BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zmiana percepcji czasu i tożsamości w wyniku nowego przełomu technologicznego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zmiana percepcji czasu i tożsamości w wyniku nowego przełomu technologicznego. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 stycznia 2012

Zmiana percepcji czasu i tożsamości w wyniku nowego przełomu technologicznego - część XII - ostatnia


Jakoś zostawiłem ostatnią część magisterki na tak długo, że pewnie już nikt nie doczyta. Przynajmniej będę miał dzięki poniższemu blokowi tekstu niezły zbiór nowych "key-wordów" dla wyszukiwarek.

Rozdział DIY miał być bardziej spektakularny, oparty na wielu wywiadach wśród autorów komiksów i plastyków akademickich. Niestety zajęty byłem pracą nad Zapętleniem (które przecież było moją praktyczną pracą dyplomową) i zaliczaniem technologii malarskich, których nie potrafiłem zdać przez 4 lata, bo odechciewało mi się mieszać pigmenty w żółtku po kilku godzinach i przestawałem przychodzić na zajęcia.

Więc jest to, co jest.

Nie wiem kiedy znów wrócę na blogu do pasjonującej mnie niezwykle kwestii czasu i jego percepcji, dlatego pozwolę sobie, nim oddam w Wasze monitory końcówkę pracy, podzielić się zdjęciem jednego z najbardziej przejmujących wyznań naściennych, jakie kiedykolwiek w życiu zobaczyłem. 

kliknij, żeby powiększyć.

Przechodzę obok prawie codziennie i za każdym razem treść mną wstrząsa - i oczywiście nie chodzi tu o relacje damsko męskie, a o relatywizm czasu i jakim ogromnym wycinkiem życia takie stracone lato jest dla młodej osoby.



2.5.    DIY

DIY, czyli „Do it yourself” kojarzy nam się głównie z kontrkulturą – nagrywanymi w garażu demówkami zespołów punkowych lub niskonakładowymi gazetkami robionymi metodą „klej i nożyczki” i powielanymi na starych kserokopiarkach.

Nowy pejzaż kulturowy stawia tę kojarzoną z małymi niszami etykę i estetykę, jako dominujące, bo najbardziej powszechne i najbardziej wpływowe. Muzykę można tworzyć lub miksować na komputerze za pomocą profesjonalnego lecz intuicyjnego oprogramowania (będące niedostrzegalnym ułamkiem kosztów stworzenia studia nagraniowego). Tak samo łatwo jest złożyć profesjonalny magazyn lub zmontować i okrasić efektami specjalnymi film. Ceny urządzeń technicznych również są bardziej przystępne, a i technologia coraz lepsza, co owocuje tym, że prawie każdy student multimediów odczuwający potrzebę, może zakupić kamerę video i przygotować film na wysokim poziomie jakościowym.

Co jednak najważniejsze, mamy teraz nieograniczone możliwości w udostępnianiu naszej twórczości widzom / słuchaczom / czytelnikom na całym świecie. I faktycznie, wielu twórców (profesjonalnych lub nie – rozróżnienie już ledwo dostrzegalne), woli samemu wyjść do ludzi, niż grzęznąć w pertraktacjach z wydawcami i producentami, kłócić się o ostateczny kształt pracy i wreszcie tracić pieniądze, które wydawcy i producenci, jako pośrednicy, biorą dla siebie. Nowe media pozwalają również na niebywałą kontrolę nad własną twórczością i własnym wizerunkiem. Pisząc bloga, można w każdej chwili wrócić do tekstu, poprawić go. Niniejsza praca, wydrukowana na papierze, oddana jako coś finalnego, zastyga w niedoskonałym kształcie. Na blogu z kolei byłaby punktem do dyskusji (w komentarzach) i w każdej chwili mogłaby zostać właściwie rozbudowana, będąc cały czas w tym samym miejscu (pod tym samym adresem).

Coraz bardziej popularna staje się koncepcja wirtualnej galerii. Oczywiście jakość prezentowanych na ekranie monitora prac jest nieporównywalnie gorsza od oryginałów (zwłaszcza w przypadku prac malarskich operujących fakturą, rozmiarem, umiejscowieniem w przestrzeni), ale są one powszechnie dostępne. Nie trzeba nabywać książek z ich reprodukcjami lub jechać na drugi kraniec świata, by je zobaczyć. Obok typowych witryn prezentujących prace jak w typowej publikacji (61) (choć też nie do końca, bo zazwyczaj możemy powiększyć dany obraz, przyjrzeć się szczegółom niedostępnym na papierowej reprodukcji formatu A4), istnieją galerie trójwymiarowe, po których poruszamy się jak w grze komputerowej. Platforma Second Life pozwala nam stworzyć własną przestrzeń wystawienniczą i zawiesić na jej ścianach cyfrowe wersje obrazów. Wystarczy następnie podać współrzędne na mapie platformy, i każdy zainteresowany może się zarejestrować i odwiedzić wystawę. Kolejną zaleta jest nieograniczony czas jej trwania – co jest niemożliwe w realnej przestrzeni galeryjnej.

Młody polski twórca, Jakub Wróblewski, swoją pracę dyplomową, zbiór krótkich impresji filmowych, również umieścił w sieci (62). O ile impresje te puszczane w trakcie dyplomu były zwartą całością nagraną na jednej płycie jako jeden film, w sieci są one osobnymi fragmentami. To widz wybiera w jakiej kolejności chce je oglądać.

Ciekawe jest również przedsięwzięcie innej absolwentki warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych – Jaśminy Wójcik. W realnej przestrzeni zorganizowała wystawę o snach. Najistotniejszym elementem wystawy była interaktywność. Odwiedzający mogli nagrać swoje wspomnienia ze snów na rejestratorze dźwięku, a wspomnienia te były dodawane do już wcześniej nagranych i puszczanych. Projekt będzie kontynuowany w Internecie. Na stronie projektu będzie można nagrać się i odsłuchać nagrane wcześniej materiały – co powoduje, że praca Jaśminy staje się żywym organizmem współtworzonym przez wiele anonimowych osób.

Nawet laicy albo osoby nie dysponujący finansami, by wykupić miejsce na serwerze i zapłacić programiście za stworzenie strony, mogą  zaistnieć, dzięki wielu darmowym platformom i serwisom. Piętno bloga, jako ekshibicjonistycznego dziennika pensjonariuszki, powoli odchodzi w niebyt i blog staje się synonimem silnika programowego – medium – dla dowolnych treści. Wiele małych wydawnictw (63), magazynów (64) lub serwisów (65) korzysta z silnika blogowego, nie widząc w tym ujmy. Istnieje niezliczona liczba portali i platform związanych z plastyką (66) lub muzyką (67). Często takie rozwiązania okazują się bardziej korzystne niż autorskie strony, bo będąc podpięte pod sieć podobnych stron-profili, pozwalają na proste reklamowanie się nawzajem, na komentarze i wiele innych rodzajów interakcji.

Kwestie te są niezwykle istotne przy procesie decydowania o publikacji, zwłaszcza w sytuacji gdy w świecie analogowym można udostępnić gdzieś swój artykuł, komiks, fotografie, etc. w ramach przysłowiowego „promowania siebie” lub za drobną sumę, nieadekwatną do włożonej pracy. Czy w takim razie nie lepiej opublikować to w sieci? Mój autorski album komiksowy został wydany w nakładzie 500 egzemplarzy (gdyż w sektorze komiksowym w Polsce nakłady polskich autorów wahają się w granicy 200 – 1000 egzemplarzy). Mimo to, że zazwyczaj papierowa wersja komiksu, książki, magazynu, krąży wśród znajomych nabywcy, wiele egzemplarzy jakichkolwiek nakładów leży latami w magazynach lub są niszczone na ekspozycjach w Empikach. Z kolei gdy fragment mojego komiksu wrzuciłem na serwis należący do wp.pl – Komiksomanię, w ciągu dwóch, trzech tygodni zobaczyło go 7 tysięcy osób. Wynik mówi sam za siebie, choć i tak jest słaby, gdyby go porównać z innymi pracami umieszczonymi na wspomnianym serwisie.

Jednak sprawa nie jest aż tak prosta, jak się wydaje. Papier, płyta, ogólnie rzecz biorąc – artefakt – wciąż ogromnie wiele znaczy w dzisiejszych czasach. I bynajmniej nie chodzi o to, że będzie popyt na dany artefakt, lecz o to, że wciąż wśród ogromnych rzeszy wyższy jest status człowieka z wydaną płytą muzyczną, niż kogoś z większą liczbą słuchaczy, ale działającego w sieci.

Niektórzy znajdują w takiej sytuacji drogę pośrednią. Zespół Radiohead, po odejściu z firmy fonograficznej, postanowił sam wydać swój album „In rainbows”. Precedens, przynajmniej na taką skalę, polegał na fakcie, że przez pierwszy okres promocji album był do ściągnięcia z ich oficjalnej strony za „co łaska”. Dosłownie, bo ściągając trzeba było podać kwotę, jaką jest się gotowym zapłacić za album, od jednego pensa do stu funtów. Nie podano nigdzie oficjalnych zysków, ale oświadczono, że operacja okazała się sukcesem (68). Płyta w postaci fizycznej trafiła do sklepów, gdy opisana akcja dobiegła końca.

Billy Corgan, lider znanego i wpływowego zespołu Smashing Pumpkins, stwierdził niedawno, że zmieniają się rytmy w słuchaniu wywołane zmianami technologicznymi (69). Obecnie większość albumów słuchanych jest wybiórczo w programach muzycznych, gdzie można samemu ustalić sobie playlistę (złożoną z różnych wykonawców i piosenek). Nawet jeśli kupujemy pełny album (choć w internetowych sklepach muzycznych można kupować pojedyncze utwory), to przesłuchujemy go w całości raz lub dwa, a następnie wybieramy ulubione piosenki, które trafiają na nasze playlisty. Dlatego też Billy Corgan postanowił porzucić koncepcję wydawania co kilka lat pełnometrażowego albumu i co jakiś czas udostępniać w sieci kolejne utwory. Dopiero po jakimś czasie i weryfikacji publiczności, niektóre z nich będą trafiały na realne artefakty – czyli płyty.

Trent Reznor, lider zespołu Nine Inch Nails, próbował już wielu metod promocji przez internet. Fragmenty instrumentalnego albumu „Ghosts” są do ściągnięcia za darmo z oficjalnej podstrony zespołu (70). Dopiero jeśli chciało się kupić całość, trzeba było zapłacić. Album „With Teeth” puszczany był w całości na serwisie Myspace.com, by potencjalny nabywca mógł zdecydować przed kupnem, czy chce wesprzeć projekt. W ramach podzięki i prezentu dla fanów, Reznor wypuścił album „The Slip” za darmo, również w postaci cyfrowej (71). W spakowanym pliku znajdowała się również wysokiej jakości książeczka do samodzielnego wydrukowania, zatem album ten, przy odrobinie własnego wysiłku, nie będzie odróżniał się od pozostałych na półce.

Nie trzeba jednak patrzeć tak wysoko i daleko, by zobaczyć jak etyka DIY sprzężona z możliwościami danymi przez internet wpływa na współczesny obraz kultury. Na przykładzie polskiej komiksiarki i jej kolejnych sukcesów chciałbym pokazać, jak prosto i efektywnie jest teraz wypromować się i trafić do swoich czytelników.

Olga Wróbel, na co dzień sekretarka, od kilku lat tworzy komiksy autobiograficzne. Choć tworzone są analogowo, autorka skanuje je w pracy i wrzuca do sieci. Wpierw zamieszczała je na serwisie Digart.pl (72), platformie służącej do pokazywania swoich prac, ale i do komentowania swojej twórczości nawzajem i do wszelkich dyskusji związanych z polem aktywności i zainteresowań. Tam, przeglądając różne galerie, natrafiła na innych polskich komiksiarzy, co zaowocowało znajomością z kilkoma z nich na żywo. Olga została zaproszona do jednego z polskich magazynów komiksowych (73), którego redaktorem był właśnie jeden z nowopoznanych znajomych. Podczas akcji promocyjnej Olga poznała kolejnych komiksiarzy, którzy z kolei dowiedzieli się o jej twórczości. Wkrótce potem autorka założyła bloga (74), gdzie zaczęła publikować nowe komiksy. Jednocześnie nie zaniedbała Digartu, bo tam byli jej stali czytelnicy. W ramach promocji bloga, zaczęła na Digarcie wrzucać tylko fragment komiksu, linkując adres swojego bloga, gdzie był ciąg dalszy. Następnie założyła konta na Facebook.com i Twitter.com. Tam zamieszcza za każdym razem notkę o aktualizacji bloga, żeby znajomi nie przeoczyli kolejnego wpisu. Oczywiście wśród znajomych na Facebooku ma wszystkich kolejno spotykanych na imprezach na żywo komiksiarzy, dzięki czemu jest już pełnoprawną częścią środowiska, rozpoznawalną autorką. To z kolei owocuje tym, że gdy podczas kolejnego festiwalu komiksowego w Poznaniu organizowana jest wystawa kobiecego komiksu i gdzie sprzedawany jest okolicznościowy kalendarz z pracami autorek z Europy Środkowej, to ona zostaje reprezentantką Polski. Później, zadowolony ze współpracy i interesujący się jej twórczością organizator festiwalu zaoferuje się zostać wydawcą jej papierowego debiutu, wydając album od razu po polsku i angielsku.

Olga nie ma ani plastycznego wykształcenia, ani mentorów. Przy właściwym połączeniu własnej ciężkiej pracy i talentu, życia towarzyskiego w realnym świecie i odpowiednich działań w świecie wirtualnym, została w ciągu niespełna dwóch lat jednym z najważniejszych kobiecych twórców komiksu w Polsce.

Postępująca demokratyzacja zburzyła starą władzę. Nie instytucje decydują o tym, kto jest profesjonalnym twórcą, a własna przedsiębiorczość połączona z właściwą reakcją niszy, do której się trafia, przy czym nie jest się ograniczonym do rodzimego podwórka. Jeśli ktoś ma właściwy horyzont sieci, może trafiać do swojej niszy na różnych krańcach globu (przykładowo, niektórzy publikujący swoje prace na digart.pl umieszczają swoje prace również na deviantart.com, największej zagranicznej platformie plastycznej, dzięki czemu pokazują się nie tylko potencjalnym zleceniodawcom umiejącym obsłużyć aplikację w języku polskim, ale też i tym ze znajomością języka angielskiego).

