostąpiły przez to bram raju. Przeciwnie: ich piekło jeszcze się pogłębiło. Dolewają więc nam siarki i ołowiu. Zresztą w gruncie rzeczy smażymy się we wspólnym kotle, a swąd i lament niesie się po całym świecie.

Mimo wszy
stko właśnie im, kobietom, należy pierwszym oddać głos. Tak - ale którym? Z jakiej generacji? Z jakiego środowiska? Raczej nie nastolatkom; to osobny problem. Ani kobietom zdecydowanie starszym; należą do innej epoki. Więc może tym około czterdziestki: jeszcze w pełni aktywnym, lecz już sumującym pewne doświadczenia z życia przeżytego w warunkach im współczesnych. Środowisko - raczej wielkomiejskie, bo wieś to znowu osobny problem. Chodziłoby o niewiastę wrażliwą i inteligentną, zdolną do refleksji i samokrytycyzmu.

...To nie jest łatwa sprawa skłonić kobietę do zwierzeń w materii tak intymnej. Reporter przyzna szczerze: szukał usilnie, lecz nie znalazł tej jednej, jedynej, której racje starczyłyby za wszystkie inne. Niemniej z fragmentów życiorysów, z prawd cząstkowych spróbuje ulepić osobowość reprezentatywną.


(...)

Oto jej dane personalne: Anna Z., lat 44, mężatka, dwoje dzieci, pracująca, warunki materialne znośne, samodzielne mieszkanie dwupokojowe, auta nie posiada...

- Skoro powołałem panią do życia, pani Anno, to niech nam je pani opowie...

- Mam zacząć od początku? Więc dobrze: urodziłam się... i tak dalej. Rozpieszcona jedynaczka.

(...)


Chyba każda z nas, młodych kobiet, hołubi w sobie taki wyidealizowany portret mężczyzny - niekoniecznie księcia z bajki, to już przestarzałe, ale właśnie dzielnego, dobrego nieskazitelnego człowieka, pojętego jako wartość stała, niezmienna w czasie, jako punkt oparcia na dziś i na zawsze...

(...)

Zdarzały się chwile euforii, ale przeważało głębokie rozczarowanie i niechęć.

(...)

Rozpoczął się trzeci kryzys w moim życiu: rozdarcie między dom a pracę. W domu wszystko leciało mi z rąk, byłam roztargniona i opryskliwa - myślałam o biurowej robocie, o tym, czy zdążę, czy czegoś nie sknociłam, kogoś nie uraziłam; to samo w pracy - bo niepokoiłam się o sprawy domowe i ręka coraz to sama wyciągała do telefonu. (...) Cierpiałam okropnie i na kimś musiało się to wyładować. Na kim? Oczywiście na mężu. Nie miałam żadnego dowodu, żeby mnie zdradzał, żeby miał jakąś kochanicę, ale wydawało mi się, że skoro ja stałam się taka, jaka jestem, a więc tym strasznym babsztylem i jędzą - to on musi mnie zdradzać, na pewno z młodszymi i ładniejszymi...

(...)

Starszy pan doktor zrozumiał wszystko, dał proszki uspakajające i poradził zająć się przede wszystkim dziećmi.

Mąż, o imieniu Tadeusz (mąż Anny z Powidoku nie jest nigdy wymieniany z imienia, za to pewien Tadeusz już na pierwszej stronie dzieli się kilkoma słowami z czytelnikiem), więc Tadeusz, mąż Anny Z., ma to do powiedzenia o swojej żonie:

Ja po tych przejściach zrozumiałem coś, czego - obawiam się - żona po dziś dzień nie rozumie, że podstawową przyczyną wszystkich jej klęsk, piekła, które sama przeżywa i w które nas wciąga, jest nie tyle egoizm - co egotyzm: odnoszenie wszystkiego do siebie, uczynienie z własnej osoby centralnego punktu świata, a więc nieumiejętność wyjścia poza siebie, dostrzeżenie innych ludzi, koncesji na rzecz ich dobra.

***

Dwie Anny, zmyślone, a prawdziwe. Dwie dziewczyny z pluszakami. Choć Jerzy Lovell pisze fikcyjny list od Iwy w swym eseju, na podstawie zebranych dowodów i zgodnie z intuicją. Każda z tych osób wywodzi się z innych czasów, a wszystkie są dla nas zrozumiałe i są nam bliskie (niektórym bardziej, niektórym mniej).

Pewni ludzie boją się repetycji. Starają się za wszelką cenę być oryginalni, zrobić coś, co nie zostało nigdy zrobione. Człowiek praktycznie nie zmienił się przez te wszystkie miliony lat. Zmienia się technologia, która warunkuje przesuwanie się postrzegania z jednych zmysłów na drugie. Na przyspieszenie lub zwolnienie procesów wokół nas, ale nie w nas. Na pewne choroby cywilizacyjne wynikające z nieprzystosowania naszych organizmów do danej prędkości.

Ale MY się nie zmieniamy.

Przepaść między generacjami to mit, który kultywujemy, bo boimy się tej niezmienności człowieka, a jednocześnie nie mamy siły śledzić zmienności technologii.

W tej chwili kolejna Iwa umiera w jakimś krakowskim, warszawskim lub poznańskim mieszkaniu.

W tej chwili pewna Iwa nie chce umrzeć. Do takiej Iwy pisał apel 30 lat temu Jerzy Lovell. Do takiej Iwy pisałem apel ja 5 lat temu w swojej gazecie OKNO.

W tej chwili jakiś inny pisarz ratuje kolejną Iwę.

Ludzie kultury, twórcy, zamiast rozgłaszać kolejne kryzysy, powinni przyjrzeć się kilku podstawowym problemom, które nękają człowieka. I niech się nie wstydzą naiwności i wtórności. Niech właśnie ją wykorzystają jak najlepiej, by dotrzeć do kolejnej Anny, Iwy, Jerzego, Daniela, jego, jej, ich...