BLOG DANIELA CHMIELEWSKIEGO

czwartek, 26 marca 2009

Yes

Odyseja trwała kilka dni ponad rok.

Ale tak.

Dotarłem.

Nie bez ofiar.


Swój anglojęzyczny egzemplarz kupiłem za dwadzieścia złotych na stoisku przed Akademią. I gdy wróciłem do domu, okazało się, że brakuje pierwszych trzech kartek. Na szczęście mój nieoceniony druh, Łukasz Dybalski, również posiadał anglojęzycznego Ulyssesa. Więc pożyczyłem, przeczytałem pierwsze kilka stron i się przerzuciłem na swój egzemplarz.

I wybuchł z całą siłą największy kryzys twórczy i nie tylko w moim życiu.

I trzeba było przeczytać McLuhana. I kolejne wieki historii sztuki przerobić.

I wtedy wszystko przestało mieć sens.

Ale trzeba było zaliczać to i tamto.

I wtedy ciągnąca się w mękach praca nad From Hell, która zostawiła mnie wrakiem zupełnym.

Gdzieś tam też było rozstanie i powrót. I jeszcze kilka rozstań i powrotów. I nieudany wypad do Hiszpanii.

I założenie kolejnego bloga, na razie dość martwego (choć za chwilę to się zmieni). Założenie tamtego bloga, bym sam mógł zobaczyć ile właściwie zrobiłem prac plastycznych w życiu, i co z tego wynika.

I wreszcie ostateczne pożegnanie się z całym porządkiem kulturowym, w jakim żyję i rozpoczęcie traktatu, który też zaraz skończę.

I najbardziej energiczny wybuch twórczy od sześciu lat przed WSK.

I odkrycie kilka stron przed końcem, że nie wiem gdzie zapodziałem ostatnie 2 kartki. A druga nad ranem, księgarnie i biblioteki zamknięte. Na szczęście deus ex machina przybył Gutenberg i dał mi sposobność doczytania do końca.

I teraz jestem.

Oczywiście nie ma Penelopy. Nie ma słusznej kary na zalotnikach. Nie ma syna. I nie było psa.

Bo żyjemy w czasach ironii. I nie ma już interpunkcji. Nie ma kropek nad i. Ani medali, które określają porządek świata swoimi dwiema stronami.

Jest za to kolejna przeczytana książka i kolejny rok przeżyty.

Tak.

5 komentarzy:

Iwona pisze...

Gratuluję pełnego w zaskakujące wydarzenia roku i dobrnięcia, z przeszkodami, do końca TEJ książki.Mnie ona się niespecjalnie kojarzy. Mój były narzeczony bowiem zamęczał mnie cytatami, nagłą głośną lekturą o trzeciej nad ranem co niektórych, soczystych fragmentów oraz wytykaniem, że sama nigdy bym nie dotarła do ostatniej linijki, gdyby nie jego nalganie, którego wartość zresztą była relatywna, bo cholernego Władcy pierścieni nie skończyłam. Ale wracając do Joyce'a, na przykład, do Dublińczyków powracam często i z przyjemnością. Moje ostatnie literackie wyzwanie? Infinite Jest Davida F. Wallace, c'est genial!!

nosiwoda pisze...

A ja tak z innej zupełnie beczki.
Datowanie bLoGaSkA jest nieprawidłowe językowo. "26 marzec" to błąd. Powinno być "26 marca". Oczywiście tyczy to także wszystkich innych notek.
Jeśli da się to zmienić, to zmień.

maggot pisze...

Kolejny, który dał radę. Gratuluję, mnie nieprzeczytany Joyce dosęgnie pewnie na łożu śmierci

maggot pisze...

wpadłeś w łańcuszek. sprawdź u mnie

Daniel Chmielewski pisze...

Do Iwony: 1079 stron?! Czytałem kiedyś o tym na Wikipedii i nawet brzmiało ciekawie. Ech, gdyby można było jakoś sobie wstrzykiwać książki. Im grubsza i trudniejsza książka, tym bardziej bolesna. Ale żeby to tyle czasu nie trwało!

Przygodę z "Władcą pierścieni" skończyłem po pierwszym tomie, strasznie długo mi to zajęło i jakoś nie czułem ani satysfakcji, ani ciekawości. Zresztą była to właściwie moja ostatnia styczność z fantasy. I nic nie przemawia za tym, by ten stan się zmienił.

Hm, to słowo "były" przy "narzeczonym" uzmysławia mi co moja dziewczyna musi czuć, gdy czytam jej na głos fragmenty książek, z którymi nie chce mieć do czynienia. Ale z kim mam się dzielić radością tych olśniewających fragmentów?!

Do Nosiwody: Z chęcią bym zmienił, ale akurat poprawnej konfiguracji nie ma. Są jeszcze bardziej absurdalne. Przynajmniej tutaj kolejność jest klarowna.

Do Agaty: Dziękuję za jedno i drugie, Agato! Ustosunkuję się porządniej, jak się wyśpię, pół nocy zeżarło mi pisanie nowej notki blogowej. Ech...