Wielu studentów ASP narzeka, że informatycy, którzy opanowali programy graficzne, zabierają im miejsca pracy. Jest to kolejny dowód na dezinstytucjonalizację. Internetowa encyklopedia – Wikipedia jest najlepszym obrazem nowej kultury, gdzie każdy czytelnik, każda jednostka, ma wpływ na kształt kultury. Z jednej strony trzeba przyznać Debordowi i Baudrillardowi, że żyjemy w świecie spektaklu i symulacji; z drugiej strony sytuacja wymaga od nas aktywności i autentyczności. Że ta autentyczność jest tak widocznie sprzężona z bodźcami płynącymi od innych, że my, jak u Gombrowicza, wciąż walczymy o formę, nie wydaje mi się czymś gorszym. Przyjrzeliśmy się w rozdziale o strukturalizowaniu czasu, że niezależnie od czasu historycznego, jesteśmy sprzężeni z innymi i każdy nasz wybór ma dla nas nieodwracalne skutki. Aktor grający postać na scenie staje się amalgamatem swojej przeszłej osoby i postaci, w jaką się wcielił. Widzowie też widzą ten amalgamat. Gdy aktor zejdzie ze sceny, jest już skontaminowany przez ten amalgamat, jakim był na scenie – nie może wrócić już do postaci przeszłej, czystej. Wciąż staje się, niezależnie od tego jak postrzega czas, linearnie staje się. Uważam, że nowa, semipubliczna tożsamość, eksponowana i wchłaniające bodźce ze wszystkich stron, jak za czasów kultury audialnej i idące za nią uznanie bądź jego brak, są bardziej autentyczne i realne, niż postulowane przez Deborda uznanie antyspektakularne (75), polegające na skrywaniu się przed publicznym okiem. Zwłaszcza, że postawa Deborda również istniała względem społeczeństwa i wreszcie została wchłonięta przez Spektakl.

Przypisy dla DIY:

61) Olga’s Galery, http://www.abcgallery.com/
62) Ager Incertus, http://www.agerincertus.com/
63) Wydawnictwo CKH, http://ckh-wydawnictwo.blogspot.com/
64) Ziniol, http://ziniol.blogspot.com/
65) Kolorowe Zeszyty,  http://kolorowezeszyty.blogspot.com/
66) DeviantArt, op. cit.
67) MySpace, http://www.myspace.com/
68)
http://web.archive.org/web/20080208234628/http://www.billboard.com/bbcom/news/article_display.jsp?vnu_content_id=1003660154
69) http://leisureblogs.chicagotribune.com/turn_it_up/2008/12/billy-corgan-di.html
70) Strona z albumem Ghosts, http://ghosts.nin.com/
71) Strona z albumem The Slip, http://theslip.nin.com/
72) http://kitchenbizmo.digart.pl/
73) Olga Wróbel, Zaznaczam: Mogę się mylić [w:] Jeju 8, Warszawa 2009, s. 3.
74) Odmiany Masochizmu, http://odmianymasochizmu.blogspot.com
75)  Guy Debord, op. cit., s. 27 

ZAKOŃCZENIE 

W jakim kierunku zmierzamy? Jak będziemy postrzegać siebie za kilkanaście, kilkadziesiąt lat i jak wtedy będziemy pojmowali czas? Nikt tego nie jest w stanie przewidzieć. Może loty na Marsa zmienią nasz sposób rozumienia świata jeszcze bardziej, a może będą wyłącznie ciągiem dalszym znanym od stuleci kolonializmu, łatwe do objęcia pojęciowo za pomocą starych casusów.

Mam nadzieję, że praca ta unaocznia pewne paralele między tym, jak cywilizacja rozwijała się od pradziejów z tym, jak rozwija się od przejęcia czasu przez Spektakl. Wydaje mi się, że wkraczamy w bardzo podobną sytuację, w jakiej znajdowały się pierwsze cywilizacje i napotykamy podobne problemy. Młode pokolenia, coraz mniej skażone przez naszą doczesną pamięć i przekazywane przez obecne pokolenia wartości, będą traktowały nowy, spektakularny czas, jako coś coraz bardziej naturalnego i transcendentnego, aż wreszcie przestaną zauważać fakt, iż to my go stworzyliśmy. Rozłam na świat realny i wirtualny zostanie ostatecznie zasklepiony, im intensywniejszy będzie mariaż online i offline. Wreszcie puentylistyczna czasoprzestrzeń zacznie być postrzegana w ramach teologicznych i nałożona na wcześniejsze doktryny kościołów, tak jak czas chrześcijański był nakładany na wcześniej ustalone porządki. Pewnie za kilka wieków następny odpowiednik Kościoła i kapitalizmu zostanie wytworzony, i on przejmie władzę nad czasem.

Trzeba pamiętać, że powyższy akapit, rodem z science-fiction, nie odnosi się do prostych, widocznych gołym okiem procesów, jak pojawienie się witryny YouTube, albo pendrive’ów (przenośnej pamięci). Procesy, o jakich mowa, trwają całymi wiekami, korelują, sprzęgają się, wchodzą w mariaż. Jak się jednak spojrzy na nie z odpowiedniego dystansu, można wyłapać pewne rytmy i próbować przewidzieć co może w najbliższej (kilkadziesiąt, kilkaset następnych lat) przyszłości nastąpić.

W tym wszystkim największą stałą jest człowiek i to jego zachowania najłatwiej przewidzieć. Piramida Maslowa wyczerpuje pole naszych działań i nawet wskazuje w jakiej kolejności je wykonamy, byleby przetrwać (wpierw na płaszczyźnie biologicznej, następnie statusu społecznego, wreszcie w samorealizowaniu się). Oczywiście zdanie to jest już zbytnim strywializowaniem sprawy, ale wcale daleko od faktycznego stanu rzeczy nie odbiega.

Niezależnie od wszelkich dywagacji i prognoz, wierzę, że praca ta daje wgląd w obecny pejzaż kulturalny i pomaga choć trochę lepiej się w nim odnaleźć, niezależnie w jakiej formie uczestniczmy w kulturze, a volens nolens, wszyscy w niej uczestniczymy. 

BIBLIOGRAFIA

Antropologia Kultury, Wyd. UW, Warszawa, 2005.

Berne Eric, W co grają ludzie – psychologia stosunków międzyludzkich, tłum. Paweł Izdebski, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa, 2008.

Debord Guy, Społeczeństwo spektaklu oraz Rozważania o społeczeństwie spektaklu, tłum. Mateusz Kwaterko, PIW, Warszawa, 2006.

Gombrowicz Witold, Ferdydurke, PIW, Warszawa, 1956.

Gombrowicz Witold, Kosmos, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 1994.

Jeju 8, pod redakcją Tomasza Pastuszki, Warszawa, 2009.

Le Goff Jacques, Od czasu średniowiecznego do czasu nowożytnego [w:] Czas w kulturze, tłum. Bohdan Chwedeńczuk, PIW, Warszawa, 1988.

Leunig Michael, Ramming the shears, Dynamo Press, Melbourne, 1985

Lloyd Geoffrey Ernest Richard, Czas w myśli greckiej [w:] Czas w kulturze, tłum. Bohdan Chwedeńczuk, PIW, Warszawa, 1988.

McLuhan Marshall, Wybór tekstów, tłum. Ewa Różalska i Jacek M. Stokłosa, Zysk i S-ka, Poznań, 2001.

Młodzi i Media, (do ściągnięcia pod adresem: http://wyborcza.pl/0,104532.html), pod redakcją Mirosława Filipiaka, Michała Danielewicza, Mateusza Halawy, Pawła Mazurka, Agaty Nowotny, Warszawa, 2010.

Nietzsche Fryderyk, To rzekł Zaratustra: książka dla wszystkich i dla nikogo, tłum. Sława Lisiecka, Zdzisław Jaskuła, PIW, Warszawa, 1999.

Nowe media w komunikacji społecznej w XX wieku. Antologia, Oficyna Naukowa, Warszawa, 2002

Ortega y Gasset José, Bunt mas, tłum. Piotr Niklewicz, Muza, seria „Spektrum”, Warszawa, 1995.

Różewicz Tadeusz, Czytanie [w:] Tadeusz Różewicz, Proza, tom III, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław, 2004.

Sartre Jean Paul, Egzystencjalizm jest humanizmem, tłum. Janusz Krajewski, Muza, seria „Spektrum”, Warszawa, 1998.

Sloterdijk Peter, Pogarda mas, tłum. Bogdan Baran, Czytelnik, Warszawa, 2003.

Tatarkiewicz Władysław, Dzieje sześciu pojęć, PIW, Warszawa, 1982.

Ludwig Wittgenstein, Tractatus logico-philosophicus, tłum. Bogusław Wolniewicz, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa, 1970.

Strony internetowe(stan na 15 maja 2010: aktywne)

Olga’s Gallery, http://www.abcgallery.com/

Ager Incertus, http://www.agerincertus.com/

Bash, http://bash.org.pl/latest/

Wydawnictwo CKH, http://ckh-wydawnictwo.blogspot.com/

DeviantArt, http://www.deviantart.com/

Wikipedia, http://en.wikipedia.org/wiki/Main_Page

Strona z albumem Ghosts, http://ghosts.nin.com/

Kolorowe Zeszyty, http://kolorowezeszyty.blogspot.com/

Kominek, http://kominek.blox.pl/html

Blog Kuby Dąbrowskiego, http://kubadabrowski.blogspot.com

LastFm, http://www.lastfm.pl/

Cytat Billy’ego Corgana, http://leisureblogs.chicagotribune.com/turn_it_up/2008/12/billy-corgan-di.html

Google Street View, http://maps.google.com/maps?f=q&hl=en&q=&layer=c&cbll=40.758414,-73.985198&cbp=11,42.04,,0,-6.66&ie=UTF8&om=1&panoid=TZZaoRRf6Kv3sDcvcaT5wA&t=h&ll=40.78886,-74.185181&spn=1.039745,4.235229&z=8

MySpace, http://www.myspace.com/

Pub pod Picadorem, http://pubpodpicadorem.blogspot.com/

The daily meme, http://thedailymeme.com/what-is-a-meme/

Strona z albumem The Slip, http://theslip.nin.com/

I-god, http://www.titane.ca/igod/main.html

Twitter, http://twitter.com/

We are from Poland, http://wearefrompoland.blogspot.com/

Cytat o sprzedaży albumu “In rainbows”, http://web.archive.org/web/20080208234628/http://www.billboard.com/bbcom/news/article_display.jsp?vnu_content_id=1003660154

YouTube, http://www.youtube.com/

Ziniol, http://ziniol.blogspot.com/

czwartek, 7 lipca 2011

Zmiana percepcji czasu i tożsamości w wyniku nowego przełomu technologicznego - część XI

Już tylko ten wpis i następny i koniec mojej pracy magisterskiej, zbyt nieregularnie podawanej na blogu, by kogokolwiek to już interesowało. No cóż. Jak zwykle, linki do poprzednich części:
pierwszej, drugiej, trzeciej, czwartej, piątej, szóstej, siódmej, ósmej, dziewiątej i dziesiątej.

Nie zrobiłem w tym roku relacji z Bałtyckiego Festiwalu Komiksowego. Olga właściwie wyczerpała temat u siebie. Jak jesteśmy tak wprzęgnięci w sprawy organizacyjne, opiekę nad goścmi (Rong Rong Luo i Simonem Bisley) i jeszcze prowadzimy własne wykłady i warsztaty, to na zabawę zostaje bardzo mało czasu. A z drugiej strony rozpisywanie się o tym jak z goścmi chodziliśmy po starówce raczej nie będzie interesujące poza dawką już podaną przez żonę mą.

W jednym zdaniu - wciąż jestem wielbicielem BFKi, wciąż uwielbiam atmosferę i organizację tej imprezy i żałuję, że było tak mało komiksiarzy na tegorocznej edycji. Choć z drugiej strony, większość znajomych ma już koło trzydziestki, na głowie rodziny i dzieci i całą mase nieprzewidzianych zdarzeń z tymi faktami związanych i faktycznie z roku na rok będziemy się wykruszać, albo wpadać na jeden wybrany przez się festiwal rocznie. Kończy się picie przez trzy dni z rzędu trzy czy cztery razy w roku. Taki lajf.

Zamiast dowcipnej fotorelacji jedno zdjęcie, nie pomniejszone, by mozna sobie ustawić np. na tapetę. Zrobione podczas niesamowitego fire-show podczas jakieś alternatywnej imprezy na terenie opustoszałych fabryk. Jakub Babczyński jak zawsze wie gdzie się dzieje! Gdyby tylko te niesamowite punkty programu nie były wymyslane na spontana, tylko wcześniej zgrywane z organizatorami festiwalu, byłoby już pysznie.




***

Wczoraj szukałem informacji o Józefie Szajnie w internecie, ale zapomniałem nazwiska, więc próbując sobie przypomnieć wpisywałem różne kombinacje, m. in. "Szańca" i wyskoczyły mi wpisy dotyczące Wilczego Szańca, w tym strona wydawnictwa No Sanctuary. Swego czasu, czyli jakieś dwa lata temu, namiętnie słuchałem piosenek, które udostępnili na swoim majspejsie, po czym dobrowolnie odciąłem się od internetu i straciłem kontakt z ich muzyką. A tu patrzę i okazuje się, że wydali płytę. I to do ściągnięcia z ich strony. Kto tęskni za klimatem muzycznym Ewy Braun i/lub lubi Boards of Canada, powinien sprawdzić i posłuchać. Plus mają świeną okładkę kojarzącą mi się z cytowaną w mojej pracy magisterskiej książką Pogarda mas Sloterdijka. Aż sam zacząłem żałować, że oneshot Też tam podążasz w Powidoku jest szkicowo rysowany, a nie tak namalowany.

***

A teraz powrót do pracy magisterskiej:



2.4. Mariaż online z offline



Jedną z głównych przyczyn stojących za niemożliwością powrotu do życia czysto analogowego jest fakt, że dzisiejsza młodzież jest pierwszym pokoleniem, które nie pamięta świata sprzed Internetu i telefonii komórkowej. Encyklopedia stała się archaizmem, bo nie jest w stanie nadążyć za tyloma informacjami na raz, a selekcja redakcji nie pozwala mieć wglądu w to, co dla wielu ludzi jest akurat najbardziej istotne. Zresztą Wikipedia (58) jest idealnym przykładem nowego pejzażu kulturowego, gdzie czytelnicy są jednocześnie redaktorami, korektorami, pomysłodawcami nowych haseł i weryfikatorami informacji. Nie miejsce tu na dyskusję o wadach i zaletach takiego systemu. Istotna jest reprezentatywność tego przykładu i jego przystosowanie do obecnych realiów. Żadna jedna konkretna nisza nie hierarchizuje informacji. Jednocześnie sam proces korzystania z Wikipedii jest (potencjalnym) aktem społecznym.


To, co mnie zaciekawiło, gdy zacząłem zagłębiać się w opisywaną tu problematykę, to fakt, że często młodzież woli skorzystać z forów dyskusyjnych, niż samemu dotrzeć do sprawdzonych informacji. Potrzeba weryfikacji zdobytej wiedzy z żywym człowiekiem lub radzenie się go przed etapem zbierania wiedzy książkowej jest symptomatyczne i potwierdza obserwację o „mediach jako procesach społecznych”. Jak piszą autorzy raportu „Młodzi i media”, "Dla młodych „najpełniejszą i najbardziej wartościową formą spotkania jest kontakt twarzą-w-twarz. Warto to jeszcze raz podkreślić, bo nasi rozmówcy wielokrotnie deklarowali pewien dystans do kontaktu ekran-w-ekran, który wynikał ze świadomości ograniczeń tej formy komunikacji, a niekiedy był wręcz wyrazem pewnej nieufności (szczególnie jeśli chodzi o poznawanie nowych osób). Warto to powtórzyć także dlatego, że wśród rodziców, nauczycieli i dziennikarzy często można usłyszeć obawę o to, że nowe media są protezami kontaktów bezpośrednich, że „młodzież, zamiast spędzać czas na powietrzu, siedzi przed komputerem”.(59)”


Aktywność społeczna sprzężona jest z mediami i podział na życie online i offline przestał mieć rację bytu. Ostracyzm w klasie może polegać na tym, że nikt nie będzie komentował zdjęć z imprezy w galerii osoby, która nie jest w danej klasie lubiana. Ten wirtualny znak odbija się na realnych relacjach i jasnym zaznaczenia ról w grupie. „Internetowe samobójstwo” – skasowanie wszystkich blogów, galerii, profili na portalach społecznościowych jest ściśle sprzężone z funkcjonowaniem w realnym świecie (i służy zazwyczaj temu samemu, co realna próba samobójstwa – zwrócenie na siebie uwagi, sprawdzenie komu z bliskich naprawdę zależy). Zaciera się coraz bardziej estetyczne pojmowanie świata realnego i wirtualnego. Często widok za oknem wygląda dla mnie prawie perfekcyjnie – trzeba by tylko poprawić saturację, jak w programach graficznych. Gdy wracałem kiedyś do Warszawy pociągiem, spojrzałem przez okna na widok miasta na tle niesamowitego koloru nieba i pomyślałem: „Prawie jak w ‘Half Life 2’”. Rzeczywistość była prawie tak zachwycająca jak gra komputerowa. Większość moich znajomych dzieli się podobnymi refleksjami.


Dzięki kolejnym rewolucjom w mapowaniu świata coraz trudniej zhierarchizować online, jako podległe funkcjonalnie i estetycznie offline. Firma Google dzięki opcji „Street View” (60) na swojej platformie map świata pozwala nam poruszać się po sfotografowanych ulicach świata, widząc je z perspektywy przechodnia. „Street View” nie jest jednak statyczną galerią zdjęć, ale prawie że grą komputerową, w której możemy obracać kamerę na wszystkie strony i dosłownie wchodzić w dowolne ulice i uliczki, poruszając pionkiem na mapie, a następnie oglądając świat z miejsca, w którym stoi. Tak mogłem, bez ruszania się z przed biurka w Polsce, wrócić do Australii, gdzie spędziłem dzieciństwo, i zrobić sobie spacer z domu do szkoły, wspominając stare miejsca i rejestrując zmiany, jakie zaszły w ciągu ostatnich 14 lat.


W ostatnim rozdziale zobaczymy, jak wszystko, co dotychczas opisaliśmy – puentylistyczna czasoprzestrzeń, mariaż życia online i offline i sposoby kształtowania własnej tożsamości i roli społecznej w sprzężeniu z recepcją naszych działań przez innych – działa w praktyce.

58) Wikipedia, http://en.wikipedia.org/wiki/Main_Page
59) Młodzi i media, op. cit., s. 28.
60) Google Street View, http://maps.google.com/maps?f=q&hl=en&q=&layer=c&cbll=40.758414,-73.985198&cbp=11,42.04,,0,-6.66&ie=UTF8&om=1&panoid=TZZaoRRf6Kv3sDcvcaT5wA&t=h&ll=40.78886,-74.185181&spn=1.039745,4.235229&z=8

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Zmiana percepcji czasu i tożsamości w wyniku nowego przełomu technologicznego - część X

Witam Was po kolejnej długiej przerwie. Czas wrócić do tej niefortunnie urwanej pracy magisterskiej (poprzednie odcinki pod odpowiednimi cyrami: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9). Zatem kończmy powoli tę zabawę.

Jako, że pewnie następny wpis pojawi się pod koniec czerwca, chciałbym w tej chwili gorąco zaprosić na tegoroczny Bałtycki Festiwal Komiksowy. O moich wrażeniach z poprzednich można przeczytać tu i tu.

W tym roku dość megalomańsko poprowadzę wykład głównie o swojej twórczości, z naciskiem na to, jak wykorzystuje fotografię i inne obrazy w swoich komiksach. Poopowiadam, jak można wyciągnąć jak najwięcej z kalkowania, kopiowania i wklejania zdjęć do historii obrazkowych. W katalogu pojawi się pewnie tekst o części warsztatowej, na którą raczej nie będzie ani czasu, ani miejsca, choć sam wykład będzie bardzo "praktyczny", przynajmniej mam nadzieję, że pojawi się na nim kilka pomysłów, które chętni będą mogli poćwiczyć w domu.

Powoli też przygotowuję nowy projekt, który niedługo (jeśli się uda, to za 2 tygodnie) ujrzy światło dzienne w sieci i jest w założeniu moim antidotum na mozolnie tworzone i ciężkie Zapętlenie. Jednocześnie pewnie zamknę bloga Atelier Daniela Chmielewskiego. Co ciekawsze wpisy skopiuję do Pubu pod Picadorem. Od kiedy założyłem Atelier narysowałem dosłownie garść autonomicznych rysunków, a nie mam czasu wygrzebywać starych i opisywać ich w jakichś regularnych odstępach czasu. Zresztą wątpię, by było to aż tak interesujące, bym musiał zaśmiecać tym sieć.

A w ogóle, jeśli zastanawiacie gdzie jechać na wakacje, polecam bardzo Korfu. O wrażeniach z naszej podróży poślubnej pisze (i rysuje) Olga.

A teraz, do rzeczy:



2.3. Obecny pejzaż kulturalny


Co właściwie znajduje się w naszej bazie danych i jak wpływa to na nasze zachowania związane ze sferą kultury? Dlaczego i czy w ogóle warto wyodrębnić sferę kultury i poświęcić jej osobny rozdział w niniejszej pracy?

Uczestnictwo w kulturze, chyba bardziej niż jakakolwiek inna dziedzina aktywności, zmienia się pod wpływem nowych mediów. Stary porządek został w pełni obalony. Rola instytucji – szkoły, uczelni, przybytków kultury jako punktów odniesienia dla tego, co powinno się oglądać, czego słuchać i co robić – jest coraz bardziej spychana na margines. Jak pisze Peter Sloterdijk: „We współczesnym systemie sztuki – tak jak w ogóle w zaawansowanej demokracji – chodzi o to, by wyeliminować dziedzictwo feudalnej uczuciowości, zwłaszcza skłonność do poddaństwa i fałszywą uniżoność [„Nie mogę zrozumieć, jak zachwyca, jeśli nie zachwyca” (52) – DC], ale tak, by przy tym uczucia wertykalne, poczucie góry i dołu, wartości większej i mniejszej zostały w pewnym nieformalnym polu dyskretnie zregenerowane i przy stałej otwartości na nowość wiarygodnie na nowo wcielone” (53). Narzucone wertykalne różnice (odkryte) zostały zastąpione różnicami tworzonymi dzięki modelowi demokratycznemu, w czym, jeśli chodzi o kulturę, pomógł powszechny dostęp do samej informacji o kulturze, jak i narzędzi wytwarzania jej przejawów. Różnice tworzone są niestałe – zależne od wygłaszającej je niszy i ciągłej weryfikacji czasu, o czym mowa była w poprzednim rozdziale. To wszystko powoduje, że instytucje stają się ułamkiem naszej aktywności kulturowej, a ich autorytet staje się wyłącznie kolejną racją wśród wielu symulacji wertykalnych różnic.

„W procesie remediacji pytanie o „uczestnictwo w kulturze” stało się mniej produktywne analitycznie i politycznie niż pytania o formy współpracy w produkcji treści kulturowych, kompetencje estetyczne, hermeneutyczne czy społeczne związane z poruszaniem się w zalewie informacji, obrazów i narracji, czy tworzenie warunków dla powstawania sieciowych zbiorowości wokół praktyk kulturowych lub tekstów kultury” (54). Choć wciąż funkcjonują i będą funkcjonować słowa „sztuka”, „artysta”, „tworzyć”, to ich znaczenie uzależnione jest od statusu tych terminów w konkretnej niszy. Rysownik samouk, nie mający nigdy szansy na przynależność do akademickiego systemu uznania i wystaw, może być uznawany przez szerokie rzesze w sieci za wyznaczającego nowe trendy „artystę”. Pod płaszczem terminologicznym w rzeczywistości wracamy do czasów starożytnych Greków. „Grecy nie mieli terminów, które odpowiadałyby terminowi "tworzyć" i "twórca", i rzec można - nie były im potrzebne. Wystarczał im wyraz "robić" (poiein)” (55). Powyższe pojęcia są nam potrzebne do tworzenia wertykalnych różnic, do uzasadniania sobie i swoim odbiorcom (należącym do naszej niszy), że nasze działania mają sens. Nie musi się to równać (i rzadko się równa) faktycznemu wpływowi, jaki mamy na otoczenie bliższe i dalsze.

Niektórzy proponują zresztą, żeby media przestać rozumieć jako teksty albo struktury produkcji, a jako praktyki społeczne (56). Inni media jako praktyki społeczne badają lub nad nimi pracują. Henry Jenkins opracowuje obecnie koncepcję „rozprzestrzenialnych mediów”. Tak pisze o swoim projekcie: „Koncentruję się na drobnych, podejmowanych lokalnie decyzjach związanych z tym, czy jeden użytkownik przekaże treść drugiemu, opatrując ją zazwyczaj tylko prostymi tagami lub dołączając krótką wiadomość. Takie indywidualne wybory dotyczące cyrkulacji treści wywierają jednak sumarycznie ogromny wpływ na współczesny krajobraz medialny – pewne materiały stają się widoczne, inne tracą uwagę użytkowników, a to wszystko wynik właśnie tych drobnych przejawów uczestnictwa” (57). Dzięki takim praktykom nie tylko wspomniany hipotetyczny rysownik samouk, ale i nagrywający w domu muzyk lub po prostu zarejestrowana śmieszna wypowiedź stają się fenomenami ogólnoświatowymi. A że jest tego taki ogrom, każda nisza może dobierać sobie dane do swojej bazy zależnie od upodobań intelektualnych i potrzeb społecznych. Każdy może jednocześnie samym komentarzem, naciśnięciem guzika „Lubię” lub „Nie lubię”, przesłaniem łącza do ciekawej strony do kilkudziesięciu znajomych mieć wpływ na obecny pejzaż kulturalny, nie jako widz, ale aktywny członek kultury.

Wiele omawianych tu sytuacji i pojęć dla starszego czytelnika może wydawać się marginesem życia społecznego i nie znaczącym wiele ułamkiem ludzkiej aktywności. Co znamienne – takie traktowanie sprawy zakłada, że życie w sieci jest czymś, co można od czasu do czasu podjąć, jak grę w tenisa, pod czym wrócić do „normalnego życia”. Tak dla współczesnej młodzieży i dorosłych żyjących według warunków nowego krajobrazu medialnego nie jest. Gdy opracowywałem plan niniejszej pracy, egzystowałem w sieci, podłączony. W wyniku przeprowadzki do mieszkania, w którym nie mam dostępu do Internetu, piszę pracę właściwą w warunkach nie tyle odmiennych, co tych samych, lecz wybrakowanych. Nie przestałem być podłączony, choć straciłem w dużej mierze władzę nad sobą, niczym inwalida, którego ktoś musi karmić i wspomagać przy chodzeniu. W sieci istnieje mój blog, ciągle pojawiają się nowe informacje o mojej działalności twórczej – nie w postaci suchych informacji, ale skomplikowanej sieci interpersonalnej, wciąż dostaję nowe wiadomości na skrzynkę poczty elektronicznej i na Facebooku. Zostaje mi telefon, choć jest mało ekonomiczny i dający tylko fragmentaryczny wgląd w to, co się dzieje u moich znajomych. Potem w realnych rozmowach muszę nadrabiać, bo wszyscy podłączeni wiedzą o tym, co się u kogoś wydarzyło, bo oznajmił to na blogu i rozmawiają systemem znaków – aluzji do obejrzanych, przeczytanych i usłyszanych danych z sieci, które wśród nich bezustannie cyrkulują. Niemożliwością zatem jest powrót do życia analogowego, w pełni odłączonego, z powodów obiektywnych i subiektywnych.

52) Por. Witold Gombrowicz, Ferdydurke, Warszawa 1956.
53) Peter Sloterdijk, Pogarda mas, Warszawa 2003, s. 78
54) Młodzi i media, op. cit., s. 8.
55) Por. Władysław Tatarkiewicz, op. cit.
56) Nick Couldry, Theorising media as practice [w:] Młodzi i media, Warszawa 2010, s. 20.
57) Młodzi i media, op. cit., s. 137.

piątek, 8 kwietnia 2011

Zmiana percepcji czasu i tożsamości w wyniku nowego przełomu technologicznego - część IX

Nie mam czasu na napisanie chociaż akapitu ciekawego (lub nie) wstępu, więc żebyście nie czekali zbyt długo na kolejną część mojej pracy (której wcześniejsze części - pierwsza, druga, trzecia, czwarta, piąta, szosta, siódma i ósma - znajdują się pod podanymi właśnie linkami), kolejna instalacja poniżej. Miłej lektury!

***



A, zapomniałem napisać.



Mam nowy numer telefonu.



728 519 564



Od niedzieli (10 kwietnia) stary numer staje się nieaktualny. Wkrótce pojawi się z prawej strony bloga rubryka KONTAKT, gdzie będą wszystkie dane do mnie, na razie nie mam na to czasu, a jakże!



***



2.2. Puentylistyczna czasoprzestrzeń



„Czas nie tylko zmienia swoją jakość, ale też się zwielokrotnia: narzędzia, takie jak telefony komórkowe, wysokoprzepustowe łącza i oprogramowanie zachęcające do pracy w kilku oknach, pozwalają robić kilka rzeczy naraz i przetwarzać rzeczywistość wielokanałowo (co jedni nazwą kulturowym ADHD, deficytem uwagi, a inni – jej zwielokrotnieniem)” (49).


Trudno mówić o linearności czasu, gdy chociaż każda czynność oczywiście musi odbywać się na wektorze (jak montaż równoległy w filmie), pewne procesy odbywają się równolegle. Gdy mamy otwarte kilka okien z rozmowami w komunikatorze Gadu Gadu i czekając na odpowiedź drugiej strony czytamy sobie po kilka zdań na jakimś serwisie, właściwie uczestniczymy w kilku teraźniejszościach na raz. W pierwszej chwili sytuacja ta nie wydaje się odmienna od dyskusji na imprezie, gdzie co chwilę przeskakujemy od rozmówcy do rozmówcy, łapiąc po kilka zdań, niby uczestnicząc w kilku dyskusjach na raz. Jest jednak jedna znacząca różnica. Imprezowa rozmowa jest jednym ciągiem strzępów układających się w ciąg. Rozmowy na komunikatorach są za to zarchiwizowane jako pełnoprawne rozmowy z danymi rozmówcami, z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem (choć nie zawsze, czasem wymiana komunikatorowa ogranicza się do przesłania sobie linku, ale to należałoby rozpatrywać jeszcze inaczej). Można by powiedzieć, że zarchiwizowanie nie powinno tu być brane pod uwagę jako czynnik kształtujący postrzeganie czasu. A właśnie nim jest. „Paradoksalnie, akceleracja doświadczenia i rozszerzenie się teraźniejszości kosztem przyszłości i przeszłości owocuje specyficznie nostalgicznymi formami obrazowania i strukturami odczuwania” (50).


W filmie Lecha Majewskiego, „Ogród rozkoszy ziemskich”, główny bohater całe swoje życie filmuje, a w „wolnych chwilach”, odtwarza je. Zapętla się w chwili, która ani nie jest teraźniejszością, ani przeszłością, bo teraźniejszość dopiero może być w pełni przeżyta, gdy jest sfilmowana i może w każdym momencie być odtworzona, refleksyjnie obejrzana, intelektualnie przeanalizowana. Sam przeżyłem taki okres, gdy odwiedzając nowe miejsca, miałem włączoną kamerę i to przez jej ekran widziałem rzeczywistość, gdy wchodziłem np. do nowego pomieszczenia. Musiałem patrzeć na ekran, by zachować właściwą kompozycję kadru, a jednocześnie nie chciałem wchodzić wpierw bez kamery i powtarzać swojego gestu, bo traciłbym na spontaniczności. Ostatecznie rzeczywistość widziałem wpierw przetworzoną, w dużej mierze zachwycając się, że została też uchwycona, że będę mógł wrócić w każdej chwili do danego momentu.


Przytoczone sytuacje nie są oczywiście związane z przemianami technologicznymi występującymi w ciągu ostatniej dekady czy dwóch. Kamery wideo przeznaczone do domowego użytku istnieją od dziesięcioleci, pamiętnikarstwo jako sposób uchwycenia pewnych obiektywnych i subiektywnych danych istnieje całe wieki. Ale teraz, w semipublicznej egzystencji rejestrowanie, przeżywanie minionych scen z życia i ich ciągłe reinterpretowanie przez grupę znajomych i nieznajomych przesuwa punkt ciężkości w pewnych procesach społecznych. „Nowy Lebenszeit jest, by tak rzec, puentylistyczny: jako że każda z kolejnych prób pogodzenia autentyzmu egzystencji z pokusą / przymusem jej nieustającej przemiany skazana jest na porażkę, dystans między podjęciem a zaniechaniem kolejnych prób kurczy się do rozmiarów punktu (figury, o paradoksie, rozmiarów pozbawionej, jak chce geometria…)” (51).


Więc z jednej strony mamy praktycznie nieograniczony dostęp do przeszłości (która reinterpretowana włącza się w teraźniejszość) i wgląd w przyszłość (wszelkie symulacje, dostęp do rzeczy jeszcze niedostępnych w świecie analogowym, jak np. wyciek filmu ze studia na etapie postprodukcji), z drugiej strony, egzystencjalny lęk związany z tożsamością, która zakorzeniona w kolektywie i ciągle reinterpretowana nie pozwala na punkty stałe i pewne. Wspomniana nostalgia wiąże się z tym, że im starsi jesteśmy w tych warunkach, tym trudniej nam jest złożyć swoje „ja” w koherentną całość. Wszystko staje się coraz bardziej relatywne. Nie potrafimy zaobserwować procesu dojrzewania na wektorze. Dostępne są nam role dorosłych i dzieci, role twórców, sportowców, władców podziemnych królestw w internetowych grach. Na nic nie musimy czekać – jeśli coś jest na naszym horyzoncie sieci, to możemy to wziąć dla siebie. Równolegle wybieramy różne pakiety tożsamościowe (innym jestem na blogu, innym w grze, innym na czacie). Próbując w tym wszystkim wrócić do swojego ja, przeszukujemy stare foldery ze zdjęciami, notki blogowe, itd, skazując się na ciągłe odnawianie przeszłości i jej reinterpretowanie.


Wydaje mi się, że jest to teraz czas przejściowy. Stare pokolenia mają swoje wartości, autorytety, autentyczne bunty – elementy niedostępne w relatywnym, przebodźcowionym świecie. Wraz z powolnym (trwającym pewnie wiele pokoleń) zanikiem kultu tych elementów, odejdzie też nostalgia, jaką cechuje współczesne formy operowania w społeczeństwie, zwłaszcza wśród młodych. Coraz bieglejsze odnajdywanie się w „bazie danych”, świecie puentylistycznym, pomoże przezwyciężyć obecne lęki.


49) Młodzi i media, op. cit., s. 15


50) Młodzi i media, op. cit., s. 15


51) Bauman Zygmunt, op. cit., s. 131

wtorek, 22 marca 2011

Zmiana percepcji czasu i tożsamości w wyniku nowego przełomu technologicznego - część VIII

Jako że znów długo milczałem, przypominam że wpis ten jest kontynuacją 1., 2., 3., 4., 5., 6. i 7. części teoretycznej części mojej pracy dyplomowej.

Jeśli miałbym opisać misję, która przyświeca mi w twórczości, na pewno istotnym punktem jest unaocznianie błędnego pojmowania naszej rzeczywistości z podziałem na część wirtualną i realną jako opozycyjne sfery, gdzie wirtualność jest tworem obcym i niebezpiecznym. Wydaje mi się, że dość jasno wyraziłem się na ten temat w końcowym rozdziale pierwszej części tej pracy. Temu też służył komiks 01010011 01101101 01101001 01110100 01101000. Drugim ważnym punktem jest walka z dziewiętnostowiecznym pojmowaniem tej części kultury zwanej "sztuką". O tym trakują i Zapętlenie, i ta praca. Dla tych z Was, którzy żyją w sieci, druga część pracy może wydawać się mało (jeśli w ogóle) odkrywcza, bo macie do czynienia z opisywanymi zjawiskami na codzień. Z kolei wielu studentów Akademii broni się przed "nowymi mediami" i woli tkwić w świecie efemerycznych zdarzeń, do których dostęp na tylko 20 osób; wystaw przygotowywanych bez rozgłosu, nieudokumentowanych; woli wierzyć że tworzą rzeczy odkrywcze, trudne i niezwykłe, kiedy pierwszy lepszy internetowy mem poradził sobie z podobną problematyką z większą siłą rażenia już kilka lat wcześniej.

Paradoks tej pracy polega na tym, że umieszczona jest na blogu, który czytają ludzie egzystujący w sieci, a jako dyplom została przeczytana wyłącznie przez mojego pomotora. Studenci będący na obronie znali ją jedynie z tytułu i z krótkiego synopsis.

Mimo wszystko mam nadzieję, że dzisiejszy rozdział okaże się dla wszystkich zaglądających tu interesujący. Oparty jest na pracy zbiorowej przygotowanej przez grupę badawczą SWPS - Młodzi i Media, która powinna stać się lekturą obowiązkową w gimnazjach, jeśli nie podstawówkach. Postanowiłem, czyniąc ją trzonem drugiej części swojej pracy, dołożyć swoje trzy grosze do jej propagowania. I polecam wszystkim ściągnięcie pierwowzoru, wydrukowanie sobie i poczytanie w wolnych chwilach.


2.1. Słownik wyrazów obcych

Żeby pełniej zrozumieć aktualny obraz świata potrzebny jest nowy aparat pojęciowy. Do użytku powszechnego trafia z każdym rokiem wiele nowych nazw aplikacji internetowych i urządzeń technicznych. Najtrudniej jednak znaleźć pewną bazę pojęć opisujących zjawiska medialne i społeczne. Zwłaszcza, że każdy zainteresowany tą tematyką posługuje się różnymi pojęciami. Czasem jest to kwestia subtelności językowych. Posłużyłem się w tej pracy terminem „przebodźcowienie” do określenia stanu przesytu bodźcami, głównie w kontekście zalewu informacjami związanego z korzystaniem z nowych mediów. Ostatnio jednak trafiłem na tekst naukowca określającego to samo zjawisko jako „przebodźcowanie”. Czas pokaże, która forma się przyjmie.

Gorzej jest z tworzeniem bardziej skomplikowanych pojęć, często aforystycznych, np. „tożsamość typu insert”. Każdy propaguje swoje pojęcia, mając nadzieję, że wejdą do użytku powszechnego. Co ciekawe, często najbardziej kuriozalne określenia trafiają do powszechnego użycia i do słowników. Przykładem jest „meat-space” – przestrzeń mięsna, określenie oznaczające realny świat, w opozycji do wirtualnego. Z drugiej strony, jest to bardzo ciekawa kwestia, że do „realu” stworzono opozycję w postaci świata wirtualnego, która ostatecznie posłużyła jako punkt wyjściowy do opozycji, jaką jest przestrzeń mięsna. Znamienne to w świecie, w którym coraz bardziej doskwiera w realnych czynnościach brak klawiszy „Ctrl+Z” (klawiszowy skrót do funkcji „cofnij zmiany” w wielu programach komputerowych).

W opublikowanym przez Szkołę Wyższą Psychologii Społecznej w 2010 roku raporcie „Młodzi i media”, w którym zebrane są dane z trwających wiele miesięcy badań etnograficznych nad polską młodzieżą korzystającą z nowych mediów, pada wiele bardzo interesujących pojęć. Chciałbym w tym miejscu przytoczyć niektóre z nich, przybliżając już własnymi słowami pewne zjawiska, jakie za nimi stoją. Na pewno tylko garstka tych pojęć się przyjmie, niektóre pod innymi nazwami, ale raport SWPS jest bardzo istotnym wkładem w badania nad współczesną kulturą i jak przystało na taki tekst, jest do ściągnięcia darmowo w sieci.

Pojęcia podane niżej nie są ułożone alfabetycznie. Następują raczej po sobie w ramach luźnej struktury, gdzie jedno pojęcie ułatwi zrozumienie następnych.

Afordancje – użytki, jakie można zrobić z danej technologii lub architektury komunikacyjnej. Inaczej rzecz biorąc, wszystkie możliwe, planowane i nie, zastosowania danego urządzenia lub aplikacji. Przykładowo, telefon komórkowy spełnia też rolę odtwarzacza muzyki, aparatu, kalkulatora, ale i też latarki. Wiele internetowych aplikacji jest odpowiednio skonstruowana, by użytkownicy sami wymyślali nowe zastosowania. Widać to chociażby po blogach, które bazując na konkretnym schemacie (notki wyświetlane od dołu ku górze w ramach aktualizowania) i prostym silniku, stały się zróżnicowane nie tylko tematycznie (dzienniki osobiste, kolumny felietonistyczne), ale i pod względem zastosowań. Mogą być ascetyczną w wyglądzie, pozbawioną słów fotogalerią, jak i forum dyskusyjnym, gdzie blogger w ramach notki podaje pewien temat, a w strefie komentarzy ma miejsce największa aktywność i to ze strony czytelników (którzy stają się tym samym uczestnikami bloga, jego współtwórcami).

Remediacja – relacja między starymi a nowymi formami komunikacji. Nie jest to termin ograniczony wyłącznie do obecnych przemian, a do technospołecznych zmian w ogóle, czy wtedy, gdy druk narzucał narracyjne i wizualne postrzeganie świata, czy kiedy nadeszła era radia, a potem telewizji. Remediacja nie jest relacją stałą lub odbywającą się poza ludzkimi działaniami, lecz jest produktywna. W wyniku zaangażowania ludzkiego i odkrywania kolejnych afordancji danych mediów powstają „nowe formy estetyczne, nowe rodzaje wspólnot i nowe rodzaje podmiotowości”.

Cyfryzacja – stare media remediowane są w formy cyfrowe. Nie chodzi tu wyłącznie o aspekt techniczny (zdjęć cyfrowych zastępujących wydrukowane na papierze, etc.), tylko, a nawet bardziej, o aspekt społeczny. Świat rządzi się teraz logiką mediów cyfrowych. Żeby coś miało wartość, żeby w ogóle szerzej zaistniało, musi być łatwo rozpowszechnialne, łatwo kopiowalne. W cenie jest wypowiedź w formie cyfrowej, którą można skopiować i wkleić (pewne serwisy opierają się na tym procederze). Czytając kiedyś pracę, było się skazanym na przypisy. Ilu ludzi tak naprawdę wykazuje inicjatywę, by szukać, po nitce do kłębka? W tej chwili każdy cytat na blogu lub informacja w Wikipedii odsyła hiperłączem do materiału źródłowego, z którym można zapoznać się natychmiast. A jeśli interesuje nas tylko konkretny fragment, klawiszami ctrl+f otwieramy opcję wyszukiwania fraz. Różewicz opisywał nader często występującą niegdyś sytuację, kiedy to pisarz, szukając właściwego cytatu, grzązł na całe godziny w książkach, bo nie pamiętał na której stronie, lub co gorsza – w której publikacji – znajdowało się potrzebne mu zdanie. Co prawda wielu ludzi wciąż nie korzysta z oferowanych współcześnie zastosowań, ale wracamy tym samym do kwestii horyzontu sieci, który w miarę upływu czasu nie będzie tyle rozszerzany, co przesuwany na inny obszar. Gdy media papierowe zaczną pełnić zupełnie marginalną rolę w kulturze, problem Różewicza zniknie z horyzontu zupełnie.

Współ-internet – wspólny i oswojony przez lokalną grupę wycinek globalnej sieci. Pojęcie podstawowe, bo związane z wnioskiem bardzo innym od wysnuwanych przez wielu badaczy Internetu, zwłaszcza z pierwszego okresu powstawania sieci, kiedy snuto wiele utopijnych lub dystopijnych fantazji na jej temat. Okazuje się, że sieć służy głównie do pogłębiania relacji już istniejących, z osobami znanymi fizycznie. Grupa znajomych wytwarza pewien język zrozumiały tylko dla niej (wybór cytatów z popkultury znany przez wszystkich należących do grupy, pewne wspólne zainteresowania, miejsca, które w sieci odwiedzają lub funkcje, które w grupie pełnią). Widzę to dobrze na przykładzie twórców komiksów w Polsce, rozproszonych po całym kraju. W roku 2008 nastąpił wśród nich boom na blogi. Większość publikujących obecnie twórców ma przynajmniej jednego bloga, dzięki któremu są w ciągłym kontakcie z czytelnikami i na którym umieszczają bieżące informacje o swojej działalności i planach. W roku 2009 z kolei praktycznie wszyscy ci ludzie założyli konta na Facebooku (dodając się nawzajem do znajomych). Wielu również założyło konta na Twitterze (gdzie poza znajomymi wpisy mogą czytać wszyscy zarejestrowani fani danego twórcy). Te trzy platformy są sprzęgnięte ze sobą (napisawszy notkę na blogu, twórca na Twitterze informuje przebywających tam na żywo ludzi z całego kraju, że mogą ją przeczytać), tak samo czyni na Facebooku, z którego dotrą na bloga ci akurat nie przebywający w danej chwili przy komputerze.

Horyzont sieci – zbiór uświadamianych przez daną osobę możliwości korzystania z aplikacji internetowych. Tak jak w świecie realnym, tak i w wirtualnym potrzebna nam jest pewna wiedza i doświadczenie (Kompetencje), które pozwalają nam dotrzeć do zasobów, jakich potrzebujemy i odpowiednio z nich korzystać. W raporcie „Młodzi i media” podany jest przykład chłopca, którego pasją jest szukanie w sieci informacji o Formule Jeden. Gdy jednak badacze zobaczyli na żywo, jak jego pasja realizowana jest w praktyce, okazało się, iż jego „poszukiwania” ograniczają się wyłącznie do regularnego odwiedzania witryny sportowej platformy Onet.pl, gdyż nie wiedział, że istnieją inne portale poświęcone podobnej tematyce. Horyzont sieci nie jest tylko kwestią wiedzy, ale i zrozumienia pewnych obyczajów. Tak samo, jak odwiedzając kraj o całkowicie odmiennej kulturze musimy otworzyć się na nowe doświadczenia, tak często musimy przeobrazić nasze podejście do pewnych zjawisk w Internecie, by móc je w pełni zrozumieć. Tak jest w przypadku blogów. Jeśli jest się do nich uprzedzonym, uważając je za pamiętniki pensjonariuszek, nie uda się trafić na jedną z ważniejszych stron propagujących polską muzykę alternatywną, która korzysta z silnika blogowego (39). A to właśnie takie strony, jak „We are from Poland” kumulują w jednym miejscu informacje o ciekawych zjawiskach, których nie opłaca się promować w szeroko dystrybuowanej prasie lub na stoiskach w Empikach. Prowadzi to do tego, że mając wąski horyzont sieci, a jednocześnie pragnąc znaleźć ciekawą muzykę i odwiedzając w tym celu Empik, jest się niezadowolonym, że „w dzisiejszych czasach nie ma czego słuchać”. Dlaczego młodym zespołom bardziej miała by się opłacać promocja w zakamarkach Internetu, niż próba dotarcia na widoczne dla wszystkich stoiska Empiku? Szerzej się temu przyjrzymy w rozdziale „DIY”.

Korzystanie zapośredniczone. Nie musimy sami być podłączeni do sieci, by w niej być. Pośrednio w nowej sytuacji medialno-kulturowej uczestniczą osoby, którym znajomi ściągają filmy lub ktoś sprawdza w Internecie rozkład autobusów. Istotne w tym są nowe wzorce zachowań, a nie bezpośredni dostęp do mediów. Proszenie kogoś o ściąganie ulubionego serialu i oglądanie go, kiedy nam będzie wygodnie, niezależnie od ramówki telewizyjnej, wpasowuje się we wzór nowych zachowań.

Semipubliczność – obecny pejzaż społeczny, jak nigdy wcześniej, wyciąga ludzi na widok publiczny. Korzystając z przenośnych telefonów, wpięci w sieć, stajemy się teledostępni i teleobecni (obecni i dostępni na odległość). „Dla młodszego pokolenia teleobecność i teledostępność jako podstawowe wymiary egzystencji są równie oczywiste jak dla wcześniejszych generacji identyfikacyjna doniosłość spojrzeń innych, odbicia w lustrze czy rozległości towarzyskich sieci” (40). Włączeni w sieć stają się omnipotentni (mają dostęp do wszystkiego i wszystkich w sieci zgodnie z horyzontem sieci), ale i znajdują się w sytuacji nieustannej ekspozycji (41). Odsłonięcie to nie jest jednak w pełni publiczne. Jesteśmy pochowani w różnych zakamarkach sieci. Do mojego bloga docierają ci wiedzący coś o mnie (moi znajomi i czytelnicy) lub szukający słów kluczy, które pojawiają się w moich tekstach (wąska grupa interesująca się komiksem, filozofią, komunikacja międzyludzką). Jednocześnie to ja mam kontrolę nad swoim wizerunkiem – odsłaniam tyle, ile uważam za stosowne (czasem jest to poczucie złudne, bo można odsłonić więcej niż się chce i narazić się bliskim lub co gorsza, obcym szukającym taniej sensacji). Pomijając te kwestie, dla wielu natrafiających na dane o nas w sieci, jesteśmy w potoku ludzi tam się znajdujących albo zbyt hermetyczni (to co piszemy i pokazujemy zrozumiałe jest wyłącznie dla pewnej grupy znajomych lub zaznajomionych z tematyką tego, co zamieszczamy), albo po prostu nieinteresujący (szukając artykułów na dany temat mogę trafić przez wyszukiwarkę na czyjąś stronę, ale po szybkich, często kilkusekundowych oględzinach, uznać ją za nie odpowiadającą mi i wyjść z niej, nie rejestrując kto jest za nią odpowiedzialny).

Hipertowarzyskość to w raporcie „Młodzi i media” pojęcie oznaczające ciągłe przebywanie wśród ludzi dzięki komunikatorom, portalom społecznościowym, etc, ale i teza, że w takim stanie przebywa obecnie coraz większy odsetek ludzi (zwłaszcza młodych). Związane jest to z inną tezą stawianą w raporcie – z dezindywidualizacją. Istnienie w lokalnych wspólnotach sieciowych, wytwarzanie bardzo konkretnych, hermetycznych systemów znaków, które trzeba znać, by w danej grupie być, coraz więcej aplikacji wymagających grupowej aktywności, doprowadza do tego, że z jednej strony młodzi mają coraz większe możliwości w realizowaniu swoich pasji, niezależnie od narzuconych przez instytucje ról społecznych (co z kolei pociąga za sobą dezinstytucjonalizację), z drugiej – docierając do podobnych do siebie jednostek, sprzęgają się z nimi w twór zamazujący dawne granice ja/my, moje/nasze, prywatne/wspólne. W tym samym czasie wyostrzają się granice nasze/ich, my/oni. Internet i realny świat idą w kierunku wytwarzania małych plemion i nisz, urzeczywistniając hasło „globalnej wioski”.

Prezent. Mówi się, że „liczy się pamięć”. Nigdy słowa te nie były prawdziwsze, niż teraz, gdy zdecydowana większość prezentów, jakie się daje, albo nie istnieje w postaci fizycznej, albo są zupełnie darmowe i dostępne każdemu. Wklejone w trakcie rozmowy w komunikatorze hiperłącze do teledysku na serwisie YouTube (42) lub podarunek w grze online (znaleziony w komnatach lochu drogocenny miecz, który się oferuje komuś z drużyny graczy) są dowodem właściwego odczytania gustu muzycznego w pierwszym przypadku, a dowodem uznania dla innego gracza albo przykładem własnej umiejętności gry zespołowej w przypadku drugim. Komentarz na czyimś blogu lub kliknięcie na opcję „Lubię to zdjęcie” w czyjeś galerii na Facebooku są dowodem zainteresowania. Zazwyczaj liczą się prezenty dawane przez bliskich (fizycznie znanych osób lub przynajmniej dobrze znanych z Internetu), choć dla niektórych uznanie anonimowych tłumów dla ich filmu na YouTube świadczy o ich powodzeniu, statusie lub wartości ich twórczości.

Otwartość – obniżenie progu dla ekspresji twórczej. Nowe media pozwalają każdemu wypowiedzieć się w danej kwestii albo za pomocą twórczości w klasycznym tego słowa znaczeniu (za pomocą obrazu, piosenki), albo w ramach dyskusji. Każdy ślad działalności w sieci zostaje zarejestrowany – każdy komentarz pod pracą w galerii albo wypowiedź na forum dyskusyjnym. Na platformach typu Deviantart (43) zarejestrowani są użytkownicy, którzy nie pokazują żadnych prac plastycznych, a wyłącznie komentują prace innych. Niektórzy swoją ciężka pracą na tym polu zostają uznanymi przez innych użytkowników platformy krytykami, których uwag warto słuchać, albo których gusta warto śledzić.

Refleksyjność – wbrew obawom o coraz niższy poziom intelektualny młodzieży, ich coraz większemu materializmowi i braku pasji, z raportu „Młodzi i media” płynie wniosek, że rozwija się dzięki sprzęgnięciu ludzi i mediów silne poczucie refleksyjności. Jesteśmy w swoich grupach znajomych odsłonięci na przekazy związane z „ja” innych i sami się tymi przekazami dzielimy. Piszemy w opisach na Gadu-Gadu, Facebooku lub w krótkich tekstach na Twitterze jak się obecnie czujemy lub co robimy. Czytając podobne opisy reagujemy na nie działaniem (piszemy do danej osoby, np. z pocieszeniem) albo wewnętrznie (cieszymy się, że nie tylko my mamy takie, a nie inne przeżycia). Dzielimy się ze znajomymi zdjęciami, wracając ciągle do wspomnień, komentując je, poznając z różnych stron (pod zdjęciami w galeriach na Facebooku powstają często długie dyskusje związane z dana sytuacją – kto tam był, co się właściwie wydarzyło, kogo nie było i dlaczego). Nowe technologie pozwalają na uzewnętrznienie gustu nie tylko dzięki subiektywnym opisom, ale też dzięki algorytmom. Serwis Last.fm (44), który zapisuje dane o piosenkach, jakich słuchamy na naszym komputerze, podaje statystyki tego jakich wykonawców słuchamy, jakie gatunki lubimy i co może nam się spodobać. Statystyki te, ogólnodostępne, pozwalają na poznawanie innych o podobnych gustach i powrót z algorytmu do wymiany interpersonalnej.

Wizualność – kultura nowych mediów to według raportu „Młodzi i media” kultura wizualna. Wniosek ten płynie głównie z faktu, że interfejs monitora i telefonu działa na zasadzie obrazu. Jednakże nie do końca się z tym wnioskiem zgadzam i przychylam się bardziej do obserwacji McLuhana, że powracamy do kultury audialnej (45), jak to było w początkach cywilizacji i wciąż jest wśród społeczeństw zimnych , zastygłych w czasie (46). Jak powiedzieliśmy w pierwszej części pracy, w kulturze audialnej wszystkie bodźce dochodzą na raz, nie ma wartościowania planów i układania narracji. Mimo, że faktycznie większość przekazów obecnie funkcjonuje na zasadzie tekstu i obrazu, bardzo często połączone jest to z muzyką lub słowem mówionym (wszelkie audycje, programy informacyjne, seriale, etc.). W następnym rozdziale będzie mowa o puentylistycznej czasoprzestrzeni, jaka według Zygmunta Baumana obecnie funkcjonuje (47). Świat zmienia się w bazę danych. Teraźniejszość może być prawie że dowolnym punktem z przeszłości, a czasem nawet przyszłości ze względu na to, że mamy nieograniczony dostęp do archiwów wiedzy, którymi możemy manipulować. Jedną z głównych jednostek informacyjnych w dzisiejszym świecie jest meme (48), rozprzestrzeniający się jak wirus pakiet danych (memem były np. żarty o Chucku Norrisie).

Należałoby znaleźć właściwe określenie odpowiadające temu stanowi rzeczy – światowi odchodzącemu od linearności, narracyjności na rzecz kawalkady bodźców, wizualnych i audialnych, a pewnie niedługo i dotykowych. Skupmy się na razie nie na nazewnictwie, a na doświadczalnej formie, jaką przybiera świat.


34) Blog Kuby Dąbrowskiego, http://kubadabrowski.blogspot.com/
35) Kominek, http://kominek.blox.pl/html
36) Młodzi i media, Warszawa 2010, s. 6.
37) Bash, http://bash.org.pl/latest/
38) Tadeusz Różewicz, Czytanie [w:] Tadeusz Różewicz, Proza, tom III, Wrocław 2004, s. 257.
39) We are from Poland, http://www.wearefrompoland.blogspot.com/
40) Młodzi i media, Warszawa 2010, s. 36.
41) Młodzi i media, op. cit., s. 36
42) YouTube, http://www.youtube.com/
43) DeviantArt, http://www.deviantart.com/
44) Last Fm, http://www.lastfm.pl/
45) Por. Marshall McLuhan, op. cit.
46) Claude Lévi-Strauss, Rozmowy z Claude Lévi-Straussem [w:] Społeczeństwo spektaklu i Rozważania nad społeczeństwem spektaklu, Warszawa 2006, s. 237.
47) Bauman Zygmunt, Mal du Siècle? [w:] Młodzi i media, Warszawa 2010, s. 131
48) The daily meme, http://thedailymeme.com/what-is-a-meme/

czwartek, 3 marca 2011

Zmiana percepcji czasu i tożsamości w wyniku nowego przełomu technologicznego - część VII

Kto ma ochotę sobie przypomnieć o co tu chodzi może przeczytać wpisy: pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, piąty i szósty.

Mam mało czasu, dziś dosłownie dwa zdania wstępu. Poniżej zaczyna się druga część pracy, już nie historyczna, a badająca obszary życia współczesnego. Postanowiłem rozpocząć od hołdu dla Michaela Leuniga, który jest takim australijskim Raczkowskim i który, jak pewnie nieraz zaznaczałem, miał ogromne znaczenie w ukształtoaniu mnie jako twórcy. Znajdźcie sobie na jakimś e-bayu czy gdzieś książkę Ramming the shears, z której jest poniższy pasek, a nie pożałujecie.

No, to były trzy zdania.

Do przeczytania w następnym tygodniu!



CZĘŚĆ II

Tu i teraz

2.0 Wprowadzenie

W roku 1985 australijski rysownik, Michael Leunig, dał w poniższym pasku komiksowym (30) dowcipną i dość trafną prognozę tego, jak świat będzie współcześnie wyglądał:

Wiele z punktów zawartych w komiksie Leuniga ma swoje potwierdzenie w nowych formach życia społecznego, jakie się ciągle wytwarzają dzięki kolejnym wynalazkom. Pierwsza dekada XXI wieku upływa pod znakiem łączenia się cybersfery z życiem realnym w jedną spójną całość.

Może nie sięgamy do komputera jak do wszystkowiedzącego robota, tak jak ma to miejsce w pierwszym kadrze komiksu (choć są proste, stworzone raczej do zabawy, aplikacje polegające np. na rozmowie z Bogiem w czasie rzeczywistym na zasadzie czatu) (31), ale z drugiej strony, nasz monitor stał się oknem na świat i możemy przez to okno zobaczyć, co się dzieje na świecie, jaka jest pogoda (serwisy informacyjne) lub sprawdzić kto z naszych znajomych idzie na imprezę danego dnia (Facebook) (32) i w jakim są nastroju (Twitter, opisy na Gadu Gadu).

Drugi kadr odzwierciedla współczesną sytuację młodych dorosłych, dla których stałe mieszkanie jest czymś luksusowym (wielu ludzi, nawet jeśli dostają w spadku mieszkanie własnościowe, woli je wynajmować i samemu mieszkać w wynajmowanym, bo jest to bardziej opłacalne). Niezależnie od kwestii finansowych, stałe miejsce zamieszkania nie jest tym, czym było kilkadziesiąt lub więcej lat temu. Coraz trudniej zaobserwować mieszkańców bloku, którzy tworzą zamkniętą komórkę społeczną. Zwłaszcza, gdy dzięki nowym technologiom można nie ruszając się z mieszkania komunikować się z ludźmi, z którymi faktycznie ma się ochotę na kontakt i nie jest się skazanym na daną przez miejsce zamieszkania grupę.

W trzecim kadrze widzimy coraz większą specjalizację przedsiębiorstw. Internet pozwala na proste założenie własnego sklepu albo sprzedaż przez portale aukcyjne. Często zysk nie kryje się w stworzeniu i rozwinięciu dużej firmy, a w znalezieniu własnej niszy i odpowiednim wypromowaniu się w wyszukiwarkach internetowych. Teraz wygodniej jest wpisać nazwę poszukiwanego produktu do wyszukiwarki niż szukać go po sklepach z nadzieją, że mają ten produkt na półce lub w magazynie. W pierwszym wypadku dostanie się listę setek sklepów z ogromną ofertą. W drugim jest się narażonym na sytuację, że danego towaru w fizycznym sklepie nie będzie.

Dla naszych rozważań kadry czwarty i piąty są kluczowe. Przez nie prześwituje szereg nowych lęków i chorób cywilizacyjnych, odpowiednik tych, przed którymi stanęła Europa czasu Reformacji. Czas obecnie zmienia swoją strukturę i staje się puentylistyczny, przestrzeń tymczasem – mozaikowa. Świat staje się bazą danych (33) pełną punktów, dla których kolejność i sens układu przestają być istotne. Wiele tych punktów nakłada się na siebie, co dla pokoleń wychowanych przed Internetem, przywykłych do linearności i narracji, wydaje się przyspieszeniem. Świat im ucieka. Duża część takich ludzi woli stać w miejscu, przez co powstaje ogromna wyrwa komunikacyjna między pokoleniami.

Lecz to w szóstym kadrze kryje się tajemnica, o tyle banalna, co przeoczana. Powtórzę raz jeszcze dwa zdania, którymi rozpocząłem wstęp pierwszej części pracy: Pomimo coraz to nowych odkryć naukowych, coraz głębszego zrozumienia praw rządzących światem, sama istota relacji międzyludzkich wydaje się nam wymykać. Chodzi głównie o to, że człowiek przez te wszystkie tysiące lat praktycznie w ogóle się nie zmienił.

Mając w pamięci wszystko, co mówiliśmy o strukturalizowaniu czasu i odrzucając wszelkie dyskusje o tym, czy świat chyli się ku upadkowi, czy postępuje ku lepszemu, widzimy, że naszym największym problemem teraz jest nienadążanie świadomości za zmianami technologicznymi, co z kolei odpowiada za powstawanie wielu szkodliwych przeświadczeń dotyczących aktualnego stanu rzeczy.

30) Michael Leunig, Ramming the shears, Melbourne 1985, s. 23.
31) I-god, http://www.titane.ca/igod/main.html
32) Facebook, http://www.facebook.com
33) Lev Manovich, Język nowych mediów [w:] Młodzi i Media, 2009, s. 129

niedziela, 20 lutego 2011

Zmiana percepcji czasu i tożsamości w wyniku nowego przełomu technologicznego - część VI

Jak zawsze, linki do części poprzednich: pierwszej, drugiej, trzeciej, czwartej i piątej.

Trafiłem ostatnio na tylną okładkę najnowszej książki Jakuba Żulczyka (do samej książki nie zajrzałem), a na okładce taki oto tekst:

Jakub Żulczyk bawi się konwencjami. Zmorojewo to powieść fantastyczno-przygodowa i jednocześnie horror. Są tu istoty jak z kart Strauba, Barkera czy Kinga. Jest Lustro Twardowskiego i Kwiat Paproci, są tajemnicze Klucze i wiele innych symboli. Tak, w Zmorojewie Żulczyk bawi się znakomicie. Ale co ważniejsze, zadbał o to, by świetnie bawili się czytelnicy.
Jakub Winiarski

I wszystko ładnie, nie moge się do samego tekstu przyczepić. Za to przyczepiam się do zachwytu, jakim ludzie wciąż darzą "zabawę knowencjami". Widać to zwłaszcza na scenie komiksowej. Jak trafi się w komiksie kilka cytatów i parafraz, to ludzie są zachwyceni, jakby stworzono nową jakość. Konwencje rozbierano na drobne kawałki w modernizmie na przełomie wieków XIX i XX, a bawiono się tymi konwencjami już na wszelkie możliwe sposoby od lat 50. XX wieku. Mieszanie konwencji jest już taką normą w popkulturze i tzw. kulturze wysokiej, że nie rozumiem, po co wciąż zwraca się na to uwagę. To już lepiej spojrzeć na to, czy faktycznie coś się kryje za tą zabawą. Chociaż może za dużo wymagam. Właśnie chyba o samą, nieskrępowaną zabawę chodzi. Z powyższego tekstu Winiarskiego wynika, że celem danej książki, ba! - kultury, jest bawienie. I albo coś bawi, albo nie. A ta książka bawi. I nie trzeba się martwić, czy się ją zrozumie, albo czy warto się z nią afiszować przed znajomymi, bo to jest zabawa. Aż zabawa i tylko zabawa.

Przynajmniej powyższy opis daje klarowną informację. O opisach z tyłów książke można by napisać osobne dzieło. Np. najbardziej kuriozalnym hasłem promującym komiks to ten zamieszczony w materiałach prasowych (i chyba też na okładce) Space Dog. Brzmi on: Spacedog – 64-stronowa nowela graficzna Hendrika Dorgathena jest najlepszą rzeczą jaka powstała w Niemczech od czasu Volkswagena.

Nie powinienem się jednak dziwić ani denerwować. Bo skończę jak trzej cytowani w dzisiejszym odcinku mojej pracy magisterskiej filozofowie - w opozycji do realnego świata. Można go nie lubić, ale walka ze światem kończy się jedynie zapełnioną narzekaniem cyberprzestrzenią lub co gorzej - papierową książką, zajmującą realną przestrzeń i pewnie opatrzoną kolejnym kuriozalnym opisem na tylnej okładce.


1.5. Czas spektakularny

Większość z nas z grubsza zna historię ostatnich stu, dwustu lat i bardzo dobrze zdaje sobie sprawę z odkryć, jakie dokonano na polu nauki i z wynalazków, jakie weszły do powszechnego użycia. Dlatego też nie będziemy, jak we wcześniejszych rozdziałach, zastanawiać się nad implikacjami samochodu, telewizora i lądowania na księżycu. Podejdziemy do tematu bardziej abstrakcyjnie, wchodząc w dialog z kilkoma tekstami. Ich autorzy to filozofowie o poglądach skrajnie negatywnych wobec zjawisk, jakie mają miejsce głównie na bazie mass-mediów i mass-kultury, a które wpływają najsilniej na nasze postrzeganie czasu i miejsca w świecie. To co łączy Deborda, Sloterdijka i Baudrillarda to ich przynależność do niesprecyzowanego tworu, jakim jest Inteligencja.

Inteligencja uznawana była i wciąż przez niektórych jest, jako klasa, rozwijająca się właściwie od Odrodzenia. Jednakże nie można traktować jej w kategoriach ekonomicznych, bo wystarczy prześledzić życiorysy filozofów, czy pisarzy, by zobaczyć pełne spektrum sytuacji życiowych, od biedoty po najwyższy luksus. Jest to raczej kwestia statusu roszczonego sobie przez pewne nisze posiadające właściwą edukację i uczestniczących w nauce lub kulturze. O uczestnictwie w kulturze będziemy w dalszej części pracy pisać szerzej i stanie się jasne, że kategorie, w jakich ta forma aktywności była pojmowana w XIX i XX wieku zdezaktualizowały się. Zresztą przytoczyłem kiedyś na blogu fragment tekstu (24) Ortegi y Gasseta dotyczącego różnicy między Masą, a Inteligencją. Podsumowałem wpis blogowy pytaniem, czy Inteligencja wciąż istnieje. Wywiązała się ciekawa dyskusja, ale to, co było znamienne to fakt, iż ja i osoby dyskutujące, którym dałoby się przypiąć łatkę Inteligencji, według opisu Ortegi y Gasseta byliśmy najjaskrawszymi reprezentantami Masy. Znamienne jest, że wielu ludzi uważających się za przedstawicieli Inteligencji uważa, że ma monopol na wiedzę, albo przynajmniej powinno mieć. Świat widzą normatywnie i ubolewają nad procesami, które według nich spłycają świat, czynią go sztucznym, dezindywidualizują społeczeństwo. Dobrym tego przykładem jest fragment eseju Petera Sloterdijka:

„Tylko dlatego mogliśmy w ciągu minionego półwiecza przemienić się z czarnej atomicznej masy w barwną cząsteczkową. Barwna masa to taka, która wie, dokąd można się posunąć – aż do progu rozróżnienia wertykalnego (sztucznie wytworzonej różnicy hierarchicznej – przyp. DC). Ponieważ w egalitarnej przestrzeni obiektywnie nie stanowimy wyzwania dla siebie nawzajem, podczas naszych prób uczynienia się interesującymi przyglądamy się sobie z mniejszym lub większym rozbawieniem czy z mniejszą lub większą pogardliwością. Kultura masy zakłada niepowodzenie wszelkiego czynienia się interesującym, to znaczy lepszym niż inni. Czyni to zasadnie, bo jej dogmat brzmi, że odróżniamy się od siebie tylko przy założeniu, iż nasze różnice nie robią różnicy. Masa zobowiązuje.(25)”

Według Sloterdijka istnieje wąska grupa, do jakiej zapewne on należy, która z etnograficznego dystansu może przyglądać się procesom dziejącym się na świecie. Ja z kolei optuję za opcją, że jesteśmy w oku cyklonu, jesteśmy niszą starającą się przyjrzeć temu, w czym jesteśmy. I nie robi różnicy, czy wertykalna różnica była naturalna (jak w średniowieczu, zależna od stanu urodzenia i roli społecznej), czy jest sztuczna (potrzebna do nadawania rangi naszej aktywności, która w samym swym rdzeniu jest wyłącznie sposobem na strukturalizowanie czasu, jaki mamy do czasu śmierci). Zmieniają się tryby postrzegania i zmieniają się ośrodki władzy, ale rozróżnianie między naturalnością a sztucznością wydaje się bezpodstawne. Zawsze będziemy zależni od czegoś wyższego.

Tym czymś wyższym od momentu sekularyzacji czasu i rozwoju industrializacji jest Spektakl, który przejął schedę nad czasem. I tu tkwi cały problem, bo to przejęcie inicjuje epokę rozłamu świata na prawdziwy i wirtualny. Choć ten wirtualny istniał od pradziejów w postaci zaświatów, były one traktowane transcendentnie i naturalnie. Współczesny świat wirtualny jest immanentny, jest namacalnym tworem człowieka, który zaczął żyć własnym życiem i podporządkował sobie swoich twórców. Wydaje mi się, iż to właśnie dzięki temu, że technologia (archiwizowanie wiedzy) pozwoliła nam dokładnie uczestniczyć w tym procesie narodzin nowej władzy – kapitalizmu jako samodzielnego bytu – w przeciwieństwie do wyłącznie spekulatywnych badań nad pradziejami, kiedy rodziła się władza pierwsza – duchowa – czujemy rozdźwięk i sztuczność. Baudrillard pisze: „Kiedy rzeczywistość przestaje być tym, czym drzewiej bywała, pełnię praw zyskuje nostalgia. Idą w górę mity założycielskie i realne świadectwa. Idzie w górę prawda, obiektywność i autentyczność z drugiej ręki.(26)” O pogłębiającej się nostalgii wspomni również Zygmunt Bauman we fragmencie przytoczonym w drugiej części pracy, opisując proces zasygnalizowany przez Baudrillarda w swej bardziej rozwiniętej postaci, kiedy namacalność Sztucznego jest już ewidentna (siedzimy przed fabrycznie wyprodukowanym monitorem, piszemy w programach działających na zasadzie algorytmów, słuchamy muzyki w postaci elektronicznych danych, etc.).

Wynik pracy Newtona i jego rozpowszechnienie stworzyły w naszej świadomości jednostajne, nierozróżnialne odcinki czasowe – gotowe pakiety z przypiętą ceną, która z kolei jest wynikiem procesów, jakie zaczęły się podczas zmian w systemie cechowym. Jedyną faktyczną rzeczywistością tego czasu, konstatuje Debord, jest wymienialność (27). Wyrwanie się spod władzy Kapitału równa się ostracyzmowi społecznemu, utratą pracy, statusu i pieniędzy (czyli środków do życia). To z kolei jest spuścizną po przemianach, jakie nastąpiły w wyniku Reformacji. Czas rządzony przez Spektakl Debord nazywa pseudocyklicznym. Przedrostek w tym terminie zgodny jest z dysonansem, któremu się przed chwilą przyglądaliśmy. Cykliczność tego czasu bierze się z jego nierozróżnialności i z nowych rytualnych punktów powrotu (np. weekend). Można wymieniać te homogeniczne odcinki na pozornie zindywidualizowane, będące jednak sfabrykowanymi – przygotowany przez stację telewizyjną program, zaplanowana przez biuro podróży wycieczka w egzotyczne miejsce, albo nawet jakaś dyscyplina sportu, odpowiednio wzmacniana medialnie, by była popularna, a co za tym idzie, żeby sprzedawały się związane z nią narzędzia, przedmioty, gadżety.

Debord uzasadnia spektakularność nowego czasu dwoma argumentami. Jest to czas konsumpcji obrazów i jest to obraz konsumpcji czasu. Pierwszy argument odwołuje się do konsumowania prefabrykowanych pakietów aktywności, drugi oznacza przykłady konsumpcji, jakie są nam udostępniane, chociażby w formie reklam. Obiecują nam one to, czego nigdy nie mogą spełnić, przez co dalej brniemy w gąszcz obrazów, szukając spełnienia. Działa ten sam paradoks, jak przy doktrynie Kalwina. Skoro nie mamy prawdziwego (według swoich odczuć) wpływu na nasze życie, możemy oddać się nihilizmowi, albo wręcz przeciwnie, gorączkowo starać się znaleźć jakiś punkt zaczepienia, dzięki któremu poczujemy, że jednak prawdziwe życie (oderwane od pseudocykliczności) jest nam dane.

Mass-media zwiększają rolę przeżycia nieprzeżytego. Nie musimy jechać na drugi kraniec świat, by zobaczyć peruwiańską świątynię, bo widzimy ją w telewizji. Nie jesteśmy ograniczeni do słuchania opowiastek sąsiadek, bo mamy gazety informujące nas o wypadkach z całego kraju (znamienna jest popularność tabloidów, w których nie liczy się informacja, a zastąpienie lub przedłużenie funkcji podglądania i komentowania czyichś zachowań za ich plecami). Filmy historyczne pozwalają nam uczestniczyć w historii, do której nie mamy namacalnego dostępu. Tak samo sprawa się ma z reprodukcjami dawnych przedmiotów i miejsc. Oddziaływanie mass-mediów na nasze emocje z jednej strony daje nam dostęp do świata, z drugiej, przez podkolorowanie rzeczywistości, powoduje, że gdy jedziemy do zobaczonej w telewizji miejscowości, jesteśmy zawiedzeni jej realnością, gorszą od sztucznego obrazu. To samo ma miejsce ze świętami, które rzadko kiedy odpowiadają obrazom z reklam.

Baudrillard wyodrębnił kolejne fazy obrazu (świata) (28). Pierwsza jest odbiciem głębszej rzeczywistości (czyli tej która władała światem przed Spektaklem – rzeczywistości duchowej). Druga faza przesłania i wynaturza głębszą rzeczywistość (był to według naszych rozważań początkowy etap nowożytności i szukania rozejmu między kultem pracy, a obowiązkami duchowymi – np. kupowanie odpustów). W trzeciej fazie głębsza rzeczywistość zanika (przejęcie władzy przez Kapitał), a w czwartej fazie zostaje sam obraz, simulacrum, oderwany od świata (czego przykłady podaliśmy wyżej).

Opis Baudrillarda nie odpowiada realnym procesom, lecz ludzkiemu postrzeganiu, jakie wytworzyło się w ciągu ostatnich dwustu lat. Debord natomiast szuka wyjścia z tej sytuacji w swoich rozważaniach: „Naturalna podstawa czasu, zmysłowe postrzeganie jego upływu, staje się czymś ludzkim i społecznym, kiedy istnieje dla człowieka. Dotychczas to skarlałe formy ludzkiej praktyki, poszczególne postacie wyobcowanej pracy, humanizowały i dehumanizowały czas – zarówno czas cykliczny, jak i oderwany, nieodwracalny czas produkcji gospodarczej. Rewolucyjny projekt bezklasowego społeczeństwa i upowszechnionego życia historycznego zakłada zastąpienie społecznych miar czasu ludycznym modelem nieodwracalnego czasu grup i jednostek, a więc równoczesnym występowania autonomicznych, zrzeszonych czasów (temps indépendants fédérés). Projekt ten zmierza do pełnego urzeczywistnienia – w dziedzinie czasu – komunizmu, wykluczającego ‘wszystko, co niezależne od jednostek’” (29).

Fazy Baudrillarda dość dobrze oddają percepcję świata pokoleń pamiętających świat zanim rozpowszechniły się nowe media, zwłaszcza Internet i telefonia komórkowa. Z drugiej strony, młode pokolenie, nie urodzone w świecie, gdzie Internet już był, wydaje się realizować, przynajmniej w pewnych obszarach, wizję Deborda, choć paradoksalnie, ich semipubliczne życie sprzężone z platformami społecznymi, fotogaleriami i blogami wydaje się hiperspektakularne. Naznaczeni są też wszelkimi postawami, w tym lękiem związanym z podziałem świata na realny i sztuczny, jakie przekazują im pokolenia starsze. Skoro już wiemy skąd przychodzimy, zamknijmy w tym punkcie rozważania historyczne i skupmy się na tu i teraz, by przekonać się kim jesteśmy obecnie i dokąd idziemy.
24) Pub pod Picadorem, http://pubpodpicadorem.blogspot.com/2009/01/ju-za-dwa-dni-koniec-konkursu-blog-roku.html
25) Peter Sloterdijk, Pogarda mas, Warszawa 2003, s. 74.
26) Baudrillard, Precesja Symulakrów [w:] Nowe media w komunikacji społecznej w XX wieku. Antologia, Warszawa 2002, s.633
27) Guy Debord, op. cit., s. 110.
28) Baudrillard, op. cit., s. 633
29) Guy Debord, op. cit., s. 116

środa, 2 lutego 2011

Zmiana percepcji czasu i tożsamości w wyniku nowego przełomu technologicznego - część V

Dla nowoprzybyłych - linki do części pierwszej, drugiej, trzeciej, czwartej.

Dziś bez wstępu, bo sam rozdział jest chyba najdłuższym w całej pracy.

1.4. Zegar, prasa, kapitalizm

Rozpatrywanie kwestii czasu i tożsamości od końca średniowiecza staje się coraz bardziej skomplikowane, bo wielowymiarowe. Zależnie od sytuacji geopolitycznej w różnych częściach Europy dokonują się różne procesy, które przez całe wieki rozwijają się równolegle, wpływają na siebie, uaktywniają nowe procesy. Od kiedy zaczyna istnieć człowiek jako jednostka, od kiedy nasze wybory i nasza aktywność są w stanie zmienić nasze warunki egzystencji, opis świata przestaje być możliwy do skondensowania w jakiejkolwiek formie pisanej, bo zawsze ominie się jakąś sferę ludzkiej działalności, ograniczonej wyłącznie naszą wyobraźnią. Postarajmy się mimo to bardzo ogólnikowo zarysować kilka wątków potrzebnych do zrozumienia obecnych procesów socjotechnologicznych.

Zegary, o których powstaniu wspomniałem pod koniec poprzedniego rozdziału, nie wzięły się znikąd. Nie były fanaberią społeczeństwa spragnionego nowości, jak to bywa w przypadku współczesnych wynalazków opierających się głownie na zasadzie większego komfortu komunikacyjnego (szeroko rozumianego). Były raczej potrzebnym środkiem represji. Główną gałęzią przemysłu w Europie było włókiennictwo. Cechy włókiennicze (jak i następnie cechy związane z innymi działami produkcji) zamieniały się z egzystujących we względnej biocenozie kilkuosobowych warsztatów w coraz większe firmy, zatrudniające zamiast jednego, dwóch czeladników, po kilku lub kilkunastu. Firmy te musiały konkurować ze sobą, by dalej się rozwijać, a ich rozwój powodował wzbogacanie się przedsiębiorców.

Z kolei zmiany w systemach monetarnych wpłynęły na coraz niższe płace dla pracowników. Chcąc załagodzić pogarszające się warunki finansowe, wyrabiali coraz dłuższe normy, dzięki czemu więcej zarabiali. Burmistrzowie zezwalali pod naciskiem ruchów robotniczych na pracę nocną, co z kolei nie podobało się pracodawcom, którzy na tym tracili (zwłaszcza, że praktykowano różne oszustwa, by zarobić jak najwięcej) (15). To pracodawcy zaczęli postulować unormowany czas pracy i budowanie zegarów ten czas normujący. Wpierw były to dzwony na wieżach, wybijające o innych godzinach, niż dzwony kościelne. Potem stopniowo były zastępowane zegarami mechanicznymi. Zegar mechaniczny, działający na zasadzie matematycznej, dzielił dobę na dwadzieścia cztery równe fragmenty. Następnie pojawia się wskazówka wyznaczająca kwadranse (zegar w Norymberdze w XVI wieku) i wreszcie minuty. Co prawda dla przeciętnego człowieka ważniejsza od matematycznych reguł zegara będzie przyroda i dyktowane przez nią rytmy, ale dla intelektualistów i teologów nowa technika jest podstawą do rozważań, które następnie będą coraz bardziej wnikały do świadomości społecznej. XIX wiek okaże się punktem styku praktyki i teorii, kiedy, jak już wspomniano, nastąpi ujednolicenie czasu światowego i porzucenie tym samym koncepcji czasu lokalnego.

W tym samym czasie, gdy konstruowano pierwsze zegary, pojawił się kolejny rewolucjonizujący świat wynalazek – prasa z ruchomą czcionką. Pozwoliła ona na druk wielonakładowy i powszechny dostęp do słowa pisanego. Coraz większa rola miast i powstające w nich uczelnie zwiększyły znacząco liczbę osób mogących czytać. Dotychczas było to zajęcie dla zakonników, a i zakres tekstów był ograniczony tematyką religijną. Według McLuhana wynalazek Gutenberga jest odpowiedzialny za przejście z kultury audialnej, rozproszonej, do kultury linearnej, narracyjnej (16). Jak widać na podstawie przedstawianych tu procesów społecznych, prasa była tylko drobnym elementem w tej zmianie – jednak dość znaczącym. Ukierunkowała szerokie masy na odbiór wizualny słowa i na poruszanie się po ciągach słów, a potem po ciągach obrazów (czyli filmach). Jak zobaczymy w dalszej części tego rozdziału taki sposób postrzegania świata sprzęgnięty był też z deterministycznym modelem czasu kultywowanym przez Kościół. Wszystkie te elementy działając wspólnie na ludzką świadomość, tak ją ukierunkowały, że w pewnym momencie, jak psy w eksperymentach Pawłowa, śliniące się na dźwięk dzwonka mimo braku jedzenia, zaczęliśmy postrzegać świat bez refleksji nad przyczynami naszego postrzegania. Pozwoliło to na wytworzenie się nowych form kulturowych, wynalazków i systemów filozoficznych (jak pozytywizm zakładający, że świat dąży ku lepszemu). W kulturze XX wieku wpierw upadek wielu norm i ideałów w wyniku obu wojen światowych, a następnie echo tego upadku w postaci postmodernizmu w kulturze, stały się podwaliną pod nowy model postrzegania świata – mozaikowy, puentylistyczny. Szerzej będzie o tym mowa w drugiej części pracy.

Wracając do przełomu średniowiecza i nowożytności – nowa sytuacja ekonomiczna zachwiała starymi wartościami i porządkiem. Z najbardziej przedsiębiorczych mistrzów cechów wytworzyła się klasa bogaczy. Status społeczny tych, którzy starali się wciąż egzystować według starych norm, był wprawdzie wciąż wyższy niż chłopa czy robotnika, ale znacząco gorszy niż ten zagrażających im monopolistów. Rozwarstwienie klasowe przyczyniło się do odkrycia „ja”, jakie znamy dziś. Życie dotychczas upływające w kolektywach upadło na rzecz biegu jednostek do celu, a celem tym było jak najlepsza pozycja życiowa. Własnymi wysiłkami można było wyjść poza przydzielaną na całe życie przez stary porządek społeczno-ekonomiczny rolę. Wcześniej człowiek nie widział muru wokół siebie i swojego miejsca w społeczeństwie, bo miał wszystko czego potrzebował (i na co pozwalała mu pozycja społeczna). Teraz został sam wśród innych samotnych jaźni.

Każda klasa i każda nisza w danej klasie mogła teraz ugrać jak najwięcej lub przepaść próbując. Jedną z takich nisz byli plastycy. Wspominam o nich, bo w drugiej części pracy przyjrzymy się obecnemu pejzażowi kulturowemu, znacznie odbiegającemu od poprzedniego modelu. Warto zatem wiedzieć w którym momencie historii poprzedni model się narodził, bo jego powstanie i rozwój dość jasno tłumaczą jego obecny upadek.

Plastycy pod koniec średniowiecza byli wciąż uznawani za rzemieślników, lecz w dobie kryzysów ekonomicznych charakteryzujących przełom Średniowiecza i Renesansu, malarstwo i rzeźba zaczęły coraz częściej pełnić rolę lokat kapitałowych. Bezpieczniej było zainwestować w obraz, niż mieć pieniądze w niepewnym obiegu. Poprawiony dzięki temu stan majątkowy i status plastyków wpłynęły na ich ambicje – nie chcieli już być utożsamiani z rzemieślnikami, a z przedstawicielami sztuk wyzwolonych. I udało im się. Wpierw malarzom, następnie rzeźbiarzom (17). Plastycy oderwali się od rzemieślników i stanęli na poziomie ludzi nauki, jeśli chodzi o kwestie ekonomiczne i status społeczny. Zgodne to było z uznawaną na początku Odrodzenia, nawiązującą do czasów starożytnej Grecji, koncepcją „sztuki, opierająca ją na poznaniu praw i reguł” (18). Pod koniec Renesansu postawy takich jednostek jak Michał Anioł, czy Galileusz wpłynęły na rozróżnienie między plastyką, a nauką – na ich różne funkcje i cele. Po Odrodzeniu ostała się handlowa wartość uznanych dzieł i status malarzy i rzeźbiarzy. Później wykształciły się akademie kształcące rzesze ludzi w tych dziedzinach i cały system krytyki sztuki. W XIX wieku ta dobudówka (akademie i krytyka) oderwały się ostatecznie od trzonu, stając się autonomicznym, żywym organizmem, potrzebującym ciągle uzasadniać potrzebę swojego istnienia w świecie. W XX wieku terminy jak „sztuka” i „artysta” wydają się zrozumiałe same przez się (choć każdy ma ich inne koncepcje). Dlatego jednak nie da się ich nigdy sprecyzować, bo postawienie kropki nad „i” spowodowałby ostateczne zagłodzenie systemu, jaki się wytworzył, a nikomu, kto w nim działa, na tym nie zależy. Opis ten może wydawać się spiskiem wyrachowanych grup – tak oczywiście nie jest. Została nam zabrana z przed oczu prawdziwa przyczyna w postaci pierwotnych dążeń plastyków o uznanie i sytuacji ekonomicznej, która pomogła ich wywindować do odpowiedniego statusu społecznego, zostało ślinienie się na dźwięk dzwonku Pawłowa. Cała nomenklatura związana z systemem Sztuki wciąż istnieje w ludzkiej świadomości na przełomie XX i XXI wieku, lecz dezinstytucjonalizacja, demokratyzacja społeczeństwa i technologia zmieniają rzeczywistość i ustalone wcześniej pojęcia przestają podlegać autorytarnym racjom Akademii, galerii i krytyków. Każdy dzięki nowym technologiom może prezentować się ze swoją twórczością i zyskać rozgłos. Akademie, galerie i krytycy stali się kolejną z małych, równorzędnych sobie pod względem wywieranego wpływu nisz społecznych.

Omawiana sytuacja plastyków u progu Nowożytności jest kolejnym przykładem wyłaniającej się wtedy indywidualności. Zerwanie z systemem społecznym Średniowiecza inaczej oddziałało na różne grupy. U niektórych (np. u plastyków) było przyczyną nowego uczucia, jakim była żądza sławy. „Jeśli sens życia staje się czymś wątpliwym, a stosunek człowieka do innych ludzi i do siebie samego nie zapewnia mu bezpieczeństwa, wtedy sława jest jednym ze środków uciszenia jego wątpliwości. Pełni ona funkcję, którą można porównać do funkcji piramid egipskich albo chrześcijańską wiarą w nieśmiertelność: wynosi życie jednostki ponad jego ograniczenia i niestałość na wyżyny niezniszczalności; jeżeli czyjeś imię znane jest współczesnymi i jeśli można mieć nadzieję, że trwać będzie wieki, wówczas życie tej osoby nabiera znaczenia i wartości choćby tylko dzięki oddźwiękowi, jaki budzi u innych” (19). Ten psychologiczny rys idealnie pasuje do szerokich rzesz podłączonych do sieci obecnie, zwalczających (podświadomie) poczucie alienacji, znikomości swojego istnienia i niepojmowalnego ogromu świata, upubliczniając się w Internecie. Jednakże dla grup nie tak wpływowych jak wzbogacający się dzięki kryzysom ekonomicznym plastycy lub przedsiębiorcy, trzeba było znaleźć inne drogi na zwalczenie lęków egzystencjalnych. Tu z pomocą przyszli Luter i Kalwin.

Nim zajmiemy się krótkim szkicem ich wpływu na kulturę Europejską, warto wrócić do wynalazku Gutenberga. To dzięki prasie historycy i antropolodzy dopatrują się sukcesu Lutra i Kalwina. Ich idee mogły trafić w drukowanej formie pod strzechy. Istniejący przed prasą ruch Husytów, występujący przeciwko Kościołowi, nie miał jak zyskać odpowiedniego oddźwięku i husyci zostali wyeliminowani, kiedy tylko stali się zbyt niebezpieczni. Widać tedy, jak wszystkie pozornie niezależne od siebie zjawiska tu opisywane, odpowiednio wchodzą w korelację, doprowadzając nas do takiego punktu, w jakim jesteśmy obecnie. Nie trzeba patrzeć na przykład ewolucji biologicznej, by dostrzec prawidła selekcji naturalnej, uzmysłowionej nam przez Darwina.

Doktryny Marcina Lutra i Johana Kalwina skierowane były głównie do klasy średniej, która była w potrzasku pomiędzy przedsiębiorczymi bogatymi, a biednymi, którzy nie mieli nic do stracenia i potrafili konsolidować się w strajkach i ruchach robotniczych. Klasa średnia chciała spokoju, jaki wciąż jako grupa społeczna pamiętała z czasów średniowiecza. Działający na terenie Niemiec Luter z jednej strony jeszcze bardziej podciął im nogi – z drugiej dał receptę pozwalającą im się odnaleźć. Jego doktryna zakładała, że wiara i zbawienie są subiektywnym doświadczeniem każdej jednostki. Nie mogą być regulowane przez Kościół. To oczywiście jeszcze bardziej pogłębiło poczucie osamotnienia i izolacji – odczuwanie jednostki jako „ja” wrzucone w nieprzychylny świat. Co można było z tym zrobić? Porzucić siebie i swoją tożsamość, nie skupiać się na „ja”, tylko w pełni poddać się Bogu. Tylko pełna poddańczość siłom wyższym mogła ułagodzić lęk. Luter, hołdujący średniowiecznym rozwiązaniom ekonomiczno-społecznym, właściwie cofnął rodzącą się jaźń do czasu, kiedy jej nie było. Jednocześnie nakazując uległość wobec sił wyższych w praktyce przygotował rzeszę ludzi gotowych do oddania się nowemu Bogu – Kapitałowi i jego córce – produktywności gospodarczej.

Kalwin oddziałał w krajach anglosaskich i jeszcze okrutniej obył się z klasą średnią. Bez podawania uzasadnienia przekonał ich, że Bóg dla ukazania własnej potęgi już na samym początku wybrał kto będzie zbawiony, a kto potępiony. Ludzka działalność nie ma wpływu na to, jak się pośmiertne losy jednostki potoczą. Wbrew pozorom nie wyzwoliło to ogólnego nihilizmu. Wręcz przeciwnie. Kalwin podkreślał podział ludzi na lepszych (zbawionych) i gorszych (potępionych). Przypadkiem on i jego wierni mieli być zbawieni. To wyzwalało fanatyczne pragnienie uzasadniania, że ma się prawo być wśród jego wiernych, a jak lepiej to uzasadnić, niż cnotliwym życiem i ciężką pracą? To tu ma zalążek podskórna nienawiść klasy średniej do obyczajów klasy wyższej, jej ciągłe oburzanie się na niemoralność tego, co właściwie jej niedostępne. Tu też ma zalążek kult pracy, który oderwał się potem od religii i został jako wewnętrzny przymus drzemiący w nas po dziś dzień i podawany dalej z pokolenia na pokolenie drogą socjalizacji. Kultura narodzona z nauk Kalwina przeniknęła ducha Stanów Zjednoczonych, które stając się nowym Eldorado współczesnego świata i wzorem do naśladowania, przeniknęły całą Europę kultem pracy (choć są pewne enklawy wciąż na to oporne, jak południowa Hiszpania żyjąca hasłem Mañana – Zrobię to jutro). „Nie ulega wątpliwości, że kapitalizm nie mógłby się rozwinąć, gdyby przeważająca część energii ludzkiej nie została skierowana ku pracy. W żadnym innym okresie historii ludzie wolni nie zużywali w takim stopniu całej swojej energii dla jednego celu – pracy. Wściekły pęd do pracy stał się jedną z podstawowych sił wytwórczych, nie mniej ważnych dla rozwoju naszego systemu przemysłowego jak para i elektryczność” (20).

Doktryny Kalwina wzmocniły propagowany od czasów Augustyna determinizm, jakiemu hołdował kościół chrześcijański. Europa była przesiąknięta wiarą w Boga, w stworzenie i w czas zmierzający do ostatecznego celu, jakim jest zbawienie. Stanowiska odmienne, jak materializm i ateizm propagowane przez francuskiego lekarza, La Mettriego (już w XVIII wieku), były piętnowane. Żeby wszystkie odłamy chrześcijańskiej religii mogły wciąż przemawiać do ludzkiej wyobraźni, trzeba było nadążać z rozwojem techniki i korzystać z niej w przekonywaniu do swych racji. Mechaniczny zegar okazał się najlepszym argumentem na rzecz istnienia Boga. Trzeba zauważyć, że od XIV wieku wzwyż zegary były coraz bardziej misternymi konstrukcjami, ogromnymi maszynami wypełnionymi sprzężonymi ze sobą automatami. Podczas wybijania godzin różne automaty wyjeżdżały z okienek w wieżach, odgrywały scenki biblijne i grały melodie. Tłumy zjeżdżały się z całego kontynentu, by zobaczyć najwspanialsze przykłady technicznej maestrii, jak np. zegar katedry w Strasburgu, którego budowa została zakończona w 1574.

Teologowie i naukowcy tworzyli kolejne teorie tłumaczące funkcjonowania świata w oparciu o zegar, aż pod koniec XVII wieku cały wszechświat był przystosowany do tej analogii (21). Polegała ona na tym, że Bóg jest niczym zegarmistrz, który ma w głowie cały plan działania zegara, nim go zbuduje. Następnie wprawia go w ruch, a świat zgodnie z tym planem trwa (niczym automaty, pojawiające się zgodnie z wytyczonymi godzinami na zegarze w Strasburgu). Takie rozumowanie bierze się ze skomplikowanych procesów związanych z sekularyzacją państw i rozwojem nauki – coraz trudniej było przekonywać, że Bóg kroczy wśród nas, zagląda każdemu za ramię. Punkt ciężkości został przesunięty na Plan i na punkt, w którym Bóg świat poruszył: „Lepszym jest ten Artysta, który uczyniwszy zegar puścił w ruch jego Kółka i Sprężyny, tak że zegar sam regularnie wybija każdą Godzinę, niż ten, który uczyniwszy zegar musiałby sam powodować wybijanie każdej godziny” (22).

Nowe odkrycia w dziedzinach archeologii i geologii, zwłaszcza w XIX wieku, nie przeczyły koncepcji Planu. Przeciwnie – wzmacniały ją. Naukowcy szukali sposobów na przypisanie epok geologicznych wydarzeniom biblijnym, a ogół ludności traktował znajdowane szczątki dinozaurów jako pozostałości po smokach znanych z legend. Wszystko było zgodne z wolą bożą, wszystko miało pojawić się, kiedy On chciał i zostać zastąpione przez coś lepszego, wznioślejszego, bo tak On to wcześniej zaprogramował. Przypadek był wykluczony. Wierzono w rozwój i doskonalenie się wszechświata. Do czasu pojawienia się szokującej opinię publiczną i środowisko naukowe pracy „O powstaniu gatunków” Darwina. Choć atakowana przez wielu mu współczesnych, jej wnioski o selekcji naturalnej kształtującej świat bez jakiegokolwiek planu sił wyższych, były nie do obalenia. Historycy przyjęli stanowisko Darwina, co zaowocowało wykarczowaniem czasu teologicznego z nauki.

Opracowane pod koniec XVII wieku prawa mechaniki Newtona i jego hipoteza o czasie jednostajnym i sztywnym (niezależnym od subiektywnego przeżywania), były ostatnią częścią układanki, jaka jest nam potrzebna do dalszych rozważań. Wyniki jego badań zostały rozpowszechnione w praktyce dzięki zunifikowaniu czasu europejskiego w XIX wieku. Jak wspomnieliśmy, czas lokalny został przezwyciężony głównie dzięki rozwojowi kolei, gdzie potrzebny był jeden ustalony czas, by poprawnie spełniała swoją funkcję. Einstein w XX wieku podważył system Newtona swoją teorią względności, lecz nie leży to już w polu naszych zainteresowań, gdyż dla nas w życiu codziennym funkcjonuje czas „zdroworozsądkowy” wynikający z matematycznych kalkulacji Newtona (23). Nie do pomyślenia jest obecnie, że można realnie rozciągać i ściskać godzinę zależnie od miejsca, w którym się jest lub zgodnie z subiektywnymi doznaniami.

Wydawałoby się, że nie ma co się zastanawiać nad tą kwestią i przyjąć ją „zdroworozsądkowo”. Jednakże w swoich rozważaniach znajdujemy się u progu epoki industrialnej, a przecież obecnie mamy wiek XXI, którym będziemy zajmować się w drugiej części pracy. Musimy przyjrzeć się jeszcze temu co wydarzyło się pomiędzy. Zanim to zrobimy, zreasumujmy w trzech zdaniach przeczytany właśnie rozdział. Nastąpiła sekularyzacja czasu, ale i wzbudzono wewnętrzną potrzebę zapełnienia czasu pracą. Czas został wyrwany spod władzy Kościoła, lecz już inna ponadludzka siła czekała, by ponownie go ludziom zabrać. Tą siłą okazał się Spektakl – świat, którego ramy wyznaczają kapitalizm i potrzeba poddania się jego wytworom.

15) Jacques Le Goff, Od czasu średniowiecznego do czasu nowożytnego, Warszawa 1987, s. 360.
16) Por. Marshall McLuhan, op. cit.
17) Por. Władysław Tatarkiewicz, Dzieje sześciu pojęć, Warszawa 1982.
18) Por. Władysław Tatarkiewicz, op. cit.
19) Erich Fromm, Ucieczka od wolności, Warszawa 2004, s. 62.
20) Erich Fromm, op. cit., s. 101.
21) Francis C. Haber, Darwinowska rewolucja w pojęciu czasu [w:] Czas i kultura, Warszawa 1987, s. 392.
22) Thomas Burnett, Sacred Theory of the Earth, cyt. za: Francis C. Haber, Darwinowska rewolucja w pojęciu czasu [w:] Czas i kultura, Warszawa 1987, s. 392
23) Paul Davis, Czas Einsteina [w:] Antropologia Kultury, Warszawa 2005, s.139